w głąb ziemi, w głąb siebie – sen o Tygrysie, pierwsza lekcja

Znajdowaliśmy się w jakieś dziwnej krainie, która wyglądała trochę jak dżungla, tyle że rozciągała się nie w poziomie, a w pionie. Byłam tam z moimi dziećmi, które byly we śnie jeszcze całkiem małe, może miały ze 2 lata. Resztę moich towarzyszy stanowiły zwierzęta: suczka rasy labrador o pięknym złotawym umaszczeniu i dwa malutkie kociaki: lwiątko oraz tygrysiątko. Wędrowaliśmy w tym śnie w głąb dżungli, schodząc jakby coraz głębiej w ziemię. Trudno to opisać, ale kraina wyglądała tak, jakby rozciągała się na wielu poziomach, czy też tarasach. I my po prostu schodziliśmy coraz niżej. Suczka wzięła na siebie rolę przewodniczki. To ona zawsze biegła nieco z przodu, ona sprawdzała najpierw teren, ona wybierała najlepsze miejsca do zejścia. Potem zawracała dając mi znać abym z wszystkimi dziećmi poszla za nią. Wtedy ja brałam moje dzieci za rączki i razem wedrowaliśmy. Kocie maluchy biegły same, doskonale dając sobie radę, ale trzeba je było nieco pilnować. Czasem pomóc skądś zeskoczyć. Suczka w tej podróży pomagała pilnować wszystkie te dzieci, zarówno moje, jak i te zwierzęce. Była taką pełną mądrości, miłości i cierpliwości psią opiekunką i przewodniczką. Najczęściej nasze zejście z tarasu na taras wyglądało tak, iż najpierw schodzila na dół właśnie ona. Potem czekała, aż jakoś podam jej kociaki lub pomogę im zeskoczyć i w końcu schodziłam sama z moimi własnymi dziećmi pod pachą. Po jakimś czasie suczka wyraźnie jakby podzieliła role. I teraz ja opiekowałam się bardziej moim starszym synem oraz tygryskiem, ona zaś bardziej moim młodszym synem i lwiątkiem.

Jednak to nie było tylko takie bezsensowne wędrowanie. Każdy głębszy poziom powodował jakby wejście w głębszy poziom nas samych. A jednocześnie jakieś dojrzewanie. Na zewnątrz pokazywało się to tak, że moi synowie na każdym poziomie stawali się jakby więksi, starsi, bardziej samodzielni. To samo działo się z lwiątkiem i tygryskiem.  Ja sama zaś czułam jakbym z każdym poziomem ptrzymywała  jakąś ważną wiedzę,  chociaż na razie nie miałam pojęcia o jaką wiedzę chodzi.

Nie wiem ile poziomów tak schodzilismy w głąb ziemi, ale przyszedł moment, kiedy mieliśmy odpocząć. Zatrzymaliśmy się na tarasie z cudownym widokiem na zachodzące słońce. Tam zamierzaliśmy spędzić noc. Moi synowie, młody lew oraz suczka byli zajęci swoim towarzystwem. Nie chciałam im przeszkadzać i poszukałam dla siebie miejsca nieco za nimi. Obok mnie usadowił się tygrys. Nie byl jeszcze zupełnie doroslym tygrysem, ale miał już całkiem spore rozmiary. Najpierw leżałam koło niego całkiem naturalnie, tak jakby jego obecność była dla mnie czymś oczywistym. Ale wmiarę jak na horyzoncie gasly ostatnie promienie słońca i robilo się ciemniej, zaczeły mi się wkradać do głowy wątpliwości i lęki. „To nie jakiś tam domowy kot, ale prawdziwy tygrys” – myślalam. Wreszcie, w którymś momencie naprawdę zaczęłam się go bać. A on doskonale wiedział o tym co się we mnie dzieje i na mój strach odpowiedział tym, że się nagle wyprostował, urósł, obnażył kły. Był teraz ogromny, dziki, groźny, przerażający. I stał tak nade mną patrząc na mnie i czekając. Przez ułamek sekundy bylam przerażona, gotowa uwierzyć, iż zaraz mnie zaatakuje. Jednocześnie wiedzialam, iz gdyby się tak stało, to nie mam z nim żadnych szans. I wtedy poddalam się. Pomyślałam sobie, że zamiast marnować te ostatnie chwile na ten ogromny strach, to lepiej jeśli zamknę oczy i sprobuję mu zaufać. Przecież na dobrą sprawę znalam go od małego, a on mnie. Razem przeszliśmy taką drogę. Wspieraliśmy się, opiekowałam się nim, więc dlaczego miałby chcieć mnie teraz nagle atakować. I kiedy tak pomyślałam uslyszałam jak mruczy łagodnie tuż nad moim uchem. Otworzyłam oczy i leżał znowu obok mnie, na nowo łagodny, piękny, spokojny. Odrobinę większy niż wtedy kiedy kładliśmy się spać. Patrzyłam na niego i jeszcze nie do końca ufałam, jeszcze nie do końca. Więc chociaż nie obnażał już kłów, warknąl znowu i patrzył. Czekał. I ja też popatrzyłam. I uśmiechnęłam się. Zrozumiałam bowiem dokładnie tę lekcję. Już całkiem spokojna i w poczuciu bezpieczeństwa zamknęłam oczy. Już nie musiałam się opiekować dłużej tygrysem. Teraz on opiekował się mną. Ja miałam mu tylko ufać.


Zrozumienie przekazu ze snu wcale nie oznacza, że od razu potrafi się coś wprowadzic w życie. Ale zawsze jest to jakiś ważny krok do przodu. Tak więc jestem niezwykle wdzięczna za tę lekcję.

mandale i cytaty

p1000540

„Chyba to właśnie jest wieczność. Po prostu jeden długi ciąg takich „teraz”. I chyba też wszystko, co można zrobić, to spróbować żyć jednym teraz w danej chwili, nie zawracać sobie zbytnio głowy poprzednim teraz albo następnym teraz.”

(Nicholas Evans – „Zaklinacz koni”)

magiczne chwile są w zasięgu naszych rąk

Mam masę wspaniałych wspomnień, do których chętnie wracam. W moim życiu spotkałam wiele cudownych ludzi, dzięki którym przeżyłam magiczne chwile. Każda z tych osób ma swoje miejsce w moim sercu, czasem maleńkie, czasem większe. Wiem, że do końca swych dni będę pamiętać te chwile, bo są jak prawdziwe perełki na moim życiowym sznureczku.
Nie wiem na ile sama się przyczyniłam do tego, że miałam takie a nie inne życie, że mam takie a nie inne wspomnienia. Ale wiem jedno: dopóki jestem wierna sama sobie, dopóki nie boję się ufać ludziom i w nich wierzyć, dopóki stać mnie na szczerość, na zachwyt i na entuzjazm, dopóty moje życie będzie obfitowało w kolejne takie chwile.

Nie trzeba bowiem wielkich wydarzeń, nie trzeba niesamowitych przeżyć. Wystarczy prawdziwość uczuć i szczerość w podejściu do życia, do drugiego człowieka i siebie samego. Wystarczy otwarte serce i oczy i uszy. A każdy dzień może stać się przygodą.
Wystarczy jedynie nieco odwagi, by nie bać się przekształcać naszą codzienność w coś wyjątkowego.

Wierzę w ludzi. Wierzę w przyjaźń. Wierzę w sens tego co mnie spotyka, niezależnie od tego jakie te doświadczenia są.
Nie wierzę w przypadki.

Każdy tzw przypadek jest szansą na to, by zwykłe rzeczy przekształcić w coś magicznego, coś pięknego i niezapomnianego. Wystaczy poczuć i uwierzyć, że się ma taką moc. I zaufać jej.

I tego wam życzę.

to ode mnie zależy jakie będzie moje jutro

Prawo Karmy, czyli prawo przyczyny i skutku jest dla przeciętnego człowieka Zachodu mało zrozumiałe, może nawet zupełnie nieznane. A przecież właśnie to prawo rządzi naszym życiem…

Cały wszechświat jest przejawem energi. Jest ona w nieustannym ruchu, w ciągłej przemianie. Prawo Karmy jest duchowym odpowiednikiem trzeciego prawa Newtona, która mówi, że każdej akcji towarzyszy odpowiednia reakcja.

„Co posiejesz to zbierzesz” – mówi stare porzekadło. I tak właśnie jest. Możemy być pewni, że każdy okruch miłości jaki wysłaliśmy, wróci do nas. Tak samo jak wróci każde z cierpień, które zadaliśmy. Z tej samej lub najprawdopodobniej z innej strony, prędzej czy później, w tym lub w przyszłym życiu. Ale wszystko to wróci. Innymi słowy, jakiekolwiek emocje wzbudzam u innych, ostatecznie staną się one moim doświadczeniem.

Nie chcę tu rozpisywać się nad teoriami. Nie moim zamiarem jest wyjaśnianie czy polemizowanie na temat Karmy. Jeśli ktoś poczuje się zainteresowany, może poczytać na ten temat dużo więcej. W necie znajduje się wystarczająco wiele artykułów.
Tak tylko sama dla siebie sobie głośno rozmyślam…

Kiedy przyglądam się swemu życiu, to skutki działania prawa karmy widzę na każdym kroku. O ileż mniej bolesnym byłyby moje doświadczenia, gdybym dokonywała częściej bardziej świadomie swoich wyborów.

Moje obecne doświadczenia są jedynie konsekwencją moich wczorajaszych wyborów. Jest mi źle, jestem smutna, dzieje się coś nie tak – to konsekwencja tego, że ja sprawiłam wcześniej komuś smutek. Nie patrzę na to jak na karę za grzech. W świecie duchowym nie ma grzechu ani tym bardziej nie ma kar. Są jedynie nieodpowiednie wybory i ich konsekwencje. Po co to?
Byśmy nauczyli się prawidziwe kochać. Byśmy urzeczywistnili siebie jako Miłość.
Tylko po to tu jesteśmy.
Wszystko co wybieram dziś – każda myśl, każde słowo, każdy czyn – wszystko to kształtuje moje doświadczenia w dniu jutrzejszym.

Żyć świadomie to właśnie wybierać świadomie. Daleko mi do tej doskonałości, jednak uczę się tego, każdego dnia trochę więcej…

Nadal jestem bardzo emocjonalną Bafką, popełniającą wiele, wiele błędów. Ale przyglądam się sobie. I uczę się świadomie żyć.
Jest we mnie mniej buntu, a więcej akceptacji. Jest we mnie mniej dumy, a więcej pokory.
Jest we mnie mniej pretensji, mniej poczucia krzywdy, mniej gniewu, a więcej zrozumienia i dystansu…

Uczę się tego każdego dnia. Niektóre lekcje muszę przerabiać po kilka razy, zanim naprawdę do mnie dotrze prawdziwe ich znaczenie.
Mimo wszystko wiem, że to co mnie spotyka, jest tylko odzwierciedleniem energii, które ja sama wprawiłam w ruch.

Uświadomienie sobie własnego wkładu bywa oczyszczające. Pozwala uwolnić się od żalu do innych, pozwala wybaczyć.

Chcesz i ty, by twoje jutro było bardziej świetliste niż twoje wczoraj?
Stań się świecą, już teraz.

 

 

mandale i cytaty

p1000542

„- O, Królik jest mądry – powiedział Puchatek w zamyśleniu.
– Tak – przyznał Prosiaczek – Królik jest mądry.
– I ma Rozum – rzekł Puchatek.
– Tak – zgodził się Prosiaczek – Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenie.
– I myślę – ciągnął Puchatek – że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie.”

 

(Alan Alexander Milne – „Chatka Puchatka”)

mandale i cytaty

p1000532

„Nie rób tego, tylko bądź tym. Nie staraj się nic robić, aby być szczęśliwym. Po prostu „bądź” szczęśliwy, a w ślad za tym pojdzie cała reszta. Pocznie się z tego. Z tego, czym jesteś, rodzi się to, co robisz. Zawsze miej to na uwadze.”

(Neale Donald Walsch – „Przyjaźń z Bogiem”)

pokochać siebie

Ostatnio zbyt często zdarzało mi się znowu wpadać w jakieś kompleksy. Wynajdowałam w sobie dziesiątki niedoskonałości i upatrywałam w nich przyczyny tego, że coś tam mi się nie układa. Bo przecież niby jestem za nudna, za stara, za gruba, za beznadziejna, za mało interesująca i co tam jeszcze.
Teraz sobie myślę, jaki to absurd.
Moje problemy nie wzięły się z tego, że jestm niedoskonała czy nieciekawa. Wzięły się z tego, że sama siebie przestałam kochać.

Obarczałam się różnego rodzaju wyrzutami sumienia, obwinianiem za to czy za tamto, ganieniem za to co nie wyszło. A ani razu sama się nie pochwaliłam. Za to co dobre, co mi się udało, za to co zrobiłam fajnego.

Dlaczego ogólnie jesteśmy dla siebie tacy surowi?
Zamiast dążyć za wszelką cenę do doskonałości, czas chyba najwyższy odkryć na nowo swoją niepowtarzalność. Docenić w sobie to, co jest w nas odrębnego, innego, co różni nas od innych. Przecież każdy z nas ma na ziemi swoją rolę do spełnienia. Kiedy zbyt często się krytykujemy, może się zdarzyć, iż nie dostrzegamy tej roli.

Tak sobie myślę, co z tego, że zdarzały mi się błędy i niewłaściwe wybory. Pomyłki są stopniami prowadzącymi do celu. Po co więc się za nie karać? Czyż nie lepiej łagodnie się im przygladnąć i odczytać ja jako nauki.

Koniec z negatywnymi myślami pod swoim adresem. Zasługuję na szacunek i miłość. Od siebie samej przede wszystkim. Jestem super babką i mam cudowne narzędzia, którymi obdarzył mnie Bóg. Mam dwie ręce i umysł. I mam serce. I mogę z tym zrobić bardzo wiele.

To ode mnie zależy jak będę spędzać na ziemi swój czas.

mandale i cytaty

p1000523

„Kiedy już staniesz twarzą w twarz ze swymi ograniczeniami i zrozumiesz je, możesz z nimi współdziałać, aby one nie działały przeciwko tobie i nie wchodziły ci w drogę, a to właśnie robią, kiedy je ignorujesz, bez względu na to, czy uświadamiasz to sobie czy nie. I wówczas okaże się, że w wielu przypadkach twoje słabości mogą być twoją siłą.”

 (Benjamin Hoff – „Tao Kubusia Puchatka”)

o wdzięczności

 

Czasami zadajemy sobie pytanie na jakim etapie rozwoju jesteśmy. W gruncie rzeczy to bardzo istotne pytanie. Zastanawiamy się np jak wykorzystaliśmy dany nam czas.
Tak sobie myślę, że miernikiem naszego duchowego rozwoju jest po prostu wdzięczność.

W codziennym życiu, zwłaszcza w dzisiejszej gonitwe za pieniądzem, za tym żeby ciągle więcej mieć, tak łatwo zapominamy o tym, co robią dla nas inni. Ciągle jest nam mało i mało. I ciągle jesteśmy niezadowoleni.
Tymczasem wystarczy zmienić nasze wewnętrzne nastawienie, by poczuć płynące w nas szczęście. Wdzięczność jest tu decydującym narzędziem. Bo wdzięczność i zadowolenie z życia są ze sobą nierozerwalnie połączone.

Mąż naprawił nam cieknący kran, albo po prostu wrócił zmęczony z pracy. Traktujemy to jako oczywistość. W końcu obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, czy też naprawienie małych usterek domowych. W końcu po to jest facetem.
Żona ugotowała nam obiad, wyprała i wyprasowała nasze ciuchy. To też oczywistość. Do tego stopnia, że nawet nie zauważamy, iż kryje się za tym czyjaś praca. Rano, kiedy ubieramy czyste skarpety, one zawsze tam po prostu w szafie są… Ale to przecież babska robota i babskie obowiązki. I nie ma się tu dużo co rozczulać.

I chcemy więcej.
Chcemy by mąż był wyrozumiały i czuły. By nie spał po obiedzie, tylko wysłuchiwał naszych relacji z dnia. By nie siedział godzinami przed telewizorem, tylko zajał się dziećmi albo pomógł nam zmywać gary.
Chcemy, by żona była zawsze sexy i z fantazją. By nas intrygowała i pociągała. Nie nudziła domowymi pierdołami i nie miewała migreny kiedy my mamy ochotę na łóżkowe igraszki. By tolerowała nasze wypady z kumplami i wieczorki przy piwie.

Czyż nie lepiej przystanąć na chwilę i zastanowić się ile dla nas codziennie robi ten mąż czy ta żona. Odczujmy wdzięczność za to, co każdego dnia dostajemy. Mąż naprawił kran? Powiedziałyśmy mu za to „dziękuję”? Gdyby to obcy facet dla nas zrobił, na pewno nie zapomniałybyśmy o podziękowaniu. Żona ugotowała obiad?  Co z tego, że może nie lubimy tej przystawki. Gdyby to obca kobieta zaprosiła nas na obiad z pewnością byśmy nie marudzili. Podziękowalibyśmy z uśmiechem.

Nie chodzi o to, byśmy żyli w poczuciu zadłużenia u kogoś, albo byśmy wypowiadali zawsze za wszystko dziękuję. Chodzi raczej o to, byśmy to czuli, wdzięczność w sercu. Bo dzięki niej nasze życie nabierze innych kolorów, a nasze związki zyskają na jakości.

Bądźmy więc wdzięczni partnerowi za to, że dzieli z nami życie.
Bądźmy wdzięczni naszym dzieciom za ich miłość i doświadczenia, które dzięki nim przeżywamy. Bądźmy wdzięczni rodzicom za to, że dali nam życie. Za wszystko co dla nas robią lub robili, tylko dlatego, iż są naszymi rodzicami.
Bądźmy wdzięczni przyjaciołom za to, że są naszym wsparciem.
Bądźmy wdzięczni wreszcie Bogu. Bo to On niejako jest tym wszystkim.

Wdzięczność i zadowolenie są ściśle ze sobą powiązane. Prawdziwa wdzięczność zawsze idzie w parze z zadowoleniem. Zadowolenie, ze swej strony, otwiera drzwi wdzięczności.
Kiedy pozwolimy wdzięczności towarzyszyć naszemu życiu, automatycznie będziemy mniej krytykować. Również samego siebie. Tak sobie myślę, że wdzięczność potrafi rozjaśnić szarości naszego życia. Nadać im barw, światła, kontrastów i fantastycznych kształtów. Dzięki niej obraz naszego życia staje się czymś fascynującym i ciekawym. Czymś, w czym dostrzegamy piękno i harmonię.

I tego wam życzę.

 

 

moja galeria – Zebra i słoń

„Zebra” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm
„Słoń” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Oba obrazy namalowałam w ramach uczenia się malować.
Motywy zatem jak można się domyśleć nie zrodziły się w mojej głowie. Pochodzą z książki „Afrika Bilder” autorstwa Gabriele Schuller. Tak czy siak dobre kilka lat zdobiły ściany w naszym przedpokoju.

„Niewolnica” – Ellen Alpsten

„Porwana przez jedną z hord tureckich z rodzinnego dworu Florence von Sass zostaje wystawiona na sprzedaż na targu niewolników w Imperium Osmańskim. Właściciel młodziutkiej niewolnicy liczy, że sprzeda ją do sułtańskiego haremu, gdyż dziewczyna jest nie tylko piękna, lecz także bardzo inteligentna i wyjątkowo muzykalna. Los jednak chce inaczej i szesnastoletnia Węgierka staje się własnością angielskiego podróżnika, lorda Sama White’a Bakera, który bez namysłu płaci za Florence bajońską sumę z zamiarem darowania jej wolności. Nie przewiduje tylko jednego, że nie będzie w stanie rozstać się ze swoją niewolnicą. Zakochany po uszy podróżnik zabiera dziewczynę do Afryki na niebezpieczną wyprawę. Jej celem jest odnalezienie źródeł Nilu, jak dotąd nikt z takiej eskapady nie powrócił…”

Tematyka jest ciekawa: mało znana Afryka, daleka podróż, przygody, niebezpieczeństwa, odkrycia – jednym słowem mogłaby z tego powstać naprawdę rewelacjyjna książka. Ale na pewno nie jest nią „Niewolnica”. Pomijam już fakt, że polski tytuł jest niezbyt trafiony. Ale ogólnie powieść Ellen Alpsten jest zwyczajnie marna. Napisana jakby z poczucia jakiegoś źle pojętego obowiązku, a nie z pasji pisania. Brakuje mi w niej emocji, brakuje serca włożonego w treść. Narracja, dialogi i nawet opisy przyrody są po prostu jałowe, beznamiętne, suche, sztuczne, nudne.

Książka jest bardzo słaba. Aż się sama dziwię, iż chciało mi się to przeczytać do końca.

myśli wieczorne

Nie wiem co się ze mną dzieje. Jestem jakaś taka rozdrażniona i smutna jednocześnie. A może jeszcze co innego, sama bowiem nie potrafię określić tego, co we mnie jest.
Czytam wpisy na pingerze i chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jacy ludzie ogólnie są dziś nieszczęśliwi. Niby żyjemy w czasach łatwiejszych do życia, w krajach bez wojen, bez głodu, niby jest lepiej, niby… A jakoś mam wrażenie jakby coraz mniej było szczęśliwych ludzi.
Na każdym kroku samotność.
Samotność w pojedynkę i samotność we dwoje.

Spojrzałam nagle inaczej na moje własne życie i na moje problemy.
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, iż mój mąż mnie olewa, że życie przelatuje mi przez palce, że problemy przywalają mnie do ziemi.
Jeszcze niedawno wierzyłam w przyjaciół, w sens wszystkiego co się dzieje…
Nadal wierzę, mimo że przyjaciele odchodzą i mimo, iż nie zawsze potrafię dostrzec sensu w cierpieniu.
Ale może właśnie taka jest jego rola, bym dzięki temu doceniła to, co mam.
Bo przecież słodycz może zaistnieć tylko wtedy, gdy dane nam będzie doświadczyć i goryczy. Noc i dzień, radość i smutek, szczęście i samotność, miłość i strach…

Wydawało mi się zawsze, że posiadłam jakąś tam życiową mądrość. A jednak wciąż byłam małym głuptaskiem. Widziałam tak wiele, a tego co najbliżej nie dostrzegałam.
No, może nie tak do końca. Dostrzegałam, ale nie w pełni.
Przecież ja to wiem, że wdzięczność ma potężną moc sprawczą. Dlaczego więc jestem tak mało wdzięczna najbliższym, za to że są, że mnie kochają.
Jak to łatwo zapomnieć się… Traktuję coś jako oczywistość, jak coś co po prostu jest. A przecież nic nie jest tak o po prostu…

Chyba mam wiele do nadrobienia.

moja galeria – Polne kwiatki w kilku odsłonach

Swego czasu była taka moda na obrazy z motywami namalowanymi jedynie w konturach. Bez żadnych szczegółów. No i tak wzięło i mnie na takie konturowe bawienie się farbami. Motywy z polnymi kwiatkami wydały mi się najbardziej pasowne do takiej koncepcji.

Pierwsze dwa obrazy  – na zdjęciach może tego nie widać – są namalowane w tych samych kolorach. Stanowiły swego rodzaju parę. Przez jakieś 2 lata wisiały u nas w przedpokoju. Teraz wiszą w pokoju jadalnym u znajomych.

„Polne kwiatki 1” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm
„Polne kwiatki 2” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Te natomiast trzy wielkie obrazy namalowałam specjalnie do naszego pokoju. Kiedyś mieliśmy właśnie takie brązowe ściany. Dziś ściany są lawendowe. Mimo to obrazy nadal się ładnie na nich prezentują. Namalowane są na płótnach o wymiarach 30 x 80 cm. Pojedynczo raczej moło efektowne, razem stanowią coś, co wciąż mi się podoba.

„Polne kwiatki x 3” (2008), akryl na płótnach, każde 40 x 80 cm

moja galeria – Dwie strony mnie

„Jestem” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm

Ten obraz znacie doskonale, bo ustawiam sobie go jako mój awatar. Oryginalny obraz jest namalowany na sporym płótnie i obecnie wysyła ciepłe promienie u Nortusa. Może i ten obraz nie jest jakimś specjalnym artystycznym dziełem, ale dla mnie był zawsze czymś wyjątkowym. Ta spirala symbolizuje mnie. Symbolizuje mój powrót do swojego wnętrza. Do tej boskości, którą mam w sobie. Którą każdy z nas ma. Dla mnie ten obraz był pierwszym i najprostszym wyrażeniem tego kim jestem.

„Druga strona” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm

Drugi obraz niezbyt przeze mnie lubiany też symbolizuje mnie. Tylko właśnie tą ciemniejszą stronę. To właśnie ta ja, kiedy nie dbam o swoje ja.  To ta ja, kiedy znaczenie mają znowu problemy, oczekiwania, niespełnione pragnienia, frustracja. To ta ja, kiedy targają mną wątpliwści. Kiedy zbyt wiele zewnętrznych rzeczy trzyma mnie w tym stanie, który nie pozwala żyć naprawdę. To smutny obraz, bo jest symbolem smutnej rzeczywistości. Ale nic nie jest stałe. Spirala symbolizuje dla mnie ruch. Wibrację. Zmiany. Energię, którą mogę przetworzyć. Ode mnie zależy tylko jak.

Moja galeria – Co opowiedzą ci głębiny

2 - oceania
„Co opowiedzą ci głębiny” (2006), akryl, pasta strukturalna i muszle na płótnie, 70 x 50 cm

Ten obraz powstał pewnej nocy w lutym 2006 roku. Nie mogłam zasnąć bo rozpierała mnie dziwna „wena”. To nie była taka zwyczajna wena, ale coś jak jakiś głos, który we mnie wołał. Pamiętam jak wstałam i przy marnym świetle jednej lampy tworzyłam. Byłam jak w transie, bo nawet nie zwracałam uwagi na to co powstawało. Liczyło się tylko, że coś ze mnie uchodzi. Ważne były kolory, a nie forma. Pamiętam dokładnie tamtą noc.
A rano zdziwiona byłam kompletnie tym co powstało.
Obraz do dzisiaj wisi w naszym kibelku. Haha, tak, w naszym mieszkanku nie ma pomieszczenia bez obrazu. Policzyłam, że na chwilę obecną wisi ich aż 14. A miejsca jest jeszcze przynajmniej na trzy.

czary

Jeszcze kilka godzin temu myślałam, że moje życie zrobiło się całkiem poplątane i skomplikowane. Od kilku tygodni w mojej głowie i sercu panował trudny do opanowania chaos.
Przegapiłam tym samym wiele cudownych chwil.

A tymczasem życie bombardowało mnie z nieba mnóstwem znaków, których nie chciałam zauważać. Przechodziłam obok tych chwil kompletnie ich nie rozumiejąc, nie widząc i nie słysząc. A one mówiły do mnie, wołały…

Dopiero dziś odkryłam.
Zawsze jak dzieje się coś niesamowitego, coś niezwykłego, nieco innego, to znak.
Znak, że powinnam przystanąć i otworzyć oczy, uszy i serce. Pomyśleć. Pierwsza myśl z reguły daje odpowiedzi.

Zmiany jakie się dzieją w moim życiu, dzieją się dlatego, żeby było mi lepiej. Powinnam więc się ich nie bać, nie uciekać przed nimi, a nauczyć się nimi właściwie kierować. A przeżyję mnóstwo szczęśliwych chwil.

Że też nie dostrzegłam tego prędzej. Że też przegapiłam tyle cudnych znaków, tyle chwil….
Ale to nic, nigdy nie jest za późno.

Mam zamiar wziąć życie w swoje ręce i na nowo je zaczarować. Wszak mam w sobie potencjał czarodziejki.

 

miłość po prostu jest

Zawsze myślałam, że miłość jest prosta. Że po prostu jest. Czujesz ją w sobie i nie potrzeba do tego rozumu, ani wiele mądrości. Wystarczy zaufać.

Tymczasem chyba nie pasuję do przyjętych mitów i ogólnie panującego przekonania o miłości. Gorzej, mało kto pasuje, ale jeszcze mniej z nas ma odwagę się do tego przyznać.

I pewnie stąd tyle cierpienia i smutku. Tylu nieszczęśliwych ludzi. Bo narzucamy sobie ograniczenia, bo mamy oczekiwania, bo mamy wymagania. Bo nasza miłość tak naprawdę jest namiastką prawdziwej miłości. Bo ta prawdziwa, ani nie stawia wymagań, ani niczego nie oczekuje, ani nie ogranicza. Daje pełną wolność.

Wybory. Do nas należą wybory. Bywają one trudne. Ale z drugiej strony, są takie oczywiste…
Jak to kiedyś napisał Szekspir?
„Sobie wiernym bądź, a stanie się jak po nocy dzień, iż drugiemu się nie sprzeniewierzysz.”

Takie proste…

Myślałam, że miłość jest prosta, a tymczasem wszystko się poplątało. Mimo wszystko jak się wsłucham w siebie, znajdę wszystkie odpowiedzi.

Muszę tylko mieć odwagę iść za tym właśnie głosem.

„Medicus” – Noah Gordon

“Anglia, XI wiek. Rob J. Cole, syn cieśli i hafciarki, po śmierci rodziców zostaje pomocnikiem wędrownego balwierza parającego się również leczeniem. Wykazuje nie tylko zapał do nauki, ale też ową szczególną wrażliwość, która pozwala „czytać” w chorym organizmie, dostrzegać w nim wolę walki lub chęć poddania się. Punktem zwrotnym w jego życiu staje się spotkanie z żydowskim lekarzem, którego kunszt odbiega od szalbierskich sztuczek średniowiecznych medyków. Odtąd każdym krokiem Roba kieruje jedno tylko pragnienie: dotrzeć do Isfahanu i zostać uczniem sławnego perskiego lekarza, Ibn Siny, w świecie zachodnim zwanego Awicenną.”

Ta książka to jak dla mnie swego rodzaju arcydzieło. I nie szkodzi, że wątki historyczne są w niej nieco poplątane i nie zawsze zgodne z faktami. Pomijając ten jeden szczegół ta powieść ma wszystko to, co powienna mieć naprawdę dobra książka. Jest nieco historii, nieco sensacji, przygód, wyraźnie zarysowani bohaterowie. Jednak najlepsze w niej jest to, że potrafi ona w taki magiczny sposób mobilizować do tego, by zawalczyć o swoje marzenia, by zadbać o swoje talenty, by na nowo odkryć swoje pasje

emocjonalne zawirowania i co z tego wynikło

Wczoraj przeżyłam swego rodzaju burzę emocjonalną. Znowu zaskoczyłam się swoimi własnymi reakcjami. No cóż, życie jednak bywa zaskakujące.
Choć niby sami je tworzymy. Każdą chwilą. Każdą decyzją, każdym słowem, myślą, czynem. Każda chwila to przecież jakiś wybór. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, ale przecież tak jest. Nasze TERAZ stanowi odzwierciedlenie naszych wczorajszych wyborów. A nasze dzisiejsze decyzje kształtują nasze jutro.
Nie podejmowanie decyzji, też niejednokrotnie
jest decyzją.

I myli się ktoś, kto sądzi, że same myśli nic nie znaczą. Myśli mają moc twórczą. I nie ważne czy się w to wierzy, czy nie, to tak jest.
Myślenie to z jednej strony wielki skarb. Z drugiej stanowi jeszcze większe niebezpieczenstwo. Myślenie jako zdolność rozróżniania to wielki dar. Jeśli należycie go wykorzystamy, właściwie nim kierujemy, uświęca to jakoś nasze zycie. Nie mam na myśli tu nic religijnego.
Nie jestem religijna. I nie identyfikuję się z żadną religią. Ale nie zmienia to faktu, iż mam świadomość boskości w nas wszystkich. W jakieś cząstce w każdym z nas. W każdej istocie, w każdej formie życia.

Ale to nie był temat tej notki.
Bo było o myśleniu. Ha! No właśnie, dlaczego moje myślenie działa przeciwko mnie samej?
A nawet nie tak. Bo przecież moje myślenie, jako zdolność rozróżniania doskonale mi mówi co i jak, co powinnam, a co nie, co jest dla mnie dobre, a co nie jest. Dla mnie, dla mojego własnego rozwoju. Mimo to, dokonuję potem niewłaściwych wyborów.

O ile kiedyś, po podjęciu niewłaściwych decyzji, zadręczałam się wyrzutami sumienia, o tyle teraz – o dziwo – nic takiego się nie dzieje. Zatraciłam własne sumienie?
Zwał jak zwał. Jednak któregoś dnia, w Momencie Nieoczekiwanego Odkrycia, przyszło mi do głowy, że poczucie winy nie jest najlepszą nauczycielką.
I absolutnie nie wpływa dobrze na mnie samą. Więc spoglądam z większą życzliwością względem siebie. I z większą łagodnością. Nie osądzam się tak jak kiedyś i nie potępiam.
Staram się podchodzić do siebie samej z łagodnością. Więcej potrafię zrozumieć i więcej wyciągnąć wniosków na przyszłość.

Trochę to takie pasywne spojrzenie na własną ścieżkę rozwoju. Trochę na zasadzie, że nic nie robię, a zrobi się za mnie.
Z drugiej strony myślę, że to nie brak inicjatywy i aktywności, ale dystans, którego powoli się uczę.
Jako zodiakalny Strzelec z natury jestem bardzo optymistyczna. Wielu spraw nie biorę tak poważnie.
Pozwalam życiu płynąć swoim biegiem. Tak po prostu. Nie jestem zawzięta w podejściu do życia. Nie wszystko musi być na siłę. Nie wszystko musi być, bo musi. Nie wszystko musi być, bo mam takie oczekiwania. Nie. Jeśli nie jest, to też jest dobrze. Przyglądam się czasem z boku własnemu życiu. I doprawdy, choć nieraz sama się zadziwiam, to jednak spojrzenie z dystansu przynosi swego rodzaju lekkość.

„Poruszaj sie giętko w biegu wydarzeń”.
Pojawia się od czasu do czasu moment, w którym należy jednak wykazać się charakterem i płynąć pod prąd lub stać jak skała w kipieli.
Wiem, że potrafię. Dzięki skorpioniastej części mnie.
Każdego jednak dnia doskonalę po trochu umiejętność płynięcia z życiem. Po to, bym mogła go brać w swoje ręce.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Od łagodnego uwalniania, po zazdrość, od miłości po złość. Rozczarowania i uniesienia, lekkość i ciężar trosk, zaufanie i strach, poczucie tracenia i poczucie posiadania…
Takie różne dziwne przeciwieństwa. W między czasie wydarzyło się jeszcze więcej.
Ale otrzymałam także jeszcze więcej szans, by wszystko zrozumieć. By spojrzeć inaczej.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Dziś mam łagodność. I spokój.

Dziekuję ci za to, Joe.

portal w Drzewie

Biegłam przez las. Byli ze mną jacyś ludzie, ale nie potrafię powiedzieć kto. Może jacyś moi przyjaciele lub bliscy. Biegliśmy przez las. Wszystko było jakby spowite mrokiem, a między drzewami gdzieniegdzie wisiała szarawa mgła. Gdzieś tam za nami biegły wilki. Właściwie nie goniły nas, nie miałam wrażenia, że chcą uczynić nam krzywdę. Bardziej było to tak, jakby nas zaganiały, nakierowywaly w strone ogromnego drzewa. Bo oto nagle znaleźliśmy się przed potężnym drzewem. Było tak wielkie, majestatyczne i wysokie, że z miejsca gdzie staliśmy, nie mogliśmy nawet dostrzec jego konarów. Ale za to ujrzeliśmy, tuż przed nami, że w drzewie pojawiło się jakby wejście zapraszające nas do środka. Trudno mi to opisać, bo nie wyglądało to jak jakiś rzeczywisty otwór czy  brama. Bardziej wyglądało tak, jakby kora tuż przed nami była utworzona ze światła, choć wciąż była korą. Nieco ze zdziwieniem, ale ciekawością, fascynacją i szacunkiem równocześnie, weszliśmy do środka. I oto znależliśmy się w jakieś dziwnej krainie, komnacie, świątyni. Nie wiem jak to określić. Staliśmy jakby na szczycie ogromniastego, niesamowicie pięknego wodospadu. Nie tworzyła go woda, ale coś, co było wodą i ogniem jednocześnie. Miało w sobie miękkość i puszystość śniegu, ale tak samo miało gładkość i metaliczność metalu. Było delikatne, aksamitne albo jedwabiste, a jednocześnie mocne i potężne jak skała. Wodospad ze światła, który miał w sobie jakby wszystko i wszystkimi mienił się barwami. Jego widok był oszałamiający, nie potrafię nawet ująć w słowa ogomu uczuć jakie wywoływał. Jednak zanim zdąrzyłam się z tymi doznaniami oswoić, pojawili się Oni.
Wysocy, duzi, ładnie zbudowani, niesamowicie piękni. Pojawili się jak silny powiew wiatru. I chociaż nie mieli skrzydeł, to płynęli w powietrzu. Każdy z nich przybywał do jednego z nas. Mieli różne kolory, choć nie do końca, bo miałam wrażenie jakby ich barwy wibrowały, ulegały zmianie. Jedni świecili się zielenią, inni na różowawo. Ten, który przybył tu dla mnie, świecił się w kolorze indygo zmieniającym się w srebro. I nie tyle to zobaczylam, co poczułam lub wiedziałam.
Wszystko się działo tak szybko. A my… zaczeliśmy jakby uciekać. Ja zaczęłam uciekać. Z jednej strony wiedziałam, że nie mam się czego bać, a jednak wolałam uciekać. Nie wiem czy przed nimi, czy bardziej była to ucieczka przed nieznanym, przed innym, przed otwarciem się, przed spotkaniem. I przed samą sobą. Naprawdę nie wiem…  Ale uciekałam. A razem ze mną i  reszta moich przyjaciół. Wszystko przybrało wariackiego tempa. Zjeżdżałam po wodospadzie i była to szaleńcza jazda. Jak na złamanie karku. Z wybojami, ostrymi zakrętami, jak jakiś saneczkowy slalom gigant. Tyle, że bez saneczek.
I nagle zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie potrafię tego kontrolować, że zwyczajnie za chwilę rozwalę sobie łeb. Zresztą we łbie słyszałam huk, świst, wszystko to było jak jakieś szaleństwo. I wtedy kątem oka zobaczyłam, że tuż za mną leci ten „mój” srebrno-granatowy On Aniol????? Nie wiem. Przed ułamek sekundy chciałam mu uciec, a jednocześnie wiedzialam, że nie mam na to szans i że gdzieś tam w środku mnie wcale nie chcę uciekać. Chciałam się przed nim schować, a jednocześnie gdzieś w głębi wcale nie chciałam się chować. On najwyrażniej o tym wiedzial, bo dogonił mnie i zanim otoczył mnie ramieniem przez ułamek sekundy leciał tuż obok, uważnie mnie obserwując. I wtedy dopiero odważylam się spojrzeć w jego piękną męską twarz i jego oczy. I zobaczyłam w nich spokój i uważność, ciepło i serdeczność, dodawanie mi odwagi i śmiejące się iskierki. A potem otoczył mnie swoim silnym ramieniem. Okęcił się jakoś wokół własnej osi razem ze mną, wciąż w niesamowicie szybkim horyzontalnym locie w dół. Uśmiechnał się do mnie nieco szelmowsko, dodając mi odwagi, a potem owinał mnie czymś co może było jednym z jego skrzydeł chociaż nie widziałam prędzej żadnych skrzydeł. A może było to coś zupełnie innego, ale odebralam to tak, jakbym znalazła się w jakimś bezpiecznym kokonie. I dopiero wtedy poczułam, iż się poddaję temu co ma być. Już nie chciałam ani walczyć, ani uciekać, ani się chować. Czułam się jakbym leciała na spotkanie nieznanej przygodzie otoczona plaszczem bezpieczeństwa. I poczułam się błogo senna. Usnęłam.

Kiedy się obudziłam (nie w rzeczywistości, tylko wciąż w śnie) leżałam w jakieś ogromnej komnacie. Była potężna jak katedra i miała podobne jak do katedralnych wysokie okna, przez które wpadało dużo promieni słonecznych.  Tyle że nie była to nornalna katedra – budynek, a coś jak katedra – naturalna jaskinia, kraina. Rozglądnęłam się i odkryłam, że oto leżałam na ogromnym łóżku, jak na łóżku należącym do jakiś bardzo dużych ludzi. Czułam się lekko, spojrzałam na siebie i zobaczyłam, że mam na sobie jedynie coś w rodzaju przezroczystej, świecącej tuniki. I znowu spanikowałam przed nieznanym. Innym. Przed spotkaniem. I przed samą sobą. Spanikowałam i …

…. Witam w mojej rzeczywistości.

Obudziłam się naprawdę.

„Die Prophetin von Luxor” – Suzanne Frank

„Chloe Kingsley, eine junge Künstlerin aus Dallas, nutzt ihren Urlaub, um ihre Schwester bei deren archäologischen Ausgrabungen in Ägypten zu besuchen. Als sie neugierig im Tempel von Karnak einen verbotenen Nebenraum besichtigt, packt sie unvermittelt ein Energiewirbel und katapultiert sie in das Jahr 1452 vor Christus. Sie findet sich wieder als Prophetin und Priesterin RaEm – in einem durchsichtigen Gewand, bespritzt mit dem Blut eines Fremden. Jäh wird sie hineingerissen in die politischen und persönlichen Intrigen der regierenden Pharaonin Hatschepsut und ihres Neffen Thutmosis III. Und von Anfang an hält sich Cheftu, ein brillanter junger Arzt, stets in ihrer Nähe auf. Mit Misstrauen beobachtet er die plötzlichen Veränderungen an einer Priesterin, der er bisher nur mit Verachtung begegnen konnte. Doch nun verlieben sich die beiden unsterblich ineinander, was in ihrer Umgebung nicht unbemerkt bleibt. Als Moses durch einen Sklavenaufstand das Volk Israel aus Ägypten befreien will, müssen Chloe und Cheftu eine qualvolle Entscheidung zwischen Liebe und Pflicht treffen… „

Po raz pierwszy sięgnęłam po „Die Prophetin von Luxor” jakieś 10 lat temu. I od samego początku ta książka mnie po prostu porwała jak żadna inna. Zabrała w naprawdę niesamowitą podróż w czasie…
Po tych dziesięciu latach kilka dni temu zdecydowałam się ją przeczytać ponownie. I powiem wam jedno: jeśli jakaś powieść, którą już przecież znam, potrafi na nowo tak mnie zafascynować, iż trudno mi się od niej nawet na moment oderwać, to to naprawdę jest DOBRA książka.
Okazało się, że pamiętałam główny wątek, jednak poszczególne przygody, cały klimat i każdy szczegół były znowu jakby na nowo poznawane. Jak dla mnie, mimo że po raz drugi, była to niesamowicie fascynująca lektura.

Chloe w czasie urlopu w Egipcie odwiedza słynną świątynię w Karnaku. Postanawia tam wrócić któreś nocy by porobić zdjęcia. I wtedy właśnie staje się: Chloe zostaje przeniesiona w czasie i budzi się jako kapłanka egipska, za czasów panowania Hatschepsut.

Tak zaczyna się ta niesamowita historia.
Ale to nie wszystko. Bo tak naprawdę mamy okazję poczytać o całkiem innej historii, którą wszyscy dobrze znamy. Tylko nikt inny do tej pory nie opowiedział jej nam w ten sposób. Pamiętacie te opowieść biblijną o Mojżeszu, o plagach egipskich, o przejściu Żydów przez morze? Pamiętacie? Jakże zupełnie inne jest spojrzenie na to wszystko oczami Egiopcjanina tamtych czasów.

Czytałam z zapartym tchem zarywając noce i nie mogąc oderwać się od tej lektury. Ta powieść ma wszystko co powduje, że ani przez moment się nie nudzimy. Jest tu duża dawka historii, wplecionej po mistrzowsku w niesamowite przygody głównych bohaterów. To także jedna z piękniejszych opowieści o miłości, przyprawiona dobrym seksem w kilku smakach.
A najlepsze w niej jest to, że to dopiero pierwszy tom podróży Cheftu i Chloe.

„Der Duft von Jasmin” – Carolyn Slaughter

„Die Sehnsucht nach Abenteuern und der Wunsch, der Enge Englands zu entfliehen, lassen die junge Isabel 1920 einen Mann heiraten, den sie nicht liebt. Als sie mit ihm nach Indien kommt, verfällt sie nicht nur dem exotischen Kontinent, sondern auch dem indischen Arzt Sam. Doch ihre Liebe ist nicht gesellschaftsfähig. Indien ist zwar die Kronkolonie Englands, aber die Welt der Engländer und die der Inder sind streng voneinander getrennt. Eine Affäre würde man Isabel noch verzeihen, nicht aber die große Liebe, die sie und Sam füreinander empfinden. Standesdünkel, Rachgier, Eifersucht und Hass verfolgen die beiden auf ihrer Flucht durch das ganze Land und setzen ihre Liebe ungeahnten Prüfungen aus.”

Kiedy świeżo zamężna Isabel w 1920 roku dotarła do Indii, urzekł ją nie tylko ten pełen kontrastów, egzotyki i tajemnic kraj, ale również pewien indyjski lekarz Sam. Jednak taka miłość nie była tolerowana w tamtych czasach, w tamtym kraju. I to nie ze względu, iż Isabel nie była wolną kobietą, ale głównie ze względów rasowych.

Zaraz na początku, kiedy dopiero co zaczęłam czytać tę książkę, myślałam z pewnym rozczarowaniem, iż będzie to kolejna nic nie mówiąca opowieść o nieszczęśliwej miłości. Ot, takie sobie nieco historyczne romansidło. Na szczęście bardzo szybko okazało się, iż jest to piękna opowieść o Indiach. O uroku i różnorodności krajobrazów, ale też o problemach i konfliktach rasowych, kulturalnych i religijnych, z jakimi borykał się ten kraj. To opowieść o kobietach, które niezależnie od koloru skóry, były w mniejszym lub większym stopniu uzależnione całkowicie od mężczyzn, od ich kaprysów oraz kulturowego poczucia honoru.
Przede wszystkim jednak jest to opowieść o odwadze w dążeniu do wolności i realizowania swoich marzeń. O odwadze jaka jest potrzebna do łamania konwenansów.
I choć bywały momenty, iz któryś z głónych bohaterów działal mi na nerwy i kompletnie nie rozumiałam ich dziwnych zachowań, to jednak gdzieś tam miałam cały czas świadomość, iż nie mogę mierzyć ich postępowania moimi dzisiejszymi, europejskimi miarami.

Książka jest tym bardziej interesująca, iz tak naprawdę nie jest fikcją literacką, a opowiada historię prawdziwą. Bo to opowieść o historii życia babci autorki.

Czyta się ja jednak nieco ciężko, bowiem napisana jest w sposób bezdialogowy, jak jedno długaśne opowiadanie. Ale dialogi jednak są, tylko czasem trudno uchwycić momenty, w których się zaczynają lub kończą.

Ogólnie jednak książka jest piękna, ciekawa, poruszająca. Jak zapach jaśminu…