„Niezwykłe akty prawdziwej miłości” – Danny Scheinmann

„Dramatyczny obraz dwójki mężczyzn, których przy życiu trzyma wspomnienie miłości. Ta pełna głębokich emocji lektura to doskonały debiut niezwykle utalentowanego pisarza !
Rok 1992. Leo Deakin budzi się w nieznanym mu szpitalu, gdzieś w Ameryce Południowej. Jego dziewczyna, Eleni, nie żyje, a on nie potrafi się z tym faktem pogodzić. Obarczając się bezustannie winą za wypadek, wpada w spiralę rozpaczy i beznadziei. Czy Leo ma jeszcze szansę odkryć coś, co na zawsze zmieni jego życie?
Rok 1917: Moritz Daniecki jest galicyjskim zbiegiem z syberyjskiego obozu jeńców wojennych. Od jego miasteczka i ukochanej dzieli go siedem tysięcy kilometrów. Może i Wielka Wojna dobiegła końca, ale Moritz musi jeszcze stawić czoła wycieńczającej wyprawie przez targany wojną domową kontynent. Czy kiedy w końcu dotrze w rodzinne strony, żeby prosić o rękę ukochanej, ona wciąż będzie na niego czekać?
Dwa mistrzowsko ze sobą splecione wątki, dwie fascynujące historie miłosne, dwie opowieści o bólu i stracie, jedna niezapomniana podróż w głąb ludzkich emocji.”

Leo podczas podróży w Ameryce Południowej traci swoją ukochaną, która ginie w wypadku autobusowym. Chłopak obwiniając się za jej śmierć i nie mogąc sobie poradzić ze stratą, wpada w coraz większe objęcia depresji.
Moritz, młody żołnierz, który dostaje się do obozu jeńców wojennych na Syberii. Miłość i nadzieja dodaje mu sił i odwagi nie tylko by z obozu uciec, ale by przejść pieszo kilka tysięcy kilometrów, by wrócić do swojej ukochanej.
Dwie historie, całkowicie odmienne, na pozór nie mające z sobą nic wspólnego. Każda na swój sposób dramatyczna i poruszająca.
Cierpienie, ból, tęsknota, poczucie winy, odwaga, wytrwałość i miłość. Jest tutaj wszystko, włącznie z ciekawostkami z życia zwierząt i elementami fizyki kwantowej. Wydaje się, jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego. A jednak… na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy jednością.
Książka jak najbardziej godna polecenia.

tęcza

Ha! A to ci piękną niespodziankę od Wrzechświata na ten nowy rok dostałam. Tęcza. Tak, tak tęcza w środku zimy. Tzn zimy teoretycznej, bo u mnie dziś deszcz i prawdziwa wichura. I jedynie na chwilkę pojawilo się słoneczko, a wraz nim i tęcza. Co ciekawe pojawiła się z zupełnie innej strony niż zwykle u mnie widać tęcze. Nie zrobilam jej jednak zdjęcia, bo nim wpadłam na pomysł, by w ogóle poszukać aparat, tęcza już zniknęła. Ale co się zobaczyło, to moje. A dla mnie to był taki cudowny znak od Wrzechświata.  Znak, że niezależnie od tego co Życie mi przyniesie, zawsze mam przy sobie całe mnóstwo wsparcia mocy światła. Czyż to nie cudowna wiadomość?

I jakby na potwierdzenie już wieczorem pojawiła się pierwsza trudność, pierwsze wyzwanie do przejścia. Sytuacja standard. Z potencjałem do wielkiego konfliktu między mną i mężem. Taka, która powoduje smutek i łzy. I owszem, ten smutek i łzy pojawiły się na chwilę, ale nie zdominowały naszych serc. Nie rozgościły się na dobre. Nie zrobily nawet miejśca dla żalu, wyrzów czy kłótni. Raczej pomogły otworzyć się na całkiem inną, szczerą rozmowę. Tak jakby Wrzechświat pomógł nam obojgu przejść przez ten mały konflikt zupełnie jak po tęczy. Taki mały-wielki cud.

„Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli” – Justyna Romanowska

„Duch dżungli to zaproszenie do wzięcia udziału w fascynującej wyprawie Justyny Romanowskiej do wenezuelskiej dżungli. Jest to jednak podróż inna niż wszystkie. Autorka przemierza indiańskie wioski, podziwia piękno i moc dziewiczej przyrody, poznaje codzienne życie tubylców, jada to, czym obdarzy ją dżungla – lecz wkracza również w duchowy wymiar tej podróży. I tu zaczyna się gratka…”

Och! Przeczytałam tą książkę z wielką przyjemnością, bo też przepiękna to była opowieść. I chociaż bardzo lubię podróżnicze reportaże i tego typu powieści, to jeszcze bardziej ujmują mnie książki z duchowym przesłaniem. A tutaj dostałam oba te tematy w jednym pakiecie. Bo tak naprawdę „Duch dżungli” to nie tylko opowieść o Wenezueli, o Indianach czy samej dżungli, ale to przede wszystkim przepiękne świadectwo tego, kim jest sama autorka. Jakie ma podejście do życia, do innych ludzi, do  przyrody. Tak mnie ujęła pani Justyna tą swoją prostotą, otwartością serca. Tyle nauczyła. Tak bardzo poruszyla moje własne serce, że jestem pełna wdzieczności wobec niej za tę cudona książkę. I za każde napisane w niej słowo. Bo  dla mnie to nie są jedynie słowa, ale magia serca, siła serca, moc serca.

Bardzo bardzo polecam, nie tylko miłośnikom podróżniczych opowieści

deszczowy dzień

Dopiero teraz, kilka dni temu zabrałam się za czytanie „Biegnącej z wilkami”. Powoli mi idzie, ale nie o książce chciałam pisać. Tylko o tym, że znowu zadziwia mnie (w znaczeniu nie, że się dziwię, ale w znaczeniu że dostrzegam, odkrywam odpowiedzi i jestem wdzięczna za nie), jak Wrzechświat / Bóg / Źródełko / Wielki Duch w cudowny sposób daje mi znać, że: „Hej Basiu, jestem tu obok i wspieram cię „. Tak, tak, mniej więcej tak to się dzieje.
Idę sobie deszczową ulicą na zakupy, trochę sobie po cichu płaczę, bo akurat trochę więcej się zwaliło, mam doła i w ogóle jakaś taka dupiowato bezsilna się czuję. Idę zatem w tym deszczu, łzy mi lecą, choć można by uznać, że to taki mój wewnętrzny deszcz, więc jak najbardziej jest akurat na czasie. No i wypływa ze mnie ten smutek, lęk i to uczucie bezsilności, powolutku jakby znikają i jakaś taka pustka w mojej głowie się pojawia. Nie pytam już co dalej, jak dalej, nie pytam dlaczego, ani nawet nie próbuję zrozumieć co akurat się dzieje. A tu ni stąd ni zowąd „puk, puk” – akurat teraz przypomina mi się co tam wyczytałam w tej „Biegnącej z wilkami” kilka dni temu. I tak jakby zaczyna mi świtać w głowie: „puk, puk, hallo, to ja, inicjacja do nowego, a nie jakiś tam problem”. Nie do końca świadomie tak to rejestruję, bo nie jest to jakaś myśl przejrzysta, ale bardziej jak coś, co się pojawia na krawędzi mojej świadomości. Tak jakbym dostrzegła to zaledwie kątem oka. Ot mignęło, ale jednak „zobaczyłam”. I z miejsca czuję się lepiej. Łzy już chyba przestały lecieć, jakaś taka silniejsza się czuję, jakaś bardziej sklejona w środku. Nawet mam ochotę się uśmiechnąć. „Oj boziu, fajnie że ze mną jesteś.” Prawie słyszę jak Wrzechświat się uśmiecha . „Ty to zawsze znajdziesz jakiś sposób by poklepać po ramieniu i wesprzeć. Dzięki”. I w odpowiedzi słyszę nagle piękny śpiew ptaka. „Co za ptak śpiewa w czasie grudniowego deszczu?” dziwię się jeszcze przez sekundę. Ale jednocześnie wiem, że to jest śpiew dla mnie. Taki znak od Wrzechświata. Wielki Duch jest przy mnie. Bozia jest przy mnie. Joe jest przy mnie. We mnie, wokół mnie, ja jestem w nim. Wcale się nie muszę bać, smucić, martwić. Wcale nie muszę wielce dawać rady. Mam zaufać. No to ufam.
 
Od razu mi lepiej.

„Chata” – William Paul Young

„Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana, ale ciała dziewczynki nie odnaleziono. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie.
Mack spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatuśkiem, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu, Azjatką uosabiającą Ducha Świętego.

Gdybym czytała tę książkę wiele lat temu, jeszcze przed „Rozmowami z Bogiem”, wtedy moze byłabym mocno poruszona. Moze bym ją polubiła na maxa i uznała ją za cudowną. Ale przeczytałam teraz. I jakoś tak nie za bardzo mi przypadła do gustu. Owszem, jest na swój sposób piękna, zawiera w sobie ważne przesłania, ale było w niej coś, co mnie mimo wszystko uwierało. Nie do końca ze mną rezonowalo i nie do końca przez to mogłam ją odebrać sercem. Historia sama w sobie, w której to szargany smutkiem po stracie córki Mack spotyka w chacie boga, jest całkiem dobra i naprawdę ma potencjał. Jednak jak na mój gust całość jest napisana tak, jakby momentami autorowi zabrakło weny twórczej. I akurat w tych momentach kiedy poruszane były naprawdę istotne kwestie między bogiem i Mackiem, dialogi stawały się raczej chaotyczne, czasem mało zrozumiałe, albo i nieco naciągane. Miałam wrażenie, jakby autor nie do końca chciał dzielić się tym, czym dzielić się zaczął.  Z drugiej strony, książka może na pewno pomóc niejednemu czytelnikowi naprawić więzi z bogiem, więc już choćby dlatego zasługuje na plusy i moją pochwałę.

ufam Życiu

Odebrałam dwa dni temu Olivera ze szpitala. Czeka go teraz oczywiście terapia, wiele wizyt u lekarzy, nas przy tym załatwianie wielu papierów, by jak najszybciej przyznano mu grupę inwalidzką, a potem kilku jeszcze ważnych spraw. A przy tym wszystkim święta już za tydzień. W tym roku będą dla nas one pewnie nieco mniej świąteczne, przynajmniej jeśli chodzi o te wszystkie przygotowania, tradycyjne potrawy itp. Ale czy to jest ważne? Dla mnie świętem i radością jest to, że jesteśmy razem, że się wspieramy, że mimo wszystkich tych trudnych chwil i doświadczeń, zawsze jest miejce i czas na miłość. Zarówno dla nas jak i dla innych. I to się prawdziwie liczy.
 
Niekórzy z was pytali mnie jak ja daję sobie radę, skąd biorę tę pogodę ducha by wobec tej choroby syna i wielu trudności, które przez to zwałiły nam się na głowę, nie tylko nie załamywać się, ale wciąż widzieć to piękno i doskonołaść w tym co przychodzi. Nie wiem, ale wydaje mi się że po części leży to w mojej naturze, a po części pomogła mi huna. Może mam to szczęście, że urodziłam się pod takimi gwiazdami, które wyposażyły mnie w nieco więcej optymizmu i ufności do życia. To nie jest jedynie naiwność, to jest prawdziwa wiara w to, że będzie dobrze. Dlatego, że tak naprawdę nic nie jest tylko takie, jakie być się wydaje. I tu pojawia się huna, która parę lat temu zawitała do mojego życiu, albo raczej ja zawędrowałam na jej ścieżki. I wszystko się zaczęło zmieniać. Walka zamieniła się w akceptację. Bezsilność w ufność, która napełnia odwagą, daje siłę i moc. Zawziętość lub poczucie krzywdy zamieniły się w pokorę i wybaczenie. I wreszcie to co najważniejsze, owe uczucie wdzięczności połączone z otwartością serca. I gotowość do miłości. Mimo wszystko. To nie jest naiwność. To jest siła.
 
I pisząc te słowa naprawdę absolutnie wierzę w to, że nie ma takiej rzeczy, której milość nie może uleczyć. Nie chodzi mi jedynie o dosłowne choroby, ale praktycznie o wszystko. O relacje nasze z innymi, o relacje nasze z samym sobą, czy bogiem. Nie zawsze wszystko musi być idealne, takie jak chcemy, czy sobie wyobrażamy. Życie to rytm, a rytm to rytm. Raz jest dzień, a raz noc, raz lato, a raz zima, raz lepiej, a raz gorzej. Ale zawsze jest możliwość wyboru. Mogę się lękać albo mogę zaufać. Tyle wspaniałych narzędzi mamy w sobie. Każdy z nas. I jeśli się o tym wie, jeśli się ma odwagę po nie sięgać, wtedy zaufanie po prostu staje się. Tak, staje się, bo i ja stawiam się do Życia. I ufam, że to Życie dba o mnie i dba o moich bliskich. Życie, Wrzećhświat, Źródło, Bóg – nazwa nie ma znaczenia.
 
  Aloha Mahalo
 
Kochani,
Wszystkim Wam życzę zaufania do Życia i cudownego czasu. Magii nie tylko tej świątecznej, ale codziennej. Niech Miłość i Wdzięczność Was prowadzą, a złoty deszcz błogosławieństwa niech towarzyszy wszystkim Waszym ścieżkom.

blaski zieleni

Nawet jesli moja codzienność czasami zasnuta jest ciemnymi chmurami, to jakże mogłabym całkowicie zapomnieć o tym, że zawsze można sobie nieco blasku samemu wyczarować.
Takie tam moje czary mary, oczywiście malowane farbami.

Malowanie to dla mnie jest jak forma modlitwy. Każdy ma jakis swój sposób, a mój jest własnie taki. Poczułam, iż potrzebuję teraz dużo zieleni, więc taką sobie wymalowałam w mojej Księdze Blasków. Bardzo mi to pomogło samej się sharmonizować. I w ogóle jakoś tak pozytywnie na mnie wpłynęło.

 

„Jesus liebt mich” – David Safier

„Marie hat das Talent, sich ständig in die falschen Männer zu verlieben. Kurz nachdem ihre Hochzeit geplatzt ist, lernt sie einen Zimmermann kennen. Und der ist so ganz anders als alle Männer zuvor: einfühlsam, selbstlos, aufmerksam. Dummerweise erklärt er beim ersten Rendezvous, er sei Jesus. Zunächst denkt Marie, dieser Zimmermann habe nicht alle Zähne an der Laubsäge. Doch bald dämmert ihr: Joshua ist wirklich der Messias. Hat Marie sich diesmal in den falschesten aller Männer verliebt?”

David Savier należy do moich ulubionych autorów, dlatego też zawsze z radością sięgam po jego ksiązki. W grudniowej atmosferze świąt wybrałam do przeczytania tą, której tytuł już sugerował spotkanie z Jezusem. Ha! No ale jak to u Saviera, musiałoby być nieprzewidywalnie i nieco poplatanie. Pojawili się zatem do kompletu również anioł Gabriel, Szatan i nawet sam ojciec Bóg. A wszystko na tydzień przed ostateczną apokalipsą i sądnym dniem. Na szczęście we wszystko wplątana była nasza główna bohaterka Marie. I chyba dzieki niej powieść w ogole była zabawna, a jednocześnie taka … na swój sposób swojska.
I chociaż moim zdaniem nie jest to najlepsza powieść Saviera, to jednak było miło ją poczytać.

„Nieznane więzi natury” – Peter Wohlleben

„Jeśli spotkałeś się z opinią, że korniki to pasożyty niszczące zdrowy las, a wilki to tylko niebezpieczne drapieżniki, które wymagają odstrzału, to sprawdź, jakie są fakty. W swojej kolejnej książce Peter Wohlleben ujawnia niewidoczne dla zwykłych obserwatorów więzi między wszystkimi stworzeniami – od niepozornych bakterii po dumne dęby i buki. Pokazuje nam, jak ich wzajemne relacje trzymają w ryzach cały bogaty ekosystem przyrody, dzięki czemu pozostaje on w równowadze. Uświadamia, że o środowisko musi dbać nie tylko „leśna policja”. Przyszłość niebieskiej planety zależy również od tego, jaką rolę w tym procesie odegrają ludzie.”

Jak dla mnie książka była niezwykle ciekawa. Może nie aż tak bardzo jak poprzednie części leśnej trylogi, ale jednak ani przez moment się przy tej lekturze nie nudziłam. Peter Wohlleben ma dar opowiadania o wszystkim w bardzo prosty, a jednocześnie interesujący sposób. Tym samym książka (podobnie jak i poprzednie części) nie tylko przybliża czytelnika do natury, zwłaszcza naszych środkowoeropejskich lasów, pomaga lepiej ją poznać i zrozumieć, ale po prostu budzi taką zupełnie nową płaszczyznę połączenia. I to jest niezaprzeczalnie największy dar z tej lektury. Serdecznie polecam.

„Cienie Ziemi” – Beth Revis

„Ostatni tom bestsellerowej trylogii Beth Revis. Kontynuacja „W otchłani” oraz „Miliona słońc”.

Uczestnicy misji docierają do nowej Ziemi, lecz towarzyszy im poczucie przeraźliwej grozy. Są osaczeni przez krwiożercze bestie i paraliżującą roślinność, zagrażają im nieznane technologie. Pojawiają się kolejne morderstwa. Czyżby planeta próbowała zabić swoich kolonizatorów?”

Trzecia część trylogii podobnie jak poprzednie po prostu powala. Jest na maxa wciągająca, zaskakująca, piękna i niesamowita. Znowu mamy tu wiele zagadek, pytań i dramatycznych zwrotów akcji trzymających czytelnika w napięciu i niepozwalających nawet na odrobinę nudy. A przy tym jest w tym wszystkim ukryte piękno i przesłanie.
I kiedy doczytałam do ostatniej strony aż żal było mi się rozstać z bohaterami i tym fantastycznym światem na Centurii Ziemi. Gorco polecam!

magiczne księgi – Paw

Paw, królewski ptak, posłaniec bogów, od zawsze mnie przyciągał. Pawie piórka, pawie kolorki, pawie przesłanie. Zawsze kiedy zapomnam o samej sobie, paw w jakiś magiczny sposób pojawia się i przypomina. Ta księga jest takim moim wyrazem wdzięczności wobec pawia. I by uhonorować go po królewsku, jak na pawia przystało, nawet kartki otrzymały złoty rand.

„Milion słońc” – Beth Revis

„Misja trwa. Po obaleniu dyktatora na pokładzie „Błogosławionego” zapanowała radość. Nie trwa jednak długo, gdyż okazuje się, że załoga statku skrywała tajemnicę, która może przesądzić o losach wyprawy. Niespodziewanie nowa fala morderstw staje się zalążkiem buntu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.
Amy rusza tropem tajemniczych wskazówek pozostawionych przez jednego z uczestników misji, a Starszy mierzy się z nowymi wyzwaniami, które stanęły przed nim jako przywódcą. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, czy kiedykolwiek pasażerowie „Błogosławionego” dotrą do nowej Ziemi…”

Drugi cyklu „W otchłani” jest jeszcze ciekawszy od pierwszego. A ż trudno było mi sie oderwać od czytania. Amy przestała być już tak irytująca, stała się jakby dojrzalsza, a przez to bardziej sympatyczna. Również Starszy przytłoczony spoczywającą na jego barkach odpowiedzialnością znacznie wydoroślał. Oboje nie są już zagubionymi dzieciakami, a parą młodych ludzi, która dzielnie stawia czoło niebezpieczeństwom i wyzwaniom. A dfzieje sie naprawdę wiele. Do tego wszystkiego dochodzą zagadki pozostawione przez Oriona i oto mamy pakiet wszystkiego, co czyni tę książkę niesamowicie ciekawą i wciągającą od pierwszej strony do ostatniej. Jak dla mnie rewelacja.

magiczne księgi – Wilk

Na pierwszą księgę wybrałam motyw z wilkiem. To taka mała kopia obrazu namalowanego kiedyś dla mojego Olivera. Oj, przyznaję, malowanie na księdze zamiast na płótnie przy sztalugach to zupełnie inne doświadczenie. Ale sprawiło mi równie wiele radości. Dopieszczałam więc to swoje nowe dzieło z prawdziwą czułością, z miłością i błogosławieństwem.  Aby samo w sobie było takim swoistym blaskiem, w tej pierwszej wymalowanej przeze mnie księdze blasków.

 

 

 

 

 

magiczne księgi – obrazy w nowej odsłonie

Jakiś czas temu szukałam sama dla siebie jakieś pięknej księgi, która mogłaby mi posłużyć jako taka moja osobista, magiczna Księga Blasków. Dłuuuuugo szukałam w internecie takiej, która naprawdę by mi się podobała od pierwszego wejrzenia. No ale wreszcie znalazłam. Przybyła do mnie aż zza oceanu. I chociaż zachwycała mnie ona jako ona, to już mniej zachwycająca była jej cena. I wtedy właśnie pomyślałam, iż przecież ja sama potrafię również wyczarować taką ksiżkę. No dobra, może nie całkiem od początku, ale przynajmniej mogłabym gotowe już małe księgi farbami przemienić w magiczne małe księgi.

Księgi Snów
Księgi Blasków
Księgi Wdzięczności
Księgi Małych Cudów

Co tam duszy  się w takiej księdze zamarzy zapisać.

Najpierw trzeba było znaleźć same księgi, z okładkami oprawionymi w lniane płótno.  I koniecznie z kartkami takimi, na których można pisać piórem bez obawy, że atrament będzie się rozlewał jak w bibule. Ale wiadomo, kto szuka ten znajdzie. Tak i ja wreszcie znalazłam. Kupiłam pierwsze trzy na próbę, a potem zabrałam się za malowanie. I tak powstały moje pierwsze magiczne księgi.

„W otchłani” – Beth Revis

„Siedemnastoletnia Amy dołącza do swoich rodziców jako zamrożony ładunek na pokładzie ogromnego statku kosmicznego Godspeed i sądzi, że obudzi się na nowej planecie za trzysta lat. Nigdy nie przypuszczałaby, że jej drzemka skończy się o 50 lat za wcześnie i że będzie zmuszona żyć w wymagającym odwagi i uporu świecie statku kosmicznego, który rządzi się swoimi prawami.
Amy szybko zdaje sobie sprawę, że jej pobudka nie była żadną awarią komputera. Ktoś z kilku tysięcy mieszkańców statku próbował ją zabić. I jeśli Amy nie zrobi czegoś i to szybko, jej rodzice będą następni.
Teraz Amy musi spieszyć się, aby rozszyfrować ukryte sekrety statku Godspeed. Lecz wśród jej listy podejrzanych morderców jest tylko jeden, który naprawdę się liczy: Elder, przyszły dowódca statku i miłość, której nigdy by nie przewidziała.”

O mamuńciu! Nie myślalam, że ta książka aż tak mnie zachwyci. Oczywiście jak to ja, sięgnęłam po nią zauroczona szatą graficzną. Pewnie gdyby nie ta okładka, to bym nie zwróciła na tą książkę najmniejszej uwagi, tym bardziej, że s-f nie należy do moich ulubionych gatunków. No ale na szczęście nie przypadkiem powieść otrzymała taką cudną sztę graficzną. Chyba właśnie po to, by przyciągnąć mnie do siebie. I co tu dużo mówić: książka totalnie mnie oczarowała. Zaczęło się w sumie niezbyt pociągająco jak na moje gusta: jakieś igły, rurki w gardle, zamrażanie …. beeee. Ale potem… potem zrobiło się naprawdę ciekawie, nieprzewidywalnie i po prostu tak, że człowiek nie może się doczekać by sięgnąć po kolejne cześci tej kosmicznej przygody.
Jeśłł jeszcze nie czytaliście, to jak najbardziej polecam.

łapacze snów – dla Darii

Oczywiście z pawimi piórami, a także piórem kruczym i meleńkim sójkowym. I kilkoma kogucimi. W pierwotnej wersji łapacz miał nieco inne kolorki, więc poprawiłam, aby wprowadzić do niego tę ciemną zieleń. Daria jest jak wróżka z baśniowego świata, siostra elficka, czarodziejka słowa. Oby ten łapacz pomógl jej śnić jeszcze piekniejsze, prawdziwe szamańkie sny.

dla Darii

„Anna, Hanna i Johanna” – Marianne Fredriksson

„Trzy kobiety, przedstawicielki trzech pokoleń jednej rodziny. Mogłoby się wydawać, że nigdy nie połączyły ich naprawdę silne więzy, że dzieliło ich wiele zadawnionych pretensji i niedomówień. W rzeczywistości ich losy tworzą ciąg wzorców, dziedziczonych przez kolejne generacje. Przekona się o tym najmłodsza z bohaterek, kiedy nie mogąc się porozumieć z umierającą matką, sama postanawia rozwikłać zagadki rodzinnej przeszłości.”

Sagi rodzinne na pewno nie należą do mojego ulubionego gatunku literatury, ale od czasu do czasu lubię sobie jakąś poczytać. Po tę sięgnęłam po prostu na chybił trafił. I jak było? Z jednej strony nieco chaotycznie, z drugiej nieco leniwie. Wszystko oplecione skandynawskim klimatem i odrobiną tła historycznego. Nie porwała mnie ta powieść na tyle, bym była nią zachwycona albo jakoś bardzo poruszona, ale czytało się całkiem fajnie. Nie byłam ani zmęczona tą lekturą, ani znudzona. Ot, tak jak w życiu nie zawsze dni są jakąś wielką przygodą, a mimo wszystko każdy na swój sposób jest wyjątkowy. Tak samo było i tutaj, czasem radośniej, a często bardzo smutno, może nie porywająco, ale na swój sposób pięknie.

stawiam się

Padł mi komp więc na razie nie bardzo mam jak tutaj pisać. A tyle się dzieje. Tyle w głowie pojawia się przemyśleń, tyle w duszy poruszeń, tyle wizji nowych, nawet snów. No i nowe odkrycia. A właściwie stara mądrość, która na nowo się do mnie przebiła. To co od zawsze jakoś czułam w sobie, ale pod wpływem różnych emocji, ego, czasem lenistwa czy buntu niekoniecznie zawsze chciałam o tym pamiętać.

A Miłość po prostu jest.

I tak jak już wiele lat temu, tak samo i dziś wciąż takich samych udziela odpowiedzi. Bo kiedy nie wiesz jak, to zapytaj samego siebie: co uczyniłaby teraz Miłość? I będziesz wiedzieć.

I kiedy czasem przyjdzie mi po cichu jakiś impuls, o którym w środku serca wiem, że przyszedł z głębi mojej duszy, a potem wkradają się wątpliwości umysłu, bo „po co”, „nie warto”, „nie powinnaś”, „nie wypada”, czy jakieś jeszcze inne „nie”, to najpierw często jeszcze uciekam. Chowam w sobie ten impuls udając, że go nie było. Ale on był. I ja to wiem. I nie da się oszukać samej siebie, cokolwiek udając. Nie da się uciec od siebie, odkladając to coś na nieokreślone kiedyś. Tzn, może się da. Ale ja już nie chcę. I w zasadzie chyba nigdy nie chciałam, ale nie zawsze miałam od razu odwagę wybrać to, co wiedziałam, że w gruncie rzeczy jest dla mnie naturalne, bo wypływa z najbardziej prawdziwej części mnie samej. I nawet nie muszę pytać ” co zrobiłaby teraz Miłość” bo przecież znam odpowiedź. Ona przychodzi w postaci tego impulsu jeszcze zanim zapytam. Tylko teraz, wreszcie mam coraz więcej odwagi do tego, by prawdziwie stawić się. Nie tylko wybrać, ale prawdziwie stawić się do te tego, co zrobiłaby Miłość.

Bo przychodzi taki moment, kiedy już nie sposób uciekać czy odsuwać od siebie odpowiedzialność. Wiesz. Wybierasz. Stawiasz się.

I nieważne jak się potoczy. Ważne jest owe stawienie się. Owe pójście za tym wewnętrznym najbardziej prawdziwym impulsem. Owo wybranie prawidziwie samego siebie.

Tym jest dla mnie owa pasja życia.

Rozmowy z drzewami – Weronika Dąbrowska

„„Rozmowy z Drzewami” to poradnik dla poszukujących duchowego kontaktu z Naturą, dla artystów, dla ludzi poszukujących własnej mocy i inspiracji w sobie. Drzewa są zanurzone w Miłości i nie mają ambicji zostania autorytetami. Są przewodnikami. Prowadzą każdego do siebie. Nasi przodkowie wiedzieli jaka jest ich moc. W książce pokazuję jak można wrócić do pradawnego kontaktu wszystkiego ze wszystkim na Ziemi z poziomu człowieka zagubionego w cywilizacji europejskiej.”

Ta książka jest z całą pewnością wyjątkowa i nieporównywalna do żadnej innej. I trudno ją upchnąć do jakiejkolwiek kategorii, bowiem tak szerokie są tematy, które porusza. To nie jest książka jedynie o drzewach, ale o wszystkim, o naszym życiu, o duchowości, o światach, duszy. I choć książeczka objętościowo jest raczej niewielka, to z pewnością nie jest to lektura jedynie na jeden wieczór. Ja sama dawkowałam ją sobie w małych kawałeczkach smakując, oswajając się, znowu smakując. Nie była to łatwa lektura. Bo i też treści – przekazy od drzew, nie zawsze były łatwe. Niektóre tematy były mi już znane, wręcz zaprzyjaźnione. Inne zupełnie nowe, zastanawiały, wprowadzały w konsternację, wymagały aby się nad nimi zastanowić, podumać… Choć w zasadzie nie jest to wiedza, którą można zrozumieć jedynie umysłem. Tak, tutaj do czytania tej książki zdecydowanie potrzeba otwartości serca. I czułam od pierwszych stron jak i moja czakra serca się otwiera i wibruje. Nie cały czas, bo były też momenty trudne, nieoswojone, nieco nawet mnie osobiście przygnębijace. Jednak jako całość książka niezwykle mnie poruszyla. Nie potrafię na razie jeszcze ubrać tego w słowa, ale wiem, że coś się we mnie dzięki tej lekturze zmieniło. Coś odblokowało, uwolniło, coś malutkiego się narodziło. I czuję, że dla dzisiejszego człowieka jest bardzo ważne odbudowanie relacji z przyrodą. Też właśnie z Drzewami, skoro one przecież tak bardzo nas wspierają. Jestem wdzięczna Weronice za tą cudowną książkę. Bo dla mnie jest ona takim ważnym kroczkiem do zmian w świadomości, dla mnie samej. I z pewnością jeszcze nie raz będę do niej wracać i odkrywać nowe perełki i nowe bramy do Jedności.

łapacze snów – mój

Tego łapacza zrobiłam dla samej siebie. Jest to szczgólny łapacz, bo zasilają go pióra aż 8 gatunków ptaków (8 jest dla mnie szczególną liczbą, bo to moja liczba urodzeniowa). I tak jest tam po jednym piórze kruka, dzikiego indyka, sroki i  bażanta oraz po dwa piórka perliczki, koguta, kaczki krzyżówki i sójki.

Na zdjęciu tego nie widać, ale te naturalne pióra mają naprawdę piękne kolory. Czarne pióro sroki błyszczy w świetle opalizującą zielenią, krucze wydaje się być czasem aż granatowe. Te od kaczki czy sójki są cudem same w sobie. Każde z tych piór z osobna po prostu mnie zachwyca. A razem tworzą coś niesamowicie pięknego w energiach, przynajmniej dla mnie.

mój

zwierzęta mocy – hiena

źródło zdjęcia: https://www.tapeciarnia.pl/

Hienowate to rodzina dużych ssakow drapieżnych obejmująca obecnie 4 gatunki. Oprócz tego do rodziny zalicza sie również kilka gatunków wymarłych np hienę jaskiniową. Jeszcze w plejstocenie hieny zasiedlały całą Europę z Wyspami Brytyjskimi włącznie oraz Azję wraz z południowymi rejonami Syberii. Obecny zasięg występowania przedstawicieli tej rodziny obejmuje tereny Afryki na południe od Sahary, Półwysep Arabski, Azję Mniejszą, Pakistan i Indie. Wszystkie hieny mają bardzo charakterystyczną sylwetkę ciała: przód jest wyraźnie masywniejszy i wyższy, co nadaje im wrażenie zgarbionych. Jest to spowodowane tym, że mięśnie przednich łap, barków, szyi i głowy są bardzo silnie rozwinięte. Tylne łapy są nieco krótsze i mniej umięśnione. Pysk hien jest stosunkowo krótki, bardzo masywny, z silnym uzębieniem Uszy bardzo duże, spiczaste lub zaokrąglone. Hieny są palcochodne, a ich łapy zakończone są tępymi pazurami. Hieny tworzą zhierarchizowaną strukturę społeczną, chociaż różni się ona u poszczególnych gatunków. Najbardziej hierarchiczną, opartą na zasadzie matriarchatu, ma hiena cętkowana. Samice są silniejsze i większe od samców i to one tworzą trzon stada. Wielkość klanu i jego rewiru zależy od zamieszkiwanego środowiska. Zazwyczaj w klanie jest od 15 do 80 osobników. Samce wędrują między klanami, samice pozostają w klanie, przy czym córki wyżej postawionych samic dziedziczą ich pozycję w grupie. Samice mają bardzo dużo męskich hormonów, nawet ich zewnętrzne narządy płciowe bardzo przypominają męskie. Są również znacznie bardziej agresywne. Hieny brunatne łączą się w bardziej luźne stada, a hiena pręgowana często żyje samotnie lub wybiera życie w malych grupach. Hieny są aktywnymi drapieżnikami. Jedzą wszystkie małej i średniej wielkości ssaki kopytne. Polują zwlaszcza na gnu, ale czasem uda im się zdobyć mlodego bawoła czy hipopotama. Hiena cętkowana posiada najsilniejsze szczęki wśród ssaków, silniejsze nawet od jaguara. I chociaż hieny nie cieszą się zbyt dobra opinią i często przypisuje się im same negatywne znaczenie, takie jak żerowanie na innych, podstępność czy fałsz, to jednak, podobnie jak wszystkie inne zwierzęta, są wspaniałymi nauczycielami, a dary, jakimi nas obdarzają, są wartościowe i mają swoją wielką moc.

źródło zdjęcia: https://www.tapeciarnia.pl/

Jako zwierzę mocy hiena nie pojawia się zbyt często. Kiedy jednak wkracza do naszego życia, możemy być pewni, iż przychodzi jako przyjaciel i bardzo silny pomocnik. Hiena jest bowiem przewodnikiem po krainie cienia, posłańcem od naszych przodków i przychodzi do nas, by pomóc nam uzdrowić nasz Ród, a co za tym idzie i nas samych.

Hieny są często postrzegane jako tępe i podłe padlinożercy, którzy podstępnie wykradają zdobycz innym drapieżnikom, czyli żerują na innych. W rzeczywistości hieny są niezwykle rodzinne, inteligentne i dobrze zorganizowane. Owszem, często odżywiają się również padliną, ale przede wszystkim są doskonalymi myśliwymi. Jednymi z najlepszych na sawannie. Hieny atakują tylko wówczas, gdy mają pewność odniesienia sukcesu. W ten sposób jako zwierzę mocy hiena uczy nas jak najlepiej i najskuteczniej odnaleźć się w naszej rodzinie czy grupie. Uczy nas wykorzystywania  w pełni naszego potencjału do współpracy z innymi. Nikt z nas nie żyje w samotności. Każdy ma swoje miejsce i swoje zadania w wielkiej Całości. Dzieląc się z innymi darami, które posiadamy, naszymi talentami i umiejętnościami, tworzymy razem z nimi owe poczucie przynależności, braterstwa, jedności.
Hiena podkreśla tutaj  zwłaszcza nasze więzi z rodziną, z naszym Rodem. Przypomina nam o często zapomnianej prawdzie. O tym, iż to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy, zawdzięczamy w dużej mierze właśnie naszemu Rodowi. To od naszych rodziców, babć i dziadków otrzymaliśmy w genach, w pamieci komórkowej wszystko to, co jest naszą siłą. Również to, co jest naszą słabością. Jednak to, co słabe, wcale takim pozostać nie musi. Nasz Ród przepracowywał pewne schematy już przez wiele pokoleń. My nie musimy ich powtarzać. Możemy wreszcie zamknąć ten proces. Wydobyć to co nieświadome, czyniąc to świadomym i w ten sposób uwolnić cały Ród od starych, niesłużących już nikomu programów i wzorów. Pojawienie się hieny w naszym życiu jest wyraźnym znakiem, iż podjęliśmy się tego trudnego zadania. Uzdrawianie Rodu wymaga wielkiej odwagi. Nieraz trzeba stanąć oko w oko z niezwykle ciężkimi traumami lub tajemnicami. Przegryźć się przez twarde skorupy. Zmierzyć się ze starym lękiem, żalem, złością, gniewem, smutkiem, rozpaczą. Tym wszystkim co boli, co dławi, co zniewala. To często jest nie tylko nasz lęk, nie tylko nasza złość czy poczucie żalu, ale również naszych babć czy dziadków. Oczyszczenie, uzdrowienie i przetransformowanie tych energii jest uwolnieniem nie tylko dla nas samych, ale także dla naszych przodków jak i przyszłych pokoleń. Ale to niezwyle trudne zadanie. Hiena nie zostawia nas z tym samych. Może trzyma się nieco w cieniu, tak że nie dostrzegamy jej obecności od razu, ale wspiera nas całą mocą. Dodając nam odwagi, samozaparcia, wytrwałości, zrozumienia, znowu odwagi,  siły i tego poczucia, iż nie jesteśmy sami.
Hiena wie ile przeszliśmy. Zna nasze traumy i traumy naszego Rodu. Wie ile cierpienia, bólu, smutku i innych trudnych emocjii doświadczyliśmy. I pomaga nam to wszystko w nas uzdrowić. Ale samo przebijanie się przez twarde skorupy, rozgryzanie starych wzorów, stawanie naprzeciw dawnym cierpieniom byłoby zbyt trudne i obciążające. Dlatego też hiena przynosi nam w darze coś wspaniałego, co w zasadzie każdy z nas ma już w sobie. Tym darem jest śmiech. Terapia śmiechem, dzięki której możemy rozładować napięcia emocjonalne, frustrację i stresu. Tak, hiena przywraca nam umiejętność spontanicznego śmiechu. Stwarza ku śmianiu się okazje i po prostu chichra się razem z nami.

Ale hiena nie tylko pomaga nam uzdrowić nasz Ród. Jako zwierzę żyjące w klanach opartych na zasadzie matriarchatu, zwraca ona również szczególnie naszą uwagę na nasz kontakt i więź z Matką. I zarówno chodzi tu o kontakt i więź z naszymi człowieczymi Mamami, jak i z naszą Matką Ziemią. Sama hiena jest bardzo troskliwą mamą, która z ofiarnością opiekuje się potomstwem. I to przez bardzo długo okres czasu, a mianowicie ponad trzy lata. W świecie zwierząt, jedynie słonie i małpy naczelne opiekują się swoimi dziećmi dłużej. Hiena przypomina nam w ten sposób o miłości wszystkich matek. O ich poświęceniu i opiekuńczości. O wszystkim tym, co przez całe życie nam dają. Dlatego podziękujmy naszej Mamie i Gai, naszej Mamie Ziemi. Przytulmy te nasze Mamy, dosłownie lub chociaż w sercu. Nauczmy się na nowo być ich dziećmi w miłości. Bo w istocie tymi dziećmi jesteśmy.

Hieny żyją  w wysoko  zhierarchizowanych strukturach społecznych, tzw. klanach. Każda hiena w obrębie klanu zna nie tylko swoje miejsce, ale również zna wszystkich jej członków. Hieny współpracują ze sobą, pomagają sobie nawzajem, potrafią rozwiązywać socjalne problemy w obrębie swojej społeczności i doskonale się komunikować. Wszystko to pokazuje nam, iż hiena ma dla nas jeszcze jeden ogromny dar. Hiena przywraca nas grupie, rodzinie. Uczy nas owej rodzinności, odpowiedzialności, otwarcia się na naszą rodzinę. A nade wszystko uczy nas jasnej i szczerej komunikacji. Być może są w nas jakieś blokady, które nas tłumią i nie potrafimy się w pełni otworzyć na naszych bliskich. Hiena właśnie pomaga nam je rozpoznać, a potem przetransformować. Tak abyśmy mogli w pełni kochać i respektować wszystkich członków grupy i byśmy i my byli kochani i respektowani.

No i wreszcie hiena nawoluje nas też do tego abyśmy niezależnie od okoliczności byli wierni samym sobie. Z jednej strony wspiera nas w tym abysmy odważnie kroczyli swoją ścieżką, robili rzeczy po naszemu, według nowych wzorow i tego co podpowiada nam nasza dusza.  Nawet jeśli miałoby to być zupełnie inaczej niż jest ogólnie przyjete, nawet jeśli wszyscy inni będą na nasz widok pukać się w czoło. Z drugiej strony hiena obdarza nas tutaj zdolnością dopasowania się do tego co nas spotyka i wychwytywania okazji. Każde wydarzenie, każda sytuacja, każde doświadczenie, choćby najbardziej trudne, kryje też w sobie jakiś skarb. Hiena uczy nas dostrzegać te małe-wielkie dary na naszej drodze. Nie gardzić nimi, a doceniać je i korzystać w pełni. Im bardziej bowiem doceniamy i zauważamy podarunki od Wrzechświata, tym więcej ich do nas dotrze. A nasze życie nabierze lekkości i bedziemy mieli jeszcze wiecej powodów do śmiechu.


ciemna strona: Hiena wskazuje na agresję, wykorzystywanie, żerowanie na innych, podstępność, manipulację, wampiryzm energetyczny, stare, mocno zakorzenione traumy i cienie, konflikty lub brak więzi  z rodziną, szczegolnie z matką, brak umiejętności dopasowania się, roztrząsanie starych traum, brak wybaczenia, postrzeganie w negatywach.


źródło zdjęcia: https://www.tapeciarnia.pl/

Jeśli hiena jest twoim zwierzęciem mocy wtedy:
* Masz mocno rozwinięte poczucie wspólnoty i dobrze wykształcone socjalne zachowania. Jesteś rodzinny i potrafisz otwarcie okazywać uczucia swoim bliskim i przyjaciołom. Znasz swoje miejsce w grupie i czujesz się za nią odpowiedzialny.
* Jesteś komunikatywny i wyrażasz się nie tylko za pomocą słów ale również niewerbalnie, np przy pomocy mowy ciała.
* Potrafisz wychwytywać nadarzające się okazje i błyskawicznie na nie reagować.
* Lepiej i wydajniej pracuje ci się w grupie niż jako „samotny jeździec”.
* Niezależnie od tego jak trudna sytuacja ci się przytrafia, zawsze potrafisz podejść do niej z humorem i dojrzeć w niej jakiś dar.
* Również pomagasz innym ludziom z twojego otoczenia podchodzić do życia na większym luzie.
* Możesz mieć wybuchowy, choleryczny charakter, ale potrafisz się szczerze śmiać i właśnie śmiech pomaga ci rozładować frustrację i gniew.
* Masz dobry kontakt z Matką Ziemią.

źródło zdjęcia: https://www.tapeciarnia.pl/
źródło zdjęcia: https://www.tapeciarnia.pl/

Hiena według horoskopu afrykańskiego patronuje urodzonym w dniach: 02 VII – 23 VIII.