wiadomość od Czarnego Węża

Jakiś tydzień temu w nocy przyśnił mi się sen. Spotkałam w nim pewną osobę, kogoś o kim nie chcę tu za wiele pisać. Ważne, iż ja wiem kto to był (u.). Powiem tylko tyle, że w życiu realnym swego czasu odegrał ten ktoś dość istotną rolę powodując wiele traumatycznych przejść nie tylko na mojej ścieżce. No i teraz po tylu latach ten ktoś przyśnil mi się we śnie. Siedzieliśmy naprzeciw siebie i rozmawialiśmy. Ja czasem zadawałam grzecznie jakieś pytania, on z uprzejmością odpowiadał. Oboje się nawet czasem uśmiechaliśmy. Ale tak naprawdę rozmowa ta była jak swego rodzaju gra,  jak badanie przeciwnika. Ja nie ufalam jemu, on z pewnością nie ufał mi. I nawzajem o tej nieufności wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy również, że żadne z nas nie jest słabe. Nie było strachu, ale wyraźnie czułam napięcie między nami.
W pewnym momencie on się podniósł i uśmiechając się powiedzial do mnie: „A dla ciebie mam pożegnalny prezent”. Potem rzucił coś prosto na mnie, co wpadło nie na moje kolana, ale dokładnie na moje łono i brzuch. Spostrzegłam, że był to czarny wąż. Właściwie był niewielki, ale zaraz potem, nim zdąrzyłam cokolwiek zrobić, powiększył się, błyskawicznie owinął się wokół mojego brzucha i zaczął dusić. Dziwne, ale nie czułam strachu. Wąż dusił mnie coraz bardziej, a jednocześnie miałam wrażenie, że tak naprawdę nic mi z jego strony nie grozi.
W pomieszczeniu znajdowała się też Grażka i jeszcze jakaś dziewczyna. Wszystko działo się tak szybko. W momecie gdy wąż się pojawił one najpierw krzyknęły i uciekły. Teraz jednak kiedy zaczęło brakować mi tchu i nie mogłam się uwolnić zawołałam Grażkę, by mi pomogła. Pojawiła się zaraz z jakimś sztyletem i najzwyczajniej chciała odciąć wężowi głowę. „Nie!”- zawołałam – „Nie zabijaj go. Pomoż mi, ale tak, żeby nie zrobić mu krzywdy”. Jednak ona nie bardzo wiedziała jak ma mi pomóc bez użycia noża, więc zrozumiałam, że to sama muszę sobie pomóc. Gmerałam coś za sobą uwięzionymi przez węża rękami. Potem poczułam, że trzymam go tuż za głową, a on trzymał w objęciach mnie. Brakowało mi powietrza. Nagle wąż jakby odpadł ze mnie i zobaczyłam krew. Nie wiedziałam czy jest moja czy jego, czułam strach o siebie i o niego, ulgę i smutek jednocześnie. Obudziłam się.


Otworzyłam oczy i wiedzialam, że to nie był taki byle jaki sen. Na mojej drugiej i trzeciej czakrze ciążył mi jakiś ciężar. Bardzo chciałam zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi, choć tak naprawdę na jakimś poziomie już wiedziałam, ale chyba nie byłam jeszcze gotowa na to, by świadomie spojrzeć tej prawdzie w oczy. Czarny Wąż z mojego snu przybył do mnie jako zwierzę wiadomości i jednocześnie zwierzę cienia (klik). Do mnie należało rozpoznać co chce mi przekazać. Wiedziałam, iż Wąż jest takim wyraźnym ostrzeżeniem. Ze swojej ciemnej strony reprezentuje on dwulicowość, nieszczerość, sprzeciw, agresję, zazdość i uzależnienie. I to o tych energiach chciał mi powiedzieć, przed nimi ostrzec. Z drugiej strony wiedzialam również, iż to nie chodzi jedynie o coś z zewnątrz. Wiedziałam, że chodzi też o mnie samą. I czas najwyższy spojrzeć temu w oczy.

sen od Aniołów i o Aniołach

Jakieś siedem lat temu przyśnił mi się pewien sen. Sen, który już wtedy, zaraz po przebudzeniu, wydał mi się być snem ważnym. I – jak się potem okazało – był chyba jedynym snem w moim życiu, który przez 7 lat ciągle jakby coś we mnie transformował. Tak, to nie był taki zwykły sen, który się przyśni, a potem się o nim zapomina. Ten sen był pod względem swojej mocy naprawdę wyjątkowy.

Był darem, połączeniem i swego rodzaju pieczęcią. Przyśnil się w podobnej fabule, w tę samą noc komuś, kogo w tym wcieleniu spotkałam dopiero później. Ale z kim – jestem tego pewna – od wielu wcieleń łączy nas Miłość. To właśnie ten sen pomógł nam się rozpoznać i stał się niejako pięczęcią naszej Przyjaźni i Miłości, mimo że nasze ścieżki w tym życiu tylko przez krótki czas biegły razem.

Był też snem-przepowiednią. Snem-początkiem i snem-zapowiedzią. Obrazował dokładnie moje wewnętrzne blokady i lęki, ale też moje tęsknoty, moje pragnienia, moje moce i … sposoby złagodzenia tego, co miało się stać. To z powodu tego właśnie snu pojawili się w moim życiu ludzie, dzięki którym doświadczyłam swoistej próby ognia. Dziś już wiem, że to co wtedy wydawało mi się być największą moją pomyłką, krzywdą, najbardziej bolesnymi doświadczeniami, w rzeczywistości było najlepszą szkołą łagodności serca.

Dziś, po 7 latach, mając już za sobą wszystkie te doświadczenia, przez które z powodu własnych wyborów i decyzji musiałam przejść, dostrzegam, iż ten wyjątkowy sen, był wyrazem Miłości moich Aniołów do mnie. Z jednej strony był takim przygotowaniem mnie na czekające mnie trudności,  a jednocześnie – gdybym tylko zechciała wybrać inaczej – był wskazówką, ścieżką, obietnicą, nagrodą.

Nie dopuszczałam wtedy Aniołów do siebie. Nie tylko nie prosiłam ich o pomoc, ale w ogóle nie bardzo przyjmowałam do świadomości ich jestestwo. Anioły nie mogły ingerować wbrew mojej woli, a jednak wysłały mi taki Znak. Dar. Mam aż ciarki, jak dziś uświadamiam sobie całość znaczenia i mocy tamtego snu.

Biegłam przez las. Byli ze mną jacyś ludzie, ale nie potrafię powiedzieć kto. Może jacyś moi przyjaciele lub bliscy. Biegliśmy przez las. Wszystko było jakby spowite mrokiem, a między drzewami gdzieniegdzie wisiała szarawa mgła. Gdzieś tam za nami biegły wilki. Właściwie nie goniły nas, nie miałam wrażenia, że chcą uczynić nam krzywdę. Bardziej było to tak, jakby nas zaganiały, nakierowywaly w strone ogromnego drzewa. Bo oto nagle znaleźliśmy sie przed potężnym drzewem. Było tak wielkie, majestatyczne i wysokie, że z miejsca gdzie staliśmy, nie mogliśmy nawet dostrzec jego konarów. Ale za to ujrzeliśmy, tuż przed nami, że w drzewie pojawilo się jakby wejście zapraszające nas do środka. Trudno mi to opisać, bo nie wyglądało to jak jakiś rzeczywisty otwór czy  brama. Bardziej wyglądało tak, jakby kora tuż przed nami była utworzona ze światła, choć wciąż była korą. Nieco ze zdziwieniem, ale ciekawością, fascynacją i szacunkiem równocześnie, weszliśmy do środka. I oto znależliśmy się w jakieś dziwnej krainie, komnacie, świątyni. Nie wiem jak to określić. Staliśmy jakby na szczycie ogromniastego, niesamowicie pięknego wodospadu. Nie tworzyła go woda, ale coś, co było wodą i ogniem jednocześnie. Miało w sobie miękkość i puszystość śniegu, ale tak samo miało gładkość i metaliczność metalu. Było delikatne, aksamitne albo jedwabiste, a jednocześnie mocne i potężne jak skała. Wodospad ze światła, który miał w sobie jakby wszystko i wszystkimi mienił się barwami. Jego widok był oszałamiający, nie potrafię nawet ująć w słowa ogomu uczuć jakie wywoływał. Jednak zanim zdąrzyłam się z tymi doznaniami oswoić, pojawili się Oni.
Wysocy, duzi, ładnie zbudowani, niesamowicie piękni. Pojawili się jak silny powiew wiatru. I chociaż nie mieli skrzydeł, to płynęli w powietrzu. Każdy z nich przybywał do jednego z nas. Mieli różne kolory, choć nie do końca, bo miałam wrażenie jakby ich barwy wibrowały, ulegały zmianie. Jedni świecili się zielenią, inni na różowawo. Ten, który przybył tu dla mnie, świecił się w kolorze indygo zmieniającym sie w srebro. I nie tyle to zobaczylam, co poczulam lub wiedziałam.
Wszystko się działo tak szybko. A my… zaczeliśmy jakby uciekać. Ja zaczęłam uciekać. Z jednej strony wiedzialam, że nie mam się czego bać, a jednak wolałam uciekać. Nie wiem czy przed nimi, czy bardziej była to ucieczka przed nieznanym, przed innym, przed otwarciem się, przed spotkaniem. I przed samą sobą. Naprawdę nie wiem…  Ale uciekałam. A razem ze mną i  reszta moich przyjaciół. Wszystko przybrało wariackiego tempa. Zjeżdżałam po wodospadzie i była to szaleńcza jazda. Jak na złamanie karku. Z wybojami, ostrymi zakrętami, jak jakiś saneczkowy slalom gigant. Tyle, że bez saneczek.
I nagle zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie potrafię tego kontrolować, że zwyczajnie za chwilę rozwalę sobie łeb. Zresztą we łbie słyszałam huk, świst, wszystko to było jak jakieś szaleństwo. I wtedy kątem oka zobaczyłam, że tuż za mną leci  ten mój srebrno-granatowy Aniol. Przed ułamek sekundy chciałam mu uciec, a jednocześnie wiedzialam, że nie mam na to szans i że gdzieś tam w środku mnie wcale nie chcę uciekać. Chciałam się przed nim schować, a jednocześnie gdzieś w głębi wcale nie chcialam się chować. On najwyrażniej o tym wiedzial, bo dogonił mnie i zanim otoczył mnie ramieniem przez ułamek sekundy leciał tuż obok, uważnie mnie obserwując. I wtedy dopiero odważylam się spojrzeć w jego piękną męską twarz i jego oczy. I zobaczyłam w nich spokój i uważność, ciepło i serdeczność, dodawanie mi odwagi i śmiejące się iskierki. I Miłość. A potem On otoczył mnie swoim silnym ramieniem. Orkęcił się jakoś wokół własnej osi razem ze mną, wciąż w niesamowicie szybkim horyzontalnym locie w dół. Uśmiechnał się do mnie nieco szelmowsko, dodając mji odwagi, a potem owinal mnie jednym ze swoich skrzydeł. Był znacznie większy ode mnie i kiedy owinał mnie tym skrzydłem to było to dla mnie tak, jakbym znalazła sie w jakimś bezpiecznym kokonie. I dopiero wtedy poczułam, iż się poddaję temu co ma być. Już nie chciałam ani walczyć, ani uciekać, ani się chować. Czułam się jakbym leciała na spotkanie nieznanej przygodzie otoczona plaszczem bezpieczeństwa. I poczułam się błogo senna. Usnęłam.

Kiedy się obudziłam (nie w rzeczywistości, tylko wciąż w śnie) leżałam w jakieś ogromnej komnacie. Była potężna jak katedra i miała podobne jak do katedralnych wysokie okna, przez które wpadało dużo promieni słonecznych. Rozglądnęłam się i odkryłam, że oto leżałam na ogromnym łóżku, jak na łóżku należącym do jakis bardzo dużych ludzi. Czułam sie lekko, spojrzałam na siebie i zobaczyłam że mam na sobie jedynie coś w rodzaju przezroczystej, świecącej tuniki. Tuniki utkanej ze światła…. I znowu spanikowałam przed nieznanym. Innym. Przed spotkaniem. I przed samą sobą. Spanikowałam i …

…. Witam w mojej rzeczywistości.

Obudziłam się naprawdę.

moc łagodności

Miałam dziś sen, który bardzo mnie poruszył. To jeden z takich snów, które skłaniają do refleksji, a przynajmniej na jakimś głębokim poziomie wyraźnie mi przekazują pewną lekcję.

Nie będę całego snu opowiadać. Był dość poplątany, a akcja wielotorowa. Nie ma sensu tu tego wszystkiego zapisywać. Ale z grubsza chodziło o to, że w jakimś dziwnym świecie ja byłam młodą kobietą i musiałam uciekać przed kilkoma mężczyznami, którzy chcieli mnie skrzywdzić (czytaj zgwałcić, może też zabić).  Zresztą nie tylko ja uciekałam, bo była ze mną jeszcze jakaś dziewczyna. Mężczyźni w tym moim śnie byli dla nas obcy, duzi, dzicy jacyś, pobudzeni seksualnie i w ogóle jacyś tacy rozwścieczeni, agresywni. W tym swoim męskim świecie prowadzili między sobą jakieś wojny albo jakieś zadania, które właśnie tak wplywały na ich stan, pobudzając agresję i kipiącą w nich złość. My, dziewczyny nie należałyśmy do tego świata, ale znalazłyśmy się w niewłaściwym miejscu, o niewałściwym czasie – weszłyśmy do jakiegoś domu i niejako natknęłyśmy sie na kilku tych facetów, którzy akurat ten dom plądrowali. No i wtedy się zaczęło. My uciekałyśmy, oni nas gonili. W zasadzie nie miałyśmy żadnych szans. W ogromnej panice uciekałyśmy z tą koleżanką przez okno, zdecydowane nawet przy upadku złamać sobie kark i zginąć, niż dać się zgwałcić stadu agresywnym i wygłodniałym seksualnie samcom. No i tu, jak to w snach bywa, w najmniej oczekiwanym momencie pojawił się ktoś z pomocą. Jakaś inna kobieta, której nie widziałam,  jedynie jej głos słyszam w głowie, swoimi słowami nas nie tylko uspokoiła, ale też niejako przypomniała nam o naszych umiejętnościach i mocy. I słysząc ten jej spokojny głos mogłam odsunąć od siebie strach i panikę, mogłam wyciszyć w sobie i skupić się na tym, co potrafiłam. A potrafilam ze zwinnością kota biegać po dachach, po jakiś gzymsach, po linach. Tyle, że w przeciwieństwie do kota nie robilam tego instynktownie, a potrzebowalam skupienia w sobie. Udało nam się uciec. Potem jednak, jak już niczego złego się nie spodziewałyśmy i w zasadzie było tak zwyczajnie i idyllycznie, to nagle skąś się pojawiło dwóch z tych facetów i mnie złapali. To się stało tak niespodziewanie, że nim zdąrzyłam się przerazić na dobre, to spojrzałam w oczy jednego z nich i … Nie umiem tego określić słowami. ale przez ułamek sekundy ujrzałam w nim coś dobrego. Mimo tego, że zdawałam sobie sprawę, iż właśnie zamierza mnie okrutnie skrzywdzić, że powinnam się go bać, to jednak gdzieś na dnie jego oczu zobaczyłam całkiem innego Mężczyznę. I idąc za głosem jakiegoś wewnętrznego impulsu, jakieś iskierki z mojego serca, pocałowałam go. To był taki bardzo delikatny pocałunek, pełny czułości i łagodności z mojej strony. Pocałunek, który był totalnym zaskoczeniem nie tylko dla tego faceta, ale i dla mnie samej. Bo przecież normalnie nie całuje się kogoś, kto właśnie zamierza uczynić nam krzywdę. Ten pocałunek poruszył coś głęboko nie tylko we mnie i wszystko zmienił, choć nie od razu zdałam sobie z tego sprawę. Pojawili się bowiem kumple tego faceta. Zaczęli rozmawiać, coś wrzeszczeć, śmiać się. Niebieski (Mężczyzna, który mnie złapał i którego pocałowałam mial niebieskie ubranie) nadal mnie trzymał, coś im tłumaczył, czemuś się sprzeciwił, na coś się zgodził. Nic z tego nie rozumiałam, ale po chwili mogłam się przekonać co to wszystko miało znaczyć. Niebieski mnie puścił, odsunął mnie leciutko, wyprostował się i jakby na coś czekał.. A potem pozwolił, by tamci zaczęli się na nim masturbować (wiem, totalnie bez sensu brzmi, ale tak mi się przyśniło). To wszystko wyglądało jak jakiś okropny, obrzydliwy, zbiorowy gwałt, choć może nie było gwałtem w znaczniu, w jakim się to ogólnie przyjmuje. Bo nic mu nigdzie nie wkładali, jedynie masturbolwali się i spuszczali na niego, czasem go uderzając i śmiejąc się przy tym jakoś tak obscenicznie. Ja stałam obok i musiałam na to patrzeć i było to dla mnie obrzydliwe i przerażąjące jednocześnie. Choć dla samego niebieskiego chyba nie tak bardzo. Na pewno mu się to nie podobało, ale nie wyglądał na przerażonego. I kiedy spojrzał w moją stronę, zdałam sobie sprawę, że zgodził się na to… dla mnie. Że to był taki deal między nimi. Że przyjął na siebie to, co oni robili, w zamian za mnie, by mnie uchronić. I na jakimś poziomie pojęłam jeszcze, że owa przemiana w nim z kogoś, kto sam chciał mnie skrzywdzić, w kogoś kto poświecił siebie, by mnie chronić, stała się za sprawą tego wcześniejszego pocałunku. Bardzo to wszystko było dla mnie (w śnie) intensywne jeśli chodzi o emocje i uczucia…

… I ta fabula snu, w którym mnie goniono i musiałam uciekać, w którym ciągle czychało jakieś zagrożenie i w którym się bałam. Ale też, w którym zrobiłam coś małego, a jednocześnie wielkiego. Coś, co w ogóle nie pasowało do sytuacji, ale wynikało z impulsu mojego serca. Coś co nie wymagało wysiłku, ale odwagi. Jeden gest, małe coś, a tak wiele potrafiło odmienić.
Taki sen z podobnym schematem przyśnił mi się już wielokrotnie. Daje mi to do myślenia, bo wierzę, że sny też są dla mnie pewnego rodzaju przekazem, lekcją. Niekoniecznie od jakiś innych bytów, ale ode mnie samej. Może z jakieś równoległej rzeczywistości, nie wiem. Ale skoro w śnie ja robię coś, ja czuję, ja przeżywam emocje, ja doświadczam uniesień, porszenia w sercu, to znaczy, że lekcja jest ode mnie dla mnie.

Z dziesiejszego snu po raz kolejny dostałam przekaz taki: że siła łagodności i czulości, to niezwykle potężna moc.

sen o energii

Niewiele spałam dzisiejszej nocy. Ale za to miałam bardzo dziwny sen. Nie wiem gdzie byłam, bo to nie było jakieś konkretne miejsce. Wiem tylko, że ja i inni ludzie, bo było nas całkiem sporo, mieliśmy przed sobą takie jakby zadanie. Choć to nie jest właściwe słowo do określenia tego co miało miejsce. Po prostu szliśmy lub przemieszczaliśmy się w dowolnie przez siebie wybranym kierunku, mogliśmy stać w jakimś punkcie tak długo, jak nam się podobało, ale ostatecznie byliśmy i tak jakby na pewnej drodze. I w czasie tej „wędrówki” zdarzały sie momenty, które były w moim odbiorze niejako sprawdzianem, testem, konfrontacją tego czy wybraliśmy drogę właściwą, albo właściwe miejsce do odpoczynku. Nikt nas przy tym nie oceniał, ani nie ganił, nie było więc czegoś takiego jak dobra czy zła droga, dobre czy złe miejce, ale były momenty, w których doznawało się takiego swoistego uderzenia energii. Wkraczało się w jakiś punkt i oto następowało coś jak zerwanie pieczęci lub uaktywnienie pieczęci i jednocześnie, w tej samej chwili doznawało się takiego specyficznego „dotknięcia” energii. Przy czym ta energia była różna w różnych miejscach. Nigdy z góry nie wiedziałam jaka ona będzie, ale zasadniczo były dwie możliwości. Albo była jak ciepły podmuch wiaterku, jak nuta przyjemnej muzyki i zapach kwiatów jednocześnie. Jak smak pachnących słońcem truskawek i dotyk ukochanego, jak chłodek wody w gorący dzień i zapach lasu.  Wszystko na raz, w ułamku sekundy. I takie uczucie radości, spokoju, zadowolenia z tego, że się wybrało „dobrze”. Zanim to następowało to o ułamek sekundy prędzej widziało się jakby tysiące cząseteczek materii, które zlatują się do kupy i tworzą jakiś symbol. Drugi rodzaj był taki, że pojawiał się najpierw symbol i w ułamku sekundy rozpadał się na tysiące maleńkich kawałeczków i zaraz potem czuło się podmuch chłodu, czegoś leppkiego, smutnego, ciemnego, o nieprzyjemnych dotyku, dziwnie trzeszczącym odgłosie. Nie było to coś jakoś bardzo przerażającego, ale wzbudzało niepokój, powodowało uczucie smutku i zawodu wobec samego siebie, że się wybrało „źle”. I tak sobie szłam przemieszając się dalej i dalej, i wybierając kolejne moje kroki całkiem na zasadzie słuchania swojego wewnętrznego głosu. Dwa albo trzy razy obał mnie ten leppki, niemiły podmuch, dwa razy odświeżył ten cudowny. Aż w pewnym momencie jakiś głos we mnie powiedział mi, że teraz tu. Zrobiłam swój kolejny krok i oto urochomiło się coś MEGA potężnego. W ułamku sekundy nadleciały miliony ciupeńkich cząseteczek i tworzyły się symbole. Jeden symbol przemieniał się w następny. Nie pamiętam pierwszego, ale potem był ptak, płomień, żaba, kwiat lotosu, motyl, znak nieskończoności i na koniec BUM.

Nie potrafię tego ubrać w słowa, bowiem żadne słowa nie są w stanie opisać tego doznania. To było jak wybuch czegoś niesamowicie pięknego. Potężna fala energii, która rozblysła w jednym ułamku sekundy i rozlewając się uderzyła we mnie. Jasność, ciepło, muzyka, zapach, smak, dotyk, radość, zachwyt, zdziwienie, orgazm na wszystkich poziomach, fizycznym, emocjonalnym, duchowym. I ja, która jakby zostaję wyrzucona z ciała, jakbym się sama rozpadała na milion małych kawałków, po to by być / czuć wszystko na raz.  Krótki moment, w którym było jakby wszystko. Niewypowiedzianie cudowne.

Obudziłam się zaraz potem. Zdziwiona, zachwycona, roztrzęsiona wielkością doznania. Naładowana radością, szczęśliwością i uczuciem ciepła. Ale jednocześnie wyczerpana jakby i z uczuciem tęsknoty oraz jakimś dziwnym przekonaniem, że nie jestem jeszcze gotowa.

 

 

sen o leopardzie (…i co się we mnie dzieje)

Jest w sumie środek nocy, a ja musiałam wstać z łóżka, przyjść tu do kompa i pisać tego wpisa. Nie wiem czy będę potrafiła ubrać wszystko w słowa, ale właśnie dzieje się we mnie coś tak intensywnego, że zwyczajnie muszę to jakoś uzewnętrznić. Zresztą, nie wiem. Biorąc to na rozum, można by powiedzieć, iż właśnie zwariowałam, ale tu nic nie ma wspólnego z rozumem.

Zaczęło się kilka dni temu. Mieliśmy z moim Kapslem małe spięcia. Nawet żeśmy się nie kłócili, to zupełnie nie to. I niby nic wielkiego się nie stało, ale jednak stało się. Mój mąż zranił mnie, wcale tego nie chciał, ale tak wyszło. I chociaż wybaczyłam mu praktycznie od razu, to jednak potrzebowałam po tych zdarzeniach wyciszenia i jakieś inspiracji by samej się w sobie odnaleźć. Dwa razy prosiłam swoją duszę o jakąś wskazówkę. Za pierwszym razem przyszło do mnie zrozumienie na poziomie duszy o co chodzi z dbaniem o swoją przestrzeń.  Za drugim, w noc pełni, miałam sen:

Szłam jakąś opuszczoną ulicą w jakimś dziwnie pustym mieście. Niezupełnie było pusto, bo wiedziałam, że budynki są pilnowane przez jakiś żołnierzy, albo strażników. A ja szłam tą ulicą i z jednej strony czułam w sobie jakiś bunt, a z drugiej strony narastającą obojętność. Chciałam odejść z tego miasta. Wtedy, kątem oka zobaczyłam, że biegnie za mną tygrys. A jednocześnie, w tej samej sekundzie wiedziałam, do czego on mnie wzywa. Nakazywał mi się zatrzymać, odwrócić i zmierzyć z tym, z czym miałam się zmierzyć. I nie chodziło o niego. Ale nie posłuchałam go i wtedy właśnie on zaczął biec za mną, w kilku potężnych susach mnie dogonił i skoczył mi na plecy. To nie był atak, on wcale nie chciał mi zrobić krzywdy. Chciał mnie jedynie zmusić do tego bym nie uciekała. Troszkę się nawet wystraszyłam, a jednocześnie wiedziałam, że robi to z miłości do mnie. Zagonił mnie potem do jakiegoś budynku. Były tam jakieś schody i pomyślałam, że to dobre miejsce by się schować i przeczekać. Wlazłam pod nie i już prawie zadowolona miałam się tam zabunkrować, kiedy zauważyłam… leoparda. Jezu, wystraszyłam się. To przecież nie to samo co tygrys, tygrysa znałam. A leopard… albo pantera? Skąd on się tu wziął? W dodatku był taki… inny. To nie był zwykły leopard, ani zwykła pantera. Jego sierść była biało – czarna, tak niesymetrycznie ubarwiona jak mają niektóre domowe kotki. Tylko to był cholernie wielki kot. I doskonale wiedział, iż siedzę pod tymi schodami. Zeskoczył zwinnie gdzieś z góry i powoli, bezszelestnie, ale uważnie się mi przyglądając, zbliżał się do mnie. Bałam się. A on najzwyczajniej w świecie usadowil się tuż obok mnie. Był całkiem blisko, na wyciągnięcie ręki. I chyba dlatego, by tym gestem zagłuszyć własny strach, wyciągnęłam tę rękę, dotknęłam jego szyi i zaczęłam go głaskać. Najpierw jeszcze z lękiem, nieśmialo, a potem z coraz większą ciekawością. Miał taką niesamowicie mięciutką sierść. Zanurzałam w nią palce i z coraz większą śmialością go głaskałam. A on przymykał czasem oczy i mruczał z zadowolenia. Z każdym kolejnym przesunięciem dłoni bardziej go poznawałam. Jego ciepło, układ jego mięśni na karku, jego reakcje na sposób mojego dotyku.  Miałam cały czas świadomość jego siły, dzikości, a jednocześnie poczułam, jak bardzo jest samotny i spragniony miłości. I im bardziej byłam tego świadoma, bardziej się na niego otwierałam wewnętrznie. Chciałam by nie czuł się więcej samotny, chciałam by poczuł moją bliskość. Był taki… sprzeczny. Z jednej strony dziki, silny, niebezpieczny przecież, a z drugiej taki bezbronny w tym spragnieniu miłości, taki uległy i delikatny. Przewrócił się na grzbiet, odsłaniając przede mną swój brzuch i prosząc tym samym o dalsze pieszczoty. Usiadłam na nim i patrząc uważnie na tego wielkiego dzikiego kota pode mną położyłam mu dłoń na sercu. I wtedy stało się coś dziwnego. Jego ciało zaczęło się przemieniać w ciało mężczyzny. Jedynia jego głowa nadal była głową leoparda, a jego ciało było koloru biało czarnego. Siedziałam na nim, dotykałam go, pieściłam i w pewnym momencie zapragnęłam się z nim kochać. Jezu, chciałam seksu z facetem-leopardem. Jednocześnie coś spoza mnie mówiło mi, że nie powinnam tego robić, bo nie mogę przecież zajść z nim w ciążę. To wszystko działo się jednocześnie, mówiły do mnie trzy głosy. Mój, że chcę go kochać, jakiś spoza, że nie powinnam i jego, że jeśli chcę, to obiecuje, iż nie będę w ciąży.

I widocznie kochaliśmy się, choć ta część snu jakby mi się zatarła. Ale nie zatarlo mi się to, co się stało potem. Oboje się przeobraziliśmy. On na powrót byl leopardem, w leopardzim ciele, ale już nie smutny, ale silny, aktywny, uważny, niesamowicie lampardzi. Czułam jego moc. A ja? Ja nadal bylam Bafką w ludzkim ciele, ale zmieniło ono barwę. Stało się podobnie jak jego, biało czarne, ale dodatkowo pojawily mi się na ramionach i nogach kwieciste wzory, jak tatuaże. Piękne. Podobalam się sama sobie w tym wydaniu. I jednocześnie czułam w sobie zupełnie nowe energie. Zwinność, lekkość, odwagę. I połączenie z moim leopardem.

Potem do budynku weszli żołnierze. Leopard oczywiście wiedzial o nich już prędzej, kazał mi uciekać na górę, przez dach. Powiedział że on ich zatrzymie i że mam mu zaufać. I zaufałam.


Kiedy się obudziłam wiedzialam, że to nie był byle jaki sen, ale jeden z tych bardzo ważnych. Jeszcze nie pojmowałam jego znaczenia, ale czułam jak coś we mnie zmienił.

A potem… ze trzy dni prędzej na fb trafiła do mnie ta piosenka.

Zwróciła moją uwagę od razu, ale dopiero po tym śnie zaczęła działać. Nawet nie umiem tego wypowiedzieć. Odsłuchałam ją już chyba setki razy, słucham non stop, na okrągło. I to co się we mnie dzieje, jest tak bardzo intensywne, jtak silne, że czuję wszystko na raz. Ta piosenka nie działa we mnie sama, działa razem z tym snem, bo ilekroć ją sucham, czuję te same emocje, czuję z jednej strony samotność leoparda, samotność mężczyzny, z drugiej czuję jego siłę. Ta pieśń porusza we mnie najgłębszą, najbardziej intensywną miłość jaką czułam do mężczyzny. Nie do jakiegoś konkretnego, ale do Tego, który jest w każdym mężczyźnie świata. Tak wiele się mówi o odnowieniu Bogini, uleczeniu kobiecości. A ja, choć sama jestem kobietą, czuję dziś z taką intensywnością, że nie daje mi to spać, ich potrzebę uleczenia. Męskość mężczyzn też została zraniona, odrzucona, poniżona. Nieważne przez kogo, ważne że potrzebuje takiego samego uleczenia i troski jak nasza kobiecość. By oni, mężczyźni mogli odrodzić się na Bogów. Odzyskać swoją duchową moc. Nie wiem zresztą jak to ubrać w słowa, ale intensywnie czuję całe piękno męskiej energii. Od trzech dni, kiedy tylko zamknę oczy widzę w sobie czarno-białego leoparda. I ta jego energia we mnie, wraz z energią tej pięknej pieśni, powoduje, że czuję tę wielką miłość, a jednocześnie tęsknotę, wdzięczność, podziw, wszystko na raz…

sen o pocałunku energii

Ale miałam sen. Nawet nie za bardzo wiem jak go opisać.

Było nas 6 albo 5 osób. Nie wiem kto. W tym śnie tak jakby bawiliśmy się energią. Patrzyliśmy sobie w oczy. Ja i jeden chłopak, którego zdecydowanie odbierałam jako androgena.
To było takie jakieś niesamowite. Jego twarz była tak blisko mojej. I kiedy skupiając się na swoim trzecim oku, patrzyłam mu w oczy, wtedy to zobaczyłam.
Tam, na czole, w miejscu jego trzeciego oka, pojawilo mu się takie jakby wypukłe, świecące na zielono przekręcone do pionu oko bez oka. Nie wiem jak to opisać. Jak kropla, jak soczewka, małe, świeciło się na zielono.
A jego twarz się leciutko zaczęła zmieniać. Kolor stał się jakby oliwkowy i od góry, od czoła, poprzez skronie, aż do policzków pojawiły się na jego twarzy ornamenty/rysunki. Nieco tylko ciemniejsze od karnacji. Taki roślinny motyw to był.
I oczy się mu zmieniły. Miał nadal takie oczy o migdałowym kształcie, ale stawały się większe i jakby bez tęczówki. I nie wiem czemu przypominały mi oczy konia czy sarny.
I tak naprawdę nie umiem tego opisać, ale ta jego twarz stawała sie taka inna, taka piękna. I coś znajomego czułam, tylko nie mam pojęcia co.

A potem on mnie nagle pocałował. To był krótki, ale najdziwniejszy pocałunek, nawet w śnie nigdy coś takiego prędzej mi się nie przyśniło. Nie było w tym nic erotycznego, tylko ….hmmmm… Nie wiem jak to opisać. Poczułam tak jakby wypuszczał z siebie coś, co było gęściejsze od powietrza, a rzadsze od jakiegokolwiek płynu. Coś pomiędzy powietrzem a wodą. I to coś wnikało w moje podniebienie, a jednocześnie czułam jak rozchodzi się we mnie. Ciepłe, jakby mokre, spokojne, takie bardzo bardzo przyjemne.

Pocałunek dawno się skończył. Przytuliłam do siebie tego kogoś. I tak trwaliśmy, a to ciepło nadal się we mnie rozchodziło.

I to było takie fajne.
Niesamowicie fajne.

Obudziłam się i było króko po 4-tej. A ja czułam się całkowicie wyspana, wypoczęta, naładowana jakąś radosną, spokojną energią. I tak mnie to trzyma do teraz.