Estrella del Norte

 A oto i ostatni z adoptowanych przeze mnie koników: Estrella del Norte, co znaczy Gwiazda Północy.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Estrella jest piękną karą dwuletnią klaczką.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
Tara wykupiła ją z rzeźni, gdzie praktycznie już czekała na śmierć. Po tych strasznych przejściach, jakie ma już za sobą mimo swego krótkiego życia, jest jeszcze bardzo ostrożna i i niezbyt ufna, ale powoli otwiera się na czlowieka i uczy, że są też dobrzy ludzie.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
W Tarze Estrella otrzymała nie tylko wolność ale i dom. I ludzi, którzy ją kochają.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

I wystarczy tylko spojrzeć chociażby na jej śierść by zauważyć różnicę. Jak teraz pięknie lśni. Tak, Estrella jest otoczona miłością i cudowną opieką. Dziekuję Tarze za Estrellę.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Mohikanin

 A oto Mohikanin – kolejny adoptowany przeze mnie konik.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Mohikanin jest pięknym gniadym dwuletnim konikiem.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Widzicie na jego głowie białą podłużną łatkę, którą fachowo się nazywa ponoć łysiną? Ta łatka u Mohikanina ma szczególny kształt. Mi przypomina delfinka wyskakującego z wody. I tak właśnie niezmiernie mi ten delfinek wydaje się być przy Mohikaninie obecny.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Bardzo mnie cieszy, iż Mohikanin znalazł sobie w Tarze nowego przyjaciela. Jest nim Lord Vader. Łatwo go rozpoznać po łatce (strzałce) na jego czole, która przypomina swoim kształtem takie ugryzione nieco serce.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
Jak widać na wielu fotkach, które dostałam od Tary, oba te koniki są nierozłączne i szukają swojego towarzystwa.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
Tak pięknie hasa Mohikanin teraz w Tarze, szczęśliwy i wolny. Tutaj na fotce w towarzystwie właśnie Lorda Vadera i Szamana.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Szaman

A oto drugi adoptowany przeze mnie konik, przepiękny Szaman.
Przyznaję, iż to właśnie ze wzgledu na jego imię go wybrałam. A może to on wybrał mnie? Bo w końcu nic nie dzieje się przypadkiem.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
Szaman, choć ma siwą grzywę, to tak naprawdę jest jeszcze dzieciaczkiem. Dla mnie tak po szamańsku ta jego siwizna we włosach to właśnie taki znak, że jest bardzo mądry i z pewnością jeszcze nie raz zadziwi Tarę.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
Tam na jego boku widać cyfrę 12  (nie wiem czy jest wypalona czy jakosś inaczej nabita).
Ale Szaman ma urodziny 28.02.2016, a więc jest numerologiczną trojką , ale taką z liczby 21.
Ta 12, to takie odwrócenie, jakby 21 czytane od tyłu. Tam w Skaryszewie chciano zakończyć jego życie sprzedając go do rzeźni. Tara uratowała go i tym samym odwróciła jego los. I Szaman może dzięki temu nie tylko dalej żyć, ale rozkwitnąć i cieszyć się wolnością i życiem. I być w pełni taka szamańską końską trójeczką.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Po tych trudnych doświadczeniach pełnych strachu, jakie musił przejść w swoim krótkim życiu, jest jeszcze ostrożny. Jednak wiem, że dzięki cudownej opiece i miłości jaką jest otoczony w Tarze będzie potrafił zaufać człowiekowi na nowo. Cieszy mnie też ogromnie, iż znalazlł sobie nowych końskich przyjacioł.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
 Np pięknego Sahira. Przyjaźń to wielki skarb i dobrze mieć swoich przyjaciół wokoł siebie. Czasem są duzi…
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

… a czasem nieco mniejsi wzrostem. Ale każdy z nich jest na swoj sposób wielki i wspaniały.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Dziękuję Tarze za Szamana.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Yoda

Dostałam od Tary zdjęcia adoptowanych przeze mnie koników. Są takie kochane.
Dziś przedstawiam Yodę.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Yoda ma się w Tarze całkiem dobrze

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Jest taki mądry

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

I taki piękny

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/
 Zaczarował mnie od ppierwszej chwili, od kiedy Tara opublikowała na swojej stronie jego pierwsze zdjęcie, pierwszy filmik. Poruszyl coś do głębi w moim sercu. Do łez, do ciarek na ciele. I wiedziałam, że to nie ja go wybrałam, ale on wybrał mnie.
źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Teraz w Tarze bryka sobie szczęśliwy w zielonym.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

I kiedy go widzę, chociażby tylko tutaj na zdjęciu, jak tak pędzi z rozwianą grzywą, szczęśliwy, wolny i przepiękny, to kocham go tak bardzo i wypełnia mnie mega wdzięczność wobec Tary, za to, że uczynila to możliwym. Dziękuję Tarze za Yodę.

źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

adoptowane koniki: Yoda, Szaman, Mohikanin i Estrella del Norte

Z powodu pewnych nieporozumień, o których nie chcę tu pisać, zdecydowałam się wycofać się z wirtualnej adopcji konia w Centaurusie. Geniusz jednak nadal ma swoje miejsce w moim sercu. Wciąż gdy patrzę na jego zdjęcia, czuję płynącą od i do niego miłość. Dlatego nadal będę go wspierać, choć już nie w formie wirtualnej adopcji.

Jednak pieniążki, które do tej pory przeznaczałam dla koni, nadal są dla nich. Dlatego napisałam do Tary i do adoptowanego wcześniej Yody dołączyły teraz kolejne koniki.
Są wiec razem cztery: trzech chłopaków i jedna dziewczynka. Bo to tak symbolicznie od i dla naszej rodzinki, gdzie też trzech facetów i ja jedna.
Kocham ich wszystkich.

adoptowane koniki: Geniusz i Yoda

Jeszcze jak Iwonka Mazurek organizowała na fb aukcję byśmy wszyscy wspólnie mogli przyłożyć się do ratowania koni ze Skaryszewa, a ja sama dołożyłam na ten cel moje obrazy, to poczułam, iż chcę jakiegoś konia adoptować wirtualnie. Zaczęłam więc przeglądać stronki różnych fundacji w poszukiwaniu konia do adopcji. Obejrzałam wszystkie 100 koni, które były na stronie Tary i wybrałam w końcu Oktawiana. Ale to ja go wybrałam, a okazało się, że to koń miał wybrać mnie.
W międzyczasie też przeglądałam stronę Centarusa i właśnie tam gdzieś wśród wszystkich tych zdjęć przez ułamek sekundy zobaczyłam jedno. A na nim obok innych koni był TEN jeden – wyjątkowy dla mnie. Widzialam to zdjęcie przez chwilę jedynie, wcale w dodatku nie było zdjęciem nagłówkowym przedstawiającym konia, ale jednym z ująć późniejszych. Klikałam po różnych zdjęciach, ale jakaś część mnie już wiedziała, że koń już mnie wybrał. Że to ma być tamten jeden, tamten który mnie tak totalnie zaczarował. Tylko który to był??? Jak miał na imię?
Mijały minuty i kolejne, a ja przeszukiwałam wirtualnie stajnię Centarusa w poszukiwaniu tego właśnie, który tak poruszył moje serce. Już do niego tęskniłam. gdzie on był? …. Znalazłam.

to właśnie ta pierwsza fotka, z której Geniusz mnie zawołał, źródło zdjęcia: https://centaurus.org.pl/

Mial na imię Geniusz. Nawet nie umiem opowiedzieć jaką falę uczuć we mnie wyzwolił. Znalazłam te stronkę o nim, przyglądałam się fotkom, zwłaszcza tej jednej i łzy wzruszenia jak szalone mi leciały. Moi faceci nie mogli się nadziwić dlaczego wpatruję się w fotkę szczęśliwego już konia i płaczę jak wariatka, choć plakałam chyba też z jakiegoś szczęścia. Napisałam oczywiście zaraz do fundacji, odpisała mi przemiła pani Weronika i tak wnet zostałam wirtualnym opiekunem Geniusza.

W międzyczasie otrzymałam też akt adopcyjny Oktawiana od Tary, ale tak się złożyło, iż nie zamieścili na stronce jeszcze mojego nazwiska przy nim. I widocznie tak miało być. Bo kiedy pisałam do nich w sprawie adopcji, to nie było jeszcze zdjęć koni uratowanych w tym roku ze Skaryszewa. No a jak się pojawiły, to zobaczyłam cudownego srokatego. Zaczarował mnie totalnie, tak samo jak wcześniej Geniusz. Znowu poczułam tę falę ciepła, miłości, cudownego połączenia. No nie wiem jak to jeszcze nazwać, ale to właśnie chyba tak to wygląda, kiedy to koń wybiera nas, a nie my jego. Napisałam więc do fundacji z prośbą, by przepisali moją odapcję z Oktawiana (choć sercem będę go wspierać nadal) na tego właśnie cudownego srokatego. I tak zostałam opiekunem wirtualnym Yody. I widocznie tak miało być, to nie ja miałam wybrać konia, ale one miały wybrać mnie.

Cudowny srokaty Yoda, źródło zdjęcia: http://fundacjatara.info/

Odtąd z każdego mojego obrazu jaki się sprzeda, jakaś część kwoty będzie też szła dla tych właśnie koników. Chcę by moje malowanie było też darem ode mnie dla nich.
Wszak i one obdarowują mnie swoimi darami.

Wczoraj wieczorem pani Weronika z Centarusa przysłała mi rownież trzy zdjęcia Geniusza. Spojrzłam na te fotki i … „wow! Jaka synchroniczność” – pomyślałam. Czytam bowiem teraz książkę „Rozmowy z Wrzechświatem”.  Z pewnością wielu z was zna już tę wspanialą lekture, ja z każdą kolejną stroną zachwycam się tym przekazem coraz bardziej. A tu dostaję właśnie takie zdjęcia Geniusza.
Zdjęć jest 3 (magiczna trójka jak potwierdzenie, że zawiera w sobie przekaz z ‚góry”). Na pierwszych dwu fotkach Geniusz je sianko. Na ostatnim on sam z wystawionym językiem. Cóż za oczywisty przekaz, który mówi o tym, żebym zwróciła teraz bardziej uwagę na smaki. Wrzechświat komunikuje się z nami również poprzez smaki. Zatem mam zwrócić uwagę na rodzaj smaków, które teraz do mnie przychodzą. Na które mam ochotę. Wszystko to jest przecież jakąś komunikacją dla mnie i o mnie. I Wrzechświat właśnie przez Geniusza wysłał mi wiadomość, iż chce mi coś powiedzieć za pomocą smaków. Czyż to nie cudowny dar?

Geniusz z języczkiem, czyż to nie znak?

Mały rządzi

Joey już całkowicie wydobrzał. I chociaż jest mniejszy i z krzywym skrzydełkiem, to jednak on tutaj rządzi.
Umyłam dziś chłopakom moim kochanym skrzydlatym klatkę. Dostali też nową całkiem sporą porcję zieleniny: koperek i liście selera.
Potem podpatrywałam co porabiali.

Niestety zdjęcia musiałam robić na największym zoomie, bo inaczej ptaszyska wiadomo głupich udają i czyszczą pióra.

I robiąc te fotki (oj, ciężko było uchwycić momenty, kiedy Mały się nie wiercił) odkryłam, że to on, a nie Atilla, wydaje od kilku dni takie dziwne odgłosy. Dosłownie jak indyk. Skąd on sie tego nauczył to nie mam pojęcia. Ale jest tak:
Mały sobie coś upatrzy, np wlezie do miski. Atilla zaciekawiony idzie popatrzeć, usiądzie tuż obok. Co robi Joey? Gulgocze na niego i Atilla ucieka. Biedaczek idzie w drugi kąt i np zaczyna wcinać kolbę. Co robi Joey? Podlatuje do kolby, gulgocze na Atillę i ten ucieka. I tak w kółko. Ciągle słychać gulgotanie jakbym w domu indyka hodowała, a nie małą papużkę.

Gdy Atillka potem smutny usiądzie sobie spokojnie na drążku, to małemu się nudzi. Ładuje się więc na huśtawce poniżej Atillki i ciągnie swego starszego kolegę za ogon, wyćwierkując przy tym całkiem inne ćwierki: słodkie, cichutkie, zachęcające do zabawy.
No i Atilla daje się udobruchać.

Aż do następnego gulgotania.

Powiesiłam im dzisiaj ten ulubiony przez Atillę koperek. I co?
Ano dorwał się najpierw do zielska Joey.

Przerwa na gulgotanie w stronę Atilli.

Co to wystaje tu takiego zielonego?

Ty, tam z tym aparatem, na ciebie też gulgulgul

Fajnie tak poskubać…

Nie dam. To moje.

Oooo, z tej strony smakuje jakby inaczej.

No co? Mówiłem to moje. Gulgulgul. Moje. Moje!

No dobra, nie będę taki żyła. W końcu jesteś moim najlepszym kolegą. Chodż stary, przecież wiem, że uwielbiasz to zioło. Dawaj, razem damy czadu.

pokochali się

Jak do tej pory Atilla zawsze reagował na odgłosy wszelkich ptaków na dworze czy w telewizji, tak dzisiaj cała jego uwaga skupiła się na małym. Były zaloty, były lekkie zaczepki i sprzeczki. Jak Joey siada wyżej od Atilli, ten ciągnie go za ogon. Ale ogólnie chyba się polubili. Gdy Joey, nie umiejący jeszcze całkiem dobrze fruwać spadł na dno klatki, Atilla zaraz do niego schodził i zachęcał do wdrapania się na powrót do góry. Mały podobno nie potrafił jeszcze jeść z pojemniczków. Dziś obserwując Atillę próbował wszystkiego co on. I rzeczywiście jeszcze niezbyt radzi sobie z wyjadaniem ziarenek z pojemniczka, ale kolby prosa mogliśmy już normalnie zawiesić i wcinał tak jak Atilla.
Atilla fruwał, Joey próbował frunąć za nim.
Mały jeszcze dużo śpi.
Gdy zasypiał Atillka cichutko ćwirkał mu kołysanki. Potem, mimo że sam nie spał siedział tuż obok. Wyraźnie widać, że się małym opiekuje.

Ilekroć braliśmy małego do ręki, Atilla spoglądał i uważnie obserwował. I tak sobie myślę, że wnet zaczai, iż nic mu nie grozi. I może kiedyś za Joeyim będzie chciał sam przylatywać nam na rękę.

jest

Mały dotarł do nas przed 20 minutami, przywieziony specjalnym transportem zajmującym się przewozem ptaków.
Wyjęłam z zółto-zielonego pudełka, małego zółto-zielonego ufnego ptaka.
Poznajcie go.
Oto Joey

Mały jest taki ufny i kochany, że nie mogę się nadziwić.
Czas było przedstawić go Atilli.

Atilla zaniemówił. Całkiem ucichł i nie wie co się dzieje. Wsadziłam małego do klatki, od razu sam się wspiał do góry i wdrapał obok Atilli.
Zobaczcie tutaj, ile jest mniejszy od Atilli.

Mały chciał się od razu tulić. A Atilla zdziwiony zwyczajnie speniał i uciekał.
Po dłuższej chwili ośmielił się też wdrapać na żerdkę i teraz siedzą tak oboje, calkiem w milczeniu i sie obserwują.

Mały co jakiś czas robi podchody w strone dużego.
I cisza. Na razie ani jednego ćwirknięcia nie było.

Joey

… przybędzie do nas jutro. Rozmawiałam dziś z hodowcami i jak mi opowiedzieli co i jak, to prawie się rozczuliłam.
Joey jeszcze jest tak mały, że potrafi jeść tylko z podłogi, nie umie jeszcze jeść z pojemniczków zawieszonych w klatce. Śpi też jeszcze na podłodze (czytaj na dnie klatki), a nie na żerdkach. Ale rozczuliło mnie to, że przed wieczornym zaśnięciem potrzebuje hajania po główce. Był wychowany od jajka przez człowieka i to w ludzkiej dłoni czuje się jeszcze najbezpieczniej. Wygląda na to, że od jutra zostanę ptasią mamą.

kto tu kogo budzi

Do 11-tej byczyliśmy się w łóżku. Artilla obok spał w swojej klatce na żerdce.
Kapsel otwarł oko, spojrzał na naszego zielonego skrzydlaka i woła:
K. – Ptak, budź się. Już jedenasta jest.

I ptak się obudził. Przeciągnął najpierw jedną małą nóżkę, potem drugą. Jedno skrzydełko, potem drugie. I zaczął śpiewać.

Do czego to doszło, żeby człowiek budził ptaka.

Atillkowe kołysanki

Już dawno zaobserwowałam (uszami), że nasz Atillka przed zaśnieciem sam sobie śpiewa kołysanki. Miałam w życiu już wiele papużek falistych, ale nie przypominam sobie, by którakolwiek tak robiła.

To jest całkiem inny śpiew. Taki cichutki, prawie kwilący, Atillka przymyka oczka i sam sobie tak co wieczór śpiewa. Jakby sam się otulał czułością wyrażoną poprzez ten delikatny cichutki śpiew.

Przed popołudniowymi drzemkami robi dokładnie to samo. Ale najbardziej zadziwiające jest to, iż dokładnie w ten sam sposób śpiewa kiedy widzi, że my zamierzamy uciąć sobie drzemkę.
Wtedy kołysanki śpiewa dla nas.
To jest niesamowite.

Tak się wyraża ptasia Miłość, Atillkowa Miłość.

A na fotkach Atillkowe akrobacje na dzwonku:

Atilla niesamowitym papugiem jest

Zmorzył mnie sen. I Kapsla mojego też. Że Kapsla, to nie dziwne, bo on dziennie urządza sobie drzemki. Mi jednak spanie za dnia zdarza się jedynie jak jestem chora. A dziś nie jestem chora.

Ale zadziwiło mnie jedno. Jak tylko oboje położyliśmy się do łóżka, Atilla całkowicie umilkł. Słyszałam, iż coś tam robił w klatce, ale ani nie śpiewał, ani nie bawił się dzwonkiem.
Jak na papugę to niesamowite. Bo słoneczko świeci pełną parą, ptaszki za oknem ćwierkają, a nasz Atillka po prostu dał nam spać.

Miałam już wiele papug w swoim życiu i żadna tak nie robiła. Wręcz przeciwnie. Jak tylko zauważały, iż my śpimy a one czuły się wyspane, to robiły wszystko by nas obudzić. Ćwirek urządzał wtedy loty tuż nad naszymi głowami, Roki właził na nas i dziobał albo wrzeszczał na ile mu to małe gardziołko pozwalało. A Filip (Rozelia) od Marcina i Mamy, obrzucał ich ziemią i nawet skarpetkami.

A Atillka wyjątkowo jak tylko widzi, iż śpimy, to dba o to, by nas nie obudzić. Normalnie wyjątkowy ptak.

to była dziwna noc

Bo nie dość, że przez wiele godzin usnąć, to kiedy wreszcie mi się to udało, miałam naprawdę walnięty i niefajny sen. Sen, o którym nawet nie chce mi się tu pisać.

Ale wiecie co spowodowało, iż się obudziłam? Atilla.
Nagle zaczął fruwać po mieszkaniu. W ciemnościach. To nienormalne, by taki ptak latał w środku nocy. Nawet na naszego Atillę, który zwykle urządza sobie loty późnym wieczorem.

Obudził mnie właśnie trzepot skrzydeł. Słyszałam jak uderza tymi skrzydełkami o ściany mieszkania. Zapaliliśmy światło, by mógł trafić do klatki. Była dokładnie 2:58. Atilla był totalnie wystraszony. Nadal fruwał po całym pokoju, choć przynajmniej już nie obijał się o ściany.
Wiecie jak trudno jest uspokoić przerażonego ptaka? Krążył nad klatką, ale jakby bał się wrócić do niej. I dopiero kiedy był już całkowicie wyczerpany lataniem, usiadł na swój patyk. Coś w nocy musiało go wystraszyć. Może też miał jakiś zły sen.

Idę mu teraz umyć klatkę.

podchody

Nasz wszystko-w-jednym-pokój otrzymał nowy kolor. Delikatną zieleń, która bardzo przypadła do gustu również Atillce. Od tych dwu dni Atillka bowiem znacznie się ożywił. Częściej śpiewa i cześciej fruwa po pokoju penetrując wszelkie zakątki. Wreszcie się robi z niego ciekawski papug.
No i robi dziennie podchody do nas. Nadal boi się usiąść na rękę, czy w ogóle tuż przy nas, ale dzielnie robi coraz śmielsze podchody. Na razie owe podchody ograniczają się do coraz niższych lotów nad naszymi głowami. Lata tak blisko, że jego skrzydełka muskają czasem mojej twarzy czy ramienia. Poczekam cierpliwie, aż wreszcie będzie miał odwagę usiąść na mnie. Najgorszy jak wiadomo jest ten pierwszy raz.

A póki co Atilla siada na głowach aniołów.

mój zielony piękniś

Atilla kiedy dziś myłam mu klatkę wyjątkowo nie uciekł. I nawet pozwolił sobie zrobić kilka zdjęć.

(zdjęcie przeniesione z mojego starego bloga)

Obserwował uważnie każdy mój ruch.

(zdjęcie przeniesione z mojego starego bloga)

 

I tak charakterystycznie przekręcał łebkiem słuchąc jak do niego mówiłam.

(zdjęcie przeniesione z mojego starego bloga)

I chociaż z ptakiem nie można się tak poprzytulać jak z psem czy kotem i nie da się go zabrać ze sobą na całą noc do do łóżka, ani pójść na spacer, ale i tak go kocham tego mojego zielonka. I chociaż wciąż jest nieśmiały, wciąż nie siada na rękę, to nie zamieniłabym go na żadnego w świecie kota czy innego sierściucha.
Wiem, że jeszcze się oswoi. Przyjdzie taki czas, że i Atillka przyleci do mnie na palec.
Mały zielony strachliwiec na razie z niego, ale jaki piękny i jaki kochany.

Atilla już dostał swoje koraliki

Za kilka dni będzie trzy miesiące jak jest z nam.
Kiedy go przynieśliśmy do naszego domu, był jeszcze takim młodzikiem z różową nosówką i nóżkami. I jako że mu nie zaglądaliśmy pod ogon i między pora, to ciężko było rozpoznać jakiej jest właściwie płci.

 

A dzisiaj Atillka to już całkiem niczego sobie chłopak. Nosówka robi mu się już wyraźnie niebieska. A na szyi ma pojawiły się tak charakterystyczne dla papużek falistych koraliki.

I chociaż nie każdego ptaka da się oswoić tak jak psa czy kota, ale Atillka już wie, że jest nasz. I tak radośnie i głośno wita nas kiedy wracamy do domu. Najbardziej chyba Kapsla kiedy ten wraca z pracy. Atilla zawsze wtedy wyraźnie się ożywia i zaczyna machać skrzydłami, skakać na swoim patyku i opowiadać coś po papuziemu.
Nadal nie przychodzi na palec i nadal jest dość płochliwy. Nadal większość czasu spędza w swojej klatce, mimo że mógłby fruwać do woli i buszować po mieszkaniu, gdzie by chciał. Nadal zachowuje się czasem jak nietoperz i nadal pozwala nam się rano wysypiać do woli. Ale wyraźnie już cieszy się na nasz widok.

wypadki chodzą po … papugach

Siedzę sobie przy kompie i nagle słyszę, że Atilla drze się jak wściekły. Zwykle dostaje szajby dopiero pod wieczór i lata jak szalony po pokoju. Myślę sobie, co mu się tak nagle odmieniło i czemu się tak wrzeszczy. Okazało się, że biedaczek wzywał pomocy, bo znowu wpadł za łóżko i się nie mógł sam wydostać.
Teraz uratowany siedzi na klatce i dochodzi do siebie.

 

co nowego u naszego papuga

Jak mu czyściliśmy klatkę, to bacznie obserwował czy robimy wszystko tak jak trzeba.

Potem się obraził o coś i stwierdził, że może mi pokazać jedynie swoje tyły. Co chciałam mu zrobić fotkę, to odwracał głowę.

Za to jak poleciał do czyściutkiej klatki, to pozwolił się obfotografować.

A potem dla odmiany spodobała mu się „szpica” na choince. Ot, taki nasz czubek na czubku.

 

nasz papug

Atilla nadal niewiele fruwa po mieszkaniu. Ale przypuszczam, iż to fakt że ciągle jest ciemno powoduje, iż dużo śpi w ciągu dnia.
Zdecydowanie się ożywa kiedy w telewizji leci jakiś mecz. Tak kibicuje spoglądając z góry

Kiedy my natomiast przy stole gramy w nasze niedzielne planszówki, Atilla siedzi nad naszymi głowami, tuż pod samym sufitem, na gałęzi i cichutko obserwuje.

papuzie ranne zwyczaje

Muszę przyznać, że nasz Atilla jak na papugę pod jednym względem jest wyjątkowy. Wszystkie papugi, które miałam do tej pory, jak tylko wstało słoneczko, to i one się budziły i oczywiście i nam spać już nie dawały.

Nasz zwariowany Roki, potrafił przylecieć z pokoju w którym spał, pod drzwi naszej sypialni (wtedy jeszcze mieliśmy osobną sypialnię) i skrzeczeć tak długo i wytrwale, aż wstaliśmy. Nie pomagało żadne uciszanie go. Darł się coraz głośniej. A słowo daję, że mała papużka falista potrafi narobić prawdziwego rabanu jeśli chce. I zwykle właśnie bywało tak, że kiedy my wreszcie wyturlaliśmy się z łóżka, to Roki uznawał, że wykonał swoją pracę i sam sobie szedł spać.

Filip (który był znacznie większy, bo była to rozella białolica) mojego Brata budził, obrzucając go ziemią wciąganą z doniczek lub innymi paprochami wyszperanymi gdzieś w Marcina pokoju. Był bardzo wytrwały w tym porannym budzeniu Marcina i bardzo pomysłowy. Marcin też był w swoje wolne dni wytrwały w leżeniu w łóżku i odganiał Filipa rzucając w niego skarpetami. Raz taka skarpeta w locie „ubrała” się sama Filipowi na głowę. To byl jedyny raz, kiedy Marcin się turlał ze śmiechu, a Filip skapitulowoał.

Nasz Ćwirek natomiast był za to bardzo płochliwy. Ale właśnie rano zdobywał się na szczyty swojej odwagi. Kiedy leżeliśmy jeszcze w łóżku, siadał na telewizorze (mamy łóżko ustawione tak jakby za telelewizorem obecnie) i co prawda nie świrkał, ale nas obserwował. I może to dziwne, ale serio czułam ten jego wbity w nas wzrok i zawsze mnie to budziło. Potem Ćwirek zaczynał loty nad naszymi głowami. Pierwszy lot był zwykle jakieś pół metra nad nami i trzepot skrzydeł zawsze budził już Kapsla. Jeśli nadal próbowaliśmy udawać, że śpimy albo zamierzaliśmy spać, to następne loty były już coraz niżej i niżej.
I tym sposobem wywalał nas  Ćwirek z łóżka. A kiedy my wstawaliśmy on uciekał szybko do swojej klatki. I zasypiał.

A z Atillą jest całkiem inaczej. Atilla nawet jeśli sam się już obudzi, to jednak siedzi sobie cichutko dopóki my nie wstaniemy. W niedzielę możemy spać i do 10-tej, a on ani ćwir ćwir. Słyszę go czasem jak je, jak sobie czyści piórka, jak skubie coś tam na galęzi, ale nie ćwirnie ani razu dopóki nie wstaniemy.

zabawa w chowanego

Schował się nam. Nie wycelował i lotem spadającym wylądował na podłodze między łóżkiem, a szafką z telewizorem. Tyle jeszcze widziałam. Potem słyszałam już tylko, jak malutkie ptasie nóżki tuptają gdzieś po podłodze. I wreszcie cisza. Szukaliśmy go, ale się ptaszyna schowała tak, że trudno było go dostrzec. W końcu jednak Daniel odkrył małego ukrytego za łóżkiem, schowanego pod firanką. W zupełnych ciemnościach siedział tam w kąciku i był nieźle wystraszony. Pewnie sam nie wiedział gdzie jest.
Sam wskoczył na wyciągniętą kapslową dłoń, wdzięczny za taką pomoc.
A potem usnął na gałęzi pod sufitem. Już wykąpanej z kurzu gałęzi.

dziś po raz pierszy Atilla fruwał po mieszkaniu

Był strasznie zdziwiony tą nową dla nie sytuacją. Klatkę mu umyliśmy, naszykowaliśmy nowe jedzonko, ale się okazało, że ptaszek choć zgłodniał, nie wiedział jak do klatki wleźc. O dziwo pozwolił się pogłaskać po nóżce (nie uciekł), ale otwartych drzwiczek do klatki nie potrafił dojrzeć. Na palcu bał się jednak usiąść, ale warzecha wydała mu się już godna zaufania i by usiąść na niej nie miał oporów. I tak oto z warzechy wsadziliśmy go do klatki (drzwiczki pozostają otwarte). Zgłodniał biedaczek podczas tych swoich wojaży po naszym mieszkaniu, bowiem rzucił się od razu do jedzenia.

Jak na ptaszka, który jest u nas zaledwie tydzień, to całkiem niezle postępy.
Pozwala się pogłasakać po nóżce.
I sam nastawia główkę kiedy się leciutko na niego dmucha.

Atilla

Wygląda na to, że trafił nam się max zwariowany papug, który z każdym dniem coraz bardziej mnie zadziwia.

Co wyprawia?

– Po każdym jedzeniu sam sobie czyści klatkę z łusek po prosie. Po prostu tak trzepie skrzydłami, aż wszystkie łuski wylecą z klatki nam na pokój. Kupy na dnie klatki mu nie przeszkadzają, ale łusek po ziarenkach nasz papug w klatce nie toleruje.

– Włazi caluśki do pojemników na jedzenie, mości się tam jak w jakimś gnieździe, ale tylko do momentu, aż na niego nie popatrzymy. Kiedy zauważy, iż jest obserwowany, szybciutko wyskakuje z tych pojemników i udaje, że on nic nie robił.

– Pomimo otwartej klatki nie zdecydował się jeszcze na fruwanie po pokoju. Za to uwielbia wisieć do góry nogami jak nietoperz. Chwyta się nożkami prętów klatki stanowiących klatkowy „sufit”, zawisa głową w dół i się huśta. Na razie wiszenie do góry nogami i huśtanie się w ten niekonwencjonalny sposób należy do jego najulubieńszych zajęć. No totalnie zwariowany ptak.

– Od czasu do czasu prowadzi jakieś ożywione dyskusje sam ze sobą. Wygląda to tak, że najpierw jest delikatne i słodkie „ćwir ćwir ćwir”, a zaraz potem głośne, bardzo szybkie i poparte dodatkowymi argumentami w postaci skakania, niebywale wariackie „ĆWIR ĆWIR ĆWIIIIR”. Potem znowu cichutkie i śpiewne ćwirkolenie, tak jakby szeptał jakieś słodkie słówka. A potem znowu głośne i skrzekliwe wrzaski, jakby nieźle kogoś opierdalał.

– Poza tym chyba z niego jakiś fan piłki nożnej. Za każdym razem gdy chłopaki oglądają mecz, Atilla filuje ze swojej klatki również na telewizor i niezwykle śmiesznie kibicuje. Skacze na drążku, macha skrzydłami i wrzeszczy. W czasie reklam, gdy Kapsel wychodzi na papieroska, Atilla albo czyści sobie pióra, albo ucina sobie krótkie drzemki. No zadziwiający jest.

hahaha

Atilla już daje czadu. Co z tego, że jest taka godzina, w której ptaki normalnie śpią. Kapsel ogląda film. Kiedy w telewizorze akurat nikt nic nie mówi, Atilla też nic nie mówi. Kiedy w telewizorze zaczyna się jakiś dialog, Atilla też zaczyna konwersację. Telewizor głośniej, Atilla głośniej.
Hahahaha

Zapowiada się, iż będzie wesoło. Roki robił nam dokładnie to samo.
Najlepsze jest to, że chyba wszystkim się podoba, iż ptaszysko już teraz pokazuje swój charakterek. Coś mi się zdaje, że wiem kto w naszym domu będzie miał od dzisiaj najwięcej do powiedzenia.
Hahaha
A najbardziej to mnie rozczula to, że im więcej Atilla się drze zagłuszajac telewizor tylko w tych momentach, w których gadają, im bardziej przy tym Kapsla to wnerwia, tym bardziej jednocześnie mój chłop jest tym małym zielonym cholernikiem oczarowany.
Ja zresztą już też.

Bo taka właśnie powinna być nasza papuga.

jest !

Długo żeśmy z Kapslem obserwowali wszystkie papużki w wolierze, by wybrać taką dla nas. Nie ważna była dla nas płeć ptaszka ani kolor piórek, ale ważny charakterek.
W końcu żeśmy wypatrzyli. Takiego małego rozrabiakę, którego wszędzie było pełno.
W Ubahnie spoglądał/a jednym okiem przez dziurki w pudełku na mojego Kapsla. I nawet sobie pogadali niezważając na wgapiujących się ludzi.

Panie i Panowie, przedstawiam wam nowego członka naszej rodziny:

(Zdjęcie na razie marne, ale nie umiem przy tym świetle co teraz zrobić lepszego.)

Moi faceci jednogłośnie nadali mu/jej imię Atilla (wiadomo, w końcu z Frankfurtu jesteśmy).
Szczerze mówiąc jeszcze nie bardzo wiem czy jest to samczyk czy samiczka, bo trudno poznać. Nosówkę i nóżki ma jeszcze różowe, jak typowy młodzik. Ale charakterek to on/ona już ma.
Strasznie ciekawski/a.

Najbliższe dni będzie jeszcze musiał/a posiedzieć w zamkniętej klatce, aż nieco oswoi się z nowym otoczeniem. Choć już się nie mogę doczekać kiedy będziemy mogli tę klatkę otworzyć, aby ptaszyna sobie fruwać mogła do woli.

Niby taka zwykła zielona papużka falista. A jednak już ją kocham.

skrzydlaki w naszym domu

Kiedy miałam 6 lat dostałam od wyjeżdżających do Niemiec znajomych papużkę falistą. Nazwaliśmy ją Ciumką. To była nasza pierwsza papuga.
Od tego czasu w naszym rodzinnym domu zawsze był jakiś skrzydlak. Niektóre żyły z nami po kilkanaście lat. Wciąż pamiętam jak każda z nich miała na imię: Ciumka, Czubek, Zboczeniec, Gizela, Filip.
Każdy z tych ptaków miał inny charakter, każdy był na swój sposób wyjątkowy.
Ciumka najchętniej siadała na naszych głowach. Jadała z nami obiady i wygwizdywała melodyjkę z czołówki dziennika telewizyjnego. Była tak oswojona, że mogłam chodzić z nią na podwórko. Zawsze wracała.

Czubek uwielbiał gdy się głaskało go po karku. Kiedy odrabiałam zadania domowe, siadywał obok na biurku, nastawiał głowę, a ja z nosem w książkach, jednym palcem smyrałam go po karku. Odwdzięczał się przynosząc w dziobie oskubane ziarenko.

Zboczeniec był zwariowanym do granic możliwości albinosem. Kochał wolność, ciągle nocami zamiast spać, to onanizował się o pręty drzwiczek w klatce. Robił przy tym kupę huku i co noc wyrywał mnie tymi onanizmami ze snu.

Gizela lubiła wisieć do góry nogami na firankach i chodzić sobie poniej jak po drabinie. Obgryzała Marcinowi brzegi zeszytów szkolnych, próbowała ubierać na siebie jego okulary.
Dożyła u Marcina do swojej późnej starości. Na koniec już całkowicie osiwiała.

Filip budził Marcina zrzucając na niego ziemię z kwiatków, a Marcin rzucał w niego swoimi skarpetkami. Filipa ja już nie znałam. Nie mieszkałam już w domu moich rodziców.

Ale mieliśmy tutaj naszego Rokiego. Roki był totalnie zwariowany. Taki facet z charakterem. Zawsze pierwszy pchał się na stół, jeśli tylko wyczaił, że szykuje się jakieś jedzenie. Zaczepiał Kapsla, wyrywał mi ołówki i długopisy kiedy próbowalam coś napisać i zrzucał sztućce ze zlewu. I uwielbiał straszyć ryby w akwarium…

Potem był już Ćwirek, ptak po przejściach, ptak z depresją. Nieśmiały i strachliwy. Siadywał rankami tuż nad naszymi głowami i obserwował jak śpimy. Kiedy tylko się budziliśmy uciekał do swojej klatki.

Na balkonie wciąż stoją dwie puste klatki…
Klatki, które dla naszych ptaków nie były nigdy więzieniem, a domem. Wszystkie nasze papugi zawsze miały bowiem klatki otwarte. Mogły sobie fruwać do woli.

Od kiedy umarł Ćwirek jest jakoś tak jakby pusto. Nasz dom bez ptaka jest jakby nie do końca naszym domem…

No i chyba dojrzeliśmy wszyscy do następnego skrzydlaka.

odszedł do ptasiego nieba

Pamiętam jak zabraliśmy go od Sylwi do nas do domu. Był zmarniały, zaniedbany, wystraszony. To u nas przypomniał sobie do czego służą skrzydła. Odżył. Nigdy jednak nie pozwolił się do siebie za bardzo zbliżać. Nie dało się go już oswoić. Jedyne co mogliśmy mu dać, to trochę miłości, spokoju, swobody.

Tak sobie myślę, że mimo wszystko nie był szczęśliwy. Siedział często smutny, dużo spał. Był takim zamkniętym w sobie ptakiem. Nie zbliżyliśmy się do siebie, bo na przeszkodzie stał jego strach. Mimo wszystko go kochaliśmy. Na swój sposób. I on chyba kochał nas. Też na swój sposób.

Uderzył dziś w ścianę.
Umarł w swojej klatce.
Cichutko.

Wierzę, że tam gdzie jest teraz, jest szczęśliwszy. I naprawdę wolny.

(zdjęcie przeniesione z mojego starego bloga)

Niby nikt z nas nie płacze.
Ale jakoś tak smutno dziś w naszym domu.
Tak cicho.
Tak pusto.

I jednak każdy po cichu uronił swoje łezki.