stawiam się

Padł mi komp więc na razie nie bardzo mam jak tutaj pisać. A tyle się dzieje. Tyle w głowie pojawia się przemyśleń, tyle w duszy poruszeń, tyle wizji nowych, nawet snów. No i nowe odkrycia. A właściwie stara mądrość, która na nowo się do mnie przebiła. To co od zawsze jakoś czułam w sobie, ale pod wpływem różnych emocji, ego, czasem lenistwa czy buntu niekoniecznie zawsze chciałam o tym pamiętać.

A Miłość po prostu jest.

I tak jak już wiele lat temu, tak samo i dziś wciąż takich samych udziela odpowiedzi. Bo kiedy nie wiesz jak, to zapytaj samego siebie: co uczyniłaby teraz Miłość? I będziesz wiedzieć.

I kiedy czasem przyjdzie mi po cichu jakiś impuls, o którym w środku serca wiem, że przyszedł z głębi mojej duszy, a potem wkradają się wątpliwości umysłu, bo „po co”, „nie warto”, „nie powinnaś”, „nie wypada”, czy jakieś jeszcze inne „nie”, to najpierw często jeszcze uciekam. Chowam w sobie ten impuls udając, że go nie było. Ale on był. I ja to wiem. I nie da się oszukać samej siebie, cokolwiek udając. Nie da się uciec od siebie, odkladając to coś na nieokreślone kiedyś. Tzn, może się da. Ale ja już nie chcę. I w zasadzie chyba nigdy nie chciałam, ale nie zawsze miałam od razu odwagę wybrać to, co wiedziałam, że w gruncie rzeczy jest dla mnie naturalne, bo wypływa z najbardziej prawdziwej części mnie samej. I nawet nie muszę pytać ” co zrobiłaby teraz Miłość” bo przecież znam odpowiedź. Ona przychodzi w postaci tego impulsu jeszcze zanim zapytam. Tylko teraz, wreszcie mam coraz więcej odwagi do tego, by prawdziwie stawić się. Nie tylko wybrać, ale prawdziwie stawić się do te tego, co zrobiłaby Miłość.

Bo przychodzi taki moment, kiedy już nie sposób uciekać czy odsuwać od siebie odpowiedzialność. Wiesz. Wybierasz. Stawiasz się.

I nieważne jak się potoczy. Ważne jest owe stawienie się. Owe pójście za tym wewnętrznym najbardziej prawdziwym impulsem. Owo wybranie prawidziwie samego siebie.

Tym jest dla mnie owa pasja życia.

jazda bez trzymanki

Chciałam tu napisać wpisa, nawet kilka, ale jak to czasem bywa, rzeczywistość układa się w zupełnie innym kierunku. Dzieją się takie rzeczy, że nic już nie jesteśmy w stanie kontrolować i jedynie co możemy, to po prostu zaufać i się temu poddać. I właśnie coś takiego właśnie doświadczam.
Niby – tak patrząc na to wszystko z zewnątrz – nie dzieje się nic jakiegoś spektakularnego, ani nawet wielkiego. Ale kiedy patrzę na to z mojej wewnętrznej perspektywy, to mogę jedynie pochylić głowę w pokorze i jednoczesnym zachwycie.

Ostatnie 2 miesiące były i nadal są (bo nadal jestem w tym procesie) w pewien sposób niesamowicie uwalniające. Oczyszczające. Tyle rzeczy się zadziało, które wszystkie razem pokazują mi, iż powrót do samego siebie, odkrycie swojej duszy, tego cudu którym jestem, którym jest bez wyjątku każdy z nas, to najcudowniejsze co może być. Najlepsza przygoda i najwspanialsza podróż. I właściwie po to tu jestem.
I kiedy już się jest raz na tej drodze, to w którymś momencie przechodzimy przez taki etap, z którego już nie sposób się wycofać. Wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

We wrześniu weszłam w nową wibrację. Wtedy nawet nie wiedziałam że coś takiego jest, że co roku wchodzimy w nowe. W każdym razie ja właśnie przechodziłam z 9 na 1. I nawet jeśli wtedy jeszcze nie miałam o tym pojecia, to i tak wszystko co się właśnie „zadziewa” (wiem, że to kwiatek gramatyczny, ale bardzo mi się podoba), to niejako potwierdza. Już w sierpniu pojawiły się sytuacje, doświadczenia i taka rzeczywistość, która niejako powodowala, iż zamykałam pewne etapy w moim życiu. Zakończyła się też moja znajomość z kimś dla mnie do tej pory ważnym. I chociaż wtedy nie było to zbyt miłe doświadczenie, to dzisiaj wiem, że bylo (przynajmniej dla mnie) bardzo potrzebne. Bo po prostu wypełnilo się między nami to, co miało się wypełnić. Tak czuję. I dzisiaj, mogę napisać, że jestem tej osobie naprawdę wdzięczna. Przez długi czas była ważną częścią mojego życia. Z pewnością wiele razy mi pomogła, wiele razy mnie inspirowała, wiele razy pomagała mi się podnieść z kolan nawet nie wiedząc o tym, że tak pomaga. Za to wszystko jestem jej wdzięczna, bo nie zapomniałam o tym. Mimo to teraz nadszedł właśnie czas na rozstanie, czas kiedy byłam gotowa pójść dalej. Po to bym mogła dalej się rozwijąć. I to się zadziało.

Pojawili się nagle na mojej ścieżce nowi ludzie. Może nie znam ich osobiście czy prywatnie, może oni nawet nie wiedzą o moim istnieniu, ale bardzo mocno to, czym sami promieniują na zewnątrz na mnie zadziałało. Przyciągnęło mnie. Coś w środku mnie aż wołało „to jest to”. Odsłuchałam tyle filmików. Płakałam słuchając ich. Plakalam z radości i z totalnego wzruszenia. Bo każda z tych osób, które tak jakby pozwolily mi wejść w ich pole miłości coś jakby we mnie samej uzdrawiała. I dziękuję im wszystkim. Dziękuję za to że są i promieniują, tym czym promieniują, dziękuję z całego serca za wszystko czym się dzielą, bo wszystko to pomogło mi wreszcie wyruszyć w pełni na spotkanie mojej własnej Duszy.

Tak żeby było jeszcze bardziej synchronicznie, to – patrząc z perspektywy Tzolkiena – akurat wchodziłam w moje Drzewo Życia. I w czasie kiedy trwała jeszcze tracena Burzy przyszły do mnie takie sny i takie bardzo silne odczucia, że wprost nie mogłam się skupić na niczym innym. Wiedziałam, że aby zakończyć ten mój etap 9, potrzebuję jeszcze coś w sobie na nowo ułożyć. Niby stara historia, mocno karmiczna w dodatku, ale tak bardzo obecna we mnie. Poczułam, że muszę wreszcie to zapisać. I kiedy zdecydowałam się na ten krok, wiedziałam, że będzie to dla mnie bardzo ważna podróż. Podroż w głąb siebie. Po to, by we mnie nowe wzory i nowa droga się mogły wyświetlić.

Tutaj chcę podziękować tym, którzy mi w tej podróży towarzyszyli. Wiem, że bez was nie uzdrowiłabym tego co uzdrowiłam. Bez was nie rozpoznałam bym tego, co było jeszcze do rozpoznania. Dziękuję Marioli, Darii, Iwonce, Agniesi i Weronice. Dziękuję Wam dziewczyny za wasze zaufanie, za każdy napisany do mnie meil, odnośnik, każdy szczególik, każdą uwagę, każde zwierzenie. Za rozmowy głosowe, pisane, za czas, który mi poświęciłyście. Za waszą cudowną kojącą obecność, uważność, za waszą Milość. Dziękuję Wam Siostry za to że jesteście.

Ten czas, jest dla mnie czasem podarków. Tak, na ten czas moich duchowych urodzin Wrzechświat zesłał mi tyle cudownych darów. Zesłał ziemskich aniolów, znaki, podpowiedzi. Wszystko po to, abym mogła odnaleźć cząsteczkę samej siebie. Cząsteczkę do tej pory wypartą, nieakceptowaną. Teraz wreszcie mogę ją na nowo w sobie ukochać, przytulić, poczuć i wyśpiewać. Bo to własnie jestem ja.

Dziękuję. Za to co było, co jest i co będzie.

Aloha Mahalo.

na niebie tęcza

To zdjęcie z wczoraj.
Był taki czas w moim życiu, już wiele lat temu, kiedy to tęcza stala się dla mnie szczególnym znakiem od Wrzechświata. Moje najpiękniejsze przeżycie duchowe, takie swoiste dotknięcie niznanego, pobłogosławione zostało podwójną tęczą albo raczej kilkoma tęczami. Od tego czasu traktuję pojawienie się tęczy w mojej przestrzeni jako taki bardzo osobisty komunikat od Wrzechświata. I chociaż znaków dostaję całe mnóstwo, to tęczy na niebie nie widziałam już dawno. Naprawdę.
Ale pojawiła się wczoraj. Kolejny Dar, w morzu obfitości jaki do mnie spływa. Dziękuję Ci Wrzechświecie!

proś, a będzie ci dane

Magia to nie tylko czary czy jakieś rytuały. Magia to przede wszystkim sposób życia. Przynajmniej ja tak to postrzegam. Niemniej przyznaję, iż czasem sobie dopomagam czarami, których się nauczyłam od mojej najulubieńszej widźmy Anny (kto wie, ten wie). I co? Ano, to naprawdę działa!
Nawet jeśli były we mnie jakieś okruszki sceptycyzmu, to ulotniły się one jak dym.

Prosiłam o obfitość i Wrzechświat obdarzył mnie obfitością. I to w formie, w której się w ogóle nie spodziewałam. I nie, nie jest to obfitość w tyłku i innych częściach ciała, bo tej mam aż zanadto od lat, więc o więcej bym nie prosiła. Obfitość przyszła w formie cudownych ludzi, którzy wkroczyli do mojego zycia. W formie cudownych spotkań, znaków, przekazów. To również jest obfitość. I to jakże cenna.

Prosiłam o Bratnie Dusze i powrócili starzy-nowi Przyjaciele. Pomimo wszystkiego co kiedyś nas podzieliło, odczułam teraz radość, szczerość i taką zwyczajną prostotę w tych spotkaniach. Jest we mnie tyle wdzieczności za te wszystkie wspaniałe dary. Za te spokania, za te piosenki od serca. Spacer, rozmowa, usmiech – małe wielkie gesty. Piosenki prosto z serca.

 

coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego

Już dawno odkryłam w sobie taką skłonność do zbytniego przywiązywania się do pewnych ludzi. Do swego rodzaju uzależniania się od nich nawet w pewien sposób. Bo kiedy zaczynam pytać ich mądrości zamiast zapytać swojej, kiedy liczę się z ich opiniami, a nie ufam własnym, to jest to pewien rodzaj uzależnienia. I właśnie według takiego wzoru co jakiś czas wpadam w tego typu relacje. I kiedy po długich okresach własnej ślepoty udaje mi się wreszcie z tego uwolnić, za każdym razem wydaje mi się iż teraz jestem już odrobinę mądrzejsza. I że następnym razem już mi się nic takiego nie przydarzy. A tu się okazuje, że guzik z petelką. Same wiedzenie o czymś nie wystarcza. Potrzebna jest jeszcze wielka uważność, by nie przeoczyć sygnałów, które się przecież pojawiają. Mało tego, potrzeba widząc te sygnały, wybierać świadomie.

Po raz kolejny nie byłam uważna. Mimo, że dostrzegałam owe sygnały, to łatwiej mi było o nich po prostu zapomnieć, udawać że ich nie dostrzegłam, niż zadbać o swoją przestrzeń, o swoje terytorium. Nie wiem ile razy Wrzechświat w swojej miłości do mnie będzie mi jeszcze ssyłał tę lekcję, zanim naprawdę ją sobie przyswoję. Zanim naprawdę nauczę się być o krok do przodu. Ale chociaż niejednorkrotnie trudne są to lekcje, to jestem za nie wdzięczna. I tak samo jestem wdzięczna za to moje ostatnie w tym temacie doświadczenie. Było znacznie mniej emocjonalne niż wcześniejsze jemu podobne, ale wciąż w jakiś sposób bardzo dla mnie intensywne. Jednak tym razem czułam wyraźnie przy sobie opiekę. Mój Tygrys był przy mnie. Nie musiał mi niczego już tłumaczyć, niczego pokazywać. Wystarczyła jego cicha obecność bym wiedziała co należy zrobić jednocześnie pilnując ognia we mnie, by nie wymknął się spod kontroli i sie nie rozszalał. Dziękuję Ci Tygrysie za Twoją opiekę i twoja obecność.

Z dzisiejszej perspektywy, tych kilku dni, dostrzegam jednak cudowność całego tego doświadczenia. Bo chociaż pewna relacja dobiegla końca i to w niekoniecznie najmilszy ze sposobów, to przecież wszystko to, co było dobrego nie utraciło na wartości. I mam nadal w sobie wdzięczność dla tej Duszy za to, że tak wiele mnie nauczyła i tyle razy była mi wsparciem. Był czas kiedy nasze ścieżki, moja i jej biegły w tym samym kierunku. I to był całkiem dobry wspólny czas. Pełen pięknych, wspaniałych i ubogacających wewnętrznie chwil. I za każdą z nich dziękuję. Tobie i sobie również.
Teraz jednak nadszedł taki moment, kiedy nasze ścieżki się musiały rozejść. I chociaż na pozór nie było to miłe rozstanie, to również w pewien sposób ubogacilo. I za nie również dziękuję Tobie i sobie.

Bo jedno wiem, coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego. Zawsze tak jest. I tylko trzeba się na to nowe otworzyć. Nie ma co trzymać się kurczowo przeszłości. Przyszłość po prostu już była. A teraz jest teraz i to ono kryje w sobie cały potencjał. Moment mocy jest teraz. A więc podążam dalej. Tam gdzie prowadzi mnie moje serce i moja piosenka. I bardzo, ale to bardzo raduje mnie ta nowa wolność. I ta wielka obfitość nowego, która się pojawia. W każdym cudownym nowym Teraz. Dziękuję Ci Wrzechświecie.♥

pogadać sobie z Mrówkami

Rozmawiałam z Mrówkami.
Wiem jak to brzmi, ale wiem również, że w świecie ducha wszystko jest możliwe. Przesłania tej rozmowy zaskoczyły mnie totalnie. Rezultaty w rzeczywistości (w rzeczywistym zachowaniu mrówek) nie tylko zadziwiły mnie jeszcze bardziej, ale też wypełniły jeszcze większą pokorą, zachwytem, a przede wszystkim szacunkeim do cudowności Całości.
Każde takie doświadczenie zwyczajnie uświadcza mnie w przekonaniu, że Wrzechświat nas wspiera. I ma też zajebiste poczucie humoru.

Mamy 2 balkony. Jeden jest otwarty, z kwiatkami, ziołkami i taki bardziej mój. Drugi z kolei jest zamknięty dodatkowymi oknami i bardziej służy Kapslowi jako palarnia. Dlatego też mało kiedy wchodzę na ten balkon, bo zwyczajnie nie lubię tych palarnianych zapachów.
Kilka dni temu Kapsel mi powiedział, iż na tym jego balkonie pojawiły się mrówki. Że przychodzą właściwie od wielu dni, a z każdym dniem jest ich coraz więcej. Kapsel oczywiście jak to facet wypowiedział mrówkom wojnę i zwyczajnie je zabijał. Ale było ich coraz więcej i zaczął zastanawiać się głośno nad zakupem jakieś trutki.
Kiedy mi o tym opowiedział poprosiłam go aby zaprzestał zabijania tych mrówek, bo ja chcę z nimi porozmawiać. Ot, po prostu to przyszło do mnie od razu, jak tylko o nich usłyszłam.
Pomyślałam, iż poproszę je aby przeniosły swoje ścieżki gdzieś poza nasze mieszkanie i nasz balkon.
Nie będę tu opisywać całości, co i jak, ale wczoraj rzeczywiście udałam się na ten balkon, by z nimi porozmawiać. Z szacunkiem i respektem wobec nich. I może nie do końca wierzyłam, że się wyprowadzą, ale byłam absolutnie przekonana o sensie tej rozmowy. Wydała mi się ona bowiem czymś całkowicie naturalnym, oczywistym i … najwłaściwszym pod słońcem.
Ku mojemu zdziwieniu dostałam od Mrówek natychmiastową odpowiedź. Opowiedziały mi, że tak naprawdę przyszły DO MNIE. Po to by pomóc mi wprowadzić w moje życie ważne zmiany. Wprowadzić strukturę. I przede wszystkim nauczyć mnie samodyscypliny. Powiedziały mi, iż jeśli pragnę posunąć się dalej w moim rozwoju, to owa samodyscyplina jest konieczna. Powiem tak:
z jednej strony totalnie mnie to zadziwiło, z drugiej było takie… jak swego rodzaju objawienie, jak takie przyslowiowe odkrycie Ameryki. Bo rzeczywiście samodyscyplina to coś, w czym mam wielkie braki. A tu oto dostaję tak wspaniały prezent, pomoc od maleńkich mrówek.
One, w taki najbardziej pasowny dla mnie sposób chca mnie nauczyć tego, czego akurat najbardziej potrzebuję. Po to, by pomóc mi wprowadzić ważne zmiany. By pomóc mi ruszyć do przodu.

Nie będę tu wszystkiego opisywać, ale od razu dostałam zadania. Tak, nie jedno zadanie, ale zadania. Kilka. I wiem, że będą kolejne. Na początek mam uhonorować 8. Może i brzmi to dość tajemniczo, ale dla mnie było od razu zrozumiałe o co w tym chodzi.

Po całej rozmowie byłam pod takim wrażeniem, że poszłam na długi spacer, żeby to wszystko mogło się we mnie poukładać. Właściwie ten spacer to część zadania. Cały przekaz był tak zaskakujący i wpasowujący się w moją obecną sytuację, albo w etap na którym jestem, że nie mogłam się nadziwić. Z jednej strony poczułam się trochę tak, jakbym zawarła jakąś umowę z Mrówkami. Z drugiej, jakbym dostała najwspanialszy i najbardziej użyteczny prezent i wciąż nie mogla do końca uwierzyć w swoje szczęście.

Powiedzialam jednako Kapslowi, by na razie zostawil mrowki na balkonie w spokoju i dał im kilka dni czasu. Zgodził się na góra 3 dni, ale powiedział, że jak zobaczy, iż wchodzą nam już z balkonu do mieszkania, to będzie bezlitosny. To było wczoraj.
Dziś rano Kapsel poszedł na balkon i bardzo się zdziwił. Nie było ani jednej mrówki. Sprawdzał balkon w ciągu dnia jeszcze kilkanaście razy. Nadal nic. Tam gdzie jeszcze przedwczoraj chodziły ich całe wojska, dziś nie ma już ani jednej.
A ja w środku poczułam, że teraz już nie ma jaj, że mam zadanie do wykonania. I to nie jakieś tam byle jakie zadanie, które mogę zignorować, ale długotrwałe zadanie. Bo chociaż Mrówki w rzeczywistości fizycznej się przeniosły ze swoimi ścieżkami gdzieś indziej, to czuję je całkiem wyraźnie tuż obok na poziomie duchowym.
I wiecie co? To jest najlepszy kop w tyłek jaki mogłam dostać: Mrówki wcieliły mnie do swego rodzaju wojska, by nauczyć mnie samodyscypliny.

I kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam się jakby Wrzechświat puścił do mnie oko. A jednocześnie wiem, że to najlepsza szkoła samodyscypliny jaka mogła mi się zdarzyć. Tak więc moje nauki w tej szkole właśnie się zaczęły.

Dziękuję Wam Mrówki ♥
Dziękuję Ci Wrzechświecie ♥

śpiewak na dachu

Taki ci u mnie śpiewak.

Codziennie przylatuje mniej więcej o tej samej porze, późnym popołudniem. Siada na dachu i śpiewa, że aż serce rośnie. A ja tak dla towarzystwa siadam z herbatką na balkonie i jestem jego wierną słuchaczką. Jak tu nie cieszyć się na taki darmowy cudowny koncert.

 

szczekający pies na niebie

Mam akurat dość trudny dla mnie czas. Już nawet nie ze względu na zewnętrzne okoliczności, bo one są jakie są. Ale dlatego, że tak całkiem po ludzku reaguję na owe okoliczności nie do końca tak, jak moje serce i wewnętrzna mądrość mi podpowiadają. I gdybym jeszcze mogła powiedzieć, że to własnie mam taką świadomość, że na takim etapie jestem. Ale nie mogę, bo to nieprawda. Bowiem doskonale WIEM, że to właśnie moje uczucia i emocje są powodem dlaczego sama cierpię, a nie okoliczność sama w sobie. I wiem również, że MIŁOŚĆ jest w gruncie rzeczy prosta. Dlatego właśnie bo jest naturalną częścią mnie samej. I moje serce, moja dusza chce kochać. Tak wyraźnie czuję i słyszę ich głos. A mimo to, jak w jakimś masochistycznym zwidzie tkwię w tej blokadzie, którą sama sobie stworzyłam zamknięciem – wbrew swemu sercu, wbrew sobie.
A Wrzechświat w swej ogromnej miłości i wsparciu wysłał mi znak. Siedziałam nadąsana na balkonie, z zamkniętym sercem pełnym żalu. I oto tuż przed moim nosem na niebie pokazał mi się anioł z chmur. Czyż można dostać wyraźniejszy znak?
Od razu go zauważyłam, ale mimo to NIE POSŁUCHAŁAM. Nadal wolałam się kulić w moim poczuciu krzywdy i żalu. No to przemówił Wrzechświat do mnie inaczej. Anioł na niebie rozwiał się po chwili, a chmury ułożyły się w zupełnie inny obraz.

Nie chciałam posłuchać anioła, to może posłucham szczekającego psa? Hahaha, Wrzechświat ma naprawdę poczucie humoru.
A ja jestem czasem uparta jak… nie, nie jak osioł. Ale jak głupi ludzie właśnie czasem uparci bywają. No coż, najwyższy czas posłuchać szczekającego psa. Wszak to też anioł, tylko taki bardziej zakamuflowany. I musiał mnie ugryźć w tyłek na opamiętanie.

Dziękuję Ci Wrzechświecie.

krucza ścieżka

Mieszkam na osiedlu, na którym mieszkam już od ponad 20 lat. Jest tu naprawdę dużo drzew i zieleni, zatem na osiedlu żyje też całe mnóstwo różnych zwierząt. Od lat widuję tu więc króliki, jeże, wiewiórki, szczury, myszki, ostatnio nawet lisa, no i przeróżne ptaki. Mimo że tych ptaków zawsze bywało tu prawdziwe urozmaicenie, od mistrzów lotników jeżyków napoczynając, poprzez kosy, wróble, liczne sroki, szpaki, gołębie, skowronki, słowiki, kaczki, gęsi i inne, a na wizytach czapli, sów, i jastrzębi koncząc. Co ciekawe mało kiedy pojawialy się wrony, choć mają swoje siedzisko całkiem niedaleko. No a kruki już całkiem bywały rzadkością. W tym roku jednak właśnie kruki wybrały sobie drzewa naprzeciw mojego bloku za swój domek. Pierwszy kruk pojawił się wczesną wiosną i mogłam codziennie obserwować jego poranne tańce i śpiewy. Najwyraźniej zabiegał o swoją panią. Od tej pory codzinnie słyszę krucze nawoływania, obserwuję jak para czasem przegania jastrzębia albo jak latają ze zdobyczami w swoich czarnych dziobach. Wiem, że kruki pojawily się w tym roku w moim pobliżu nie przypadkiem. Na dobrą sprawę w jakiś sposób czuję się zaszczycona ich wkroczeniem w moje życie. Bowiem stały mi się nie tylko sąsiadami, ale wyraźnie odczuwam kruczą obecność przy mnie też w tej duchowej przestrzeni. I jestem wdzięczna wobec nich i Wrzechświata za to, że w ten sposób mnie wspiera


Dzisiaj rano kruk po raz pierwszy zrobił coś takiego, że przeszły mnie ciarki. Sprawdza mnie, czy jestem gotowa. Może jeszcze nie jestem. Ale jestem już na kruczej ścieżce.

od Wrzechświata znak

Byliśmy wczoraj na spacerku. Ja z moim mężem i Grażką. Wzięłam ze sobą aparat i jeszcze z początku przyszło mi na myśl, byśmy kliknęli sobie fotki pod krzaczkiem kwitnących forstycji. Spojrzałam potem na te dwa zdjęcia w aparacie i … „o jejciu, jaka ja jestem gruba” – pomyślałam sobie nieco zdołowana. Nie żebym nie wiedziała prędzej o tej mojej grubocie, przecież mam w domu lustro obejmujące całą sylwetkę, ale jakoś tak na zdjęciu wyglądało to znacznie gorzej niż w lustrze w domu. A przynajmniej tak mi się wydało. Mam sporą nadwagę (a właściwie otyłość) już od wielu lat i na codzień zbytnio się nią nie przejmuję, jednak od czasu do czasu dopada mnie jeszcze to takie krótkotrwałe poczucie braku akceptacji samej siebie. Tak też stalo się i na tym spacerze. Mimo że nic głośno w tym temacie nie powiedziałam, to jednak tak w środku, to krótkie „luknięcie” na te fotki jakoś mnie zdołowało.

Jednak Wrzechświat jest piękny i kocha nas bezwarunkowo. Od razu mnie przytulił i otoczył swoją miłością.
Poszliśmy sobie bowiem na tym spacerku dalej i po kilku minutach spotkaliśmy łabędzia. A nawet dwa. Łabędź niby wcale nierzadki gość, a jednak we Frankfurcie nie pojawia się często. A przynajmniej nie w mojej okolicy. I tak spojrzałam na te dwa łabądki pływające w bajorku na starym lotnisku i z miejsca wiedziałam o czym chcą mi powiedzieć. Wszak to właśnie labędź przywraca nam nasze wewnętrzne piękno, wdzięk i wrażliwość. Uczy nas cieszyć się samym sobą i prawdziwie siebie kochać, dzęki czemu i my sami i nasza rzeczywistość nabiera coraz większego blasku.

I właśnie wtedy, kiedy kilka minut prędzej zdołowałam się z powodu swojego wyglądu, zapominając o swoim pięknym wnętrzu, Wrzechświat zeslał mi łabędzia. Czyż to nie jest najcudowniejsza miłość?
Wzruszylam się i podziękowałam. I przestałam się zamartwiać swoją grubotą, a cieszyć tym co mam i dziękować za to, że mogę tu po prostu być, rozwijać się i kochać.

A jakby tego bylo mało, to mój Kapsel, który jak na faceta ma naprawdę dobrą intuicję i widocznie wyczuł moje wcześniejsze huśtawki, po spacerku, kiedy byliśmy już sami powiedział mi tyle ciepłych i wspaniałych słów zapewniając o swojej miłości. Nie musiał tego mówić, bo wiem, że naprawdę mnie bardzo kocha, ale wiadomo jestem kobietą, a każda kobieta uwielbia takie słowa usłyszeć od swojego mężczyzny.
No i aż mi się oczy spociły ze wzruszenia i pomyśłałam, że durnotą było dołować się z powodu jakieś tam nadwagi. Wszak Wrzechświat mnie kocha, mój facet mnie kocha i ja sama siebie kocham. Ot i co!

A łabądek cudowny.

w poszukiwaniu swojego cienia

W ciagu ostatnich dni, a nawet tygodni przeszłam pewien proces uzdrawiania jednego ze swoich cieni. Wszystko związane było z Anią Ś. Nie chcę tu opisywać całej historii, bowiem jest ona dość osobista i nie o to mi chodzi. Chciałam jednak podzielić się z Wami częścią tego mojego doświadczenia, bo chcę wam przez to opowiedzieć jak cudownie wspomagają nas zwierzęta mocy, jeśli mamy odwagę ich słuchać.

No więc (wiem, iż nie zaczyna się zdania od więc, ale lubię) wracając do tej relacji mojej z Anią, wystarczy że powiem, iż nie było między nami za dobrze. Niby każda z nas szła swoją ścieżką, zajmowała się swoim życiem i tym co akurat się w nim pojawiało, ale na jakimś głębokim poziomie, o którym ja przynajmniej naprawdę nie miałam pojęcia obie byłyśmy ze sobą związane. Związane energią oporu jaki nawzajem wobec siebie czułyśmy. I owszem, ową energię oporu czułam bardzo wyraźnie i doskonale wiedziałam, że czuje ją również Ania. Jednak przegapiłam fakt, że właśnie ten opór tworzy swego rodzaju więzy między nami. Powinnam to wiedzieć, ile razy to już bowiem przerabiałam. Ale teoria, a życie to czasem, a nawet często dwie różne bajki. Tym samym trwał sobie ten stan rzeczy jakiś czas i przyciągał rezonujące z nim małe „wydarzenia”. Któreś z nich walnęło mnie energią jak obuchem w łeb i chyba to był ten moment, od którego zaczęło się zmieniać. A przynajmniej ten moment, w którym uświadomiłam sobie owe więzy oraz fakt, iż chcę się z nich uwolnić.
Jak się do tego zabrać oczywiście w tamtym momencie nie wiedziałam, ale podpowiedziały mi dwa ludzkie anioły: Agniesia i Iwonka, pisząc mi każda coś o sobie, ale takie coś, co niezwykle mnie poruszyło i wskazało mi kierunek. Agnieszka uświadomiła mi, że energia oporu, którą czułam w związku z Anią, pochodzi nie tylko z jej strony, ale też jest we mnie.  To we mnie jest jakiś cień, który niejako tworzy między nami więzy. Iwonka, pomogła mi otworzyć na nowo moje serce. Nie od razu to się stało, nie w jednej chwili. Potrzebowałam czasu, by zagłębić się w siebie. Wrzechświat wsparł mnie w tym procesie zsyłając nam akurat wtedy 10-dniową awarię netu. Miałam zatem czas, by w ciszy spotkać się z samą sobą. By pobyć ze swoimi uczuciami, emocjami, przyjrzeć im się, wysłuchać, pozwolić im odejść.
A kiedy emocje już odeszły, byłam gotowa na krok następny. Wtedy przyszedł do mnie czarny Wąż.
Przyśnil mi się w śnie (tu).

Wiedzialam, że przyszedl czas na poszukanie swojego cienia. Nie gdzieś tam, ale we mnie samej. To nie jest proste zadanie. Czarny Wąż mimo że przyśnił mi się w śnie, pozostał przy mnie jeszcze przez jeden dzień. Czułam jego obecność, która mi przypominała o tym, co mi powiedział. Odwlekałam tę chwilę, bojąc się zajrzeć ponownie w siebie. Odwlekałam, choć czułam, iż nie chcę od tego uciekać. Jeden pełny dzień Wąż pozostał przy mnie niepokojąc mnie i dodając odwagi jednocześnie. Odszedł gdy uznał, że jestem już gotowa na spotkanie z innym wężem. Z wężem w sobie.

Jednak kiedy obudziałam się następnego dnia i poczułam, że Czarnego Węża nie ma już obok, kiedy poczułam się taka silna i pełna energii, uznałam, że spotkanie z tym wężem we mnie mogę sobie jeszcze trochę odwlec. W zasadzie nie uznałam tego nawet jakoś świadomie, ot obudziłam się i nie czując przy sobie żadnego niepokoju, a za to dużo nowej energii, zwyczajnie zanurkowalam w nowy dzień. Prałam, żartowałam z moimi chłopakami, gotowałam, piekłam ciasteczka, a wieczorem zabrałam się za malowanie. No właśnie. Malowałam obraz, który pojawił się we mnie już dawno. Nie będę teraz za wiele o nim opowiadać. Powiem tylko, że obraz jest związany z Mariolą i jej Jaguarem.

No i tu zdarzyło się coś, co było dla mnie totalną niespodzianką. Mam bardzo wielki szacunek do zwierząt mocy. Wiem, że kiedy pojawiają się w moim życiu, chociażby w postaci obrazu, który mam namalować dla kogoś (czy też dla siebie, kto wie), to w pierwszej kolejności i tak przynoszą jakieś osobiste przesłanie dla mnie. Za każdym razem kiedy malowalam któreś ze zwierząt mocy jego przesłanie dla mnie pojawiało się w trakcie malowania, rodziło się jakby we mnie wraz z jego obrazem na płótnie. I nigdy prędzej nie czułam obecności owego zwierzęcia tak mocno tuż obok, jeszcze zanim się pojawił chociażby jego zarys malowany pędzlem. Tymczasem teraz było zupełnie inaczej.

Malowałam wciąż tło z obrazu, kiedy poczułam, że Jaguar jest obok. Nie potrafię wam opisać tego co bezgłośnie, samą swoją obecnością mi powieział. Ale to było tak, jakby przyszedł mi powiedzieć, iż TERAZ jest czas. Nie pojawi się na obrazie dopóki nie udam się na spotkanie ze swoim cieniem. Przybył by w pierwszej kolejności poprowadzić mnie przez ścieżki uczuć i niejasności do mnie samej. To mój czas na spotkanie z moim wężem. Jeśli chcę poczekać i to odkładać, to dobrze, ale wtedy i on Jaguar poczeka. Jest cierpliwy. I czekał. Nie pozwolil się namlować na obrazie.

Aż znalazłam w sobie odwagę, by spojrzeć w oczy mojego wewnętrznego węża. Spojrzeć w oczy i uznać, że tak: czułam się lepsza od Ani. Odkrycie tego wcale nie było dla mnie łatwe. Nie będę pisać, że mi za to wstyd, albo że mam wyrzuty sumienia. Bo nie mam. Gdyby było mi wstyd to znaczyłoby, że wypieram się nadal tej ciemnej części mnie. Nie da się uleczyć cokolwiek wypierając to. Zatem nie wypieram się. On po prostu był we mnie. Mój wewnętrzny wąż. Chciał się wreszcie uwolnić, tak jak ja chciałam uwolnić się z więzów, które czułam. By mogło się to dokonać, musiałam najpierw go zaakceptować, się z nim pogodzić, spojrzeć mu w oczy, zapytać dlaczego, wysłuchać co ma mi do powiedzenia, bez osądzania, bez wypierania, bez zamykania się na niego. Przytulić go na koniec i po tym wszystkim pozwolić mu odejść.

I tutaj na koniec tej opowieści, dziękuję.
Dziękuję Agniesi i Iwonce za to, że w tym procesie wskazały mi kierunek.
Dziękuję Marioli za to, że wyrażając zgodę na namalowanie obrazu otworzyła ścieżkę, po której przyszedł do mnie Jaguar.
Pełna szacunku dziekuję owym dwom zwierzętom mocy: Czarnemu Wężowi, który przybył do mnie jako totem wiadomości i Jaguarowi, który jako totem podróży towarzyszył mi w końcowym etapie tej ścieżki.
I wreszcie dziękuję Ani. Za to, że była takim mocnym silnym lustrem.

wędrując między światami

Mam ostatnio znowu bardzo jasne sny. Znaczy takie, w których śnię wszystko z masą szczegółów, odbierając wszystkimi zmysłami. I kiedy się budzę, to nie tylko to pamiętam z najmniejszymi szczegółami, ale nawet wydaje mi się, że w realnym życiu moje zmysły odbierają znacznie słabiej. Bo w śnie wszystko jest takie intensywne. Kolory nasączone jakby bardziej barwami i światłem, zapachy mocniejsze, smaki wyrazistsze i dotyk jakiś bardziej wyczulony. Wanilia pachnie w śnie bardziej waniliowo, sól jest bardziej słona, a słodkie owoce bardziej słodkie i soczyste. Dotykam w śnie przedmiotów i czuję pod palcami ich powierzchnie zupełnie inaczej. Gładkość stolu na przykład wcale nie jest tak gładka jak w realnym świecie. Gładkość stołu w śnie jest inna, jest gładkością powstałą z jakieś idealnej harmonii między ciupeńką chropowatością, porowatością, puszystością, miękkością, zimnem i ciepłem, suchym i mokrym. Nie umiem nawet tego opowiedzieć. Albo taki kurz. Wycieram w śnie kurz spod szafki i czuję go. To nie jest jedynie jakiś niemiły brud, to jest coś, co żyje. Wyraźnie to czuję. Wycieram kurz, ale robię to jakby inaczej. Nie jedynie usuwając go, ale prosząc go o współpracę. Wszystko jest takie inne, tak bardzo intensywne. I jakby trochę wymieszane. Zapachy mają kolor, kolory mają strukturę, smaki pachną, powierzchnie pod palcami lekko pulsują, są żywe. Rozmowy w śnie (raczej telepatyczne niż głosowe) są też zupełnie inne. Są takie bez słów, a jednak tak autentyczne jakoś. A kiedy w śnie dotykam drugiego człowieka, albo on dotyka mnie, choć nie zdarza sie to często, to ów dotyk za każdym razem powoduje całą eksplożję doznań. To nie jest coś, co tylko czuję pod dłonią lub w miejscu dotknięcia. To jest wibracja, która przechodzi przez całą mnie. Intensywne odczuwanie na każdej czakrze, w każdym zakamarku mojego ja. Odczucie tak inensywne, że ciężko to ubrać w jakiekolwiek słowa.

Budzę się po takich snach i ciężko mi się przestawić. Nie żebym miała problem w rozeznaniu co jest realne, a co nie. Choć po takiej inensywności odczuć z tamtej strony, to nie tamten, a ten świat wydaje się czasem mniej realny. Dokładnie jednak rozróżniam co jest czym. Ale pamięć tamtego, bo pamiętam, powduje, że czasem nachodzą mnie jakby tęsknoty. Za tym właśnie bardziej, wyraźniej, intensywniej. Bo to oznacza, że tam też delikatność jest bardziej delikatna, czułość bardziej czuła, zmysłowość bardziej zmysłowa, męstwo bardziej mężne, odwaga odważniejsza. I nawet jeśli strach też jakby bardziej naznaczony strachem, to za to Miłość tak wielka, że nie ma na to nawet słów.

życzę wam…

Kochani,
W tym roku nie wysłałam ani jednej kartki świątecznej. Nie dlatego, że zapomniałam, ale dlatego, że tym razem chcę napisać życzenia tu.
Święta Bożego Narodzenia oraz wejście w Nowy Rok to szczególny czas, ale tak naprawdę szczególne są i będą wszystkie dni, tygodnie, miesiące. Bo po prostu zawsze takie są: każdy na swój sposób jest wyjątkowy.  Z pewnością czeka nas wszystkich mnóstwo niesamowitych wrażeń, może zmian. Coś jak Święto Narodzenia – narodzenia nas wszystkich na nowo.
Nic nie dzieje się przypadkiem, wszystko zmierza we właściwym kierunku. Pozwólcie rzeczom się dziać.

wallpaper-828053Życzę Wam wszystkim i sobie samej, by ten nadchodzący czas przemienił w nas to, co negatywne w pozytywne.
Życzę Wam byście mieli odwagę prawdziwie kochać samych siebie i innych. Bez potępiania. Bez oceniania. Bez oczekiwań. Tylko tak po prostu, zwyczajnie. Dlatego, że Miłość jest tą siłą, która potrafi przemienić ten świat w raj.

wallpaper-1425084

Życzę Wam i sobie samej, by ta umiejętność kochania nigdy w nas nie malała. Ale by rosła z każdą kolejną chwilą, z każdą kolejną próbą.

Życzę Wam i sobie samej uważności i otwartości serca, byśmy z każdym dniem stawali się po prostu lepszymi wersjami samych siebie. A przy tym również lepszymi żonami i mężami, siostrami i braćmi, córkami, synami, matkami i ojcami. Lepszymi przyjaciółmi, lepszymi patrnerami, lepszymi znajomymi. I lepszymi nieznajomymi.

handchenhalten
Życzę Wam i sobie samej wiele, wiele radości. Radości z cieszenia się życiem w każdej jego chwili. Niech już nie powstrzymują nas myśli, że coś nie wypada lub co pomyślą o nas inni. Niech radość życia wypełnia Was po brzegi. Niech dodaje Wam skrzydeł. Niech staje się Waszą przewodniczką, Waszą inspiratorką, Waszą nauczycielką. Życzę Wam i sobie samej, byśmy zawsze mocno trzymali ją za rękę.
wallpaper-2454768
Życzę Wam i sobie samej wiary w swoją własną wspaniałość. Prawdziwej, szczerej wiary w to, iż jesteśmy wspaniałymi istotami, które zasługują na Miłość i na prawdziwą, realną Wolność. Nigdy już, przenigdy nie myślcie o sobie, iż nie jesteście godni. Jesteście. Wszak wszyscy jesteśmy cudownymi istotami.
wallpaper-1982232
Życzę Wam i sobie samej entuzjazmu i odwagi do bycia prawdziwie sobą. Niech nic nie powstrzymuje nas od tego, by wyjść z tłumu i szczerze wyrażać to, co jest cześcią nas samych.
405117_125693847585546_2113381653_n
I nie wiem już co jeszcze mogę Wam życzyć.
Niech po prostu Moc będzie z wami.
Niech towarzyszy Wam każdego dnia
Radość
Wolność
Entuzjazm
Siła
o przede wszystkim Miłość
wallpaper-800727

tworzyć z odpowiedzialnością

Tak jakoś pojawił sie ten temat i od razu mnie naszło, by podzielić się tutaj moimi przemyśleniami, albo odczuciami w tej kwestii.
Sama tworzę tak wiele i to od tylu już lat. A jednak nie od razu zwracałam uwagę na to, jakie energie do moich dzieł „przyklejam”. Kiedy np zaczęłam malować, to na początku często robiłam to w ramach sharmonizowania samej siebie. Kiedy było mi smutno, albo źle, kiedy nie umiałam sobie poradzić z jakimiś emocjami i potrzebowałam wyciszenia, to właśnie malowanie pomagało mi ten spokój w sobie na nowo osiągnąć. Było dla mnie jak taka medytacja, jak taki sposób dotarcia do samej siebie. I nie był ważny dla mnie sam obraz jaki powstał, ale sam proces malowania, tworzenia. Bo to był mój sposób na odnajdywanie wewnętrznego światła, na nawiązywanie kontaktu ze Źródłem. I nadal tak jest.

Ale jednak dzisiaj zwracam już uwagę na to jakie energie „przyklejam” do moich dzieł. Oczywiście nie stało się tak od razu, z dnia na dzień. Wymagało ode mnie uważności i dokładnego przyjrzenia się temu, co przecież naprawdę sama czułam. Bo czułam. Jeśli przestawałam gadać, przestawałam pędzić gdzieś, tylko zatrzymalam się choćby na chwilę wsłuchując się sama w siebie, to wyraźnie czułam, że np niektóre moje obrazy mają w sobie coś … zakłócającego. Coś, co mi w nich przeszkadza. I nie mialo to nic wspólnego z tym, co same sobą przedstawiały. Przecież podobały mi się wizualnie na tyle, że pozawieszałam je w naszym mieszkanku. A jednak było w nich coś, czego nie umiałam nazwać słowami, coś nieuchwytnego okiem, a co wyraźnie mnie samą uwierało. Nie musialam się długo zastanawiać co to jest, bowiem na jakimś poziomie wiedziałam od razu. Tylko nie od razu sama przed sobą potrafiłam się przyznać do tego, że oto namalowałam obraz, który mimo że wizualnie jest pełen barw i piękny, to promieniuje taką kanciastą, kłującą, dysharmonizującą energią. Czasami to kłucie było bardzo delikatne, ledwie odczuwalne. Ale jednak było.

Mogłam to olać i udawać, że nie ma problemu. Bo przecież nikt inny oprócz mnie go nie dostrzegał. Ale takie olanie jakoś niekoresponduje z moim wewnętrznym poczuciem uczciwości. Dlatego wiedzialam, że powinnam coś zrobić. Najpierw przyjrzałam się owym obrazom. Nie temu co przedstawiały, ale ich energii. Przypomniałam sobie w jakim byłam stanie kiedy je malowałam. Czy zasiadajac do sztalug przed jeszcze czystym płótnem bylam smutna, czy może czymś wzburzona, rozczarowana, zagniewana, rozżalona? Czy też od samego początku malowałam je będąc w harmonni sama z sobą? I co odkryłam? Że właśnie te wszystkie obrazy, które jakoś mnie uwierały zaczęly powstawać kiedy we mnie owej pełnej harmonii jeszcze nie było. Ich malowanie było dla mnie wtedy jak oczyszczanie. Tak jakbym z każdym pociągnięciem pędzla coraz bardziej uwalniała siebie z tych niefajnych emocji.  A jednak na jakimś poziomie przyklejałam te brudy właśnie do obrazu. Tak to przynajmniej odczułam. I one tam byly, pod warstwami farby, okruszki moich dawnych smutków, moich żalów, mojego gniewu, mojej niecierpliwości, mojego niepokoju, bólu. Wszystko to w jakieś maleńkiej mierze nieświadomie tam przykleiłam. Czy więc jest coś dziwnego, że w domu, w którym takie obrazy wiszą na ścianie, na nowo pojawiają się smutki, żale, gniew, niepokój? Raczej dziwne by było, gdyby tak się nie działo. I nie ma znaczenia, że niby inni tego nie czują. Też czują, tylko nieuświadamiają sobie tego. Cóż więc należało zrobić? Zadbać o to, by to co powstało z „przyklejonymi” dysharmonijnymi energiami oczyścić światłem.

I zadbać o to, by moje kolejne dzieła miały przyklejone już jedynie harmonizujące energie miłości, radości, ciepła, szacunku i pokoju.  Dlatego też staram się unikać tworzenia w stanach kiedy nie ma we mnie harmonii, albo co gorsza jest mi źle. Staram się unikać tworzenia jeśli jest we mnie chaos emocji, brakuje wewnętrznego spokoju. A już na pewno absolutnie nie tworzę wtedy dla kogoś. Malowanie nadal jest dla mnie swego rodzaju medytacją, sposobem nawiązania kontaktu ze Źródłem i moją duszą, ale chcę by bylo od pierwszego maźnięcia pędzla czyste. Bez przyklejania do nich czegokolwiek negatywnego.

A jeśli nawet zdarzy mi się stworzyć coś z tęsknotą albo jakimś smutkiem, niecierpliwością lub niepokojem, to z szacunku dla siebie samej i dla wszystkich, którzy by mieli mieć z owym dziełem kiedykolwiek styczność, zadbam o to by oczyścić je szałwią i przede wszystkim światłem.

I to jest dla mnie odpowiedzialnym tworzeniem. Bo chcę by moje dzieła były piękne nie tylko dla oka, ale i dla duszy.

magiczna chwila rozpoznania

Czasami zdarza się tak, że np akurat leci sobie w radio jakaś „przypadkowa” piosenka, albo akurat czytamy powieść z serii „o dupie maryny” czyli na luzaka, a jakieś jedno usłyszane lub wyczatane zdanie, w połączeniu z czymś co usłyszeliśmy i wyczataliśmy i co zakodowało się w naszej świadomości już dużo prędzej, spowoduje całą lawinę wewnętrznych odkryć. Jakby nagle otworzyły się tam w środku nas samych jakieś drzwiczki i doznajemy jakiegoś ważnego rozpoznania, które z kolei prowadzi do kolejnych drzwiczek i kolejnego wewnętrznego rozpoznania. I następnego. I jeszcze jednego. I wchodzimy tak coraz głębiej w siebie, a wszystko to dzieje się jak w takiej reakcji łancuchowej. Jedno prowadzi do drugiego, a JEDNOCZESNIE i bardzo wyraźnie czujemy owo jednocześnie, wszystko dzieje się w jednym ułamku sekundy. W takim bardzo magicznym TERAZ, które choć trwa właśnie teraz, to obejmuje swoim zasięgiem całe nasze życie. I jest tak, jakby wszystko to, co do tej pory było, wiele różnych naszych przeżyć, doznań i doświadczeń, przyprowadzilo nas do tej właśnie chwili rozpoznania, a ono samo pokazuje nam doświadczenia naszego życia z zupełnie inną jakością. To tak jakbyśmy dotąd oglądali wiele razy jakiś film dla głuchoniemych. Znalibyśmy każdy jego szczegół, każdy momencik i każdy obraz, ale w niektórych sprawach moglibyśmy się tylko domyślać lub zgadywać o co chodzi. Aż nagle jakby za sprawą jednego przycisku dołączył nam się dźwięk do filmu i widzimy niby to samo, a jednak z zupełnie innym zrozumieniem, zupełnie inną jakością.
I łzy nam sie cisną do oczu z natłoku wewnętrznych emocji.

Taką właśnie chwilę doznałam dzisiejszej nocy.

kolorowy miłości szept

Miałam bardzo intensywne dni.Nie wszystko „zmajstrowałam” tak jak nalezy, a właściwie tak jak myślałam , że już potrafię. Wciąż mam wiele do zakotwiczenia w sobie, bo teoria a praktyka to zupełnie inna bajka.Mój mężu jest mi najlepszym nauczycielem choć czasem bardzo ciężkie są to nauki. Ale najważniejsza jest miłość. We wszystkich swoich odmianach, a więc w odmianie pogody ducha i pasji twórczych również.

I tak w tzw. międzyczasie kupiłam takie drewienka. Na zasadzie spontana pt „O, jakie ładne te drewniane krążki”.

p1000182

Okazały się być świerkowe. I co tu z nimi zrobić? Oczywiście, że wiem co, bo ledwo je w domu rozpakowałam już snuły mi się w głowie różne wizje.
Ale musiałam najpierw poprosić o pomoc męża.”Zrobisz mi dziurki?” No i zrobił chłop dziurki jakie chciałam. A ja, no cóż ja mogłam wymyśleć? Farby wyciągnęłam…

p1000183

I tak ani się obejrzałam jak mi zaczęły zwierzątka się pojawiać. A każde ze swoim przecież przesłaniem. Z nauką dla mnie. No, nie tylko dla mnie, ale kiedy akurat skupiam się na malowaniu owego zwierzątka, to wtedy dla mnie. I z pewnymi darami jak się chce je zauważyć. I jak tu nie być wdzięcznym? I jak tu nie radować się z takich znaków? Jak się nie uczyć, nie wzrastać, nie starać się, nie kochać? No nie da się. Najważniejsza jest miłość, a ona znajduje czasem przedziwne sposoby by do nas przemówić. Uwielbiam ten jej kolorowy szept, jakim przemawia do mnie

p1000207.

życiowe lekcje

Ostatnie dni były dla mnie swoistymi próbami ognia. Przyniosły mi wyzwania, trudne, wymagajace wiele duchowej siły. Dzisiaj, kiedy już mogę odetchnąć, czuję wdzięczność. Tak, jestem wdzięczna Życiu za te ciężkie wyzwania, bo właśnie one pomagają mi ugruntować w sobie naprawdę te zmiany, które we mnie zaszły. Bo prawdziwe zmiany choć zaczynają się na poziomie świadomości, to całkowicie mogą się zakotwiczyć dopiero wtedy, gdy zweryfikują się w czynie. Czasem się bowiem nam wydaje, że już coś zrozumieliśmy, a potem się okazuje, iż kiedy spotka nas życiowa próba, to jednak nie zaliczyliśmy lekcji.
Tak samo i ja otrzymałam od Zycia wskazówki nad czym jeszcze muszę popracować. I że wcale nie jestem już tak daleko jak mi się wydawało. Ale dostałam również ogromne wsparcie od moich zwierząt mocy. A za nimi przecież stoi moja dusza. Wystarczy tylko uważnie słuchać jej głosu.
Jestem ogromnie wdzięczna za te trudne lekcje. Bo choć kosztaowały mnie wiele łez, to w ostateczności dały oderobinę więcej mocy, odrobinę więcej siły i mądrosści tygrysa. Moje lekcje. .

fazy twórcze

Mam wiele pasji, wszystkie są dla mnie istotne, bowiem sprawiają mi wiele radości. Ale obserwuję, że przychodzą do mnie fazowo. Niby nigdy nie odstawiam innych, by zająć się tylko jedną, ale w pewnych okresach jakaś jedna zdecydowanie dominuje.

Były takie lata, kiedy moja twórczość realizowała się głównie w kuchni. 41 - malinowa fantazja-tileBył rok, kiedy z zapałem i namiętnością zajmowałam się dekopażem i tworzyłam moje skrzyneczki. P1080147-tile

Był okres czytania i powstawania zakładek do książek. delfin 1-tileAlbo tygodnie plecenia koszyczków z papierowej wikliny. P1170601-tileByły pojedyńcze dni, kiedy cały mój entuzjazm i serce wkładałam w robienie kartek urodzinowych z suszonymi kwiatami… P1140566-tile… albo tworzenie pięknych naszyjników z kamieni. P1210156-tileTen rok od początku zdecydowanie zdominowało malowanie. Pasja zdecydowanie najdroższa, zarówno w sensie materialnym jak i duchowym. Ale to dzięki obrazom otwarły się przede mną nowe przestrzenie, wkroczyli do mojego życia nowi ludzie i najbardziej zmieniłam samą siebie. UnbenanntWciąż jednak kocham każdy inny sposób tworzenia. Wciąż każdy z nich daje mi radość, pobudza mój entuzjazm, jest sposobem na spotkanie z samą sobą przy jednoczesnym uzewnętrznianiu mojej radości życia i miłośći. No i dodatkowo mogę przy okazji wyczarowywać coś pięknego i od serca dla innych.
Jakoś nie potrafię nawet sobie wyobrazić mojego życia bez tworzenia. Choć w zasadzie wszystko jest tworzeniem. Każdy nasz uśmiech, każdy gest, każda myśl. Dobrze jest mieć tego świadomość, wtedy wszystko nabiera zupełnie innego znaczenia. I zupełnie inaczej w obliczu różnych sytuacji się reaguje.

Dziś jest kolejny dzień kiedy mogę dołożyć moją kolejną maleńką cegiełkę do tego, by tworzyć wokół piękno. Obraz, obiad, uśmiech, pozdrowienie, ciepłe słowo, cisza…

jeszcze jeden krok

Życie to rytm i w owym rytmie kryje się jego tajemnica. To zarówno radości i smutki, wzloty i upadki, uczucie szczęścia i rozpaczy, zwycięstwa i porażki. Jedno bez drugiego nie mialoby szansy zaistnieć, tak samo jak dzień nie istniałby, gdyby nie było nocy. Nie wiedzielibyśmy jakie znaczenia ma cisza, gdybyśmy nie poznali halasu. Nie docenilibyśmy pokoju, gdyby nie bylo wojen, nie potrafilibyśmy rozpoznać, iż coś jest miłością, gdyby nie istniało jej przeciwieństwo. Wszystko to należy do życia. Bo życie jest podróżą, którą czasami przebywamy w świetle, a czasem w mroku.

I kiedy czasem przychodzi nam zmierzyć się z życiowymi burzami, kiedy na naszej drodze pojawiają się trudności, spadają na nas smutki i cierpienie, małe i wielkie tragedie, to chociaż jest w nas strach, chęć poddania się i chęć ucieczki od tego wszystkiego, to jest również i siła stawieniu temu czoła. Każdy z nas obok słabości ma w sobie również siłę, ponieważ uosabiają one owy dualizm życia.

Kiedy spotykają nas te trudne dla nas doświadczenia, kiedy smutek zamieszkuje w naszym sercu, kiedy ktoś nas być może skrzywdził albo dzieje się jakieś nieszczęście to trudno nam w tych chwilach dostrzec coś pozytywnego. A jednak dzieją się one nie po to by nas powalić i złamać, ale by nas wzmocnić. Każda bowiem burza, każda trudność i przeszkoda,niesie w sobie potencjał nauczenia nas jak być silnym.

I nie chodzi o to, że nie wolno nam się poddawać rozpaczy, nie wolno użalać się nad sobą, cierpieć, płakać czy jakkolwiek inaczej być słabym. Wolno nam. Ale przychodzi moment, kedy nasze lzy na chwilę przestają lecieć, kiedy może nie mamy sił by walczyć, kiedy nie mamy chęci by więcej obcować z naszym żalem, wtedy zawsze możemy spojrzeć na nasze cierpienie, na nasz ból i tą całą życiową burzę z nieco innej perspektywy i zapytać naszej duszy, czego mieliśmy się przez to nauczyć. I jeśli będziemy szczerzy z samym sobą, z pewnościa usłyszymy odpowiedź.

Przychodzi taki moment, że nawet wobec najgorszego sztormu pojawi się w nas iskierka siły, by postawić jeszcze jeden krok do przodu. To może być ten decydujący krok i nawet jeśli byłby on najsłabszy i tak jest naszym zwycięstwem.

I podobnie jak po burza w przyrodzie przynosi z sobą pewne zmiany, tak i nasze życiowe burze takie zmiany ze sobą niosą. Ale czyż nie zachwyca nas rzeźkość powietrza po burzy? Intensywność zieleni, wracający świergot ptaków? Tak samo i po naszych życiowych zawieruchach może się okazać że owszem poraniło i polamało nas tu i tam, ale przy okazji wymiotło z naszego życia też to, co nam nie służuło i nam szkodziło.

Dlatego warto jest uchwycić się tej iskierki w nas, która daje nam siłę. I razem z nią wstać z kolan i postawić ten jeszcze jeden krok do przodu. Na horyzoncie prędzej czy później znowu pojawi się słońce.

o (duchowych) warsztatach słów kilka – notka przemyśleniowa

W nawiązaniu do notki o doskonaleniu, guru, duchowości i aniołach, którą napisałam już dwa lata temu, nachodzą mnie jeszcze pewne przemyślenia na temat tak zwanych (duchowych) warsztatów. Namnożyło się ich ostatnio całkiem sporo i chociaż same w sobie mają one całkiem pozytywny potencjał, to osobiście mam do nich nieco sceptyczne nastawienie. Nie chcę tutaj powiedzieć, iż są one złe, bowiem wcale tak nie uważam. Dostrzegam jednak pewne związane z nimi „zagrożenie”, które bynajmniej nie wypływa z samych warsztatów, a jedynie jego uczestnicy mogą niechcący je sobie zafundować. Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem albo raczej w jakim celu chcemy w takich warsztatach uczestniczyć.

Przyjrzyjmy się najpierw kto najczęściej w tego typu warsztatach bierze udział. Z reguły są to kobiety (najczęściej), które mają w sobie ogromy potencjał, dbają o swój rozwój duchowy i całą sobą pragną coraz bardziej wzrastać. I oczywiście warsztaty mogą być tutaj niezwykle pomocne, ale tylko wtedy, jeśli traktujemy je jak zabawę, jak sposób szerszego poznania, a nie jak kolejny szczebel na drodze naszego rozwoju. To bardzo ważne, by sobie to uświadomić.

W momencie kiedy pojawią nam się w głowie myśli, iż MUSIMY pojechać na jakiś warsztat, bo pomoże nam on w naszym duchowym rozwoju, sami zaczynamy nastawiać na siebie pułapkę. Bo zauważcie co się dzieje. Myśl, że coś spoza nas jest nam potrzebne do rozwoju, tak naprawdę jest ukrytą myślą o tym, że sami nie potrafimy. Innymi słowy, jest wyrazem naszych własnych wątpliwości co do mocy naszej własnej duszy.

To jest bardzo krytyczny moment i jeśli umknie naszej uważności, możemy wpaść w wielką iluzję. Jeśli bowiem jesteśmy gotowi do tego, by słuchać swojej własnej duszy, to żadne warsztaty świata nas bardziej do tego nie przybliżą. A już na pewno nie, jeśli będziemy w to właśnie wierzyć, że mogą to uczynić. Wręcz odwrotnie, mogą spowodować, iż zaczniemy myśleć, że do dalszego rozwoju potrzebujemy kolejnych warsztatów. I kolejnych. Rozumiecie co się zaczyna dziać? Zaczynamy gonić swój własny ogon, nakręcając tym coraz bardziej spiralę oddalania się od samego siebie, a jednocześnie utwierdzania nas w iluzji, że jest dokładnie na odwrót, że się przybliżamy.

Jeśli natomiast jedziemy na takie warsztaty na zasadzie dobrej zabawy, bez jakichkolwiek oczekiwań (zwłaszcza tych duchowych) i co najwyżej z otwartością na jakieś nowe poznanie, to wtedy jak najbardziej warsztaty nam służą.

Niech będą one dla nas sposobnością, jaką sobie wybrała nasza dusza na kontaktowanie się z nami, a nie szczeblem do dalszego rozwoju. Bo jeśli będziemy je jako szczebel traktować, to z dużym prawdopodobieństwem zamiast nas przybliźyć samemu sobie, jedynie nas oddalą. Życzę wam uważności w obserowaniu siebie oraz uważności w kwestii waszego podejścia do warsztatów.

 

dbanie o swoją przestrzeń

Nie mam sama pojęcia kiedy po raz pierwszy przeczytałam o dbaniu o swoją przestrzeń. Pisała o tym, któraś z was, drogie mądre kobiety. I od tego pierwszego razu potem jeszcze wiele. wiele razy i na wiele sposóbów docierała ta nauka do mnie. Ale co z tego, kiedy tak naprawdę nie rozumialam o co chodzi. No, oczywiście zdawało mi się, iż wszystko pojmuję, że doskonale wiem, iż to nie chodzi jedynie o przestrzeń na zewnątrz, ale bardziej o tą wewnątrz nas i wydawało mi się nawet, że nie mam z tym problemu. Ale tak naprawdę pojąć tę lekcję można tylko duszą i aby ją w sobie zintegrować nie wystarczy, że rozum wie o co chodzi. Nie wystarczy wiedzieć. Trzeba jeszcze wybrać.

Byłam nieuważna. Docieralo do mnie tak wiele łagodnych sygnałów na tak wiele sposobów o tej lekcji, by mi łagodnie przypomnieć, a ja niby wiedziałam, ale szybko zapominałam. Zapominałam i nie wybierałam. Prawie tak, jakbym działała na zasadzie, że po co takiej niereformowalnej optymistce jak ja, dodatkowo dbanie o jakąś tam swoją przestrzeń. Tymczasem życie okazało się cierpliwym nauczycielem i skoro nie przyjmowałam pewnych lekcji łagodnie, to zesłało mi nieco mniej łagodne doświadczenia. I oczywiście cierpiałam. Wylałam wiele łez zanim w ogóle dotarlo do mnie, że tak naprawdę sama sobie te doświadczenia zafundowałam. Dziś jestem wdzięczna Życiu za te przelane łzy, bo to one właśnie ułatwiły mi zatrzymanie się w sobie i zapytanie mojej duszy o co chodzi. Czego miałam się nauczyć? Odpowiedź przyszła właściwie od razu, wyraźnie i tak intensywnie. I nagle, chyba po raz pierwszy zrozumiałam naprawdę, tak na poziomie duszy, co oznacza dbrać o swoją przestrzeń. Oznacza to, że trzeba umieć powiedzieć „stop”, powiedzieć „nie”. Sobie i komuś.

Monia ujęła to tak pięknie w słowa:

Uwalniam się od przymusu słuchania innych osób.
Słuchanie innych osób jest wyrazem mojej dobrej woli.
Mam prawo odmówić innym osobom i nie wysłuchać tego, co chcą powiedzieć.
Mam prawo postawić granice każdej osobie, która zamęcza mnie swoim marudzeniem, narzekaniem, pesymizmem, negatywizmem lub narcyzmem.
Mam prawo powiedzieć, że w tym momencie nie jestem gotów kogoś wysłuchać.
Słuchanie innych ludzi jest darem. Obdarowuję nim tych, których sama/sam wybiorę ♥♥♥

To takie ważne. Tak bardzo istotne nauczyć stawiać sobie i innym te granice. Nie robić ze swojej przestrzeni energetycznego śmietnika dla innych. I odwrotnie, nie zaśmiecać pola energetycznego innych, szanować ich przestrzeń. Słowo jest energią. Słowo to myśl wprawiona w ruch.

Chcę dbać o to, by moje słowa nie naruszały granic innych. By ich nie raniły, nie wprowadzały chaosu w ich przestrzeni, nie wylewały tam negatywnych energii. Muszę jednak być równie odpowiedzialna za siebie samą i dbać o swoje granice. O moją przestrzeń.

Jestem wdzięczna życiu za to, że zesłało mi owe przykre doświadczenia, które pomogły mi wreszcie zrozumieć tą lekcję.
Jestem wdzięczna tym osobom, które wykonały przy tym ową czarną robotę.
I jestem wdzięczna Moniczce, że tak pięknie tę lekcję ujęła w słowa.

I proszę moją duszę o to, by od teraz pomogła mi właściwie wybierać.

o wybaczaniu i przepraszaniu

Czasem się zdarza w życiu tak, że ktoś sprawi nam jakąś przykrość, albo nawet nas mocno skrzywdzi. Nie łatwo jest w takich chwilach myśleć o wybaczeniu, a tym bardziej doszukać się w nich czegokolwiek pozytywnego.

I ja zostałam kiedyś skrzywdzona. Bolało mnie bardzo. Był we mnie ogromny żal, poczucie krzywdy, smutek, rozczarowanie. Na wiele tygodni były mi one jedynym towarzyszem, nie potrafiłam zauważać nic poza tym. Życie przechodziło obok mnie, a ja tak bardzo skupiona byłam na tym swoim cierpieniu, że praktycznie nie docierało do mnie nic. Wcale tego nie chciałam. Ale nie potrafiłam się pozbierać do kupy. Nie potrafiłam przestać myśleć o tym co się stało, a w konsekwencji tak zabarykadowałam się w tym poczuciu żalu w sobie, iż nie dopuszczałam do siebie żadnego przejawu miłości, radości, niczego pięknego. Nie było mi z tym dobrze, a w zasadzie było bardzo źle. I upłynęło bardzo wiele czasu, zanim zdałam sobie sprawę, że mam depresję, a jeśli jeszcze nie, to jestem na najlepszej drodze do tego, by ją mieć.

Było we mnie tyle żalu, tak wielkie poczucie skrzywdzenia, że nawet jeśli nie chciałam tego robić, to co chwila zakradały się one do moich myśli i rozpamiętywałam ciągle na nowo to, co się stało. Analizowałam, rozkładałam na części pierwsze, użalałam się nad sobą i tym samym coraz bardziej oddalałam się od równowagi.

Nie myśłałam o wybaczeniu. To przyszło do mnie samo, nagle. Mały impuls wysłany właściwie nie do mnie, ale do mnie trafił. I spowodował jakby w jednej chwili zrozumienie. Zrozumienie, że poczucie żalu, które w sobie noszę, choć pozornie skierowane do osoby, która mnie skrzywdziła, tak naprawdę uderza jedynie we mnie samą. Zatruwa mnie od środka odbierając mi radość z życia, odbierając mi nawet zdolność kochania. Zrozumiałam, iż wybaczyć to nie jest jakiś tam akt łaski wobec tego, kto nas skrzywdził, ale wielki akt uwolnienia wobec mnie samej. Otrzymałam to zrozumienie jako dar od naszej Matki Ziemi. Którz mógłby to lepiej pojmować, jak nie ona, która każdego dnia wybacza nam wszystkie krzywdy, które my jako ludzkość jej czynimy. Nie potrafię tego opisać, ale wtedy, w tamtej chwili, kiedy z tak wielką mocą dotarło do mnie to przesłanie od Gaji, płakałam, a jednocześnie czułam jak coś się ze mnie uwalnia. Cały mój żal i poczucie krzywdy ulotniły się jakby w jednej chwili i zrobiły znowu miejsce dla światła. I napradę wybaczyłam.

I nie, to nie było łatwe. To nie jest tak, iż zapomnialam to co się złego wydarzyło. Gdybym zapomniała, to tak jakbym uciekła od tego. Ale ja pamiętałam. Nie chciałam uciekać, ale chciałam by dokonała się we mnie przemiana. Nie było łatwe, bo choć jednego dnia mój żal zniknął, to wciąż od czasu do czasu pojawiały się momenty, w któych pchał mi się on na powrót do głowy. Wybaczyć oznaczało mieć odwagę do tego, by pilnować tych myśli, by nawet jeśli pojawią się one w głowie, nie pozwolić im się przedostać do serca. A jednak moje życie dopiero od momentu, kiedy wybaczyłam, mogło na nowo nabrać blasku. Akt wybaczenia nie jest więc żadnym aktem łaski wobec kogoś. Jest aktem łaski wobec nas samych. A to, że po drodze na nowo możemy się całkiem szczerze uśmiechnć do tego, komu wybaczyliśmy, może nawet na nowo go kochać, to się dzieje już przy okazji.

Nie mniej jednak słowo „przepraszam” ma znaczenie. Jego moc jest niezwykle silna. Nie jest gwarancją na wybaczenie, ale może naprawdę pomóc osobie skrzywdzonej uwolnić się od żalu. Czasem się zdarza w życiu tak, że to ja komuś sprawię przykrość. Może nawet kogoś skrzywdzę. Dlatego jeśli dotrze do mnie świadomość tego, staram się zawsze przeprosić. Nie przepraszam za szczerość, ani za to, że np będąc sobą, nie spełniam czyiś oczekiwań. Ale przepraszam za krzywdę, którą wyrządziłam, za przykrość, jaką sprawiłam. Dla mnie przeproszanie to nie jakaś tam oznaka mojej słabości, czy uległości, ale naprawdę szczera chęć naprawienia szkód jakich przysporzyłam, złagodzenia bólu, który sprawiłam. I jeśli tylko serce mi powie, że powinnam kogoś przeprosić, to nawet jeśli ego próbuje przekonać mnie do czegoś innego, idę za głosem serca. Bo wiem, że ono wskazuje zawsze właściwą drogę.

pytania, pytania, a odpowiedzi na razie brak

Tak obserwuję sobie to moje życie i zastanawia mnie jedno. Co jest we mnie takiego, że przyciągam do siebie osoby, które …. nie wiem jak to ująć ładnie w słowa, ale powiedzmy, są na takim etapie swojego życia, kiedy nie wierzą w siebie, tkwią w jakiś bardzo trudnych sytuacjach, mają zaniżone poczucie wartości, a to wszystko przekłada się też na to, iż bardzo dużo o tym mówią. I to nie są jacyś tam tylko znajomi, ale ludzie, którzy są dla mnie ważni. Tacy, których pokochałam, których uważam za przyjaciół, Przyjaciól. Tacy, że i ja  w jakimś sensie cierpię, widząc ich cierpienie.

Sama, chociaż miewam moje problemy (wbrew pozorom one też nie były małe), mimo wszystko mam zupełnie inne nastawienie do życia. Nawet w trakcie największych dramatów nie zatraciłam w sobie tego zaufania do Życia i tej optymistycznej cząsteczki mnie.

I nie, proszę nie zrozumieć mnie źle. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że Przyjaciele szukają u mnie wsparcia, kiedy jest im źle. Ja naprawdę chętnie dzielę z nimi czas, naprawdę jest we mnie gotowość do słuchania i chęć pomocy. Owszem, przyznaję iż czuję się czasem zmęczona tym wszystkim, jeśli owe zwierzanie przeradza się w narzekanie lub takie jakby ciągłe rozdrapywanie ran. I jest tego zbyt dużo. Przyznaję również, iż zdarzały się wręcz sytuacje, kiedy było tego tak dużo, że wręcz czułam jakby owy ktoś tym swoim ciągłym narzekaniem i skupianiem się na negatywach,  wysysał ze mnie energię. Wtedy zwykle zaciągałam swój własny hamulec bezpieczeństwa i  wyjaśniając tej osobie dlaczego to robię, zwykle na jakiś czas się odsuwałam. Nie znaczyło to wcale, iż nagle ten ktoś przestał mnie obchodzić. Ale zwyczajnie musiałam dbać również o siebie. I nawet jeśli w takim momencie dana osoba nie była w stanie mnie zrozumieć i czuła się odrzucona, odepchnięta  i często wręcz nawet skrzywdzona przez to moje odsunięcie, to dbając o swoją własną energię, konsekwentnie się wycofywałam, niejako wyznaczałam granice. To wcale nie było dla mnie łatwe. Takie decyzje wymagały ode mnie wiele odwagi i w jakimś sensie przeciwstawiania się mojej własnej gotowości do tego, by pomagać innym, by wspierać innych.

I tak mnie zastanawia, DLACZEGO wciąż przyciągam takich ludzi. Bo to się nie zdarzyło raz czy dwa. Ale wiele razy. I każda z tych osób, bez wyjątku, nadal ma swoje miejsce w moim sercu. Nawet, jeśli w ostatecznym rozrachunku z wieloma urwał mi się całkiem kontakt, to nadal gdy o nich pomyślę, to myślę jak o Przyjaciołach, jak o ludziach których wciąż w jakiś sposób kocham. Gdyby zechcieli ponownie zapukać do moich drzwi (dosłownie i w przenośni) to wiem, że przyjęłabym ich z otwartymi ramionami, z wielką gotowością słuchania, ze wszystkim co mam.

Tylko w większości przypadków jest całkiem inaczej. W większości przypadków nasze drogi się rozeszły. Nie, nie mam o to żalu. Ale czasem tęsknię. I nie piszę o tym dlatego, że jest mi jakoś źle, bo nie jest. Ale zwyczajnie ciekawa jestem dlaczego tak się dzieje?

Czy te powtarzające się doświadczenie (całkiem zresztą cenne) niesie dla mnie jakąś lekcję, której wciąż nie odkryłam? A może to jakaś misja mojej duszy? Może głupio to brzmi, nie lubię zresztą tego słowa „misja”, ale wiecie o co mi chodzi.

Nie czuję wcale jakiegoś nacisku na to, by koniecznie poznać odpowiedzi, bowiem bez nich i tak jestem jaka jestem. Ale mimo wszystko mnie to zastanawia. I gdzieś tam chciałbym te odpowiedzi znać.

tu leży kasztan

„Kiedy nie wiesz, jak zacząć, zacznij od TU LEŻY KASZTAN, a potem się zobaczy, co będzie dalej.”

Bardzo lubię ten cytat. Jest w nim tyle tej specyficznej Puchatkowej pogody ducha i takiego zaufania do Życia. I jest w nim kawałek mnie samej: mojego postrzegania, mojego podejścia do codzienności, problemów i nie-problemów (czyt. stanów niesprecyzowanych). Ot, po prostu jest w jakimś sensie też bafkowy.

I pomyślałam sobie, że to dobry cytat na nowy początek. Początek dla mojego „nowego” pisania.

Ci co wiedzą, to wiedzą, że od lat miałam bloga na pingerze. Nie będę się tu rozwodzić o tym, czym był dla mnie pinger i ile zawdzięczam ludziom tam poznanym. Oni wiedzą. Ale pinger się zmienił. I ja sama się zmieniłam. W którymś momencie poczułam, że tam już nie jest moje miejsce. Potrzebowałam nowej przestrzeni. Pewnego dnia zamarzyła mi się taka właśnie moja stronka. I oto – dzięki Krzysiowi – jest. Moje nowe miejsce w sieci. Taki nowy początek.

I w zasadzie zaczynam od teraz. Poprzednie wpisy (niektóre jak się można zorientować po datach, pisane były bardzo dawno temu) przeniosłam tutaj z pingera.  Tylko te, które mimo tego, że powstały tyle czasu temu, nadal wyrażają to jak myślę, jak czuję, jak postrzegam Życie, świat, rzeczywistość. Nadal są w jakimś sensie aktualne. I pewnie ja sama, jak mnie dopadną jakieś doły, albo inne schizy, będę chciała do nich czasem zaglądnąć i przypomnieć o mądrości jaką przecież mam w sobie i kim naprawdę jestem.

Nie wiem jeszcze jaka będzie ta moja stronka. Na razie chcę, by tu było miejsce: dla moich obrazów  (kocham malować), o książkach, które czytam (uwielbiam czytać) i o zwierzętach mocy. I oczywiście miejsce na moje wywody-inspiracje-duchowo-rozwojowe, lub to co mi tam w sercu siedzi.

A co będzie dalej, to się zobaczy.

Tym samym witam w moim świecie według Bafki starych i nowych znajomych i wszystkich, którzy mają ochotę tu do mnie zaglądać.

Jestem
Jestem

 

co zrobiłaby teraz Miłość?

Napisano przykazania, regulaminy i tysiące różnistych porad. Wszystkie one uczą nas jak żyć, jak szanować innych, jak szanować siebie.
A tak naprawdę wszystkie można zastąpić jedną jedyną najprostszą receptą na życie. Tą, o której pisałam tu już nie raz.

Wobec każdej trudnej sytuacji wystarczy zapytać w ciszy swojego serca:  Co zrobiłaby teraz Miłość?
To jest takie magiczne pytanie. Jeśli zadasz je z prawdziwą otwartością w sercu, otrzymasz odpowiedź.

Nie jakąś tam odpowiedź innych.
Nie jakieś tam cudowne rady z zewnątrz.
Ale najbardziej szczerą odpowiedź wypływającą z naszego własnego wnętrza.
Najbardziej doskonałą. Dla nas. Tu i teraz. W tej sytuacji.

Skomplikowane metody mają to do siebie, że się o nich zapomina.
Czyjeś prawdy mają to do siebie, że niekoniecznie muszą być naszymi prawdami.
Czyjeś sposoby niekoniecznie będą właściwe dla nas.

A Miłość?
Miłość podpowie ci zawsze najprostsze i najbardziej właściwe rozwiazanie. Podpowie ci to, co jest najlepsze. Dla innych, ale przede wszystkim dla ciebie.
Nie potrzeba tu żadnych skomplikowanych mądrości. Ani żadnych szczególnych umiejętności.

Wobec każdej trudnej sytuacji wystarczy zapytać samego siebie: Co zrobiłaby teraz Miłość?
I zwyczajnie poczekać na odpowiedź. A potem zaufać, poddać się temu i podążyć we wskazanym kierunku.

Miłość jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
Was też nie zawiedzie.

zmienić sposób postrzegania / mały eksperyment

Tak sobie pomyślałam, iż poniedzialek jest dobrym dniem do nowych początków.
Chcielibyście by Wasze życie nabrało nieco weselszych barw? Jeśli tak, to mam dla was pewną propozycję. Możecie potraktować to jako swego rodzaju zabawę albo ciekawy eksperyment. Ot, choćby dlatego, by wnieść nieco inności do waszej zwykłej szarej codzienności.

Wasz umysł jest w stanie zrozumieć wiele wspaniałych rzeczy, odkryć prawdziwe nowe światy, zaczarować Wasze życie w cudowną przygodę wykreować naprawdę piękną rzeczywistość. Potrzeba jedynie odpowiednio go nakierunkować.
Tymczasem większość ludzi trowni te wspaniałe zdolności naszego umysłu, koncentrując się na starych urazach, na negatywnych myślach i wychwytywaniu wszelkich niemiłych, niefajnych, męczących, negytywnych rzeczy.

Tymczasem świadome przeniesienie naszej uwagi na drugi „biegun” daje naprawdę fajne efekty, które są warte posmakowania.
O co zatem chodzi?
Postarajcie się przez jeden tydzień, zaczynając od dziś, skoncentrować Waszą uwagę na tym, co dobre, miłe, piękne, sympatyczne, wesołe, przyjemne, wywolujące uśmiech. Jeden tydzień koncentracji tylko na pozytywnym.

Nie chodzi o to, by przymykać całkowicie oczy na zło i żyć w iluzji. Chodzi o to, by na powrót wypośrodkować Wasze postrzeganie. Jeśli bowiem rzeczywistość jest taka, iż jednak większość uwagi przywiązujemy do negatywów, to co za tym idzie w znacznej mierze przegapiamy wszystko to, co piękne.

Jeden tydzień przeniesienia koncentracji w inne „miejsce” może być ciekawym wglądem w Wasze życie. Być może nagle odkryjecie, iż wcale nie jest ono takie beznadziejne, takie nudne, takie przykre, smutne i samotne jak Wam się do tej pory wydawalo. Może na nowo odkryjecie małe drobne radości, które w natloku negatywów zwyczajnie Wam umykały.
Może na nowo odnajdziecie w sobie to dziecko, którym zawsze w jakieś części jesteśmy.

Może odkryjecie nagle, że sąsiadka z naprzeciwka nie jest tylko wredną babą, ale ladnie się uśmiecha.
Może odkryjecie, iż wasze kwiaty na parapecie was kochają i w podzięce wypuściły nowego pączka.
Może odkryjecie, że autobus, który wam uciekł sprzed nosa, podarował Wam tym samym sposobność do całkiem fajnego spaceru.
Może odkryjecie tysiąc innych wspaniałych rzeczy.

Więc jak? Macie ochotę na taki mały eksperyment?

Jeśli tak, to proszę was, byście na koniec dnia wypisali sobie gdzieś na kartce wszystkie te rzeczy, które w danym dniu was ucieszyły, wam się spodobały, poruszyły wasze serce. W jakikolwiek sposób przykuły waszą uwagę w pozytywnym sensie.

Zanotujcie je sobie.
Każdego dnia.
Przez jeden tydzień.
Będziecie mile zdziwieni.

kolorowy bafkowy świat i zdolność rozróżniania

Mam pomysły na przynajmniej trzy kolejne obrazy. Bo „rozwala” mnie ekspresja od środka. Chwilowo jednak nie mam płócien, a więc i nie ma bardzo mam jak malować.
Zatem wibrują sobie te obrazy  we mnie coraz bardziej nabierając przejrzystości.
A póki co to delektuję się niespodziankami, jakimi codziennie obdarza mnie życie.

Mój świat jest pełen barw. Widzę kolory nie tylko wokół siebie, ale i wewnątrz. Odczuwam energie na kolorowo. I … lubię to.

Mimo, że nie każda barwa rezonuje ze mną.
Tak samo nie wszystko co się wokół dzieje, rezonuje ze mną. Są wydarzenia i sprawy, przed którymi mam ochotę uciec, schować się, by ich nie widzieć. Ale wiem, iż to nie jest najlepsze rozwiązanie. Skupianie się jedynie na tym, co w naszych oczach piękne i dobre oraz odwracanie wzroku od tego, co niefajne i złe, według mnie nie jest najlepszym sposobem. Niesie bowiem w sobie zagrożenie, że tracąc całkowicie z oczu to, co pięknym nie jest, zatracimy zdolność rozróżniania. Bowiem by zobaczyć większy obraz, ważne jest, by potrafić dostrzec obie jego strony. Jeśli stajemy się ślepi na jedną jego cześć (obojętnie, która by to nie była), nasze postrzeganie może nas zaprowadzić w ślepy zaułek.

Spotykam w życiu ludzi, którzy z powodu przykrych doświadczeń całkowicie zatracili zdolność widzenia pozytywów. Są zwyczajnie na nie ślepi. Ich wzrok sięga jedynie tam, gdzie barwy życia są mieszanką smutku, fauszu, samotności, strachu.

Spotykam też takich, którzy w przekonaniu tworzenia lepszego jutra, skupiają swą uwagę jedynie na tym, co można by określić wszelkimi aspektami miłości.

Nie oceniam.
Czuję jedynie, że ani jeden, ani drugi sposób nie jest właściwy dla mnie.
Chcę widzieć cały obraz ze wszystkimi jego barwami. Światło widoczne jest dopiero wobec cieni. Cień, nie zaistniałby bez światła.
W tym się kryje cała tajemnica.

potraficie więcej niż myślicie, że potraficie

Ten wpis chciałabym zadedykować wszystkim tym, którzy myślą, że nie potrafią tworzyć pięknych rzeczy.

Kochani,
Wszyscy, bez wyjątku, czy sobie z tego zdajemy sprawę czy też nie, jesteśmy wspaniałymi istotami, stworzonymi na podobieństwo naszego Stwórcy. Oznacza to, że i my jesteśmy Twórcami. Każdego dnia, w każdej chwili tworzymy swoje własne życie. Każdego dnia tworzymy siebie na nowo.

Ekspresja twórcza leży w naszej naturze. Jest częścią nas, tak naturalną jak oddychanie.
Dlatego też każdy z nas został obdarzony jakimś talentem, czymś co może się stać naszym narzędziem ekspresji. Wystarczy tylko, by ten talent w sobie odkryć. Ale to nie talenty są tu czymś najważniejszym.

Największą przeszkodą i powiedziałabym największa krzywdą, jaką możecie sobie wyrządzić, to uwierzyć, że nie jesteście zdolni. Stawiacie wokół siebie mury zbudowane z braku wiary w was samych. Z różnych powodów, zatracacie wiarę w samych siebie. A przecież na początku byliśmy wszyscy jak te dzieci. Każdy z nas był dzieckiem, które absolutnie ufało swoim możliwościom. To dzięki tej niezachwianej wierze w to, że się potrafi, nauczyliśmy się kiedyś chodzić, nauczyliśmy się mówić, pisać, nauczyliśmy się mnóstwa innych cudownych rzeczy. Co się stało, że teraz tak wielu z was myśli o sobie, że nie jest zdolna, że nie potrafi? Uwierzyliście innym. Bo może ktoś był lepszy od was. Bo może kiedyś ktoś wam powiedział, że nie potraficie. Bo może świat na zewnątrz poprzez niepowodzenia dał wam do zrozumienia, iż jesteście gorsi. Właśnie takie różne rzeczy spowodowały, iż sami zbudowaliście ten mur braku wiary w swoje własne możliwości. Ale wiecie co?
Mam dla was dobrą wiadomość. Murów wcale nie trzeba burzyć. To trudne i mozolne zadanie. Można jednak nauczyć się je przekraczać.
Wszyscy możecie wznieść się ponad nie. Wszyscy możecie na nowo nauczyć się latać.

Ekspresja twórcza jak wspomniałam jest naturalną częścią każdego z nas. Tak jak Miłość. Powiem więcej. Ekspresja twórcza nie zależy od naszych talentów, ale od naszej umiejętności kochania. Talenty są jedynie narzędziami, środkami wyrazu.
Ale to Miłość jest tutaj głównym czynnikiem napędowym.
I jeśli choć jakaś maleńka cząsteczka was potrafi kochać, to równie dobrze potrafi ona tworzyć piękne rzeczy.

Tworzenie jest niczym innym jak formą ekspresji naszego ja, formą poprzez którą Miłość w nas znajduje sposób przekazu.
Bo Miłość objawia się na przeróżne sposoby.

Dlatego też, każdy kto potrafi kochać, potrafi tworzyć. Potraficie kochać? Uśmiecham się zadając to pytanie, bowiem znam na nie odpowiedź. I wy również znacie. Jasne, że potraficie kochać. To teraz pomyślcie jeszcze o tym, że skoro potraficie kochać, to potraficie tworzyć. Bo naprawdę tak jest.
Zatem zapomnijcie na chwilę o waszych przekonaniach, że nie jesteście zdolni, że nie potraficie, że jesteście gorsi i tych wszystkich innych rzeczach, które jedynie was umniejszają.

Jesteście zdolni.
Potraficie.
Wcale nie jesteście gorsi.

Nie porównujcie się do innych.
Nie szukajcie waszych talentów na zewnątrz.
Nie trwońcie waszej energii na umniejszanie siebie.
To jest czas na to, by nauczyć się wznosić poza własne mury. Czas na to, by pozwolić, by uskrzydliła was Miłość. Nie jakaś tam miłość innych, ale ta, która mieszka w waszych sercach.
Pozwólcie jej was porwać, choćby i w nieznane.

Chciecie przekonać się o tym, iż naprawdę potraficie tworzyć piękne rzeczy?
Bardzo prosto.
Skupcie się na Miłości w waszych sercach. Jeśli potrzebujecie, to pomyślcie o Kimś, kogo naprawdę kochacie. Postarajcie się myśląc o tym kimś, skupić waszą uwagę na uczuciu, na tym co wibruje w waszej duszy. A potem pomyślcie sobie o tym, że dla tego kogoś chcecie stworzyć coś pięknego. Jeśli będziecie naprawdę szczerzy, to jestem pewna, iż wasze Ja podpowie wam jak tego dokonać.
Nie lękajcie się podążyć tą drogą.

I zwyczajnie twórzcie.

Obojętnie co to będzie.
Napisany pod wpływem chwili wiersz.
Namalowany obraz.
Jakaś zrobiona przez was biżuteria.
Kartka, na której można będzie zapisać życzenia, albo inne ciepłe myśli.
Upieczone ciasto.
A może odnowione ściany w pokoju.
Albo naprawiony ulubiony stary mixer, który szwankował.
Albo piękne zdjęcie, które zrobiliście idąc z psem na spacer.
Możliwości jest tysiące. To wasza dusza pomoże wam wybrać tą najbardziej pasowną do was.

Nie myślcie o talentach, których (rzekomo) nie macie. Myślcie o Miłości, która obecna jest w waszych wnętrzach.
I nie lękajcie się tworzyć.

Jestem absolutnie przekonana o tym, że potraficie. Tak samo jak potraficie kochać. Ja w to wierzę. W was wierzę. Czas byście i wy uwierzyli.
Życzę wam wszystkim cudownych odkryć.
Bo naprawdę jesteście zdolni.
I naprawdę potraficie więcej niż do tej pory wam się wydawało.

dlaczego akurat zwierzęta mocy?

Skąd u mnie ta nagła fascynacja tym tematem? I dlaczego akurat teraz? Nie wiem, nie znam dokładnych odpowiedzi na te pytania, ale odpowiedzi nie mają w sumie znaczenia. Znaczenie ma to, co czuję w sobie.

Tak naprawdę jeśli spojrzę wstecz, to nigdy nie miałam jakiś bardzo zacieśnionych relacji ze zwierzętami. W dzieciństwie większości zwierząt się po prostu bałam, a potem mój stosunek do nich był raczej neutralny. Czułam do zwierząt respekt, ale też trzymałam się na dystans. I mam na myśli tutaj dystans emocjonalny. Od kiedy pamiętam mieliśmy w domu zawsze papużki. Niektóre z nich żyły z nami przez wiele lat i naprawdę je pokochalam. Jednak tak ogólnie mój emocjonalny stosunek do zwierząt był właśnie taki bardzo zdystansowany. Nie umiem tego inaczej określić. Bo to nie tak, żeby zwierzęta były mi obojętne. Nigdy nie były. Szanowalam je, czułam do nich respekt, niektóre mnie fascynowały i godzinami mogłabym się im przyglądać. Podziwiać je. Inne były zabawne i potrafiły mnie rozśmieszyć, dawały radość i lekkość w sercu. Jeszcze inne wzbudzały mój lęk, albo nawet obrzydzenie. Ciekawiły mnie wszystkie. Uwielbiałam filmy i programy o zwierzętach, a mimo to emocjonalnie trzymałam się jednak zawsze trochę na dystans. Nie wiem z czego to wynikało, choć myślę sobie dziś, że po części z mojego nierozumienia i mojego poczucia oddzielenia od tego zwierzęcego świata.

Kiedy więc to się zaczęło zmieniać? Nie było jakiegoś specjalnego momentu. Raczej był to proces, który zaczął się dokonywać we mnie stopniowo, już kilka lat temu. Na początku zupełnie cichutko, prawie niezauważalnie. Ale jednak ja zauważyłam. Zwierzęta zaczęły mnie odwiedzać w snach. Niektóre zwierzęta. I to nie były takie zwykłe sny. Za każdym razem bowiem mocno mnie poruszały. ukazywały jakieś głębokie, nieznane mi zakamarki mojej duszy. Uwalniały coś, otwierały jakby przede mną nowe drzwi do innych warstw duchowego świata. Nie wiem jak to określić, ale te sny były na swój sposób mistyczne, niosły w sobie przekaz dla mnie i doskonale ten przekaz rozumiałam. Po przebudzeniu nie musiałam o nic pytać, nad niczym się zastanawiać, nie sprawdzałam żadnych senników, czy tego typu zewnętrznych źródeł. Po prostu wiedziałam. I ta dana lekcja, ten dany przekaz od tej pory we mnie wibrowały. Nie wiem jak to opisać słowami, ale myślę, że właśnie te sny przyczyniły się do zmian jakie we mnie zaszły. I może wtedy jeszcze niewiele wiedziałam o totemach, o zwierzętach mocy, czy szamaniźmie jako takim, ale czułam, że te zwierzęta, które odwiedzaly mnie w snach swoim pojawieniem się podarowały mi coś istotnego.

Nie do końca wtedy zdawałam sobie sprawę z tego, co właściwie się dzieje, jaki proces we mnie zachodzi, choć chyba zachodziło kilka na raz. Przez pewien czas byłam jakby w środku chaosu. I właśnie wtedy to się mniej więcej zaczęło. Potem byłam na takim etapie, jakbym w swojej dżungli życia wytyczała całkiem nowe ścieżki. I chociaż zewnętrznie wszystko wyglądało niby po staremu, to wewnętrznie zachodziły we mnie wielkie zmiany. W tym samym czasie kilka razy odwiedziłam frankfurtowskie zoo. Z pozoru były to takie zwykłe rodzinne wycieczki, a jednak dla mnie były one wyjątkowe. Moje spotkania ze zwierzętami stały się już inne. Niby tak jak wszyscy je oglądałam, ale tak naprawdę ja wtedy po raz pierwszy oglądałam je duszą, nie oczami. I zdarzyło mi się wtedy bardzo intymne doświadczenie, niezwykły dar mojego zwierzęcia mocy. Doznanie tak intensywne, tak mocno mnie poruszające, że kiedy zamknę oczy i wsłucham się w siebie, do dziś pamiętam dokładnie tamte emocje i uczucia.

Przechodziliśmy obok wybiegu dla tygrysa. Frankfurtowska tygrysica Malea miała przy sobie wtedy dwa małe tygrysiątka. Zatem w pobliżu stało mnóstwo ludzi, bo każdy chciał zobaczyć maluszki. Niewiele było ich widać, bo razem z matką schowane byly za drzewami i krzakami, ale od czasu do czasu któryś z tygrysków wychodził na swoich niepewnych jeszcze łapkach i z ciekawością badał najbliższe zakamarki. Rozlegały się wtedy głośne „ochy” i „achy” publiczności. A ja stałam przy samej szybie i w zasadzie małe tygryski nie interesowały mnie aż tak bardzo. Byłam natomiast pod ogromnym wrażeniem tego, co się działo we mnie samej. Nie umiem tego opisać, ale to było tak, jakby jakaś część mnie, gdzieś z głębi mego serca, zawołała tygrysicę. I z respektem po prostu czekałam na jej odpowiedź. Dostałam ją. W pewnym momencie Malea bowiem wyskoczyła jednym potężnym susem zza krzaków i stanęła tuż przede mną. Moja głowa znajdowala się na wysokości jej głowy (wybieg za szybą znajdowal się nieco wyżej niż część dla odwiedzających). Patrzyłam w jej oczy, ona patrzyla w moje. Przysunęła się jeszcze bliżej. Stałam oko w oko z przepiękną, potężną tygrysicą. Dzieliła nas jedynie gruba szyba. Podziwałam ją, cały ten jej widok, każdy muskuł jej potężnego ciała, połysk jej pięknego futra, blask w oczach, każdy poszczególny wąs na wielkim pysku, wszystko w niej wywoływało we mnie podziw, szacunek, ogromny respekt. I jednocześnie przepływ wielkiej miłości. Stałam tak przy samej szybie, a po drugiej stronie stała tygrysica. Patrzyłam na nią, a po twarzy leciały mi łzy. Łzy wzruszenia, miłości, zachwytu. Bo tak naprawdę rozmawialam z nią. Rozmawiałam telepatycznie i to się działo samo. Czułam jak wibrują mi czakry, jak mocno wibruje mi czakra serca i czułam, że właśnie dzieje się coś bardzo, ale to bardzo wyjątkowego. Wiedziałam dokładnie kiedy Malea postanowiła się pożegnać. Nie spuszczając mnie z oczu zmieniła nieco pozycję, przeciągnęła się, przysunęła potężny łeb tuż do szyby. Ja wyciągnęłam dłoń. Mówiłam do niej sercem. Żegnałam się z nią. Potem ona jakby ziewnęła, pokazała mi swój różowy język, zęby, zamknęła na chwilę oczy i po chwili zrobiła jeden potężny sus i już jej nie było. Schowała się w swojej jaskini. A ja stałam wciaż ze łzami w oczach, szczęśliwa i poruszona do głębi tym spotkaniem. Nie potrafię powiedzieć ile to wszystko trwało, dla mnie czas bowiem stanął wtedy w miejscu. Ale chyba dość sporo, bo ludzie wokoł przyglądali mi się w milczeniu ze zdziwieniem w oczach, szeptali coś, uśmiechali się do mnie.

To wszystko przydarzyło się już jakiś czas temu, ale wydaje mi się, iż wtedy na dobre uświadomiłam sobie, że zwierzęta są nie tylko naszymi duchowymi siostrami i braćmi, ale posiadają moc, którą pragną z nami się dzielić. I właściwie to od nas zależy, czy zechcemy z tych darów korzystać.

Zajęło mi nieco czasu poukładanie mojego życia, wytyczenie nowych ścieżek, przetransformowanie ognia we mnie w światło. Zajęło mi nieco czasu i wymagało jeszcze wielu lekcji nauczenie się pokory, nabranie dystansu, wzięcie odpowiedzielaności za moją własną siłę, wydobycie na nowo delikatności i oswajanie mojej kobiecości. To wciąż proces w którym jestem, który nadal trwa, ale przetransformowało się już sporo i niejako zrobiło miejsce dla nowego. I tym nowym nieoczekiwanie dla mnie samej (bo zupełnie się tego nie spodziewałam, ale w zasadzie nie miałam żadnych konkretnych „spodziewań”) okazał się właśnie temat zwierząt mocy. To przyszło do mnie nagle, z siłą wodospadu, ze wszystkich stron, różnymi „przypadkami” (w myśl zasady, że nic nie dzieje się przypadkiem). I po prostu czuję jakbym znajdowała się w środku tego. Nie wiem czy to nowy proces, czy spirala, czy jakieś moja misja, ale po prostu czuję, iż dostałam połączenie z tym duchowyum światem zwierząt i jakby moim zadaniem jest przekazać to dalej. I przekazuję tak jak potrafię. Pisząc tutaj o tych zwierzętach mocy i pokazując je w moich obrazach. Patrzę na zwierzęta inaczej niż kiedyś. Dziś każde z nich jest dla mnie swego rodzaju nauczycielem, znakiem, sygnałem dla mnie i dla innych, jest darem, drogowskazem lub zwiastunem czegoś. Obojętnie czy to wielki słoń, czy też maleńka mrówka, każde zwierzę bez wyjątku, z duchowego poziomu postrzegania niesie z sobą dla nas jakiś skarb. Tak je teraz widzę. I tym właśnie chcę się z wami dzielić.

o wdzięczności słów jeszcze kilka / dobro powraca

Coś Wam jeszcze napiszę, a potem pójde sobie na zakupki.

Słuchajcie, Kochani.
Czasem wysyłam komuś z was jakąś skrzyneczkę lub też inne rzeczy. Czasem moje wpisy powodują, że w czymś tam komuś z Was pomogę. Chcę byście wiedzieli, iż nie robię tego w oczekiwaniu na Waszą wdzięczność.

Jeśli spotyka was coś dobrego z mojej czy kogokolwiek strony, to uwierzcie w to, że zwyczajnie sobie na to zasłużyliście. Dobro powraca. To wy najpierw wysłaliście jakieś pozytywne fluidy w kosmos. To wy – zdając sobie z tego sprawę, czy też nie – najpierw komuś pomogliście, komuś sprawiliście radość, komuś przesłali serce. To, że teraz spotyka was coś podobnego, to jedynie konsekwencja pozytywnej energii, którą sami wprawiliście w ruch.

Uwierzcie w to, że to nie ja jestem jakaś wyjątkowo dobra, ale zwyczajnie wy jesteście lepsi, niż o sobie myślicie, że jesteście.

Chcecie okazać swoją wdzięczność?
Wdzięczność jest fantastyczną siłą napędową, która ma moc. Ale przecież nie musicie wcale okazywać jej bezpośrednio mi osobiście.
Kochani, jeśli chcecie się odwdzięczyć, to zwyczajnie poślijcie dobro dalej.
Sprawcie komuś radość, otrzyjcie czyjeś łzy, stańcie się promyczkiem choćby tylko na chwilę w czyimś życiu. Poślijcie radość dalej. Ona i tak kiedyś wróci do was, tak samo jak wróci do mnie. Zwyczajnie dlatego, bo tak to wszystko funkcjonuje. Dobro powraca.
Dlaczego nie miałoby na tej drodze objąć jak najwięcej innych ludzi?

Ja też otrzymałam okruchy serca od innych. Wysyłam tę radość dalej w świat, bowiem nie taka jest jej funcja, by gnieździć się jedynie u mnie. Czyńcie to samo. To naprawdę cudowny sposób na czyniego tego świata piękniejszym.
Jeśli miałabym robić coś dobrego względem innych w oczekiwaniu, iż dostanę to samo w zamian, to nie wiem czy byłoby to cokolwiek warte. Robię to, co robię dlatego, że na tym polega radość w życiu.
Wasza wdzięczność nie musi wracać bezpośrednio do mnie. Wasza wdzięczność niech stanie się siłą napędową dla was, byście i wy dając radość innym, stawali się z każdym dniem radośniejsi.