refleksje tuż po, czyli po co są problemy

Jak czasem niektóre spadające mi na głowę problemy potrafią mnie totalnie zwalić z nóg i wpadam w doła większego niż Rów Mariański (czy jakoś tak), to równie szybko potrafię się jednak pozbierać.

W dużej mierze to dzięki wam, dzięki moim dzieciom wspaniałym i też dzięki Kapslowi, który mimo wszystko wciąż jest najlepszym facetem, jaki mi się mógł trafić.
W dużej mierze jest to jednak też zasługa mojej własnej natury. Zawsze porafiłam dostrzec pozytywne rzeczy wokół mnie. Takie światełka w tunelu. A z wiekiem ta zdolność przerodziła się nawet w nieco inne postrzeganie trudności, które napotykam na swojej życiowej drodze.

Jestem emocjonalną osobą i przeżywam wszystko dość barwnie. Powinnam napisać: wybuchowo. Tak też wobec problemów zawsze jest spektakularnie jeśli chodzi o emocje: gniew, wściekłość, rozpacz, foch, chęć zemsty, wewnętrzne opieprzanie się za tak idiotyczny pomysł (odn. zemsty), potem płacz, potem znów foch, znów gniew, znów złość, żal, obojętność, płacz, foch … i tak w kółko. Aż do swego rodzaju wyczerpania, kiedy przychodzi wreszcie jakiś taki spokój i mogę zacząć racjonalnie myśleć. I przede wszystkim, kiedy do głosu dochodzi również Miłość, która jest we mnie. Miłość do mnie samej przede wszystkim. Bo dobrze wiem, że jakiekolwiek zemsty, fochy, urażona duma itp zawsze bardziej niszczą mnie samą, niż tego kogoś, wobec kogo są wymierzone. Dawno nauczyłam się, iż to najidiotyczniejsze sposoby radzenia sobie z problemami.

Kiedy więc się wreszcie uspokoję, wtedy potrafię spojrzeć na moje problemy również z dystansu.
I wiecie co?
Dostrzegam w nich nie tylko złe rzeczy. Ale również okruchy dobra. Bo problemy przychodzą po to, by wskazać mi drogę. Jeśli spojrzę na nie nie jak na oprawcę, ale jak na nauczyciela, wtedy potrafię dostrzec to, co chcą mi unaocznić. Coś, nad czym sama powinnam popracować.

Bo nie na tym polega uszczęśliwianie swojego życia, żeby zmieniać innych. Jedyną osobą, którą mogę zmienić, jestem ja sama. Czasami, dzięki zmianom we mnie, zmieniają się i inni. Nie dlatego, że ja tak chcę. Ale dlatego, że oni sami chcą.

Z perspektywy czasu potrafię spojrzeć na moje problemy i trudności przychylnym okiem. To takie kamienie na drodze do pełniejszego, bardziej świadomego życia.

Jeśli się uspokoję i spojrzę z dystansu i bez buntu na te niby złe rzeczy, które mnie spotykają, potrafię dostrzec w nich dar.
Bo na dobrą sprawę, to właśnie dzięki nim moje późniejsze radości są większe. I bardziej potrafię się cieszyć z tego co dobre, miłe, piękne.
Każde doświadczenie niesie dla nas pewną naukę. Jeśli jej nie przyswoimy, doświadczenie będzie się powtarzać w podobnej formie aż do skutku.
Im szybciej nauczymy się tego, czego powinniśmy, tym lepiej dla nas.

Jak to powiedział kiedyś ks. J. Twardowski?
„…Spadają z obłoków małe-wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.

I właśnie tak jest.

Odkryłam to, czego powinnam się tym razem nauczyć. Odkryłam w sobie. I … jestem na nowo szczęśliwą Bafką.

moja galeria – Spacer o poranku

„Spacer o poranku” (2011), akryl na drewnie

Wreszcie całkowicie ją skończyłam.
Najpierw była to zwykła drewniana skrzyneczka. No, może nie tak do końca zwykła. W środku bowiem podzielona jest ona na 32 małe przegródki, w których można trzymać… No właśnie, co? Np biżuterię, lub kamyczki i koraliki, z których tą biżuterię się robi. Skrzyneczka posiada praktyczny dodatek w postaci swego rodzaju tacki, idelanie pasującej do środka. W całości wydała mi się niezmiernie ciekawa i pomyślałam, że mogłaby stanowić idealny prezent dla Kogoś, kto na to zasługuje.
Ale prezenty powinny być oprócz tego, że ciekawe, to również na swój sposób piękne. Zatem skrzyneczkę pomalowałam.  Wzięłam farby i pozwoliłam, by późna wiosna, czy też wczesne lato zamieszkały na tej skrzyneczce. I tak oto powstał mój pierwszy obraz nie na płótnie, ale malowany na drewnie. Motyw podglądałam z gazetki dla plastyków, bowiem tak na razie uczę sie malować pejzaże.A w środku odrobina tęczy, by i w sercu zawsze tęcza gościła.

teczowa skrzyneczka
(zdjęcie z mojego bloga na pingerze)

kilka słów o dzieciach i wychowaniu

Czytam sobie czasem na pingu różne notki różnych nastolatków, jak i wszelkiej maści rodziców. Czasem przeraża mnie fakt, jak mało miłości jest w tych relacjach dziecko – rodzic.
Paradoksalnie, bo przecież większość dzieci rodzi się jako owoc miłości.

Wiecie o czym pomyślałam? Że jednak ja z moimi synami mam super kontakt. Wiem, że są oni jeszcze stosunkowo młodzi (12, 13 lat), ale jednak nie sądzę by jakoś drastycznie miało się między nami popsuć.
Oczywiście mamy sprzeczki i kłótnie. I nam czasem puszczają nerwy. Ale jakoś nigdy nie trakuję chłopców na zasadzie: „ja jestem rodzic, to mi wolno”. Staram się, by traktować ich jak równych sobie partnerów. Jeśli ja w nerwach wyjadę z pyskiem i powiem kilka słów za dużo, to oczywistością dla mnie jest, by własne dziecko przeprosić. Tak samo przecież przeprosiłabym dorosłego. Tej jednej rzeczy nie było nigdy u mnie w domu, kiedy ja byłam dzieckiem. I – po latach jeszcze – nieco bolało.

Tak samo w dyskusjach staram się zawsze wysłuchać wszystkich argumentów chłopców. Mimo, że często ostateczne decyzje podejmujemy ja czy Kapsel jako rodzice, to jednak zawsze pozwalam, by chłopcy mieli szanse przedstawienia swoich racji. A kiedy nasze racje nie zgadzają się z ich racjami, to wtedy tłumaczymy dlaczego i staramy się znaleźć jakiś sensowny kompromis. Często słyszane u innych rodzicielskie teksty do dziecka w stylu: „Dlaczego? bo tak i koniec” mnie śmieszą. Wydają mi się być jedynie wykorzystywaniem rodzicielskiej władzy dla samej władzy. To poważny błąd. Nie powinno się wykorzystywać władzy rodzicielskiej np zmuszając dziecko do czegoś wbrew jego woli. W dłuższej perspektywie czasowej ma to bowiem fatalne skutki.

Jeśli dochodzi do konfliktów między nami i naszym dzieckiem, powinniśmy szukać „błędu” również u siebie, nie tylko u niego. Być może my sami najwięcej przyczyniliśmy się do danej sytuacji. Na przykład byliśmy niekonsekwentni, nasze przekazy niejasne, może byliśmy nie dość wyrozumiali albo nie poświęciliśmy naszemu dziecku dość czasu.
Każde dziecko natury jest pełne miłości i chce tę miłość nam przekazać. Musimy tylko jako rodzice mu to mądrze umożliwić.

Myślę sobie, że decydującą sprawą w wychowaniu jest miłość i szacunek. Tak, szacunek wobec dziecka, tak często niestety bagatelizowany, ma tutaj naprawdę bardzo wielkie znaczenie.
To setki małych rzeczy, które przynosi nam codzienność. Niby drobnostki, ale niezwykle istotne.
Dlatego np ważne jest, by przed wejściem do pokoju naszego dziecka najpierw zapukać, zwłaszcza gdy jest to już dziecko starsze. Ważne jest by np omawiać z naszymi córkami czy synami problemy w ten sposób, jak gdybyśmy i my mogli się czegoś od nich nauczyć.
Ważne, by pytać ich o zdanie w kwestiach, które dotyczą poniekąd całej rodziny.
To takie różne drobne rzeczy, ale to one uczą nasze dzieci od początku traktować innych z miłością i szacunkiem.
Bowiem celem wychowania jest charakter.

Oczywiście bycie rodzicem nie jest wcale łatwe. Ale z reguły trudności pojawiają się z powodu naszych – rodzicielskich błędów, a nie błędów dziecka. Traktujmy zatem te trudności jako sygnał, że to my powinniśmy się najpierw czegoś nauczyć. Kiedy coś nie wychodzi, spróbujmy odkryć jaki błąd popełniliśmy sami. Dopiero po zbadaniu swojego udziału, można zająć się udziałem dziecka w zaistnialym problemie.
Niech dzieci będą dla nas bodźcem do lepszego poznania samego siebie.

I jeszcze jedno. Nie porównujmy naszych dzieci. Nie wolno nam nawet przez ułamek sekundy myśleć, że jedno jest gorsze, a drugie lepsze. Każdy człowiek jest inny i każdego trzeba traktować indywidualnie. Decydująca jest miłość z jaką podchodzimy do naszych dzieci, a nie różnica między nimi.
„Miłość nie polega na zrównywaniu, lecz na dostrzeganiu i szanowaniu odmienności drugiego człowieka.”

I wreszcie na koniec najważniejsze. Musimy pamiętać, że dzieci przychodzą na świat z własną karmą. Muszą one żyć własnym życiem. Powinniśmy im pomóc, ale nie możemy żyć za nie. Wskażmy im kierunek, ale pozwólmy by wędrowały swoją ścieżką. Możemy być dla nich przykładem, przyjacielem, ale nie ich panem. DZIECI NIE SĄ NASZĄ WLASNOŚCIĄ. Nie podcinajmy im skrzydeł, zamiast ich dodawać. Nie mylmy naszej miłości ze ślepotą. Prawdziwa miłość to najlepszy środek pokonujący trudności i problemy. Ale prawdziwa miłość pozostawia wolność. To jej sila i jej istota.

moja galeria – Magnolie

„Kwiat magnoli 1 ” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm
„Kwiat magnoli 2 ” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm

Kwiaty magnoli w dwóch odsłonach. Motywy pochodzą z jakieś książeczki dla plastyków (nie pamiętam już tytułu).

Magnolie przywołują we mnie masę cudownych wspomnień. Kiedy chodziłam do liceum, dwa piękne drzewka magnoli rosły przed głównym wejściem do naszej szkoły. Kiedy zakwitały wiadomo było, że zbliżają się matury.
Dlatego magnolie chyba już zawsze kojarzyć mi się będą z maturami i moim ogólniakiem. A przede wszystkim z tymi wszystkimi cudownymi wspaniałymi tamtymi latami, z ludźmi którzy wtedy byli towarzyszami mojego życia i poczuciem prostego szczęścia. Bo dla mnie to byly szczęśliwe, cudowne lata.

sen o Tygrysie, lekcja druga

Szłam z kimś przez las. Nie pamiętam z kim. Nieistotne. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że naprzeciw nam biegną różne zwierzęta. Lamy, wielbłądy, antylopy, bawoły, sarny – różniste. Stanęliśmy więc zdziwieni i tym, że były to naprawdę różne zwierzaki, jak i tym, że nagle pojawiły się w takiej ilości. Biegly coraz szybciej, mijając nas i nie zwracając na nas w ogóle uwagi. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, iż te zwierzęta przed czymś uciekają. Nie mieliśmy pojęcia przed czym, ale zrozumieliśmy w mig, że widocznie i my znajdujemy się w niebezpieczeństwie. Nie było więcej czasu do stracenia. Zaczęliśmy również uciekać.
I nagle wiedziałam, że gonią nas jakieś drapieżniki. W tej szaleńczej gonitwie przez las, ja i moi towarzysze, jakoś postanowiliśmy się rozdzielić. Od tej pory byłam zdana na siebie. Biegłam jeszcze przez chwilę, ale wszystko nagle ucichło. Nie słyszałam, ani nie widziałam już pędzących obok zwierząt. Las wydał mi się na powrót zwyczajnym, bezpiecznym lasem. Wciąż czułam jeszcze niepokój, ale nie była to już ta bezsensowna panika sprzed chwili. Przystanęłam. Znajdowałam się na jakieś polanie, na środku której leżał duży pień drzewa, wydrążony w środku. Całe to miejsce jakoś promieniało spokojem. I kiedy tak stałam, nie rozumiejąc jeszcze do końca całej tej sytuacji, nagle zobaczyłam biegnące między drzewami dwa ogromne tygrysy. Biegły prosto w moim kierunku. Były już tuż, tuż… W ułamku sekundy wrócił mój strach. Chciałam uciekać, ale wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans. Z drugiej strony miałam takie poczucie, iż powinnam zostać. Że ta polana jest tym miejscem, które może mi dać bezpieczeństwo. W panice rozejrzałam się dookoła. Mój wzrok padł na leżący pusty pień drzewa. Wiele się nie namyślając wpełzłam do środka.
A potem wszystko jakby zwołniło tempa, jakby czas się dziwnie rozciągnął. Leżałam w środku drzewa, które nagle stało sie jakby przeźroczyste. Mogłam wyraźnie widzieć wszystko co jest poza nim. I patrzylam jak biegnące dwa tygrysy stapiają się w jednego pięknego białego Tygrysa. Był coraz bliżej i skoro ja moglam go zobaczyć, to i on mógł widzieć mnie. Zatrzymał się. I powoli, majestatycznie podchodził do mnie coraz bliżej. Nadal się bałam i z tego strachu zrobiłm coś zupełnie irracjonalnego. Nie wiem skąd miałam nagle w dłoni białe owoce śnieguliczki. Rzuciłam nimi w stonę Tygrysa, a on jakby uśmiechnąl się. Białe kuleczki zamieniały się w mięciutkie płatki śniegu. I nagle wiedziałam, iż żadna walka nie ma sensu. Jedyne co mogę zrobić, to po prostu poddać się. ZAUFAĆ i poddać się.

Zamknęłam oczy i to był znak. Na moje przyzwolenie. Na moją pokorę i gotowość. Tygrys podszedl do mnie cichutko i delikatnie się położył na tym przeźroczystym drzewie, w którym leżałam. Widziałam dokladnie jego wielkie ciało nade mną, jego białe piękne futro, każdy szczególik. A potem drzewo jakby zmienilo konsystencję, było już jedynie jakąś delikatną powłoką energii. I poczułam ciepło bijące od Tygrysa. Poczułam jak bije jego serce, które prawie przylegało do mojego serca. Nie było już żadnego strachu, żadnego lęku, żadnej wątpliwości. Było jedynie zaufanie i poczucie bezpieczeństwa i tego, iż jestem otoczona cudowną opieką.

A potem z nieba zaczęły spadać kuleczki śnieguliczki, które zamieniały się w mięciutkie płatki śniegu. Powoli zapadała noc. Tygrys ogrzewał mnie swoim ciałem. Otulał mnie swoją opieką. Zasnęłam….


…. po to by w rzeczywistym świecie się obudzić.

nieco inna opowieść o miłości

Moje małżeństwo z Kapselm nie zawsze miało takie kolory jak dzisiaj. Na dobrą sprawę żyliśmy przez wiele lat bardziej obok siebie, niż ze sobą. Łączyły nas dzieci, mieszkanie, poczucie obowiązku i może strach przed samotnością. I łączyła nas Przyjaźń.

Miłość? Upchnęliśmy ją gdzieś w zakamarkach swoich dusz, czasem tylko pozwalając jej wychodzić na światło dzienne. Była. Zawsze była, ale przygnieciona codziennymi problemami. Tak po prostu wpadliśmy w rutynę. Daliśmy oboje się złapać szarości. Nie takie to znowu dziwne, bo na dobrą sprawę codziennie spotyka tysiące małżeństw. Mieściliśmy się zatem w tzw normie. A jednak norma nie daje poczucia szczęścia. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli nieszczęśliwi ze sobą, ale z pewnością też nie byliśmy szczęśliwi. Poczucie obowiązku to za mało, by być szczęśliwym.

Nauczyliśmy się jednak z tym żyć. Do tego stopnia, iż chyba oboje uwierzyliśmy w to, że tak wygląda normalność i tak powinno wygądać małżeństwo. Ale gdzieś tam w zakamarkach naszych dusz, wepchana tam miłość dopominała się, by ją wypuścić.

Życie co rusz stawiało przed nami nowe szanse, ale byliśmy ślepi, albo głusi, by odebrać je właśnie jako szanse. To co widzieliśmy było jedynie kolejnymi problemami.
Raniliśmy się. Często nie zdając sobie z tego sprawy. Z przyzwyczajenia do normalności wciąż coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy. Jedyne co nas trzymało razem to dzieci, poczucie obowiązku i … Przyjaźń. Ta nasza Przyjaźń – takie koło ratunkowe, które całymi latami trzymało nas na powierzchni, nie pozwoliło utonąć.

Byliśmy i nadal jesteśmy tacy inni. Nie jak ogień i woda, ale jak leniwie płynący potok i wodospad. Albo jak ciche ognisko i wulkan. Nasza istota była taka sama, ale zamiast ją wydobyć i na niej zbudować prawdziwy dom, skupiliśmy się na wytykaniu sobie różnic. W konsekwencji dzieliło nas więcej niż łączyło. Wulkan wciąż był wulkanem, ognisko coraz słabiej się tliło…

Ale przecież tam w środku wciąż mieszkała miłość. Cicha, bez prawa głosu, ale wciąż była. Życie jest najcudowniejszym reżyserem. Zesłało nam kolejną szansę w postaci prawdziwych prób. Zrobiło się prawdziwie burzowo, wstrząsnęło naszym domem. Po raz pierwszy dostrzegliśmy w tym co się działo nie tylko trudności, ale naszą szansę. Ostatnią szansę. Potoczyło się lawinowo. Przebudzenie było bardzo bolesne dla nas obu. Wydobyło na światło dzienne tak wiele bolesnych emocji, tyle ran które latami powstawały.

Nie zawsze starczało sił do walki. Bywały chwile, że oboje poddawaliśmy się rezygnacji. Jeden pan bóg wie ile strachu i łez przysporzyliśmy przy tym naszym dzieciom, opowiadając im o tym, że jednak zdecydowaliśmy się rozstać.
Nasze kochane dzieci… To chyba one potrafiły wydobyć z nas wtedy tę Przyjaźń, która zawsze była naszą siłą. Ta Przyjaźń, która znowu jak koło ratunkowe nie pozwalała nam utonąć.

Przez ostatnie 10 lat wypłakaliśmy mniej łez, niż w ciągu ostatniego roku. Ale te łzy były oczyszczeniem. Wreszcie nasze dusze zostały odkurzone z kurzu, z rutyny, z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku… Odkryliśmy na ich dnie właśnie miłość. I pozwoliśmy wreszcie by wypełnila nas po brzegi.

Zmieniło się tak wiele. Może nie widać tego z zewnątrz, ale widać tak bardzo od środka. Za każdym razem kiedy to sobie na nowo uświadamiam, ogarnia mnie jakieś takie wzruszenie. I wdzięczność.

Zmienił się sposób w jaki na siebie patrzymy. Zmienił się sposób w jaki się dotykamy.
To niesamowite ile miłości może przekazać jedno spojrzenie. Nie mówię o pożądaniu, ani o pragnieniu. Mówię o Miłości, której nie są w stanie wypowiedzieć żadne słowa.
I niesamowite ile czułości może przekazać jeden dotyk wypełnionej Miłością dłoni…

Łapię się na tym coraz częściej, że nie tylko nie nudzą mnie, ale wręcz fascynują upływające leniwie minuty na wpatrywaniu się w jego twarz.
Nie mogę się powstrzymać, by go nie dotknąć. Opuszkami palców. Mały, niewinny gest, ale wypełniony czułością. Te same gesty z jego strony nagle stały się naszą codziennością.

I wiecie co, nie ma w nich nic nudnego. Za każdym razem potrafią mnie tak samo wzruszyć, za każdym razem potrafią tak samo tajemniczo wydobyć ze mnie niewyobrażone pokłady czułości. Nie wiedziałam, że tyle tego w sobie mam. I nie wiedziałam, że on ma. Znam jego dłoń na pamięć, znam każdy zakamarek, każde zgrubienie, każde pękniecie skóry, każdą krostkę, odcisk czy zmarszczę. A jednak jest to dla mnie najbardziej fascynująca dłoń na świecie.
Niewypowiedzianie wielka czułość potrafi być zaklęta w jednej dłoni.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak właśnie teraz.

jest czas na Miłość i jest czas na brak jej okazywania

I jeszcze jedno.
Warto zrozumieć także to, że wolność ta polega również na tym, że pozostawiamy drugiej osobie prawo wyboru, czy i kiedy chce swą Miłość nam okazywać.

Nie okazywanie Miłości jest darem, który życie wam ofiaruje po to, byście mogli dostrzec kiedy Miłość Jest i czym ona jest.
Świat w którym żyjemy opiera się na dualiźmie. A przeciwieństwa istnieją po to, by dane rzeczy miały w ogóle szansę zaistnieć.
Gdyby nie było nocy, nie wiedzielibyśmy czym jest dzień. Gdyby nie było smutku, nie rozumielibyśmy czym jest radość. Jedno bowiem nie może zaistnieć bez drugiego.
Grube i szczupłe, smutne i radosne, głupie i mądre, dobre i złe, zimne i ciepłe. Tak samo Miłość ma szansę zaistnieć tylko wobec braku miłości, choćby braku pozornego.

Dlatego traktujcie przerwy w okazywaniu Miłości przez waszego partnera czy partnerkę nie jako przekleństwo, ale raczej jak błogosławieństwo. Oczywiście nie mówię teraz o związkach toksycznych, ani takich, w których prawdziwej Miłości nie ma. Mówię o normalnych zdrowych związkach, opartych na prawdziwym uczuciu.

To wszystko bowiem jest naprawdę fikuśnie urządzone. Związki, zwłaszcza damsko – męskie, by nie traciły na ekspresji i atrakcyjności muszą funkcjonować w oparciu o zasadę: daje i odbiera.
Potrzebujemy przeciwieństw, byśmy mogli zatęsknić i by nie zeżarła nas nuda.

Miłość też potrzebuje przerw w jej okazywaniu. Nie znaczy to, iż mamy przestać kochać lub właśnie przestaliśmy być kochani. Wcale nie.

Możemy w tym czasie zająć się sobą, otoczyć opieką tę właśnie niepowtarzalną cząsteczkę nas. Tego wyjątkowego Ktosia. Byśmy nie utracili nigdy tego miejsca w nas, do którego możemy wracać.

Nie musimy uciekać, nie musimy się oddalać. Wystarczy być, ale być obok. W ten sposób i my i nasz partner/partnerka ma szansę pielęgnować w sobie to, co stanowi nasze Ja.

Jest czas na sianie i na zbieranie. Tak samo jest czas na Miłość i na brak jej okazywania.
Spójrzcie na to jak na dar, jaki daje wam życie. I cieszcie się i delektujcie potem czasem, kiedy Miłość znowu się objawia

miłość daje wolność

Obserwując niektóre wpisy na pingerze, a także „związki” niektórych ludzi, nie mogę wyjść czasami ze zdziwienia nad tym, jak bardzo niektórzy z powodu „miłości” się od Miłości oddalają.

Te wszystkie bajki o dwóch pasujących do siebie połówkach pomarańczy wprowadziły tu niezłe zamieszanie. I myślę sobie, że są poniekąd przyczyną tego, że tak wielu ludzi goniąc za ową połówką, coraz bardziej się od niej oddala i ją traci.

Trzeba bowiem zrozumieć jedną rzecz:

sekret udanego związku nie polega na tym, by się nawzajem dopełniać, ale na tym, by się dzielić swoją pełnią.

Co mam na myśli?
Wyobraźcie sobie początek każdego związku. On i ona (lub też on i on, lub ona i ona) poznają się. Wśród setek innych ludzi zwracają uwagę właśnie na siebie. Dlaczego? Bo jest coś, co nas przyciąga. Mówimy o chemii, a tak naprawdę składa się na to milion maleńkich cząsteczek, które stanowią nasze Ja. Kiedy zakochujemy się to dlatego, że fascynuje nas i pociąga to coś, co stanowi odrębność tej drugiej osoby. Jej wyjątkowość, jej niepowtarzalność, jej odmienność, jej szczególność – te wszystkie cechy, które dla nas wyróżniają ją z tłumu.
Zakochujemy się i chcemy ze sobą być.

I tu następuje moment, w którym wielu ludzi się gubi. Dlaczego? Bo jest w nich lęk. I są oczekiwania. A prawda jest taka, że nic nie oddala nas bardziej od Miłości niż strach, że możemy ją stracić. „Przyciągasz to, czego się boisz”. Bo Miłość albo jest, albo jej nie ma. Jeśli ktoś nas pokochał, to kocha nas takim jakimi jesteśmy. Nie musimy na siłę udowadniać, że jesteśmy „lepsi”. To nic nie pomoże, a bardzo wiele zniszczy.

Najbardziej szaleńczą formą naiwności jest sądzić, że poświecając się w imię miłości, tę Miłość zatrzymamy. Tymczasem prawda jest taka, że przecieknie nam ona przez palce szybciej niż sobie myślimy. Poświęcenie – nie cierpię tego słowa, chociaż być może ma ono jakieś górnolotne znaczenie. Nie wiem jakie filozofie, religie, czy ideologie natłukły ludziom do głów to idiotyczne przekonanie, iż poświęcenie w imię miłości jest dobre dla związku. Nic bardziej mylnego.

Ja rozumiem, że kochając mamy oczekiwania i rozumiem, że kochając chcemy spędzać z tą drugą osobą jak najwięcej czasu.
Rezygnujemy więc z siebie, właśnie po to, by móc osiągnąć to co chcemy: a mianowicie bliskość. By być bliżej tej drugiej osoby, częściej, dłużej, intensywniej…
W pewnym momencie przeradza się to w poświęcenie, a co za tym idzie wyrzekanie się siebie samego. Nagle nasze pasje schodzą na plan dalszy. Nasze zainteresowania, nasza kreatywność, często nawet nasze obowiązki i tym samym nasza odpowiedzialność. I tak krok po kroczku zatracamy w sobie to, co właśnie stanowiło naszą odrębność, wyjątkowość i szczególność. Zatracamy to coś, co było tym magnesikiem, który przyciągał i fascynował. Zatracamy naszą największą szansę.

Szaleństwem jest sądzić, że w ten sposób zatrzymamy Miłość.
A jeszcze większym szaleństwem jest sądzić, że zatrzymamy ją tym bardziej, jeśli i nasz partner/partnerka zaczną się poświęcać. By być bliżej nas. Częściej, dłużej, intensywniej.

Jeden zwariowany krok powoduje kolejny. Zaczynamy być zazdrośni.
O czas. O każdą minutę, którą ta druga osoba nie spędza z nami. To w tym miejscu zaczyna się kontrolowanie. Świadome lub nie. Kontrolowanie może przybrać przeróżne formy, od prawdziwego sprawdzania, poprzez np szantaże emocjonalne, a na milczących wyrzutach kończąc. Okazywanie komuś ciągle naszego uzależnienia od niego, też jest formą kontrolowania. Zakamuflowaną, ale jednak.

Zachowujemy się jak bluszcz, który oplótł piękne drzewo.
A potem jeszcze jesteśmy potwornie zdziwieni widząc, że drzewo traci liście i szarzeje.
Gorzej! Budujemy złote klatki i tam wkładamy tych, których kochamy. W imie miłości.

Rozumiecie?

Nie da się tak zatrzymać Miłości, nie da się w ten sposób jej zwiększyć, nie da się jej przybliżyć. Jedyne co się da, to ją zniszczyć. Bo jakie drzewo chce być duszone? Bo jaki ptak chce przebywać w klatce?

Istotą Miłości jest wolność.
„Jeśli kogoś kochamy powinniśmy mu dać całkowitą swobodę bycia tym, kim jest.
Wyzbądźmy się przekonania, że nasze szczęście zależy od czynników wobec nas zewnętrznych. Zrozummy, że w Miłości nie chodzi o to, co otrzymujemy w zamian za to, co dajemy.
Rozstańmy się z roszczeniami co do czasu, sił lub intensywności miłości drugiej osoby.
Pozwólmy jej kochać nas tak, by nie musiała wyrzekać się siebie.
I sami tego też nie róbmy, bo w ten sposób wyzbywamy się tylko naszej szansy na Miłość.

Miłość jest albo jej nie ma.
Nie da się jej przybliżyć, powiększyć, zatrzymać narzucając pęta lub rezygnując z siebie.
Jeśli ktoś w imię miłości tego od was wymaga, to nie jest to żadna miłość, a jedynie jej marna namiastka. Nie wyrzekajcie się własnej godności, godząc się na namiastki i kiepskie imitacje.”

Prawdziwa Miłość daje wolność.

mandale i cytaty

p1000543

„Jest tyle pięknych rzeczy, które można dostrzec, jeżeli tylko umie się patrzeć. Życie jest rodzajem obrazu. Bardzo dziwnego, abstrakcyjnego obrazu. Można spojrzeć na niego, zobaczyć jedynie chaos i resztę życia spędzić w przekonaniu, że jest właśnie takie. Jeżeli jednak uważnie się przyjrzycie temu obrazowi, skoncentrujecie się i uruchomicie wyobraźnię, życie może stać się czymś więcej.

 (Cecelia Ahern – „Gdybyś mnie teraz zobaczył”)

„Długi wrześniowy weekend” – Joyce Maynard

tytuł oryginału: „Labor Day
niemiecki tytuł: „Der Duft des Sommers
polski tytuł: „Długi wrześniowy weekend” / „Ostatni dzień lata

“Miasteczko Holton Mills w amerykańskim stanie New Hampshire. Nadchodzi koniec lata i wakacji. Zbliża się upalny długi weekend z okazji Święta Pracy. 13-letni samotnik Henry spędza czas głównie na oglądaniu telewizji, czytaniu i fantazjach. Jego jedynym towarzystwem jest rozedrgana emocjonalnie, od lat rozwiedziona z jego ojcem matka. Nagle we czwartek przed świątecznym weekendem, podczas banalnej wizyty w supermarkecie, wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni: pewien tajemniczy ranny mężczyzna prosi Henry’ego o udzielenie mu pomocy. Pięć kolejnych dni będzie w życiu Henry’ego największą lekcją, jaką może dać życie; chłopiec pozna dojmujący ból zazdrości i konsekwencje zdrady, zrozumie, że dobro tych, których kochamy, jest ważniejsze od naszego własnego – oraz że na prawdziwą miłość warto zaczekać.”

Przeczytałam tą powieść, bo jej niemiecki tytuł (a z oczywistych względów w takim wydaniu mam ją w domu), wpasowuje się do mojego projektu „Der Duft” czyli książek niejako zapachowych. Wiem, że to może trochę idiotyczne wybierać książki do przeczytania tylko z powodu tytułu, ale te powieści z „zapachem” mają jednak to coś w sobie.

Ta również miała. Trudno mi określić co dokładnie to było, tym bardziej, iż mimo że czytało mi się szybko i przyjemnie, wcale mnie ta powieść emocjonalnie nie porwała. No serio, trochę dziwne, bo książka jest dobrze napisana, naładowana takimi emocjonalnymi momentami, porusza poważne tematy i w ogóle jest w niej coś takiego wrażliwego. A i tak ani razu się przy niej nie popłakałam, co mi się np zdarzyło przy czytaniu beznadziejnie napisanego Greya (wcale się nie wstydzę do tego przyznawać). Ogólnie rzecz ujmując „Długi wrześniowy weekend” nie była jakąś porywającą lekturą, ale nie była też zła. Była trochę jak długi leniwy weekend w środku lata. Z lekkim zapachem już przejrzałych brzoskwiń. Niby fajnie, a jednak tak, jakby na coś było już za późno. Jakby się coś przegapiło. Jakby przeszło nam koło nosa. Choć na miłość nigdy nie jest za późno.

„Na końcu tęczy” – Cecelia Ahern

tytuł oryginału: When Rainbows End
niemiecki tytuł: Für immer vielleicht
polski tytuł: Na końcu tęczy / Love, Rosie

„Choć losy Rosie i Alexa ułożyły się inaczej, przez kilkadziesiąt lat nie stracili kontaktu, nie zdając sobie sprawy, że z każdym rokiem ich więź staje się silniejsza… Zabawnie i pomysłowo opowiedziane dzieje wielkiej przyjaźni i miłości pary dublińczyków, od czasu gdy oboje mieli po siedem lat. Potem on wyjechał studiować do Bostonu i ożenił się, a ona została nastoletnią mamą.”

41k-y5mwxoL._SX325_BO1,204,203,200_

Prawie za każdym razem gdy biorę do ręki niemieckie wydanie jakieś książki, zadziwia mnie skąd tłumaczom przychodzi do łba takie tłumaczenie tytułów. Zaprawdę Niemcy mają jakąś manię przekręcania tytułów i wymyślania takich, by człowiek musiał się długo zastanawiać o jaką książkę tak naprawdę chodzi. W przypadku powieści Ceceli Ahern jest dokładnie tak samo. Ale przynajmniej szata graficzna niemieckich wydań powieści autorki niezwykle mi się podoba.

„Na końcu tęczy” jest chyba jedyną znaną mi powieścią napisaną w formie całkowicie bez narratora. Ale to właśnie owe listy, maile i rozmowy z czatów powodują, iż Rosie, Alex i inne postacie stają się nam bliżsi. Wcale nie prosto jest opowiedzieć historię 50 lat życia bohaterów tak, by czytelnik ani przez moment się nie nudził. By wręcz zarwał noc i drugą, nie mogąc oderwać się od lektury. Ta książka to duża dawka humoru, romantyzmu i dobrej energii, która z pewnością przyda się niejednemu z nas. Polecam.

w głąb ziemi, w głąb siebie – sen o Tygrysie, pierwsza lekcja

Znajdowaliśmy się w jakieś dziwnej krainie, która wyglądała trochę jak dżungla, tyle że rozciągała się nie w poziomie, a w pionie. Byłam tam z moimi dziećmi, które byly we śnie jeszcze całkiem małe, może miały ze 2 lata. Resztę moich towarzyszy stanowiły zwierzęta: suczka rasy labrador o pięknym złotawym umaszczeniu i dwa malutkie kociaki: lwiątko oraz tygrysiątko. Wędrowaliśmy w tym śnie w głąb dżungli, schodząc jakby coraz głębiej w ziemię. Trudno to opisać, ale kraina wyglądała tak, jakby rozciągała się na wielu poziomach, czy też tarasach. I my po prostu schodziliśmy coraz niżej. Suczka wzięła na siebie rolę przewodniczki. To ona zawsze biegła nieco z przodu, ona sprawdzała najpierw teren, ona wybierała najlepsze miejsca do zejścia. Potem zawracała dając mi znać abym z wszystkimi dziećmi poszla za nią. Wtedy ja brałam moje dzieci za rączki i razem wedrowaliśmy. Kocie maluchy biegły same, doskonale dając sobie radę, ale trzeba je było nieco pilnować. Czasem pomóc skądś zeskoczyć. Suczka w tej podróży pomagała pilnować wszystkie te dzieci, zarówno moje, jak i te zwierzęce. Była taką pełną mądrości, miłości i cierpliwości psią opiekunką i przewodniczką. Najczęściej nasze zejście z tarasu na taras wyglądało tak, iż najpierw schodzila na dół właśnie ona. Potem czekała, aż jakoś podam jej kociaki lub pomogę im zeskoczyć i w końcu schodziłam sama z moimi własnymi dziećmi pod pachą. Po jakimś czasie suczka wyraźnie jakby podzieliła role. I teraz ja opiekowałam się bardziej moim starszym synem oraz tygryskiem, ona zaś bardziej moim młodszym synem i lwiątkiem.

Jednak to nie było tylko takie bezsensowne wędrowanie. Każdy głębszy poziom powodował jakby wejście w głębszy poziom nas samych. A jednocześnie jakieś dojrzewanie. Na zewnątrz pokazywało się to tak, że moi synowie na każdym poziomie stawali się jakby więksi, starsi, bardziej samodzielni. To samo działo się z lwiątkiem i tygryskiem.  Ja sama zaś czułam jakbym z każdym poziomem ptrzymywała  jakąś ważną wiedzę,  chociaż na razie nie miałam pojęcia o jaką wiedzę chodzi.

Nie wiem ile poziomów tak schodzilismy w głąb ziemi, ale przyszedł moment, kiedy mieliśmy odpocząć. Zatrzymaliśmy się na tarasie z cudownym widokiem na zachodzące słońce. Tam zamierzaliśmy spędzić noc. Moi synowie, młody lew oraz suczka byli zajęci swoim towarzystwem. Nie chciałam im przeszkadzać i poszukałam dla siebie miejsca nieco za nimi. Obok mnie usadowił się tygrys. Nie byl jeszcze zupełnie doroslym tygrysem, ale miał już całkiem spore rozmiary. Najpierw leżałam koło niego całkiem naturalnie, tak jakby jego obecność była dla mnie czymś oczywistym. Ale wmiarę jak na horyzoncie gasly ostatnie promienie słońca i robilo się ciemniej, zaczeły mi się wkradać do głowy wątpliwości i lęki. „To nie jakiś tam domowy kot, ale prawdziwy tygrys” – myślalam. Wreszcie, w którymś momencie naprawdę zaczęłam się go bać. A on doskonale wiedział o tym co się we mnie dzieje i na mój strach odpowiedział tym, że się nagle wyprostował, urósł, obnażył kły. Był teraz ogromny, dziki, groźny, przerażający. I stał tak nade mną patrząc na mnie i czekając. Przez ułamek sekundy bylam przerażona, gotowa uwierzyć, iż zaraz mnie zaatakuje. Jednocześnie wiedzialam, iz gdyby się tak stało, to nie mam z nim żadnych szans. I wtedy poddalam się. Pomyślałam sobie, że zamiast marnować te ostatnie chwile na ten ogromny strach, to lepiej jeśli zamknę oczy i sprobuję mu zaufać. Przecież na dobrą sprawę znalam go od małego, a on mnie. Razem przeszliśmy taką drogę. Wspieraliśmy się, opiekowałam się nim, więc dlaczego miałby chcieć mnie teraz nagle atakować. I kiedy tak pomyślałam uslyszałam jak mruczy łagodnie tuż nad moim uchem. Otworzyłam oczy i leżał znowu obok mnie, na nowo łagodny, piękny, spokojny. Odrobinę większy niż wtedy kiedy kładliśmy się spać. Patrzyłam na niego i jeszcze nie do końca ufałam, jeszcze nie do końca. Więc chociaż nie obnażał już kłów, warknąl znowu i patrzył. Czekał. I ja też popatrzyłam. I uśmiechnęłam się. Zrozumiałam bowiem dokładnie tę lekcję. Już całkiem spokojna i w poczuciu bezpieczeństwa zamknęłam oczy. Już nie musiałam się opiekować dłużej tygrysem. Teraz on opiekował się mną. Ja miałam mu tylko ufać.


Zrozumienie przekazu ze snu wcale nie oznacza, że od razu potrafi się coś wprowadzic w życie. Ale zawsze jest to jakiś ważny krok do przodu. Tak więc jestem niezwykle wdzięczna za tę lekcję.

magiczne chwile są w zasięgu naszych rąk

Mam masę wspaniałych wspomnień, do których chętnie wracam. W moim życiu spotkałam wiele cudownych ludzi, dzięki którym przeżyłam magiczne chwile. Każda z tych osób ma swoje miejsce w moim sercu, czasem maleńkie, czasem większe. Wiem, że do końca swych dni będę pamiętać te chwile, bo są jak prawdziwe perełki na moim życiowym sznureczku.
Nie wiem na ile sama się przyczyniłam do tego, że miałam takie a nie inne życie, że mam takie a nie inne wspomnienia. Ale wiem jedno: dopóki jestem wierna sama sobie, dopóki nie boję się ufać ludziom i w nich wierzyć, dopóki stać mnie na szczerość, na zachwyt i na entuzjazm, dopóty moje życie będzie obfitowało w kolejne takie chwile.

Nie trzeba bowiem wielkich wydarzeń, nie trzeba niesamowitych przeżyć. Wystarczy prawdziwość uczuć i szczerość w podejściu do życia, do drugiego człowieka i siebie samego. Wystarczy otwarte serce i oczy i uszy. A każdy dzień może stać się przygodą.
Wystarczy jedynie nieco odwagi, by nie bać się przekształcać naszą codzienność w coś wyjątkowego.

Wierzę w ludzi. Wierzę w przyjaźń. Wierzę w sens tego co mnie spotyka, niezależnie od tego jakie te doświadczenia są.
Nie wierzę w przypadki.

Każdy tzw przypadek jest szansą na to, by zwykłe rzeczy przekształcić w coś magicznego, coś pięknego i niezapomnianego. Wystaczy poczuć i uwierzyć, że się ma taką moc. I zaufać jej.

I tego wam życzę.

to ode mnie zależy jakie będzie moje jutro

Prawo Karmy, czyli prawo przyczyny i skutku jest dla przeciętnego człowieka Zachodu mało zrozumiałe, może nawet zupełnie nieznane. A przecież właśnie to prawo rządzi naszym życiem…

Cały wszechświat jest przejawem energi. Jest ona w nieustannym ruchu, w ciągłej przemianie. Prawo Karmy jest duchowym odpowiednikiem trzeciego prawa Newtona, która mówi, że każdej akcji towarzyszy odpowiednia reakcja.

„Co posiejesz to zbierzesz” – mówi stare porzekadło. I tak właśnie jest. Możemy być pewni, że każdy okruch miłości jaki wysłaliśmy, wróci do nas. Tak samo jak wróci każde z cierpień, które zadaliśmy. Z tej samej lub najprawdopodobniej z innej strony, prędzej czy później, w tym lub w przyszłym życiu. Ale wszystko to wróci. Innymi słowy, jakiekolwiek emocje wzbudzam u innych, ostatecznie staną się one moim doświadczeniem.

Nie chcę tu rozpisywać się nad teoriami. Nie moim zamiarem jest wyjaśnianie czy polemizowanie na temat Karmy. Jeśli ktoś poczuje się zainteresowany, może poczytać na ten temat dużo więcej. W necie znajduje się wystarczająco wiele artykułów.
Tak tylko sama dla siebie sobie głośno rozmyślam…

Kiedy przyglądam się swemu życiu, to skutki działania prawa karmy widzę na każdym kroku. O ileż mniej bolesnym byłyby moje doświadczenia, gdybym dokonywała częściej bardziej świadomie swoich wyborów.

Moje obecne doświadczenia są jedynie konsekwencją moich wczorajaszych wyborów. Jest mi źle, jestem smutna, dzieje się coś nie tak – to konsekwencja tego, że ja sprawiłam wcześniej komuś smutek. Nie patrzę na to jak na karę za grzech. W świecie duchowym nie ma grzechu ani tym bardziej nie ma kar. Są jedynie nieodpowiednie wybory i ich konsekwencje. Po co to?
Byśmy nauczyli się prawidziwe kochać. Byśmy urzeczywistnili siebie jako Miłość.
Tylko po to tu jesteśmy.
Wszystko co wybieram dziś – każda myśl, każde słowo, każdy czyn – wszystko to kształtuje moje doświadczenia w dniu jutrzejszym.

Żyć świadomie to właśnie wybierać świadomie. Daleko mi do tej doskonałości, jednak uczę się tego, każdego dnia trochę więcej…

Nadal jestem bardzo emocjonalną Bafką, popełniającą wiele, wiele błędów. Ale przyglądam się sobie. I uczę się świadomie żyć.
Jest we mnie mniej buntu, a więcej akceptacji. Jest we mnie mniej dumy, a więcej pokory.
Jest we mnie mniej pretensji, mniej poczucia krzywdy, mniej gniewu, a więcej zrozumienia i dystansu…

Uczę się tego każdego dnia. Niektóre lekcje muszę przerabiać po kilka razy, zanim naprawdę do mnie dotrze prawdziwe ich znaczenie.
Mimo wszystko wiem, że to co mnie spotyka, jest tylko odzwierciedleniem energii, które ja sama wprawiłam w ruch.

Uświadomienie sobie własnego wkładu bywa oczyszczające. Pozwala uwolnić się od żalu do innych, pozwala wybaczyć.

Chcesz i ty, by twoje jutro było bardziej świetliste niż twoje wczoraj?
Stań się świecą, już teraz.

 

 

mandale i cytaty

p1000542

„- O, Królik jest mądry – powiedział Puchatek w zamyśleniu.
– Tak – przyznał Prosiaczek – Królik jest mądry.
– I ma Rozum – rzekł Puchatek.
– Tak – zgodził się Prosiaczek – Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenie.
– I myślę – ciągnął Puchatek – że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie.”

 

(Alan Alexander Milne – „Chatka Puchatka”)

pokochać siebie

Ostatnio zbyt często zdarzało mi się znowu wpadać w jakieś kompleksy. Wynajdowałam w sobie dziesiątki niedoskonałości i upatrywałam w nich przyczyny tego, że coś tam mi się nie układa. Bo przecież niby jestem za nudna, za stara, za gruba, za beznadziejna, za mało interesująca i co tam jeszcze.
Teraz sobie myślę, jaki to absurd.
Moje problemy nie wzięły się z tego, że jestm niedoskonała czy nieciekawa. Wzięły się z tego, że sama siebie przestałam kochać.

Obarczałam się różnego rodzaju wyrzutami sumienia, obwinianiem za to czy za tamto, ganieniem za to co nie wyszło. A ani razu sama się nie pochwaliłam. Za to co dobre, co mi się udało, za to co zrobiłam fajnego.

Dlaczego ogólnie jesteśmy dla siebie tacy surowi?
Zamiast dążyć za wszelką cenę do doskonałości, czas chyba najwyższy odkryć na nowo swoją niepowtarzalność. Docenić w sobie to, co jest w nas odrębnego, innego, co różni nas od innych. Przecież każdy z nas ma na ziemi swoją rolę do spełnienia. Kiedy zbyt często się krytykujemy, może się zdarzyć, iż nie dostrzegamy tej roli.

Tak sobie myślę, co z tego, że zdarzały mi się błędy i niewłaściwe wybory. Pomyłki są stopniami prowadzącymi do celu. Po co więc się za nie karać? Czyż nie lepiej łagodnie się im przygladnąć i odczytać ja jako nauki.

Koniec z negatywnymi myślami pod swoim adresem. Zasługuję na szacunek i miłość. Od siebie samej przede wszystkim. Jestem super babką i mam cudowne narzędzia, którymi obdarzył mnie Bóg. Mam dwie ręce i umysł. I mam serce. I mogę z tym zrobić bardzo wiele.

To ode mnie zależy jak będę spędzać na ziemi swój czas.

mandale i cytaty

p1000523

„Kiedy już staniesz twarzą w twarz ze swymi ograniczeniami i zrozumiesz je, możesz z nimi współdziałać, aby one nie działały przeciwko tobie i nie wchodziły ci w drogę, a to właśnie robią, kiedy je ignorujesz, bez względu na to, czy uświadamiasz to sobie czy nie. I wówczas okaże się, że w wielu przypadkach twoje słabości mogą być twoją siłą.”

 (Benjamin Hoff – „Tao Kubusia Puchatka”)

moja galeria – W drodze do wodopoju

„W drodze do wodopoju” (2008), akryl na płótnie, 100 x 70 cm

Znowu afrykańskie klimaty. Obraz jest dość sporych rozmiarów, 1 m szerokości.  Nie lubię małych formatów. Jestem dużą dziewczyną i lubię dużych chłopców. I duże płótna.
Słoniki wiszą na ścianie u kolegi z pracy od Kapsla.

o wdzięczności

 

Czasami zadajemy sobie pytanie na jakim etapie rozwoju jesteśmy. W gruncie rzeczy to bardzo istotne pytanie. Zastanawiamy się np jak wykorzystaliśmy dany nam czas.
Tak sobie myślę, że miernikiem naszego duchowego rozwoju jest po prostu wdzięczność.

W codziennym życiu, zwłaszcza w dzisiejszej gonitwe za pieniądzem, za tym żeby ciągle więcej mieć, tak łatwo zapominamy o tym, co robią dla nas inni. Ciągle jest nam mało i mało. I ciągle jesteśmy niezadowoleni.
Tymczasem wystarczy zmienić nasze wewnętrzne nastawienie, by poczuć płynące w nas szczęście. Wdzięczność jest tu decydującym narzędziem. Bo wdzięczność i zadowolenie z życia są ze sobą nierozerwalnie połączone.

Mąż naprawił nam cieknący kran, albo po prostu wrócił zmęczony z pracy. Traktujemy to jako oczywistość. W końcu obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, czy też naprawienie małych usterek domowych. W końcu po to jest facetem.
Żona ugotowała nam obiad, wyprała i wyprasowała nasze ciuchy. To też oczywistość. Do tego stopnia, że nawet nie zauważamy, iż kryje się za tym czyjaś praca. Rano, kiedy ubieramy czyste skarpety, one zawsze tam po prostu w szafie są… Ale to przecież babska robota i babskie obowiązki. I nie ma się tu dużo co rozczulać.

I chcemy więcej.
Chcemy by mąż był wyrozumiały i czuły. By nie spał po obiedzie, tylko wysłuchiwał naszych relacji z dnia. By nie siedział godzinami przed telewizorem, tylko zajał się dziećmi albo pomógł nam zmywać gary.
Chcemy, by żona była zawsze sexy i z fantazją. By nas intrygowała i pociągała. Nie nudziła domowymi pierdołami i nie miewała migreny kiedy my mamy ochotę na łóżkowe igraszki. By tolerowała nasze wypady z kumplami i wieczorki przy piwie.

Czyż nie lepiej przystanąć na chwilę i zastanowić się ile dla nas codziennie robi ten mąż czy ta żona. Odczujmy wdzięczność za to, co każdego dnia dostajemy. Mąż naprawił kran? Powiedziałyśmy mu za to „dziękuję”? Gdyby to obcy facet dla nas zrobił, na pewno nie zapomniałybyśmy o podziękowaniu. Żona ugotowała obiad?  Co z tego, że może nie lubimy tej przystawki. Gdyby to obca kobieta zaprosiła nas na obiad z pewnością byśmy nie marudzili. Podziękowalibyśmy z uśmiechem.

Nie chodzi o to, byśmy żyli w poczuciu zadłużenia u kogoś, albo byśmy wypowiadali zawsze za wszystko dziękuję. Chodzi raczej o to, byśmy to czuli, wdzięczność w sercu. Bo dzięki niej nasze życie nabierze innych kolorów, a nasze związki zyskają na jakości.

Bądźmy więc wdzięczni partnerowi za to, że dzieli z nami życie.
Bądźmy wdzięczni naszym dzieciom za ich miłość i doświadczenia, które dzięki nim przeżywamy. Bądźmy wdzięczni rodzicom za to, że dali nam życie. Za wszystko co dla nas robią lub robili, tylko dlatego, iż są naszymi rodzicami.
Bądźmy wdzięczni przyjaciołom za to, że są naszym wsparciem.
Bądźmy wdzięczni wreszcie Bogu. Bo to On niejako jest tym wszystkim.

Wdzięczność i zadowolenie są ściśle ze sobą powiązane. Prawdziwa wdzięczność zawsze idzie w parze z zadowoleniem. Zadowolenie, ze swej strony, otwiera drzwi wdzięczności.
Kiedy pozwolimy wdzięczności towarzyszyć naszemu życiu, automatycznie będziemy mniej krytykować. Również samego siebie. Tak sobie myślę, że wdzięczność potrafi rozjaśnić szarości naszego życia. Nadać im barw, światła, kontrastów i fantastycznych kształtów. Dzięki niej obraz naszego życia staje się czymś fascynującym i ciekawym. Czymś, w czym dostrzegamy piękno i harmonię.

I tego wam życzę.

 

 

moja galeria – Zebra i słoń

„Zebra” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm
„Słoń” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Oba obrazy namalowałam w ramach uczenia się malować.
Motywy zatem jak można się domyśleć nie zrodziły się w mojej głowie. Pochodzą z książki „Afrika Bilder” autorstwa Gabriele Schuller. Tak czy siak dobre kilka lat zdobiły ściany w naszym przedpokoju.

„Niewolnica” – Ellen Alpsten

„Porwana przez jedną z hord tureckich z rodzinnego dworu Florence von Sass zostaje wystawiona na sprzedaż na targu niewolników w Imperium Osmańskim. Właściciel młodziutkiej niewolnicy liczy, że sprzeda ją do sułtańskiego haremu, gdyż dziewczyna jest nie tylko piękna, lecz także bardzo inteligentna i wyjątkowo muzykalna. Los jednak chce inaczej i szesnastoletnia Węgierka staje się własnością angielskiego podróżnika, lorda Sama White’a Bakera, który bez namysłu płaci za Florence bajońską sumę z zamiarem darowania jej wolności. Nie przewiduje tylko jednego, że nie będzie w stanie rozstać się ze swoją niewolnicą. Zakochany po uszy podróżnik zabiera dziewczynę do Afryki na niebezpieczną wyprawę. Jej celem jest odnalezienie źródeł Nilu, jak dotąd nikt z takiej eskapady nie powrócił…”

Tematyka jest ciekawa: mało znana Afryka, daleka podróż, przygody, niebezpieczeństwa, odkrycia – jednym słowem mogłaby z tego powstać naprawdę rewelacjyjna książka. Ale na pewno nie jest nią „Niewolnica”. Pomijam już fakt, że polski tytuł jest niezbyt trafiony. Ale ogólnie powieść Ellen Alpsten jest zwyczajnie marna. Napisana jakby z poczucia jakiegoś źle pojętego obowiązku, a nie z pasji pisania. Brakuje mi w niej emocji, brakuje serca włożonego w treść. Narracja, dialogi i nawet opisy przyrody są po prostu jałowe, beznamiętne, suche, sztuczne, nudne.

Książka jest bardzo słaba. Aż się sama dziwię, iż chciało mi się to przeczytać do końca.

myśli wieczorne

Nie wiem co się ze mną dzieje. Jestem jakaś taka rozdrażniona i smutna jednocześnie. A może jeszcze co innego, sama bowiem nie potrafię określić tego, co we mnie jest.
Czytam wpisy na pingerze i chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jacy ludzie ogólnie są dziś nieszczęśliwi. Niby żyjemy w czasach łatwiejszych do życia, w krajach bez wojen, bez głodu, niby jest lepiej, niby… A jakoś mam wrażenie jakby coraz mniej było szczęśliwych ludzi.
Na każdym kroku samotność.
Samotność w pojedynkę i samotność we dwoje.

Spojrzałam nagle inaczej na moje własne życie i na moje problemy.
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, iż mój mąż mnie olewa, że życie przelatuje mi przez palce, że problemy przywalają mnie do ziemi.
Jeszcze niedawno wierzyłam w przyjaciół, w sens wszystkiego co się dzieje…
Nadal wierzę, mimo że przyjaciele odchodzą i mimo, iż nie zawsze potrafię dostrzec sensu w cierpieniu.
Ale może właśnie taka jest jego rola, bym dzięki temu doceniła to, co mam.
Bo przecież słodycz może zaistnieć tylko wtedy, gdy dane nam będzie doświadczyć i goryczy. Noc i dzień, radość i smutek, szczęście i samotność, miłość i strach…

Wydawało mi się zawsze, że posiadłam jakąś tam życiową mądrość. A jednak wciąż byłam małym głuptaskiem. Widziałam tak wiele, a tego co najbliżej nie dostrzegałam.
No, może nie tak do końca. Dostrzegałam, ale nie w pełni.
Przecież ja to wiem, że wdzięczność ma potężną moc sprawczą. Dlaczego więc jestem tak mało wdzięczna najbliższym, za to że są, że mnie kochają.
Jak to łatwo zapomnieć się… Traktuję coś jako oczywistość, jak coś co po prostu jest. A przecież nic nie jest tak o po prostu…

Chyba mam wiele do nadrobienia.

moja galeria – Polne kwiatki w kilku odsłonach

Swego czasu była taka moda na obrazy z motywami namalowanymi jedynie w konturach. Bez żadnych szczegółów. No i tak wzięło i mnie na takie konturowe bawienie się farbami. Motywy z polnymi kwiatkami wydały mi się najbardziej pasowne do takiej koncepcji.

Pierwsze dwa obrazy  – na zdjęciach może tego nie widać – są namalowane w tych samych kolorach. Stanowiły swego rodzaju parę. Przez jakieś 2 lata wisiały u nas w przedpokoju. Teraz wiszą w pokoju jadalnym u znajomych.

„Polne kwiatki 1” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm
„Polne kwiatki 2” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Te natomiast trzy wielkie obrazy namalowałam specjalnie do naszego pokoju. Kiedyś mieliśmy właśnie takie brązowe ściany. Dziś ściany są lawendowe. Mimo to obrazy nadal się ładnie na nich prezentują. Namalowane są na płótnach o wymiarach 30 x 80 cm. Pojedynczo raczej moło efektowne, razem stanowią coś, co wciąż mi się podoba.

„Polne kwiatki x 3” (2008), akryl na płótnach, każde 40 x 80 cm

moja galeria – Dwie strony mnie

„Jestem” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm

Ten obraz znacie doskonale, bo ustawiam sobie go jako mój awatar. Oryginalny obraz jest namalowany na sporym płótnie i obecnie wysyła ciepłe promienie u Nortusa. Może i ten obraz nie jest jakimś specjalnym artystycznym dziełem, ale dla mnie był zawsze czymś wyjątkowym. Ta spirala symbolizuje mnie. Symbolizuje mój powrót do swojego wnętrza. Do tej boskości, którą mam w sobie. Którą każdy z nas ma. Dla mnie ten obraz był pierwszym i najprostszym wyrażeniem tego kim jestem.

„Druga strona” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm

Drugi obraz niezbyt przeze mnie lubiany też symbolizuje mnie. Tylko właśnie tą ciemniejszą stronę. To właśnie ta ja, kiedy nie dbam o swoje ja.  To ta ja, kiedy znaczenie mają znowu problemy, oczekiwania, niespełnione pragnienia, frustracja. To ta ja, kiedy targają mną wątpliwści. Kiedy zbyt wiele zewnętrznych rzeczy trzyma mnie w tym stanie, który nie pozwala żyć naprawdę. To smutny obraz, bo jest symbolem smutnej rzeczywistości. Ale nic nie jest stałe. Spirala symbolizuje dla mnie ruch. Wibrację. Zmiany. Energię, którą mogę przetworzyć. Ode mnie zależy tylko jak.