jazda bez trzymanki

Chciałam tu napisać wpisa, nawet kilka, ale jak to czasem bywa, rzeczywistość układa się w zupełnie innym kierunku. Dzieją się takie rzeczy, że nic już nie jesteśmy w stanie kontrolować i jedynie co możemy, to po prostu zaufać i się temu poddać. I właśnie coś takiego właśnie doświadczam.
Niby – tak patrząc na to wszystko z zewnątrz – nie dzieje się nic jakiegoś spektakularnego, ani nawet wielkiego. Ale kiedy patrzę na to z mojej wewnętrznej perspektywy, to mogę jedynie pochylić głowę w pokorze i jednoczesnym zachwycie.

Ostatnie 2 miesiące były i nadal są (bo nadal jestem w tym procesie) w pewien sposób niesamowicie uwalniające. Oczyszczające. Tyle rzeczy się zadziało, które wszystkie razem pokazują mi, iż powrót do samego siebie, odkrycie swojej duszy, tego cudu którym jestem, którym jest bez wyjątku każdy z nas, to najcudowniejsze co może być. Najlepsza przygoda i najwspanialsza podróż. I właściwie po to tu jestem.
I kiedy już się jest raz na tej drodze, to w którymś momencie przechodzimy przez taki etap, z którego już nie sposób się wycofać. Wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

We wrześniu weszłam w nową wibrację. Wtedy nawet nie wiedziałam że coś takiego jest, że co roku wchodzimy w nowe. W każdym razie ja właśnie przechodziłam z 9 na 1. I nawet jeśli wtedy jeszcze nie miałam o tym pojecia, to i tak wszystko co się właśnie „zadziewa” (wiem, że to kwiatek gramatyczny, ale bardzo mi się podoba), to niejako potwierdza. Już w sierpniu pojawiły się sytuacje, doświadczenia i taka rzeczywistość, która niejako powodowala, iż zamykałam pewne etapy w moim życiu. Zakończyła się też moja znajomość z kimś dla mnie do tej pory ważnym. I chociaż wtedy nie było to zbyt miłe doświadczenie, to dzisiaj wiem, że bylo (przynajmniej dla mnie) bardzo potrzebne. Bo po prostu wypełnilo się między nami to, co miało się wypełnić. Tak czuję. I dzisiaj, mogę napisać, że jestem tej osobie naprawdę wdzięczna. Przez długi czas była ważną częścią mojego życia. Z pewnością wiele razy mi pomogła, wiele razy mnie inspirowała, wiele razy pomagała mi się podnieść z kolan nawet nie wiedząc o tym, że tak pomaga. Za to wszystko jestem jej wdzięczna, bo nie zapomniałam o tym. Mimo to teraz nadszedł właśnie czas na rozstanie, czas kiedy byłam gotowa pójść dalej. Po to bym mogła dalej się rozwijąć. I to się zadziało.

Pojawili się nagle na mojej ścieżce nowi ludzie. Może nie znam ich osobiście czy prywatnie, może oni nawet nie wiedzą o moim istnieniu, ale bardzo mocno to, czym sami promieniują na zewnątrz na mnie zadziałało. Przyciągnęło mnie. Coś w środku mnie aż wołało „to jest to”. Odsłuchałam tyle filmików. Płakałam słuchając ich. Plakalam z radości i z totalnego wzruszenia. Bo każda z tych osób, które tak jakby pozwolily mi wejść w ich pole miłości coś jakby we mnie samej uzdrawiała. I dziękuję im wszystkim. Dziękuję za to że są i promieniują, tym czym promieniują, dziękuję z całego serca za wszystko czym się dzielą, bo wszystko to pomogło mi wreszcie wyruszyć w pełni na spotkanie mojej własnej Duszy.

Tak żeby było jeszcze bardziej synchronicznie, to – patrząc z perspektywy Tzolkiena – akurat wchodziłam w moje Drzewo Życia. I w czasie kiedy trwała jeszcze tracena Burzy przyszły do mnie takie sny i takie bardzo silne odczucia, że wprost nie mogłam się skupić na niczym innym. Wiedziałam, że aby zakończyć ten mój etap 9, potrzebuję jeszcze coś w sobie na nowo ułożyć. Niby stara historia, mocno karmiczna w dodatku, ale tak bardzo obecna we mnie. Poczułam, że muszę wreszcie to zapisać. I kiedy zdecydowałam się na ten krok, wiedziałam, że będzie to dla mnie bardzo ważna podróż. Podroż w głąb siebie. Po to, by we mnie nowe wzory i nowa droga się mogły wyświetlić.

Tutaj chcę podziękować tym, którzy mi w tej podróży towarzyszyli. Wiem, że bez was nie uzdrowiłabym tego co uzdrowiłam. Bez was nie rozpoznałam bym tego, co było jeszcze do rozpoznania. Dziękuję Marioli, Darii, Iwonce, Agniesi i Weronice. Dziękuję Wam dziewczyny za wasze zaufanie, za każdy napisany do mnie meil, odnośnik, każdy szczególik, każdą uwagę, każde zwierzenie. Za rozmowy głosowe, pisane, za czas, który mi poświęciłyście. Za waszą cudowną kojącą obecność, uważność, za waszą Milość. Dziękuję Wam Siostry za to że jesteście.

Ten czas, jest dla mnie czasem podarków. Tak, na ten czas moich duchowych urodzin Wrzechświat zesłał mi tyle cudownych darów. Zesłał ziemskich aniolów, znaki, podpowiedzi. Wszystko po to, abym mogła odnaleźć cząsteczkę samej siebie. Cząsteczkę do tej pory wypartą, nieakceptowaną. Teraz wreszcie mogę ją na nowo w sobie ukochać, przytulić, poczuć i wyśpiewać. Bo to własnie jestem ja.

Dziękuję. Za to co było, co jest i co będzie.

Aloha Mahalo.

na niebie tęcza

To zdjęcie z wczoraj.
Był taki czas w moim życiu, już wiele lat temu, kiedy to tęcza stala się dla mnie szczególnym znakiem od Wrzechświata. Moje najpiękniejsze przeżycie duchowe, takie swoiste dotknięcie niznanego, pobłogosławione zostało podwójną tęczą albo raczej kilkoma tęczami. Od tego czasu traktuję pojawienie się tęczy w mojej przestrzeni jako taki bardzo osobisty komunikat od Wrzechświata. I chociaż znaków dostaję całe mnóstwo, to tęczy na niebie nie widziałam już dawno. Naprawdę.
Ale pojawiła się wczoraj. Kolejny Dar, w morzu obfitości jaki do mnie spływa. Dziękuję Ci Wrzechświecie!

proś, a będzie ci dane

Magia to nie tylko czary czy jakieś rytuały. Magia to przede wszystkim sposób życia. Przynajmniej ja tak to postrzegam. Niemniej przyznaję, iż czasem sobie dopomagam czarami, których się nauczyłam od mojej najulubieńszej widźmy Anny (kto wie, ten wie). I co? Ano, to naprawdę działa!
Nawet jeśli były we mnie jakieś okruszki sceptycyzmu, to ulotniły się one jak dym.

Prosiłam o obfitość i Wrzechświat obdarzył mnie obfitością. I to w formie, w której się w ogóle nie spodziewałam. I nie, nie jest to obfitość w tyłku i innych częściach ciała, bo tej mam aż zanadto od lat, więc o więcej bym nie prosiła. Obfitość przyszła w formie cudownych ludzi, którzy wkroczyli do mojego zycia. W formie cudownych spotkań, znaków, przekazów. To również jest obfitość. I to jakże cenna.

Prosiłam o Bratnie Dusze i powrócili starzy-nowi Przyjaciele. Pomimo wszystkiego co kiedyś nas podzieliło, odczułam teraz radość, szczerość i taką zwyczajną prostotę w tych spotkaniach. Jest we mnie tyle wdzieczności za te wszystkie wspaniałe dary. Za te spokania, za te piosenki od serca. Spacer, rozmowa, usmiech – małe wielkie gesty. Piosenki prosto z serca.

 

coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego

Już dawno odkryłam w sobie taką skłonność do zbytniego przywiązywania się do pewnych ludzi. Do swego rodzaju uzależniania się od nich nawet w pewien sposób. Bo kiedy zaczynam pytać ich mądrości zamiast zapytać swojej, kiedy liczę się z ich opiniami, a nie ufam własnym, to jest to pewien rodzaj uzależnienia. I właśnie według takiego wzoru co jakiś czas wpadam w tego typu relacje. I kiedy po długich okresach własnej ślepoty udaje mi się wreszcie z tego uwolnić, za każdym razem wydaje mi się iż teraz jestem już odrobinę mądrzejsza. I że następnym razem już mi się nic takiego nie przydarzy. A tu się okazuje, że guzik z petelką. Same wiedzenie o czymś nie wystarcza. Potrzebna jest jeszcze wielka uważność, by nie przeoczyć sygnałów, które się przecież pojawiają. Mało tego, potrzeba widząc te sygnały, wybierać świadomie.

Po raz kolejny nie byłam uważna. Mimo, że dostrzegałam owe sygnały, to łatwiej mi było o nich po prostu zapomnieć, udawać że ich nie dostrzegłam, niż zadbać o swoją przestrzeń, o swoje terytorium. Nie wiem ile razy Wrzechświat w swojej miłości do mnie będzie mi jeszcze ssyłał tę lekcję, zanim naprawdę ją sobie przyswoję. Zanim naprawdę nauczę się być o krok do przodu. Ale chociaż niejednorkrotnie trudne są to lekcje, to jestem za nie wdzięczna. I tak samo jestem wdzięczna za to moje ostatnie w tym temacie doświadczenie. Było znacznie mniej emocjonalne niż wcześniejsze jemu podobne, ale wciąż w jakiś sposób bardzo dla mnie intensywne. Jednak tym razem czułam wyraźnie przy sobie opiekę. Mój Tygrys był przy mnie. Nie musiał mi niczego już tłumaczyć, niczego pokazywać. Wystarczyła jego cicha obecność bym wiedziała co należy zrobić jednocześnie pilnując ognia we mnie, by nie wymknął się spod kontroli i sie nie rozszalał. Dziękuję Ci Tygrysie za Twoją opiekę i twoja obecność.

Z dzisiejszej perspektywy, tych kilku dni, dostrzegam jednak cudowność całego tego doświadczenia. Bo chociaż pewna relacja dobiegla końca i to w niekoniecznie najmilszy ze sposobów, to przecież wszystko to, co było dobrego nie utraciło na wartości. I mam nadal w sobie wdzięczność dla tej Duszy za to, że tak wiele mnie nauczyła i tyle razy była mi wsparciem. Był czas kiedy nasze ścieżki, moja i jej biegły w tym samym kierunku. I to był całkiem dobry wspólny czas. Pełen pięknych, wspaniałych i ubogacających wewnętrznie chwil. I za każdą z nich dziękuję. Tobie i sobie również.
Teraz jednak nadszedł taki moment, kiedy nasze ścieżki się musiały rozejść. I chociaż na pozór nie było to miłe rozstanie, to również w pewien sposób ubogacilo. I za nie również dziękuję Tobie i sobie.

Bo jedno wiem, coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego. Zawsze tak jest. I tylko trzeba się na to nowe otworzyć. Nie ma co trzymać się kurczowo przeszłości. Przyszłość po prostu już była. A teraz jest teraz i to ono kryje w sobie cały potencjał. Moment mocy jest teraz. A więc podążam dalej. Tam gdzie prowadzi mnie moje serce i moja piosenka. I bardzo, ale to bardzo raduje mnie ta nowa wolność. I ta wielka obfitość nowego, która się pojawia. W każdym cudownym nowym Teraz. Dziękuję Ci Wrzechświecie.♥

pogadać sobie z Mrówkami

Rozmawiałam z Mrówkami.
Wiem jak to brzmi, ale wiem również, że w świecie ducha wszystko jest możliwe. Przesłania tej rozmowy zaskoczyły mnie totalnie. Rezultaty w rzeczywistości (w rzeczywistym zachowaniu mrówek) nie tylko zadziwiły mnie jeszcze bardziej, ale też wypełniły jeszcze większą pokorą, zachwytem, a przede wszystkim szacunkeim do cudowności Całości.
Każde takie doświadczenie zwyczajnie uświadcza mnie w przekonaniu, że Wrzechświat nas wspiera. I ma też zajebiste poczucie humoru.

Mamy 2 balkony. Jeden jest otwarty, z kwiatkami, ziołkami i taki bardziej mój. Drugi z kolei jest zamknięty dodatkowymi oknami i bardziej służy Kapslowi jako palarnia. Dlatego też mało kiedy wchodzę na ten balkon, bo zwyczajnie nie lubię tych palarnianych zapachów.
Kilka dni temu Kapsel mi powiedział, iż na tym jego balkonie pojawiły się mrówki. Że przychodzą właściwie od wielu dni, a z każdym dniem jest ich coraz więcej. Kapsel oczywiście jak to facet wypowiedział mrówkom wojnę i zwyczajnie je zabijał. Ale było ich coraz więcej i zaczął zastanawiać się głośno nad zakupem jakieś trutki.
Kiedy mi o tym opowiedział poprosiłam go aby zaprzestał zabijania tych mrówek, bo ja chcę z nimi porozmawiać. Ot, po prostu to przyszło do mnie od razu, jak tylko o nich usłyszłam.
Pomyślałam, iż poproszę je aby przeniosły swoje ścieżki gdzieś poza nasze mieszkanie i nasz balkon.
Nie będę tu opisywać całości, co i jak, ale wczoraj rzeczywiście udałam się na ten balkon, by z nimi porozmawiać. Z szacunkiem i respektem wobec nich. I może nie do końca wierzyłam, że się wyprowadzą, ale byłam absolutnie przekonana o sensie tej rozmowy. Wydała mi się ona bowiem czymś całkowicie naturalnym, oczywistym i … najwłaściwszym pod słońcem.
Ku mojemu zdziwieniu dostałam od Mrówek natychmiastową odpowiedź. Opowiedziały mi, że tak naprawdę przyszły DO MNIE. Po to by pomóc mi wprowadzić w moje życie ważne zmiany. Wprowadzić strukturę. I przede wszystkim nauczyć mnie samodyscypliny. Powiedziały mi, iż jeśli pragnę posunąć się dalej w moim rozwoju, to owa samodyscyplina jest konieczna. Powiem tak:
z jednej strony totalnie mnie to zadziwiło, z drugiej było takie… jak swego rodzaju objawienie, jak takie przyslowiowe odkrycie Ameryki. Bo rzeczywiście samodyscyplina to coś, w czym mam wielkie braki. A tu oto dostaję tak wspaniały prezent, pomoc od maleńkich mrówek.
One, w taki najbardziej pasowny dla mnie sposób chca mnie nauczyć tego, czego akurat najbardziej potrzebuję. Po to, by pomóc mi wprowadzić ważne zmiany. By pomóc mi ruszyć do przodu.

Nie będę tu wszystkiego opisywać, ale od razu dostałam zadania. Tak, nie jedno zadanie, ale zadania. Kilka. I wiem, że będą kolejne. Na początek mam uhonorować 8. Może i brzmi to dość tajemniczo, ale dla mnie było od razu zrozumiałe o co w tym chodzi.

Po całej rozmowie byłam pod takim wrażeniem, że poszłam na długi spacer, żeby to wszystko mogło się we mnie poukładać. Właściwie ten spacer to część zadania. Cały przekaz był tak zaskakujący i wpasowujący się w moją obecną sytuację, albo w etap na którym jestem, że nie mogłam się nadziwić. Z jednej strony poczułam się trochę tak, jakbym zawarła jakąś umowę z Mrówkami. Z drugiej, jakbym dostała najwspanialszy i najbardziej użyteczny prezent i wciąż nie mogla do końca uwierzyć w swoje szczęście.

Powiedzialam jednako Kapslowi, by na razie zostawil mrowki na balkonie w spokoju i dał im kilka dni czasu. Zgodził się na góra 3 dni, ale powiedział, że jak zobaczy, iż wchodzą nam już z balkonu do mieszkania, to będzie bezlitosny. To było wczoraj.
Dziś rano Kapsel poszedł na balkon i bardzo się zdziwił. Nie było ani jednej mrówki. Sprawdzał balkon w ciągu dnia jeszcze kilkanaście razy. Nadal nic. Tam gdzie jeszcze przedwczoraj chodziły ich całe wojska, dziś nie ma już ani jednej.
A ja w środku poczułam, że teraz już nie ma jaj, że mam zadanie do wykonania. I to nie jakieś tam byle jakie zadanie, które mogę zignorować, ale długotrwałe zadanie. Bo chociaż Mrówki w rzeczywistości fizycznej się przeniosły ze swoimi ścieżkami gdzieś indziej, to czuję je całkiem wyraźnie tuż obok na poziomie duchowym.
I wiecie co? To jest najlepszy kop w tyłek jaki mogłam dostać: Mrówki wcieliły mnie do swego rodzaju wojska, by nauczyć mnie samodyscypliny.

I kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam się jakby Wrzechświat puścił do mnie oko. A jednocześnie wiem, że to najlepsza szkoła samodyscypliny jaka mogła mi się zdarzyć. Tak więc moje nauki w tej szkole właśnie się zaczęły.

Dziękuję Wam Mrówki ♥
Dziękuję Ci Wrzechświecie ♥

śpiewak na dachu

Taki ci u mnie śpiewak.

Codziennie przylatuje mniej więcej o tej samej porze, późnym popołudniem. Siada na dachu i śpiewa, że aż serce rośnie. A ja tak dla towarzystwa siadam z herbatką na balkonie i jestem jego wierną słuchaczką. Jak tu nie cieszyć się na taki darmowy cudowny koncert.

 

szczekający pies na niebie

Mam akurat dość trudny dla mnie czas. Już nawet nie ze względu na zewnętrzne okoliczności, bo one są jakie są. Ale dlatego, że tak całkiem po ludzku reaguję na owe okoliczności nie do końca tak, jak moje serce i wewnętrzna mądrość mi podpowiadają. I gdybym jeszcze mogła powiedzieć, że to własnie mam taką świadomość, że na takim etapie jestem. Ale nie mogę, bo to nieprawda. Bowiem doskonale WIEM, że to właśnie moje uczucia i emocje są powodem dlaczego sama cierpię, a nie okoliczność sama w sobie. I wiem również, że MIŁOŚĆ jest w gruncie rzeczy prosta. Dlatego właśnie bo jest naturalną częścią mnie samej. I moje serce, moja dusza chce kochać. Tak wyraźnie czuję i słyszę ich głos. A mimo to, jak w jakimś masochistycznym zwidzie tkwię w tej blokadzie, którą sama sobie stworzyłam zamknięciem – wbrew swemu sercu, wbrew sobie.
A Wrzechświat w swej ogromnej miłości i wsparciu wysłał mi znak. Siedziałam nadąsana na balkonie, z zamkniętym sercem pełnym żalu. I oto tuż przed moim nosem na niebie pokazał mi się anioł z chmur. Czyż można dostać wyraźniejszy znak?
Od razu go zauważyłam, ale mimo to NIE POSŁUCHAŁAM. Nadal wolałam się kulić w moim poczuciu krzywdy i żalu. No to przemówił Wrzechświat do mnie inaczej. Anioł na niebie rozwiał się po chwili, a chmury ułożyły się w zupełnie inny obraz.

Nie chciałam posłuchać anioła, to może posłucham szczekającego psa? Hahaha, Wrzechświat ma naprawdę poczucie humoru.
A ja jestem czasem uparta jak… nie, nie jak osioł. Ale jak głupi ludzie właśnie czasem uparci bywają. No coż, najwyższy czas posłuchać szczekającego psa. Wszak to też anioł, tylko taki bardziej zakamuflowany. I musiał mnie ugryźć w tyłek na opamiętanie.

Dziękuję Ci Wrzechświecie.

krucza ścieżka

Mieszkam na osiedlu, na którym mieszkam już od ponad 20 lat. Jest tu naprawdę dużo drzew i zieleni, zatem na osiedlu żyje też całe mnóstwo różnych zwierząt. Od lat widuję tu więc króliki, jeże, wiewiórki, szczury, myszki, ostatnio nawet lisa, no i przeróżne ptaki. Mimo że tych ptaków zawsze bywało tu prawdziwe urozmaicenie, od mistrzów lotników jeżyków napoczynając, poprzez kosy, wróble, liczne sroki, szpaki, gołębie, skowronki, słowiki, kaczki, gęsi i inne, a na wizytach czapli, sów, i jastrzębi koncząc. Co ciekawe mało kiedy pojawialy się wrony, choć mają swoje siedzisko całkiem niedaleko. No a kruki już całkiem bywały rzadkością. W tym roku jednak właśnie kruki wybrały sobie drzewa naprzeciw mojego bloku za swój domek. Pierwszy kruk pojawił się wczesną wiosną i mogłam codziennie obserwować jego poranne tańce i śpiewy. Najwyraźniej zabiegał o swoją panią. Od tej pory codzinnie słyszę krucze nawoływania, obserwuję jak para czasem przegania jastrzębia albo jak latają ze zdobyczami w swoich czarnych dziobach. Wiem, że kruki pojawily się w tym roku w moim pobliżu nie przypadkiem. Na dobrą sprawę w jakiś sposób czuję się zaszczycona ich wkroczeniem w moje życie. Bowiem stały mi się nie tylko sąsiadami, ale wyraźnie odczuwam kruczą obecność przy mnie też w tej duchowej przestrzeni. I jestem wdzięczna wobec nich i Wrzechświata za to, że w ten sposób mnie wspiera


Dzisiaj rano kruk po raz pierwszy zrobił coś takiego, że przeszły mnie ciarki. Sprawdza mnie, czy jestem gotowa. Może jeszcze nie jestem. Ale jestem już na kruczej ścieżce.

od Wrzechświata znak

Byliśmy wczoraj na spacerku. Ja z moim mężem i Grażką. Wzięłam ze sobą aparat i jeszcze z początku przyszło mi na myśl, byśmy kliknęli sobie fotki pod krzaczkiem kwitnących forstycji. Spojrzałam potem na te dwa zdjęcia w aparacie i … „o jejciu, jaka ja jestem gruba” – pomyślałam sobie nieco zdołowana. Nie żebym nie wiedziała prędzej o tej mojej grubocie, przecież mam w domu lustro obejmujące całą sylwetkę, ale jakoś tak na zdjęciu wyglądało to znacznie gorzej niż w lustrze w domu. A przynajmniej tak mi się wydało. Mam sporą nadwagę (a właściwie otyłość) już od wielu lat i na codzień zbytnio się nią nie przejmuję, jednak od czasu do czasu dopada mnie jeszcze to takie krótkotrwałe poczucie braku akceptacji samej siebie. Tak też stalo się i na tym spacerze. Mimo że nic głośno w tym temacie nie powiedziałam, to jednak tak w środku, to krótkie „luknięcie” na te fotki jakoś mnie zdołowało.

Jednak Wrzechświat jest piękny i kocha nas bezwarunkowo. Od razu mnie przytulił i otoczył swoją miłością.
Poszliśmy sobie bowiem na tym spacerku dalej i po kilku minutach spotkaliśmy łabędzia. A nawet dwa. Łabędź niby wcale nierzadki gość, a jednak we Frankfurcie nie pojawia się często. A przynajmniej nie w mojej okolicy. I tak spojrzałam na te dwa łabądki pływające w bajorku na starym lotnisku i z miejsca wiedziałam o czym chcą mi powiedzieć. Wszak to właśnie labędź przywraca nam nasze wewnętrzne piękno, wdzięk i wrażliwość. Uczy nas cieszyć się samym sobą i prawdziwie siebie kochać, dzęki czemu i my sami i nasza rzeczywistość nabiera coraz większego blasku.

I właśnie wtedy, kiedy kilka minut prędzej zdołowałam się z powodu swojego wyglądu, zapominając o swoim pięknym wnętrzu, Wrzechświat zeslał mi łabędzia. Czyż to nie jest najcudowniejsza miłość?
Wzruszylam się i podziękowałam. I przestałam się zamartwiać swoją grubotą, a cieszyć tym co mam i dziękować za to, że mogę tu po prostu być, rozwijać się i kochać.

A jakby tego bylo mało, to mój Kapsel, który jak na faceta ma naprawdę dobrą intuicję i widocznie wyczuł moje wcześniejsze huśtawki, po spacerku, kiedy byliśmy już sami powiedział mi tyle ciepłych i wspaniałych słów zapewniając o swojej miłości. Nie musiał tego mówić, bo wiem, że naprawdę mnie bardzo kocha, ale wiadomo jestem kobietą, a każda kobieta uwielbia takie słowa usłyszeć od swojego mężczyzny.
No i aż mi się oczy spociły ze wzruszenia i pomyśłałam, że durnotą było dołować się z powodu jakieś tam nadwagi. Wszak Wrzechświat mnie kocha, mój facet mnie kocha i ja sama siebie kocham. Ot i co!

A łabądek cudowny.

w poszukiwaniu swojego cienia

W ciagu ostatnich dni, a nawet tygodni przeszłam pewien proces uzdrawiania jednego ze swoich cieni. Wszystko związane było z Anią Ś. Nie chcę tu opisywać całej historii, bowiem jest ona dość osobista i nie o to mi chodzi. Chciałam jednak podzielić się z Wami częścią tego mojego doświadczenia, bo chcę wam przez to opowiedzieć jak cudownie wspomagają nas zwierzęta mocy, jeśli mamy odwagę ich słuchać.

No więc (wiem, iż nie zaczyna się zdania od więc, ale lubię) wracając do tej relacji mojej z Anią, wystarczy że powiem, iż nie było między nami za dobrze. Niby każda z nas szła swoją ścieżką, zajmowała się swoim życiem i tym co akurat się w nim pojawiało, ale na jakimś głębokim poziomie, o którym ja przynajmniej naprawdę nie miałam pojęcia obie byłyśmy ze sobą związane. Związane energią oporu jaki nawzajem wobec siebie czułyśmy. I owszem, ową energię oporu czułam bardzo wyraźnie i doskonale wiedziałam, że czuje ją również Ania. Jednak przegapiłam fakt, że właśnie ten opór tworzy swego rodzaju więzy między nami. Powinnam to wiedzieć, ile razy to już bowiem przerabiałam. Ale teoria, a życie to czasem, a nawet często dwie różne bajki. Tym samym trwał sobie ten stan rzeczy jakiś czas i przyciągał rezonujące z nim małe „wydarzenia”. Któreś z nich walnęło mnie energią jak obuchem w łeb i chyba to był ten moment, od którego zaczęło się zmieniać. A przynajmniej ten moment, w którym uświadomiłam sobie owe więzy oraz fakt, iż chcę się z nich uwolnić.
Jak się do tego zabrać oczywiście w tamtym momencie nie wiedziałam, ale podpowiedziały mi dwa ludzkie anioły: Agniesia i Iwonka, pisząc mi każda coś o sobie, ale takie coś, co niezwykle mnie poruszyło i wskazało mi kierunek. Agnieszka uświadomiła mi, że energia oporu, którą czułam w związku z Anią, pochodzi nie tylko z jej strony, ale też jest we mnie.  To we mnie jest jakiś cień, który niejako tworzy między nami więzy. Iwonka, pomogła mi otworzyć na nowo moje serce. Nie od razu to się stało, nie w jednej chwili. Potrzebowałam czasu, by zagłębić się w siebie. Wrzechświat wsparł mnie w tym procesie zsyłając nam akurat wtedy 10-dniową awarię netu. Miałam zatem czas, by w ciszy spotkać się z samą sobą. By pobyć ze swoimi uczuciami, emocjami, przyjrzeć im się, wysłuchać, pozwolić im odejść.
A kiedy emocje już odeszły, byłam gotowa na krok następny. Wtedy przyszedł do mnie czarny Wąż.
Przyśnil mi się w śnie (tu).

Wiedzialam, że przyszedl czas na poszukanie swojego cienia. Nie gdzieś tam, ale we mnie samej. To nie jest proste zadanie. Czarny Wąż mimo że przyśnił mi się w śnie, pozostał przy mnie jeszcze przez jeden dzień. Czułam jego obecność, która mi przypominała o tym, co mi powiedział. Odwlekałam tę chwilę, bojąc się zajrzeć ponownie w siebie. Odwlekałam, choć czułam, iż nie chcę od tego uciekać. Jeden pełny dzień Wąż pozostał przy mnie niepokojąc mnie i dodając odwagi jednocześnie. Odszedł gdy uznał, że jestem już gotowa na spotkanie z innym wężem. Z wężem w sobie.

Jednak kiedy obudziałam się następnego dnia i poczułam, że Czarnego Węża nie ma już obok, kiedy poczułam się taka silna i pełna energii, uznałam, że spotkanie z tym wężem we mnie mogę sobie jeszcze trochę odwlec. W zasadzie nie uznałam tego nawet jakoś świadomie, ot obudziłam się i nie czując przy sobie żadnego niepokoju, a za to dużo nowej energii, zwyczajnie zanurkowalam w nowy dzień. Prałam, żartowałam z moimi chłopakami, gotowałam, piekłam ciasteczka, a wieczorem zabrałam się za malowanie. No właśnie. Malowałam obraz, który pojawił się we mnie już dawno. Nie będę teraz za wiele o nim opowiadać. Powiem tylko, że obraz jest związany z Mariolą i jej Jaguarem.

No i tu zdarzyło się coś, co było dla mnie totalną niespodzianką. Mam bardzo wielki szacunek do zwierząt mocy. Wiem, że kiedy pojawiają się w moim życiu, chociażby w postaci obrazu, który mam namalować dla kogoś (czy też dla siebie, kto wie), to w pierwszej kolejności i tak przynoszą jakieś osobiste przesłanie dla mnie. Za każdym razem kiedy malowalam któreś ze zwierząt mocy jego przesłanie dla mnie pojawiało się w trakcie malowania, rodziło się jakby we mnie wraz z jego obrazem na płótnie. I nigdy prędzej nie czułam obecności owego zwierzęcia tak mocno tuż obok, jeszcze zanim się pojawił chociażby jego zarys malowany pędzlem. Tymczasem teraz było zupełnie inaczej.

Malowałam wciąż tło z obrazu, kiedy poczułam, że Jaguar jest obok. Nie potrafię wam opisać tego co bezgłośnie, samą swoją obecnością mi powieział. Ale to było tak, jakby przyszedł mi powiedzieć, iż TERAZ jest czas. Nie pojawi się na obrazie dopóki nie udam się na spotkanie ze swoim cieniem. Przybył by w pierwszej kolejności poprowadzić mnie przez ścieżki uczuć i niejasności do mnie samej. To mój czas na spotkanie z moim wężem. Jeśli chcę poczekać i to odkładać, to dobrze, ale wtedy i on Jaguar poczeka. Jest cierpliwy. I czekał. Nie pozwolil się namlować na obrazie.

Aż znalazłam w sobie odwagę, by spojrzeć w oczy mojego wewnętrznego węża. Spojrzeć w oczy i uznać, że tak: czułam się lepsza od Ani. Odkrycie tego wcale nie było dla mnie łatwe. Nie będę pisać, że mi za to wstyd, albo że mam wyrzuty sumienia. Bo nie mam. Gdyby było mi wstyd to znaczyłoby, że wypieram się nadal tej ciemnej części mnie. Nie da się uleczyć cokolwiek wypierając to. Zatem nie wypieram się. On po prostu był we mnie. Mój wewnętrzny wąż. Chciał się wreszcie uwolnić, tak jak ja chciałam uwolnić się z więzów, które czułam. By mogło się to dokonać, musiałam najpierw go zaakceptować, się z nim pogodzić, spojrzeć mu w oczy, zapytać dlaczego, wysłuchać co ma mi do powiedzenia, bez osądzania, bez wypierania, bez zamykania się na niego. Przytulić go na koniec i po tym wszystkim pozwolić mu odejść.

I tutaj na koniec tej opowieści, dziękuję.
Dziękuję Agniesi i Iwonce za to, że w tym procesie wskazały mi kierunek.
Dziękuję Marioli za to, że wyrażając zgodę na namalowanie obrazu otworzyła ścieżkę, po której przyszedł do mnie Jaguar.
Pełna szacunku dziekuję owym dwom zwierzętom mocy: Czarnemu Wężowi, który przybył do mnie jako totem wiadomości i Jaguarowi, który jako totem podróży towarzyszył mi w końcowym etapie tej ścieżki.
I wreszcie dziękuję Ani. Za to, że była takim mocnym silnym lustrem.

wiadomość od Czarnego Węża

Jakiś tydzień temu w nocy przyśnił mi się sen. Spotkałam w nim pewną osobę, kogoś o kim nie chcę tu za wiele pisać. Ważne, iż ja wiem kto to był (u.). Powiem tylko tyle, że w życiu realnym swego czasu odegrał ten ktoś dość istotną rolę powodując wiele traumatycznych przejść nie tylko na mojej ścieżce. No i teraz po tylu latach ten ktoś przyśnil mi się we śnie. Siedzieliśmy naprzeciw siebie i rozmawialiśmy. Ja czasem zadawałam grzecznie jakieś pytania, on z uprzejmością odpowiadał. Oboje się nawet czasem uśmiechaliśmy. Ale tak naprawdę rozmowa ta była jak swego rodzaju gra,  jak badanie przeciwnika. Ja nie ufalam jemu, on z pewnością nie ufał mi. I nawzajem o tej nieufności wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy również, że żadne z nas nie jest słabe. Nie było strachu, ale wyraźnie czułam napięcie między nami.
W pewnym momencie on się podniósł i uśmiechając się powiedzial do mnie: „A dla ciebie mam pożegnalny prezent”. Potem rzucił coś prosto na mnie, co wpadło nie na moje kolana, ale dokładnie na moje łono i brzuch. Spostrzegłam, że był to czarny wąż. Właściwie był niewielki, ale zaraz potem, nim zdąrzyłam cokolwiek zrobić, powiększył się, błyskawicznie owinął się wokół mojego brzucha i zaczął dusić. Dziwne, ale nie czułam strachu. Wąż dusił mnie coraz bardziej, a jednocześnie miałam wrażenie, że tak naprawdę nic mi z jego strony nie grozi.
W pomieszczeniu znajdowała się też Grażka i jeszcze jakaś dziewczyna. Wszystko działo się tak szybko. W momecie gdy wąż się pojawił one najpierw krzyknęły i uciekły. Teraz jednak kiedy zaczęło brakować mi tchu i nie mogłam się uwolnić zawołałam Grażkę, by mi pomogła. Pojawiła się zaraz z jakimś sztyletem i najzwyczajniej chciała odciąć wężowi głowę. „Nie!”- zawołałam – „Nie zabijaj go. Pomoż mi, ale tak, żeby nie zrobić mu krzywdy”. Jednak ona nie bardzo wiedziała jak ma mi pomóc bez użycia noża, więc zrozumiałam, że to sama muszę sobie pomóc. Gmerałam coś za sobą uwięzionymi przez węża rękami. Potem poczułam, że trzymam go tuż za głową, a on trzymał w objęciach mnie. Brakowało mi powietrza. Nagle wąż jakby odpadł ze mnie i zobaczyłam krew. Nie wiedziałam czy jest moja czy jego, czułam strach o siebie i o niego, ulgę i smutek jednocześnie. Obudziłam się.


Otworzyłam oczy i wiedzialam, że to nie był taki byle jaki sen. Na mojej drugiej i trzeciej czakrze ciążył mi jakiś ciężar. Bardzo chciałam zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi, choć tak naprawdę na jakimś poziomie już wiedziałam, ale chyba nie byłam jeszcze gotowa na to, by świadomie spojrzeć tej prawdzie w oczy. Czarny Wąż z mojego snu przybył do mnie jako zwierzę wiadomości i jednocześnie zwierzę cienia (klik). Do mnie należało rozpoznać co chce mi przekazać. Wiedziałam, iż Wąż jest takim wyraźnym ostrzeżeniem. Ze swojej ciemnej strony reprezentuje on dwulicowość, nieszczerość, sprzeciw, agresję, zazdość i uzależnienie. I to o tych energiach chciał mi powiedzieć, przed nimi ostrzec. Z drugiej strony wiedzialam również, iż to nie chodzi jedynie o coś z zewnątrz. Wiedziałam, że chodzi też o mnie samą. I czas najwyższy spojrzeć temu w oczy.

wędrując między światami

Mam ostatnio znowu bardzo jasne sny. Znaczy takie, w których śnię wszystko z masą szczegółów, odbierając wszystkimi zmysłami. I kiedy się budzę, to nie tylko to pamiętam z najmniejszymi szczegółami, ale nawet wydaje mi się, że w realnym życiu moje zmysły odbierają znacznie słabiej. Bo w śnie wszystko jest takie intensywne. Kolory nasączone jakby bardziej barwami i światłem, zapachy mocniejsze, smaki wyrazistsze i dotyk jakiś bardziej wyczulony. Wanilia pachnie w śnie bardziej waniliowo, sól jest bardziej słona, a słodkie owoce bardziej słodkie i soczyste. Dotykam w śnie przedmiotów i czuję pod palcami ich powierzchnie zupełnie inaczej. Gładkość stolu na przykład wcale nie jest tak gładka jak w realnym świecie. Gładkość stołu w śnie jest inna, jest gładkością powstałą z jakieś idealnej harmonii między ciupeńką chropowatością, porowatością, puszystością, miękkością, zimnem i ciepłem, suchym i mokrym. Nie umiem nawet tego opowiedzieć. Albo taki kurz. Wycieram w śnie kurz spod szafki i czuję go. To nie jest jedynie jakiś niemiły brud, to jest coś, co żyje. Wyraźnie to czuję. Wycieram kurz, ale robię to jakby inaczej. Nie jedynie usuwając go, ale prosząc go o współpracę. Wszystko jest takie inne, tak bardzo intensywne. I jakby trochę wymieszane. Zapachy mają kolor, kolory mają strukturę, smaki pachną, powierzchnie pod palcami lekko pulsują, są żywe. Rozmowy w śnie (raczej telepatyczne niż głosowe) są też zupełnie inne. Są takie bez słów, a jednak tak autentyczne jakoś. A kiedy w śnie dotykam drugiego człowieka, albo on dotyka mnie, choć nie zdarza sie to często, to ów dotyk za każdym razem powoduje całą eksplożję doznań. To nie jest coś, co tylko czuję pod dłonią lub w miejscu dotknięcia. To jest wibracja, która przechodzi przez całą mnie. Intensywne odczuwanie na każdej czakrze, w każdym zakamarku mojego ja. Odczucie tak inensywne, że ciężko to ubrać w jakiekolwiek słowa.

Budzę się po takich snach i ciężko mi się przestawić. Nie żebym miała problem w rozeznaniu co jest realne, a co nie. Choć po takiej inensywności odczuć z tamtej strony, to nie tamten, a ten świat wydaje się czasem mniej realny. Dokładnie jednak rozróżniam co jest czym. Ale pamięć tamtego, bo pamiętam, powduje, że czasem nachodzą mnie jakby tęsknoty. Za tym właśnie bardziej, wyraźniej, intensywniej. Bo to oznacza, że tam też delikatność jest bardziej delikatna, czułość bardziej czuła, zmysłowość bardziej zmysłowa, męstwo bardziej mężne, odwaga odważniejsza. I nawet jeśli strach też jakby bardziej naznaczony strachem, to za to Miłość tak wielka, że nie ma na to nawet słów.

sen od Aniołów i o Aniołach

Jakieś siedem lat temu przyśnił mi się pewien sen. Sen, który już wtedy, zaraz po przebudzeniu, wydał mi się być snem ważnym. I – jak się potem okazało – był chyba jedynym snem w moim życiu, który przez 7 lat ciągle jakby coś we mnie transformował. Tak, to nie był taki zwykły sen, który się przyśni, a potem się o nim zapomina. Ten sen był pod względem swojej mocy naprawdę wyjątkowy.

Był darem, połączeniem i swego rodzaju pieczęcią. Przyśnil się w podobnej fabule, w tę samą noc komuś, kogo w tym wcieleniu spotkałam dopiero później. Ale z kim – jestem tego pewna – od wielu wcieleń łączy nas Miłość. To właśnie ten sen pomógł nam się rozpoznać i stał się niejako pięczęcią naszej Przyjaźni i Miłości, mimo że nasze ścieżki w tym życiu tylko przez krótki czas biegły razem.

Był też snem-przepowiednią. Snem-początkiem i snem-zapowiedzią. Obrazował dokładnie moje wewnętrzne blokady i lęki, ale też moje tęsknoty, moje pragnienia, moje moce i … sposoby złagodzenia tego, co miało się stać. To z powodu tego właśnie snu pojawili się w moim życiu ludzie, dzięki którym doświadczyłam swoistej próby ognia. Dziś już wiem, że to co wtedy wydawało mi się być największą moją pomyłką, krzywdą, najbardziej bolesnymi doświadczeniami, w rzeczywistości było najlepszą szkołą łagodności serca.

Dziś, po 7 latach, mając już za sobą wszystkie te doświadczenia, przez które z powodu własnych wyborów i decyzji musiałam przejść, dostrzegam, iż ten wyjątkowy sen, był wyrazem Miłości moich Aniołów do mnie. Z jednej strony był takim przygotowaniem mnie na czekające mnie trudności,  a jednocześnie – gdybym tylko zechciała wybrać inaczej – był wskazówką, ścieżką, obietnicą, nagrodą.

Nie dopuszczałam wtedy Aniołów do siebie. Nie tylko nie prosiłam ich o pomoc, ale w ogóle nie bardzo przyjmowałam do świadomości ich jestestwo. Anioły nie mogły ingerować wbrew mojej woli, a jednak wysłały mi taki Znak. Dar. Mam aż ciarki, jak dziś uświadamiam sobie całość znaczenia i mocy tamtego snu.


Biegłam przez las. Byli ze mną jacyś ludzie, ale nie potrafię powiedzieć kto. Może jacyś moi przyjaciele lub bliscy. Biegliśmy przez las. Wszystko było jakby spowite mrokiem, a między drzewami gdzieniegdzie wisiała szarawa mgła. Gdzieś tam za nami biegły wilki. Właściwie nie goniły nas, nie miałam wrażenia, że chcą uczynić nam krzywdę. Bardziej było to tak, jakby nas zaganiały, nakierowywaly w strone ogromnego drzewa. Bo oto nagle znaleźliśmy sie przed potężnym drzewem. Było tak wielkie, majestatyczne i wysokie, że z miejsca gdzie staliśmy, nie mogliśmy nawet dostrzec jego konarów. Ale za to ujrzeliśmy, tuż przed nami, że w drzewie pojawilo się jakby wejście zapraszające nas do środka. Trudno mi to opisać, bo nie wyglądało to jak jakiś rzeczywisty otwór czy  brama. Bardziej wyglądało tak, jakby kora tuż przed nami była utworzona ze światła, choć wciąż była korą. Nieco ze zdziwieniem, ale ciekawością, fascynacją i szacunkiem równocześnie, weszliśmy do środka. I oto znależliśmy się w jakieś dziwnej krainie, komnacie, świątyni. Nie wiem jak to określić. Staliśmy jakby na szczycie ogromniastego, niesamowicie pięknego wodospadu. Nie tworzyła go woda, ale coś, co było wodą i ogniem jednocześnie. Miało w sobie miękkość i puszystość śniegu, ale tak samo miało gładkość i metaliczność metalu. Było delikatne, aksamitne albo jedwabiste, a jednocześnie mocne i potężne jak skała. Wodospad ze światła, który miał w sobie jakby wszystko i wszystkimi mienił się barwami. Jego widok był oszałamiający, nie potrafię nawet ująć w słowa ogomu uczuć jakie wywoływał. Jednak zanim zdąrzyłam się z tymi doznaniami oswoić, pojawili się Oni.
Wysocy, duzi, ładnie zbudowani, niesamowicie piękni. Pojawili się jak silny powiew wiatru. I chociaż nie mieli skrzydeł, to płynęli w powietrzu. Każdy z nich przybywał do jednego z nas. Mieli różne kolory, choć nie do końca, bo miałam wrażenie jakby ich barwy wibrowały, ulegały zmianie. Jedni świecili się zielenią, inni na różowawo. Ten, który przybył tu dla mnie, świecił się w kolorze indygo zmieniającym sie w srebro. I nie tyle to zobaczylam, co poczulam lub wiedziałam.
Wszystko się działo tak szybko. A my… zaczeliśmy jakby uciekać. Ja zaczęłam uciekać. Z jednej strony wiedzialam, że nie mam się czego bać, a jednak wolałam uciekać. Nie wiem czy przed nimi, czy bardziej była to ucieczka przed nieznanym, przed innym, przed otwarciem się, przed spotkaniem. I przed samą sobą. Naprawdę nie wiem…  Ale uciekałam. A razem ze mną i  reszta moich przyjaciół. Wszystko przybrało wariackiego tempa. Zjeżdżałam po wodospadzie i była to szaleńcza jazda. Jak na złamanie karku. Z wybojami, ostrymi zakrętami, jak jakiś saneczkowy slalom gigant. Tyle, że bez saneczek.
I nagle zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie potrafię tego kontrolować, że zwyczajnie za chwilę rozwalę sobie łeb. Zresztą we łbie słyszałam huk, świst, wszystko to było jak jakieś szaleństwo. I wtedy kątem oka zobaczyłam, że tuż za mną leci  ten mój srebrno-granatowy Aniol. Przed ułamek sekundy chciałam mu uciec, a jednocześnie wiedzialam, że nie mam na to szans i że gdzieś tam w środku mnie wcale nie chcę uciekać. Chciałam się przed nim schować, a jednocześnie gdzieś w głębi wcale nie chcialam się chować. On najwyrażniej o tym wiedzial, bo dogonił mnie i zanim otoczył mnie ramieniem przez ułamek sekundy leciał tuż obok, uważnie mnie obserwując. I wtedy dopiero odważylam się spojrzeć w jego piękną męską twarz i jego oczy. I zobaczyłam w nich spokój i uważność, ciepło i serdeczność, dodawanie mi odwagi i śmiejące się iskierki. I Miłość. A potem On otoczył mnie swoim silnym ramieniem. Orkęcił się jakoś wokół własnej osi razem ze mną, wciąż w niesamowicie szybkim horyzontalnym locie w dół. Uśmiechnał się do mnie nieco szelmowsko, dodając mi odwagi, a potem owinal mnie jednym ze swoich skrzydeł. Był znacznie większy ode mnie i kiedy owinał mnie tym skrzydłem to było to dla mnie tak, jakbym znalazła sie w jakimś bezpiecznym kokonie. I dopiero wtedy poczułam, iż się poddaję temu co ma być. Już nie chciałam ani walczyć, ani uciekać, ani się chować. Czułam się jakbym leciała na spotkanie nieznanej przygodzie otoczona plaszczem bezpieczeństwa. I poczułam się błogo senna. Usnęłam.

Kiedy się obudziłam (nie w rzeczywistości, tylko wciąż w śnie) leżałam w jakieś ogromnej komnacie. Była potężna jak katedra i miała podobne jak do katedralnych wysokie okna, przez które wpadało dużo promieni słonecznych. Rozglądnęłam się i odkryłam, że oto leżałam na ogromnym łóżku, jak na łóżku należącym do jakis bardzo dużych ludzi. Czułam sie lekko, spojrzałam na siebie i zobaczyłam że mam na sobie jedynie coś w rodzaju przezroczystej, świecącej tuniki. Tuniki utkanej ze światła…. I znowu spanikowałam przed nieznanym. Innym. Przed spotkaniem. I przed samą sobą. Spanikowałam i …

…. Witam w mojej rzeczywistości.

Obudziłam się naprawdę.

moc łagodności

Miałam dziś sen, który bardzo mnie poruszył. To jeden z takich snów, które skłaniają do refleksji, a przynajmniej na jakimś głębokim poziomie wyraźnie mi przekazują pewną lekcję.

Nie będę całego snu opowiadać. Był dość poplątany, a akcja wielotorowa. Nie ma sensu tu tego wszystkiego zapisywać. Ale z grubsza chodziło o to, że w jakimś dziwnym świecie ja byłam młodą kobietą i musiałam uciekać przed kilkoma mężczyznami, którzy chcieli mnie skrzywdzić (czytaj zgwałcić, może też zabić).  Zresztą nie tylko ja uciekałam, bo była ze mną jeszcze jakaś dziewczyna. Mężczyźni w tym moim śnie byli dla nas obcy, duzi, dzicy jacyś, pobudzeni seksualnie i w ogóle jacyś tacy rozwścieczeni, agresywni. W tym swoim męskim świecie prowadzili między sobą jakieś wojny albo jakieś zadania, które właśnie tak wplywały na ich stan, pobudzając agresję i kipiącą w nich złość. My, dziewczyny nie należałyśmy do tego świata, ale znalazłyśmy się w niewłaściwym miejscu, o niewałściwym czasie – weszłyśmy do jakiegoś domu i niejako natknęłyśmy sie na kilku tych facetów, którzy akurat ten dom plądrowali. No i wtedy się zaczęło. My uciekałyśmy, oni nas gonili. W zasadzie nie miałyśmy żadnych szans. W ogromnej panice uciekałyśmy z tą koleżanką przez okno, zdecydowane nawet przy upadku złamać sobie kark i zginąć, niż dać się zgwałcić stadu agresywnym i wygłodniałym seksualnie samcom. No i tu, jak to w snach bywa, w najmniej oczekiwanym momencie pojawił się ktoś z pomocą. Jakaś inna kobieta, której nie widziałam,  jedynie jej głos słyszam w głowie, swoimi słowami nas nie tylko uspokoiła, ale też niejako przypomniała nam o naszych umiejętnościach i mocy. I słysząc ten jej spokojny głos mogłam odsunąć od siebie strach i panikę, mogłam wyciszyć w sobie i skupić się na tym, co potrafiłam. A potrafilam ze zwinnością kota biegać po dachach, po jakiś gzymsach, po linach. Tyle, że w przeciwieństwie do kota nie robilam tego instynktownie, a potrzebowalam skupienia w sobie. Udało nam się uciec. Potem jednak, jak już niczego złego się nie spodziewałyśmy i w zasadzie było tak zwyczajnie i idyllycznie, to nagle skąś się pojawiło dwóch z tych facetów i mnie złapali. To się stało tak niespodziewanie, że nim zdąrzyłam się przerazić na dobre, to spojrzałam w oczy jednego z nich i … Nie umiem tego określić słowami. ale przez ułamek sekundy ujrzałam w nim coś dobrego. Mimo tego, że zdawałam sobie sprawę, iż właśnie zamierza mnie okrutnie skrzywdzić, że powinnam się go bać, to jednak gdzieś na dnie jego oczu zobaczyłam całkiem innego Mężczyznę. I idąc za głosem jakiegoś wewnętrznego impulsu, jakieś iskierki z mojego serca, pocałowałam go. To był taki bardzo delikatny pocałunek, pełny czułości i łagodności z mojej strony. Pocałunek, który był totalnym zaskoczeniem nie tylko dla tego faceta, ale i dla mnie samej. Bo przecież normalnie nie całuje się kogoś, kto właśnie zamierza uczynić nam krzywdę. Ten pocałunek poruszył coś głęboko nie tylko we mnie i wszystko zmienił, choć nie od razu zdałam sobie z tego sprawę. Pojawili się bowiem kumple tego faceta. Zaczęli rozmawiać, coś wrzeszczeć, śmiać się. Niebieski (Mężczyzna, który mnie złapał i którego pocałowałam mial niebieskie ubranie) nadal mnie trzymał, coś im tłumaczył, czemuś się sprzeciwił, na coś się zgodził. Nic z tego nie rozumiałam, ale po chwili mogłam się przekonać co to wszystko miało znaczyć. Niebieski mnie puścił, odsunął mnie leciutko, wyprostował się i jakby na coś czekał.. A potem pozwolił, by tamci zaczęli się na nim masturbować (wiem, totalnie bez sensu brzmi, ale tak mi się przyśniło). To wszystko wyglądało jak jakiś okropny, obrzydliwy, zbiorowy gwałt, choć może nie było gwałtem w znaczniu, w jakim się to ogólnie przyjmuje. Bo nic mu nigdzie nie wkładali, jedynie masturbolwali się i spuszczali na niego, czasem go uderzając i śmiejąc się przy tym jakoś tak obscenicznie. Ja stałam obok i musiałam na to patrzeć i było to dla mnie obrzydliwe i przerażąjące jednocześnie. Choć dla samego niebieskiego chyba nie tak bardzo. Na pewno mu się to nie podobało, ale nie wyglądał na przerażonego. I kiedy spojrzał w moją stronę, zdałam sobie sprawę, że zgodził się na to… dla mnie. Że to był taki deal między nimi. Że przyjął na siebie to, co oni robili, w zamian za mnie, by mnie uchronić. I na jakimś poziomie pojęłam jeszcze, że owa przemiana w nim z kogoś, kto sam chciał mnie skrzywdzić, w kogoś kto poświecił siebie, by mnie chronić, stała się za sprawą tego wcześniejszego pocałunku. Bardzo to wszystko było dla mnie (w śnie) intensywne jeśli chodzi o emocje i uczucia…

… I ta fabula snu, w którym mnie goniono i musiałam uciekać, w którym ciągle czychało jakieś zagrożenie i w którym się bałam. Ale też, w którym zrobiłam coś małego, a jednocześnie wielkiego. Coś, co w ogóle nie pasowało do sytuacji, ale wynikało z impulsu mojego serca. Coś co nie wymagało wysiłku, ale odwagi. Jeden gest, małe coś, a tak wiele potrafiło odmienić.
Taki sen z podobnym schematem przyśnił mi się już wielokrotnie. Daje mi to do myślenia, bo wierzę, że sny też są dla mnie pewnego rodzaju przekazem, lekcją. Niekoniecznie od jakiś innych bytów, ale ode mnie samej. Może z jakieś równoległej rzeczywistości, nie wiem. Ale skoro w śnie ja robię coś, ja czuję, ja przeżywam emocje, ja doświadczam uniesień, porszenia w sercu, to znaczy, że lekcja jest ode mnie dla mnie.

Z dziesiejszego snu po raz kolejny dostałam przekaz taki: że siła łagodności i czulości, to niezwykle potężna moc.

życzę wam…

Kochani,
W tym roku nie wysłałam ani jednej kartki świątecznej. Nie dlatego, że zapomniałam, ale dlatego, że tym razem chcę napisać życzenia tu.
Święta Bożego Narodzenia oraz wejście w Nowy Rok to szczególny czas, ale tak naprawdę szczególne są i będą wszystkie dni, tygodnie, miesiące. Bo po prostu zawsze takie są: każdy na swój sposób jest wyjątkowy.  Z pewnością czeka nas wszystkich mnóstwo niesamowitych wrażeń, może zmian. Coś jak Święto Narodzenia – narodzenia nas wszystkich na nowo.
Nic nie dzieje się przypadkiem, wszystko zmierza we właściwym kierunku. Pozwólcie rzeczom się dziać.

wallpaper-828053Życzę Wam wszystkim i sobie samej, by ten nadchodzący czas przemienił w nas to, co negatywne w pozytywne.
Życzę Wam byście mieli odwagę prawdziwie kochać samych siebie i innych. Bez potępiania. Bez oceniania. Bez oczekiwań. Tylko tak po prostu, zwyczajnie. Dlatego, że Miłość jest tą siłą, która potrafi przemienić ten świat w raj.

wallpaper-1425084

Życzę Wam i sobie samej, by ta umiejętność kochania nigdy w nas nie malała. Ale by rosła z każdą kolejną chwilą, z każdą kolejną próbą.

Życzę Wam i sobie samej uważności i otwartości serca, byśmy z każdym dniem stawali się po prostu lepszymi wersjami samych siebie. A przy tym również lepszymi żonami i mężami, siostrami i braćmi, córkami, synami, matkami i ojcami. Lepszymi przyjaciółmi, lepszymi patrnerami, lepszymi znajomymi. I lepszymi nieznajomymi.

handchenhalten
Życzę Wam i sobie samej wiele, wiele radości. Radości z cieszenia się życiem w każdej jego chwili. Niech już nie powstrzymują nas myśli, że coś nie wypada lub co pomyślą o nas inni. Niech radość życia wypełnia Was po brzegi. Niech dodaje Wam skrzydeł. Niech staje się Waszą przewodniczką, Waszą inspiratorką, Waszą nauczycielką. Życzę Wam i sobie samej, byśmy zawsze mocno trzymali ją za rękę.
wallpaper-2454768
Życzę Wam i sobie samej wiary w swoją własną wspaniałość. Prawdziwej, szczerej wiary w to, iż jesteśmy wspaniałymi istotami, które zasługują na Miłość i na prawdziwą, realną Wolność. Nigdy już, przenigdy nie myślcie o sobie, iż nie jesteście godni. Jesteście. Wszak wszyscy jesteśmy cudownymi istotami.
wallpaper-1982232
Życzę Wam i sobie samej entuzjazmu i odwagi do bycia prawdziwie sobą. Niech nic nie powstrzymuje nas od tego, by wyjść z tłumu i szczerze wyrażać to, co jest cześcią nas samych.
405117_125693847585546_2113381653_n
I nie wiem już co jeszcze mogę Wam życzyć.
Niech po prostu Moc będzie z wami.
Niech towarzyszy Wam każdego dnia
Radość
Wolność
Entuzjazm
Siła
o przede wszystkim Miłość
wallpaper-800727

tworzyć z odpowiedzialnością

Tak jakoś pojawił sie ten temat i od razu mnie naszło, by podzielić się tutaj moimi przemyśleniami, albo odczuciami w tej kwestii.
Sama tworzę tak wiele i to od tylu już lat. A jednak nie od razu zwracałam uwagę na to, jakie energie do moich dzieł „przyklejam”. Kiedy np zaczęłam malować, to na początku często robiłam to w ramach sharmonizowania samej siebie. Kiedy było mi smutno, albo źle, kiedy nie umiałam sobie poradzić z jakimiś emocjami i potrzebowałam wyciszenia, to właśnie malowanie pomagało mi ten spokój w sobie na nowo osiągnąć. Było dla mnie jak taka medytacja, jak taki sposób dotarcia do samej siebie. I nie był ważny dla mnie sam obraz jaki powstał, ale sam proces malowania, tworzenia. Bo to był mój sposób na odnajdywanie wewnętrznego światła, na nawiązywanie kontaktu ze Źródłem. I nadal tak jest.

Ale jednak dzisiaj zwracam już uwagę na to jakie energie „przyklejam” do moich dzieł. Oczywiście nie stało się tak od razu, z dnia na dzień. Wymagało ode mnie uważności i dokładnego przyjrzenia się temu, co przecież naprawdę sama czułam. Bo czułam. Jeśli przestawałam gadać, przestawałam pędzić gdzieś, tylko zatrzymalam się choćby na chwilę wsłuchując się sama w siebie, to wyraźnie czułam, że np niektóre moje obrazy mają w sobie coś … zakłócającego. Coś, co mi w nich przeszkadza. I nie mialo to nic wspólnego z tym, co same sobą przedstawiały. Przecież podobały mi się wizualnie na tyle, że pozawieszałam je w naszym mieszkanku. A jednak było w nich coś, czego nie umiałam nazwać słowami, coś nieuchwytnego okiem, a co wyraźnie mnie samą uwierało. Nie musialam się długo zastanawiać co to jest, bowiem na jakimś poziomie wiedziałam od razu. Tylko nie od razu sama przed sobą potrafiłam się przyznać do tego, że oto namalowałam obraz, który mimo że wizualnie jest pełen barw i piękny, to promieniuje taką kanciastą, kłującą, dysharmonizującą energią. Czasami to kłucie było bardzo delikatne, ledwie odczuwalne. Ale jednak było.

Mogłam to olać i udawać, że nie ma problemu. Bo przecież nikt inny oprócz mnie go nie dostrzegał. Ale takie olanie jakoś niekoresponduje z moim wewnętrznym poczuciem uczciwości. Dlatego wiedzialam, że powinnam coś zrobić. Najpierw przyjrzałam się owym obrazom. Nie temu co przedstawiały, ale ich energii. Przypomniałam sobie w jakim byłam stanie kiedy je malowałam. Czy zasiadajac do sztalug przed jeszcze czystym płótnem bylam smutna, czy może czymś wzburzona, rozczarowana, zagniewana, rozżalona? Czy też od samego początku malowałam je będąc w harmonni sama z sobą? I co odkryłam? Że właśnie te wszystkie obrazy, które jakoś mnie uwierały zaczęly powstawać kiedy we mnie owej pełnej harmonii jeszcze nie było. Ich malowanie było dla mnie wtedy jak oczyszczanie. Tak jakbym z każdym pociągnięciem pędzla coraz bardziej uwalniała siebie z tych niefajnych emocji.  A jednak na jakimś poziomie przyklejałam te brudy właśnie do obrazu. Tak to przynajmniej odczułam. I one tam byly, pod warstwami farby, okruszki moich dawnych smutków, moich żalów, mojego gniewu, mojej niecierpliwości, mojego niepokoju, bólu. Wszystko to w jakieś maleńkiej mierze nieświadomie tam przykleiłam. Czy więc jest coś dziwnego, że w domu, w którym takie obrazy wiszą na ścianie, na nowo pojawiają się smutki, żale, gniew, niepokój? Raczej dziwne by było, gdyby tak się nie działo. I nie ma znaczenia, że niby inni tego nie czują. Też czują, tylko nieuświadamiają sobie tego. Cóż więc należało zrobić? Zadbać o to, by to co powstało z „przyklejonymi” dysharmonijnymi energiami oczyścić światłem.

I zadbać o to, by moje kolejne dzieła miały przyklejone już jedynie harmonizujące energie miłości, radości, ciepła, szacunku i pokoju.  Dlatego też staram się unikać tworzenia w stanach kiedy nie ma we mnie harmonii, albo co gorsza jest mi źle. Staram się unikać tworzenia jeśli jest we mnie chaos emocji, brakuje wewnętrznego spokoju. A już na pewno absolutnie nie tworzę wtedy dla kogoś. Malowanie nadal jest dla mnie swego rodzaju medytacją, sposobem nawiązania kontaktu ze Źródłem i moją duszą, ale chcę by bylo od pierwszego maźnięcia pędzla czyste. Bez przyklejania do nich czegokolwiek negatywnego.

A jeśli nawet zdarzy mi się stworzyć coś z tęsknotą albo jakimś smutkiem, niecierpliwością lub niepokojem, to z szacunku dla siebie samej i dla wszystkich, którzy by mieli mieć z owym dziełem kiedykolwiek styczność, zadbam o to by oczyścić je szałwią i przede wszystkim światłem.

I to jest dla mnie odpowiedzialnym tworzeniem. Bo chcę by moje dzieła były piękne nie tylko dla oka, ale i dla duszy.

magiczna chwila rozpoznania

Czasami zdarza się tak, że np akurat leci sobie w radio jakaś „przypadkowa” piosenka, albo akurat czytamy powieść z serii „o dupie maryny” czyli na luzaka, a jakieś jedno usłyszane lub wyczatane zdanie, w połączeniu z czymś co usłyszeliśmy i wyczataliśmy i co zakodowało się w naszej świadomości już dużo prędzej, spowoduje całą lawinę wewnętrznych odkryć. Jakby nagle otworzyły się tam w środku nas samych jakieś drzwiczki i doznajemy jakiegoś ważnego rozpoznania, które z kolei prowadzi do kolejnych drzwiczek i kolejnego wewnętrznego rozpoznania. I następnego. I jeszcze jednego. I wchodzimy tak coraz głębiej w siebie, a wszystko to dzieje się jak w takiej reakcji łancuchowej. Jedno prowadzi do drugiego, a JEDNOCZESNIE i bardzo wyraźnie czujemy owo jednocześnie, wszystko dzieje się w jednym ułamku sekundy. W takim bardzo magicznym TERAZ, które choć trwa właśnie teraz, to obejmuje swoim zasięgiem całe nasze życie. I jest tak, jakby wszystko to, co do tej pory było, wiele różnych naszych przeżyć, doznań i doświadczeń, przyprowadzilo nas do tej właśnie chwili rozpoznania, a ono samo pokazuje nam doświadczenia naszego życia z zupełnie inną jakością. To tak jakbyśmy dotąd oglądali wiele razy jakiś film dla głuchoniemych. Znalibyśmy każdy jego szczegół, każdy momencik i każdy obraz, ale w niektórych sprawach moglibyśmy się tylko domyślać lub zgadywać o co chodzi. Aż nagle jakby za sprawą jednego przycisku dołączył nam się dźwięk do filmu i widzimy niby to samo, a jednak z zupełnie innym zrozumieniem, zupełnie inną jakością.
I łzy nam sie cisną do oczu z natłoku wewnętrznych emocji.

Taką właśnie chwilę doznałam dzisiejszej nocy.

ku pamięci – o nocnej „błyskotliwości” mojej czyli rozmówki damsko – męskie

Hahahaha.

Był środek nocy i naprawdę już spaliśmy. Jednak obracając się z boku na bok musiałam sobie postękać czym obudziłam Męża.
N. – Boli? – zapytał sennie.
B. – No boli – odpowiedziałam mniej sennie.
N. – Na to jest tylko jedna rada: z koki liście żuć – podpowiedział dobry Mąż.
B. – Skoki liście rzuć? – powtórzyłam upewniając się, że dobrze usłyszałam. („Co to za durna rada” – pomyślałam jednocześnie w duchu).
N. – No tak. Z koki liście żuć – powtórzył on.
B. – Skoki? Liście? Rzuć? – dalej nie rozumiałam o co mu chodzi. („Co to kurwa jest?” – myślałam intensywnie – „Przeciez bez sensu w ogóle”).
N. – No z koki Blätter żuć – próbował mi wytłumaczyć nie tracąc cierpliwości – No Blätter, liście.
B. – Kurde, wiem co to są liście. Ale to i tak totalnie bez sensu. Skoki liście rzuć, no głupie.
N. – Nie głupie. Indianie mówią, że to pomaga na ból głowy i inne bóle.
B. – Pierwszy raz słyszę by rzucanie liściami przy skakaniu miało pomagać na jakiś ból głowy.
N. – Jakie rzucanie? Jakim skakaniu? Ty wiesz co to jest koka? Z KOKI LIŚCIE ŻUĆ. Nie palić ale żuć -= tłumaczyl mi jak młotkowi.
B. – Aaaa – ucieszyłam się wreszcie rozumiejąc o co chodzi – Z koki liście żuć. Aaaa.

Długo się potem hichrałam rozbawiona tą rozmową. W ostatnim czasie śmiechawki o 3-ciej nad ranem goszczą u mnie często. Ale to było naprawdę śmieszne.

kolorowy miłości szept

Miałam bardzo intensywne dni.Nie wszystko „zmajstrowałam” tak jak nalezy, a właściwie tak jak myślałam , że już potrafię. Wciąż mam wiele do zakotwiczenia w sobie, bo teoria a praktyka to zupełnie inna bajka.Mój mężu jest mi najlepszym nauczycielem choć czasem bardzo ciężkie są to nauki. Ale najważniejsza jest miłość. We wszystkich swoich odmianach, a więc w odmianie pogody ducha i pasji twórczych również.

I tak w tzw. międzyczasie kupiłam takie drewienka. Na zasadzie spontana pt „O, jakie ładne te drewniane krążki”.

p1000182

Okazały się być świerkowe. I co tu z nimi zrobić? Oczywiście, że wiem co, bo ledwo je w domu rozpakowałam już snuły mi się w głowie różne wizje.
Ale musiałam najpierw poprosić o pomoc męża.”Zrobisz mi dziurki?” No i zrobił chłop dziurki jakie chciałam. A ja, no cóż ja mogłam wymyśleć? Farby wyciągnęłam…

p1000183

I tak ani się obejrzałam jak mi zaczęły zwierzątka się pojawiać. A każde ze swoim przecież przesłaniem. Z nauką dla mnie. No, nie tylko dla mnie, ale kiedy akurat skupiam się na malowaniu owego zwierzątka, to wtedy dla mnie. I z pewnymi darami jak się chce je zauważyć. I jak tu nie być wdzięcznym? I jak tu nie radować się z takich znaków? Jak się nie uczyć, nie wzrastać, nie starać się, nie kochać? No nie da się. Najważniejsza jest miłość, a ona znajduje czasem przedziwne sposoby by do nas przemówić. Uwielbiam ten jej kolorowy szept, jakim przemawia do mnie

p1000207.

życiowe lekcje

Ostatnie dni były dla mnie swoistymi próbami ognia. Przyniosły mi wyzwania, trudne, wymagajace wiele duchowej siły. Dzisiaj, kiedy już mogę odetchnąć, czuję wdzięczność. Tak, jestem wdzięczna Życiu za te ciężkie wyzwania, bo właśnie one pomagają mi ugruntować w sobie naprawdę te zmiany, które we mnie zaszły. Bo prawdziwe zmiany choć zaczynają się na poziomie świadomości, to całkowicie mogą się zakotwiczyć dopiero wtedy, gdy zweryfikują się w czynie. Czasem się bowiem nam wydaje, że już coś zrozumieliśmy, a potem się okazuje, iż kiedy spotka nas życiowa próba, to jednak nie zaliczyliśmy lekcji.
Tak samo i ja otrzymałam od Zycia wskazówki nad czym jeszcze muszę popracować. I że wcale nie jestem już tak daleko jak mi się wydawało. Ale dostałam również ogromne wsparcie od moich zwierząt mocy. A za nimi przecież stoi moja dusza. Wystarczy tylko uważnie słuchać jej głosu.
Jestem ogromnie wdzięczna za te trudne lekcje. Bo choć kosztaowały mnie wiele łez, to w ostateczności dały oderobinę więcej mocy, odrobinę więcej siły i mądrosści tygrysa. Moje lekcje. .

sen o energii

Niewiele spałam dzisiejszej nocy. Ale za to miałam bardzo dziwny sen. Nie wiem gdzie byłam, bo to nie było jakieś konkretne miejsce. Wiem tylko, że ja i inni ludzie, bo było nas całkiem sporo, mieliśmy przed sobą takie jakby zadanie. Choć to nie jest właściwe słowo do określenia tego co miało miejsce. Po prostu szliśmy lub przemieszczaliśmy się w dowolnie przez siebie wybranym kierunku, mogliśmy stać w jakimś punkcie tak długo, jak nam się podobało, ale ostatecznie byliśmy i tak jakby na pewnej drodze. I w czasie tej „wędrówki” zdarzały sie momenty, które były w moim odbiorze niejako sprawdzianem, testem, konfrontacją tego czy wybraliśmy drogę właściwą, albo właściwe miejsce do odpoczynku. Nikt nas przy tym nie oceniał, ani nie ganił, nie było więc czegoś takiego jak dobra czy zła droga, dobre czy złe miejce, ale były momenty, w których doznawało się takiego swoistego uderzenia energii. Wkraczało się w jakiś punkt i oto następowało coś jak zerwanie pieczęci lub uaktywnienie pieczęci i jednocześnie, w tej samej chwili doznawało się takiego specyficznego „dotknięcia” energii. Przy czym ta energia była różna w różnych miejscach. Nigdy z góry nie wiedziałam jaka ona będzie, ale zasadniczo były dwie możliwości. Albo była jak ciepły podmuch wiaterku, jak nuta przyjemnej muzyki i zapach kwiatów jednocześnie. Jak smak pachnących słońcem truskawek i dotyk ukochanego, jak chłodek wody w gorący dzień i zapach lasu.  Wszystko na raz, w ułamku sekundy. I takie uczucie radości, spokoju, zadowolenia z tego, że się wybrało „dobrze”. Zanim to następowało to o ułamek sekundy prędzej widziało się jakby tysiące cząseteczek materii, które zlatują się do kupy i tworzą jakiś symbol. Drugi rodzaj był taki, że pojawiał się najpierw symbol i w ułamku sekundy rozpadał się na tysiące maleńkich kawałeczków i zaraz potem czuło się podmuch chłodu, czegoś leppkiego, smutnego, ciemnego, o nieprzyjemnych dotyku, dziwnie trzeszczącym odgłosie. Nie było to coś jakoś bardzo przerażającego, ale wzbudzało niepokój, powodowało uczucie smutku i zawodu wobec samego siebie, że się wybrało „źle”. I tak sobie szłam przemieszając się dalej i dalej, i wybierając kolejne moje kroki całkiem na zasadzie słuchania swojego wewnętrznego głosu. Dwa albo trzy razy obał mnie ten leppki, niemiły podmuch, dwa razy odświeżył ten cudowny. Aż w pewnym momencie jakiś głos we mnie powiedział mi, że teraz tu. Zrobiłam swój kolejny krok i oto urochomiło się coś MEGA potężnego. W ułamku sekundy nadleciały miliony ciupeńkich cząseteczek i tworzyły się symbole. Jeden symbol przemieniał się w następny. Nie pamiętam pierwszego, ale potem był ptak, płomień, żaba, kwiat lotosu, motyl, znak nieskończoności i na koniec BUM.

Nie potrafię tego ubrać w słowa, bowiem żadne słowa nie są w stanie opisać tego doznania. To było jak wybuch czegoś niesamowicie pięknego. Potężna fala energii, która rozblysła w jednym ułamku sekundy i rozlewając się uderzyła we mnie. Jasność, ciepło, muzyka, zapach, smak, dotyk, radość, zachwyt, zdziwienie, orgazm na wszystkich poziomach, fizycznym, emocjonalnym, duchowym. I ja, która jakby zostaję wyrzucona z ciała, jakbym się sama rozpadała na milion małych kawałków, po to by być / czuć wszystko na raz.  Krótki moment, w którym było jakby wszystko. Niewypowiedzianie cudowne.

Obudziłam się zaraz potem. Zdziwiona, zachwycona, roztrzęsiona wielkością doznania. Naładowana radością, szczęśliwością i uczuciem ciepła. Ale jednocześnie wyczerpana jakby i z uczuciem tęsknoty oraz jakimś dziwnym przekonaniem, że nie jestem jeszcze gotowa.

 

 

fazy twórcze

Mam wiele pasji, wszystkie są dla mnie istotne, bowiem sprawiają mi wiele radości. Ale obserwuję, że przychodzą do mnie fazowo. Niby nigdy nie odstawiam innych, by zająć się tylko jedną, ale w pewnych okresach jakaś jedna zdecydowanie dominuje.

Były takie lata, kiedy moja twórczość realizowała się głównie w kuchni. 41 - malinowa fantazja-tileBył rok, kiedy z zapałem i namiętnością zajmowałam się dekopażem i tworzyłam moje skrzyneczki. P1080147-tile

Był okres czytania i powstawania zakładek do książek. delfin 1-tileAlbo tygodnie plecenia koszyczków z papierowej wikliny. P1170601-tileByły pojedyńcze dni, kiedy cały mój entuzjazm i serce wkładałam w robienie kartek urodzinowych z suszonymi kwiatami… P1140566-tile… albo tworzenie pięknych naszyjników z kamieni. P1210156-tileTen rok od początku zdecydowanie zdominowało malowanie. Pasja zdecydowanie najdroższa, zarówno w sensie materialnym jak i duchowym. Ale to dzięki obrazom otwarły się przede mną nowe przestrzenie, wkroczyli do mojego życia nowi ludzie i najbardziej zmieniłam samą siebie. UnbenanntWciąż jednak kocham każdy inny sposób tworzenia. Wciąż każdy z nich daje mi radość, pobudza mój entuzjazm, jest sposobem na spotkanie z samą sobą przy jednoczesnym uzewnętrznianiu mojej radości życia i miłośći. No i dodatkowo mogę przy okazji wyczarowywać coś pięknego i od serca dla innych.
Jakoś nie potrafię nawet sobie wyobrazić mojego życia bez tworzenia. Choć w zasadzie wszystko jest tworzeniem. Każdy nasz uśmiech, każdy gest, każda myśl. Dobrze jest mieć tego świadomość, wtedy wszystko nabiera zupełnie innego znaczenia. I zupełnie inaczej w obliczu różnych sytuacji się reaguje.

Dziś jest kolejny dzień kiedy mogę dołożyć moją kolejną maleńką cegiełkę do tego, by tworzyć wokół piękno. Obraz, obiad, uśmiech, pozdrowienie, ciepłe słowo, cisza…

jeszcze jeden krok

Życie to rytm i w owym rytmie kryje się jego tajemnica. To zarówno radości i smutki, wzloty i upadki, uczucie szczęścia i rozpaczy, zwycięstwa i porażki. Jedno bez drugiego nie mialoby szansy zaistnieć, tak samo jak dzień nie istniałby, gdyby nie było nocy. Nie wiedzielibyśmy jakie znaczenia ma cisza, gdybyśmy nie poznali halasu. Nie docenilibyśmy pokoju, gdyby nie bylo wojen, nie potrafilibyśmy rozpoznać, iż coś jest miłością, gdyby nie istniało jej przeciwieństwo. Wszystko to należy do życia. Bo życie jest podróżą, którą czasami przebywamy w świetle, a czasem w mroku.

I kiedy czasem przychodzi nam zmierzyć się z życiowymi burzami, kiedy na naszej drodze pojawiają się trudności, spadają na nas smutki i cierpienie, małe i wielkie tragedie, to chociaż jest w nas strach, chęć poddania się i chęć ucieczki od tego wszystkiego, to jest również i siła stawieniu temu czoła. Każdy z nas obok słabości ma w sobie również siłę, ponieważ uosabiają one owy dualizm życia.

Kiedy spotykają nas te trudne dla nas doświadczenia, kiedy smutek zamieszkuje w naszym sercu, kiedy ktoś nas być może skrzywdził albo dzieje się jakieś nieszczęście to trudno nam w tych chwilach dostrzec coś pozytywnego. A jednak dzieją się one nie po to by nas powalić i złamać, ale by nas wzmocnić. Każda bowiem burza, każda trudność i przeszkoda,niesie w sobie potencjał nauczenia nas jak być silnym.

I nie chodzi o to, że nie wolno nam się poddawać rozpaczy, nie wolno użalać się nad sobą, cierpieć, płakać czy jakkolwiek inaczej być słabym. Wolno nam. Ale przychodzi moment, kedy nasze lzy na chwilę przestają lecieć, kiedy może nie mamy sił by walczyć, kiedy nie mamy chęci by więcej obcować z naszym żalem, wtedy zawsze możemy spojrzeć na nasze cierpienie, na nasz ból i tą całą życiową burzę z nieco innej perspektywy i zapytać naszej duszy, czego mieliśmy się przez to nauczyć. I jeśli będziemy szczerzy z samym sobą, z pewnościa usłyszymy odpowiedź.

Przychodzi taki moment, że nawet wobec najgorszego sztormu pojawi się w nas iskierka siły, by postawić jeszcze jeden krok do przodu. To może być ten decydujący krok i nawet jeśli byłby on najsłabszy i tak jest naszym zwycięstwem.

I podobnie jak po burza w przyrodzie przynosi z sobą pewne zmiany, tak i nasze życiowe burze takie zmiany ze sobą niosą. Ale czyż nie zachwyca nas rzeźkość powietrza po burzy? Intensywność zieleni, wracający świergot ptaków? Tak samo i po naszych życiowych zawieruchach może się okazać że owszem poraniło i polamało nas tu i tam, ale przy okazji wymiotło z naszego życia też to, co nam nie służuło i nam szkodziło.

Dlatego warto jest uchwycić się tej iskierki w nas, która daje nam siłę. I razem z nią wstać z kolan i postawić ten jeszcze jeden krok do przodu. Na horyzoncie prędzej czy później znowu pojawi się słońce.

o (duchowych) warsztatach słów kilka – notka przemyśleniowa

W nawiązaniu do notki o doskonaleniu, guru, duchowości i aniołach, którą napisałam już dwa lata temu, nachodzą mnie jeszcze pewne przemyślenia na temat tak zwanych (duchowych) warsztatów. Namnożyło się ich ostatnio całkiem sporo i chociaż same w sobie mają one całkiem pozytywny potencjał, to osobiście mam do nich nieco sceptyczne nastawienie. Nie chcę tutaj powiedzieć, iż są one złe, bowiem wcale tak nie uważam. Dostrzegam jednak pewne związane z nimi „zagrożenie”, które bynajmniej nie wypływa z samych warsztatów, a jedynie jego uczestnicy mogą niechcący je sobie zafundować. Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem albo raczej w jakim celu chcemy w takich warsztatach uczestniczyć.

Przyjrzyjmy się najpierw kto najczęściej w tego typu warsztatach bierze udział. Z reguły są to kobiety (najczęściej), które mają w sobie ogromy potencjał, dbają o swój rozwój duchowy i całą sobą pragną coraz bardziej wzrastać. I oczywiście warsztaty mogą być tutaj niezwykle pomocne, ale tylko wtedy, jeśli traktujemy je jak zabawę, jak sposób szerszego poznania, a nie jak kolejny szczebel na drodze naszego rozwoju. To bardzo ważne, by sobie to uświadomić.

W momencie kiedy pojawią nam się w głowie myśli, iż MUSIMY pojechać na jakiś warsztat, bo pomoże nam on w naszym duchowym rozwoju, sami zaczynamy nastawiać na siebie pułapkę. Bo zauważcie co się dzieje. Myśl, że coś spoza nas jest nam potrzebne do rozwoju, tak naprawdę jest ukrytą myślą o tym, że sami nie potrafimy. Innymi słowy, jest wyrazem naszych własnych wątpliwości co do mocy naszej własnej duszy.

To jest bardzo krytyczny moment i jeśli umknie naszej uważności, możemy wpaść w wielką iluzję. Jeśli bowiem jesteśmy gotowi do tego, by słuchać swojej własnej duszy, to żadne warsztaty świata nas bardziej do tego nie przybliżą. A już na pewno nie, jeśli będziemy w to właśnie wierzyć, że mogą to uczynić. Wręcz odwrotnie, mogą spowodować, iż zaczniemy myśleć, że do dalszego rozwoju potrzebujemy kolejnych warsztatów. I kolejnych. Rozumiecie co się zaczyna dziać? Zaczynamy gonić swój własny ogon, nakręcając tym coraz bardziej spiralę oddalania się od samego siebie, a jednocześnie utwierdzania nas w iluzji, że jest dokładnie na odwrót, że się przybliżamy.

Jeśli natomiast jedziemy na takie warsztaty na zasadzie dobrej zabawy, bez jakichkolwiek oczekiwań (zwłaszcza tych duchowych) i co najwyżej z otwartością na jakieś nowe poznanie, to wtedy jak najbardziej warsztaty nam służą.

Niech będą one dla nas sposobnością, jaką sobie wybrała nasza dusza na kontaktowanie się z nami, a nie szczeblem do dalszego rozwoju. Bo jeśli będziemy je jako szczebel traktować, to z dużym prawdopodobieństwem zamiast nas przybliźyć samemu sobie, jedynie nas oddalą. Życzę wam uważności w obserowaniu siebie oraz uważności w kwestii waszego podejścia do warsztatów.

 

dbanie o swoją przestrzeń

Nie mam sama pojęcia kiedy po raz pierwszy przeczytałam o dbaniu o swoją przestrzeń. Pisała o tym, któraś z was, drogie mądre kobiety. I od tego pierwszego razu potem jeszcze wiele. wiele razy i na wiele sposóbów docierała ta nauka do mnie. Ale co z tego, kiedy tak naprawdę nie rozumialam o co chodzi. No, oczywiście zdawało mi się, iż wszystko pojmuję, że doskonale wiem, iż to nie chodzi jedynie o przestrzeń na zewnątrz, ale bardziej o tą wewnątrz nas i wydawało mi się nawet, że nie mam z tym problemu. Ale tak naprawdę pojąć tę lekcję można tylko duszą i aby ją w sobie zintegrować nie wystarczy, że rozum wie o co chodzi. Nie wystarczy wiedzieć. Trzeba jeszcze wybrać.

Byłam nieuważna. Docieralo do mnie tak wiele łagodnych sygnałów na tak wiele sposobów o tej lekcji, by mi łagodnie przypomnieć, a ja niby wiedziałam, ale szybko zapominałam. Zapominałam i nie wybierałam. Prawie tak, jakbym działała na zasadzie, że po co takiej niereformowalnej optymistce jak ja, dodatkowo dbanie o jakąś tam swoją przestrzeń. Tymczasem życie okazało się cierpliwym nauczycielem i skoro nie przyjmowałam pewnych lekcji łagodnie, to zesłało mi nieco mniej łagodne doświadczenia. I oczywiście cierpiałam. Wylałam wiele łez zanim w ogóle dotarlo do mnie, że tak naprawdę sama sobie te doświadczenia zafundowałam. Dziś jestem wdzięczna Życiu za te przelane łzy, bo to one właśnie ułatwiły mi zatrzymanie się w sobie i zapytanie mojej duszy o co chodzi. Czego miałam się nauczyć? Odpowiedź przyszła właściwie od razu, wyraźnie i tak intensywnie. I nagle, chyba po raz pierwszy zrozumiałam naprawdę, tak na poziomie duszy, co oznacza dbrać o swoją przestrzeń. Oznacza to, że trzeba umieć powiedzieć „stop”, powiedzieć „nie”. Sobie i komuś.

Monia ujęła to tak pięknie w słowa:

Uwalniam się od przymusu słuchania innych osób.
Słuchanie innych osób jest wyrazem mojej dobrej woli.
Mam prawo odmówić innym osobom i nie wysłuchać tego, co chcą powiedzieć.
Mam prawo postawić granice każdej osobie, która zamęcza mnie swoim marudzeniem, narzekaniem, pesymizmem, negatywizmem lub narcyzmem.
Mam prawo powiedzieć, że w tym momencie nie jestem gotów kogoś wysłuchać.
Słuchanie innych ludzi jest darem. Obdarowuję nim tych, których sama/sam wybiorę ♥♥♥

To takie ważne. Tak bardzo istotne nauczyć stawiać sobie i innym te granice. Nie robić ze swojej przestrzeni energetycznego śmietnika dla innych. I odwrotnie, nie zaśmiecać pola energetycznego innych, szanować ich przestrzeń. Słowo jest energią. Słowo to myśl wprawiona w ruch.

Chcę dbać o to, by moje słowa nie naruszały granic innych. By ich nie raniły, nie wprowadzały chaosu w ich przestrzeni, nie wylewały tam negatywnych energii. Muszę jednak być równie odpowiedzialna za siebie samą i dbać o swoje granice. O moją przestrzeń.

Jestem wdzięczna życiu za to, że zesłało mi owe przykre doświadczenia, które pomogły mi wreszcie zrozumieć tą lekcję.
Jestem wdzięczna tym osobom, które wykonały przy tym ową czarną robotę.
I jestem wdzięczna Moniczce, że tak pięknie tę lekcję ujęła w słowa.

I proszę moją duszę o to, by od teraz pomogła mi właściwie wybierać.

sen o leopardzie (…i co się we mnie dzieje)

Jest w sumie środek nocy, a ja musiałam wstać z łóżka, przyjść tu do kompa i pisać tego wpisa. Nie wiem czy będę potrafiła ubrać wszystko w słowa, ale właśnie dzieje się we mnie coś tak intensywnego, że zwyczajnie muszę to jakoś uzewnętrznić. Zresztą, nie wiem. Biorąc to na rozum, można by powiedzieć, iż właśnie zwariowałam, ale tu nic nie ma wspólnego z rozumem.

Zaczęło się kilka dni temu. Mieliśmy z moim Kapslem małe spięcia. Nawet żeśmy się nie kłócili, to zupełnie nie to. I niby nic wielkiego się nie stało, ale jednak stało się. Mój mąż zranił mnie, wcale tego nie chciał, ale tak wyszło. I chociaż wybaczyłam mu praktycznie od razu, to jednak potrzebowałam po tych zdarzeniach wyciszenia i jakieś inspiracji by samej się w sobie odnaleźć. Dwa razy prosiłam swoją duszę o jakąś wskazówkę. Za pierwszym razem przyszło do mnie zrozumienie na poziomie duszy o co chodzi z dbaniem o swoją przestrzeń.  Za drugim, w noc pełni, miałam sen:

Szłam jakąś opuszczoną ulicą w jakimś dziwnie pustym mieście. Niezupełnie było pusto, bo wiedziałam, że budynki są pilnowane przez jakiś żołnierzy, albo strażników. A ja szłam tą ulicą i z jednej strony czułam w sobie jakiś bunt, a z drugiej strony narastającą obojętność. Chciałam odejść z tego miasta. Wtedy, kątem oka zobaczyłam, że biegnie za mną tygrys. A jednocześnie, w tej samej sekundzie wiedziałam, do czego on mnie wzywa. Nakazywał mi się zatrzymać, odwrócić i zmierzyć z tym, z czym miałam się zmierzyć. I nie chodziło o niego. Ale nie posłuchałam go i wtedy właśnie on zaczął biec za mną, w kilku potężnych susach mnie dogonił i skoczył mi na plecy. To nie był atak, on wcale nie chciał mi zrobić krzywdy. Chciał mnie jedynie zmusić do tego bym nie uciekała. Troszkę się nawet wystraszyłam, a jednocześnie wiedziałam, że robi to z miłości do mnie. Zagonił mnie potem do jakiegoś budynku. Były tam jakieś schody i pomyślałam, że to dobre miejsce by się schować i przeczekać. Wlazłam pod nie i już prawie zadowolona miałam się tam zabunkrować, kiedy zauważyłam… leoparda. Jezu, wystraszyłam się. To przecież nie to samo co tygrys, tygrysa znałam. A leopard… albo pantera? Skąd on się tu wziął? W dodatku był taki… inny. To nie był zwykły leopard, ani zwykła pantera. Jego sierść była biało – czarna, tak niesymetrycznie ubarwiona jak mają niektóre domowe kotki. Tylko to był cholernie wielki kot. I doskonale wiedział, iż siedzę pod tymi schodami. Zeskoczył zwinnie gdzieś z góry i powoli, bezszelestnie, ale uważnie się mi przyglądając, zbliżał się do mnie. Bałam się. A on najzwyczajniej w świecie usadowil się tuż obok mnie. Był całkiem blisko, na wyciągnięcie ręki. I chyba dlatego, by tym gestem zagłuszyć własny strach, wyciągnęłam tę rękę, dotknęłam jego szyi i zaczęłam go głaskać. Najpierw jeszcze z lękiem, nieśmialo, a potem z coraz większą ciekawością. Miał taką niesamowicie mięciutką sierść. Zanurzałam w nią palce i z coraz większą śmialością go głaskałam. A on przymykał czasem oczy i mruczał z zadowolenia. Z każdym kolejnym przesunięciem dłoni bardziej go poznawałam. Jego ciepło, układ jego mięśni na karku, jego reakcje na sposób mojego dotyku.  Miałam cały czas świadomość jego siły, dzikości, a jednocześnie poczułam, jak bardzo jest samotny i spragniony miłości. I im bardziej byłam tego świadoma, bardziej się na niego otwierałam wewnętrznie. Chciałam by nie czuł się więcej samotny, chciałam by poczuł moją bliskość. Był taki… sprzeczny. Z jednej strony dziki, silny, niebezpieczny przecież, a z drugiej taki bezbronny w tym spragnieniu miłości, taki uległy i delikatny. Przewrócił się na grzbiet, odsłaniając przede mną swój brzuch i prosząc tym samym o dalsze pieszczoty. Usiadłam na nim i patrząc uważnie na tego wielkiego dzikiego kota pode mną położyłam mu dłoń na sercu. I wtedy stało się coś dziwnego. Jego ciało zaczęło się przemieniać w ciało mężczyzny. Jedynia jego głowa nadal była głową leoparda, a jego ciało było koloru biało czarnego. Siedziałam na nim, dotykałam go, pieściłam i w pewnym momencie zapragnęłam się z nim kochać. Jezu, chciałam seksu z facetem-leopardem. Jednocześnie coś spoza mnie mówiło mi, że nie powinnam tego robić, bo nie mogę przecież zajść z nim w ciążę. To wszystko działo się jednocześnie, mówiły do mnie trzy głosy. Mój, że chcę go kochać, jakiś spoza, że nie powinnam i jego, że jeśli chcę, to obiecuje, iż nie będę w ciąży.

I widocznie kochaliśmy się, choć ta część snu jakby mi się zatarła. Ale nie zatarlo mi się to, co się stało potem. Oboje się przeobraziliśmy. On na powrót byl leopardem, w leopardzim ciele, ale już nie smutny, ale silny, aktywny, uważny, niesamowicie lampardzi. Czułam jego moc. A ja? Ja nadal bylam Bafką w ludzkim ciele, ale zmieniło ono barwę. Stało się podobnie jak jego, biało czarne, ale dodatkowo pojawily mi się na ramionach i nogach kwieciste wzory, jak tatuaże. Piękne. Podobalam się sama sobie w tym wydaniu. I jednocześnie czułam w sobie zupełnie nowe energie. Zwinność, lekkość, odwagę. I połączenie z moim leopardem.

Potem do budynku weszli żołnierze. Leopard oczywiście wiedzial o nich już prędzej, kazał mi uciekać na górę, przez dach. Powiedział że on ich zatrzymie i że mam mu zaufać. I zaufałam.


Kiedy się obudziłam wiedzialam, że to nie był byle jaki sen, ale jeden z tych bardzo ważnych. Jeszcze nie pojmowałam jego znaczenia, ale czułam jak coś we mnie zmienił.

A potem… ze trzy dni prędzej na fb trafiła do mnie ta piosenka.

Zwróciła moją uwagę od razu, ale dopiero po tym śnie zaczęła działać. Nawet nie umiem tego wypowiedzieć. Odsłuchałam ją już chyba setki razy, słucham non stop, na okrągło. I to co się we mnie dzieje, jest tak bardzo intensywne, tak silne, że czuję wszystko na raz. Ta piosenka nie działa we mnie sama, działa razem z tym snem, bo ilekroć ją sucham, czuję te same emocje, czuję z jednej strony samotność leoparda, samotność mężczyzny, z drugiej czuję jego siłę. Ta pieśń porusza we mnie najgłębszą, najbardziej intensywną miłość jaką czułam do mężczyzny. Nie do jakiegoś konkretnego, ale do Tego, który jest w każdym mężczyźnie świata. Tak wiele się mówi o odnowieniu Bogini, uleczeniu kobiecości. A ja, choć sama jestem kobietą, czuję dziś z taką intensywnością, że nie daje mi to spać, ich potrzebę uleczenia. Męskość mężczyzn też została zraniona, odrzucona, poniżona. Nieważne przez kogo, ważne że potrzebuje takiego samego uleczenia i troski jak nasza kobiecość. By oni, mężczyźni mogli odrodzić się na Bogów. Odzyskać swoją duchową moc. Nie wiem zresztą jak to ubrać w słowa, ale intensywnie czuję całe piękno męskiej energii. Od trzech dni, kiedy tylko zamknę oczy widzę w sobie czarno-białego leoparda. I ta jego energia we mnie, wraz z energią tej pięknej pieśni, powoduje, że czuję tę wielką miłość, a jednocześnie tęsknotę, wdzięczność, podziw, wszystko na raz…

o wybaczaniu i przepraszaniu

Czasem się zdarza w życiu tak, że ktoś sprawi nam jakąś przykrość, albo nawet nas mocno skrzywdzi. Nie łatwo jest w takich chwilach myśleć o wybaczeniu, a tym bardziej doszukać się w nich czegokolwiek pozytywnego.

I ja zostałam kiedyś skrzywdzona. Bolało mnie bardzo. Był we mnie ogromny żal, poczucie krzywdy, smutek, rozczarowanie. Na wiele tygodni były mi one jedynym towarzyszem, nie potrafiłam zauważać nic poza tym. Życie przechodziło obok mnie, a ja tak bardzo skupiona byłam na tym swoim cierpieniu, że praktycznie nie docierało do mnie nic. Wcale tego nie chciałam. Ale nie potrafiłam się pozbierać do kupy. Nie potrafiłam przestać myśleć o tym co się stało, a w konsekwencji tak zabarykadowałam się w tym poczuciu żalu w sobie, iż nie dopuszczałam do siebie żadnego przejawu miłości, radości, niczego pięknego. Nie było mi z tym dobrze, a w zasadzie było bardzo źle. I upłynęło bardzo wiele czasu, zanim zdałam sobie sprawę, że mam depresję, a jeśli jeszcze nie, to jestem na najlepszej drodze do tego, by ją mieć.

Było we mnie tyle żalu, tak wielkie poczucie skrzywdzenia, że nawet jeśli nie chciałam tego robić, to co chwila zakradały się one do moich myśli i rozpamiętywałam ciągle na nowo to, co się stało. Analizowałam, rozkładałam na części pierwsze, użalałam się nad sobą i tym samym coraz bardziej oddalałam się od równowagi.

Nie myśłałam o wybaczeniu. To przyszło do mnie samo, nagle. Mały impuls wysłany właściwie nie do mnie, ale do mnie trafił. I spowodował jakby w jednej chwili zrozumienie. Zrozumienie, że poczucie żalu, które w sobie noszę, choć pozornie skierowane do osoby, która mnie skrzywdziła, tak naprawdę uderza jedynie we mnie samą. Zatruwa mnie od środka odbierając mi radość z życia, odbierając mi nawet zdolność kochania. Zrozumiałam, iż wybaczyć to nie jest jakiś tam akt łaski wobec tego, kto nas skrzywdził, ale wielki akt uwolnienia wobec mnie samej. Otrzymałam to zrozumienie jako dar od naszej Matki Ziemi. Którz mógłby to lepiej pojmować, jak nie ona, która każdego dnia wybacza nam wszystkie krzywdy, które my jako ludzkość jej czynimy. Nie potrafię tego opisać, ale wtedy, w tamtej chwili, kiedy z tak wielką mocą dotarło do mnie to przesłanie od Gaji, płakałam, a jednocześnie czułam jak coś się ze mnie uwalnia. Cały mój żal i poczucie krzywdy ulotniły się jakby w jednej chwili i zrobiły znowu miejsce dla światła. I napradę wybaczyłam.

I nie, to nie było łatwe. To nie jest tak, iż zapomnialam to co się złego wydarzyło. Gdybym zapomniała, to tak jakbym uciekła od tego. Ale ja pamiętałam. Nie chciałam uciekać, ale chciałam by dokonała się we mnie przemiana. Nie było łatwe, bo choć jednego dnia mój żal zniknął, to wciąż od czasu do czasu pojawiały się momenty, w któych pchał mi się on na powrót do głowy. Wybaczyć oznaczało mieć odwagę do tego, by pilnować tych myśli, by nawet jeśli pojawią się one w głowie, nie pozwolić im się przedostać do serca. A jednak moje życie dopiero od momentu, kiedy wybaczyłam, mogło na nowo nabrać blasku. Akt wybaczenia nie jest więc żadnym aktem łaski wobec kogoś. Jest aktem łaski wobec nas samych. A to, że po drodze na nowo możemy się całkiem szczerze uśmiechnć do tego, komu wybaczyliśmy, może nawet na nowo go kochać, to się dzieje już przy okazji.

Nie mniej jednak słowo „przepraszam” ma znaczenie. Jego moc jest niezwykle silna. Nie jest gwarancją na wybaczenie, ale może naprawdę pomóc osobie skrzywdzonej uwolnić się od żalu. Czasem się zdarza w życiu tak, że to ja komuś sprawię przykrość. Może nawet kogoś skrzywdzę. Dlatego jeśli dotrze do mnie świadomość tego, staram się zawsze przeprosić. Nie przepraszam za szczerość, ani za to, że np będąc sobą, nie spełniam czyiś oczekiwań. Ale przepraszam za krzywdę, którą wyrządziłam, za przykrość, jaką sprawiłam. Dla mnie przeproszanie to nie jakaś tam oznaka mojej słabości, czy uległości, ale naprawdę szczera chęć naprawienia szkód jakich przysporzyłam, złagodzenia bólu, który sprawiłam. I jeśli tylko serce mi powie, że powinnam kogoś przeprosić, to nawet jeśli ego próbuje przekonać mnie do czegoś innego, idę za głosem serca. Bo wiem, że ono wskazuje zawsze właściwą drogę.

pytania, pytania, a odpowiedzi na razie brak

Tak obserwuję sobie to moje życie i zastanawia mnie jedno. Co jest we mnie takiego, że przyciągam do siebie osoby, które …. nie wiem jak to ująć ładnie w słowa, ale powiedzmy, są na takim etapie swojego życia, kiedy nie wierzą w siebie, tkwią w jakiś bardzo trudnych sytuacjach, mają zaniżone poczucie wartości, a to wszystko przekłada się też na to, iż bardzo dużo o tym mówią. I to nie są jacyś tam tylko znajomi, ale ludzie, którzy są dla mnie ważni. Tacy, których pokochałam, których uważam za przyjaciół, Przyjaciól. Tacy, że i ja  w jakimś sensie cierpię, widząc ich cierpienie.

Sama, chociaż miewam moje problemy (wbrew pozorom one też nie były małe), mimo wszystko mam zupełnie inne nastawienie do życia. Nawet w trakcie największych dramatów nie zatraciłam w sobie tego zaufania do Życia i tej optymistycznej cząsteczki mnie.

I nie, proszę nie zrozumieć mnie źle. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że Przyjaciele szukają u mnie wsparcia, kiedy jest im źle. Ja naprawdę chętnie dzielę z nimi czas, naprawdę jest we mnie gotowość do słuchania i chęć pomocy. Owszem, przyznaję iż czuję się czasem zmęczona tym wszystkim, jeśli owe zwierzanie przeradza się w narzekanie lub takie jakby ciągłe rozdrapywanie ran. I jest tego zbyt dużo. Przyznaję również, iż zdarzały się wręcz sytuacje, kiedy było tego tak dużo, że wręcz czułam jakby owy ktoś tym swoim ciągłym narzekaniem i skupianiem się na negatywach,  wysysał ze mnie energię. Wtedy zwykle zaciągałam swój własny hamulec bezpieczeństwa i  wyjaśniając tej osobie dlaczego to robię, zwykle na jakiś czas się odsuwałam. Nie znaczyło to wcale, iż nagle ten ktoś przestał mnie obchodzić. Ale zwyczajnie musiałam dbać również o siebie. I nawet jeśli w takim momencie dana osoba nie była w stanie mnie zrozumieć i czuła się odrzucona, odepchnięta  i często wręcz nawet skrzywdzona przez to moje odsunięcie, to dbając o swoją własną energię, konsekwentnie się wycofywałam, niejako wyznaczałam granice. To wcale nie było dla mnie łatwe. Takie decyzje wymagały ode mnie wiele odwagi i w jakimś sensie przeciwstawiania się mojej własnej gotowości do tego, by pomagać innym, by wspierać innych.

I tak mnie zastanawia, DLACZEGO wciąż przyciągam takich ludzi. Bo to się nie zdarzyło raz czy dwa. Ale wiele razy. I każda z tych osób, bez wyjątku, nadal ma swoje miejsce w moim sercu. Nawet, jeśli w ostatecznym rozrachunku z wieloma urwał mi się całkiem kontakt, to nadal gdy o nich pomyślę, to myślę jak o Przyjaciołach, jak o ludziach których wciąż w jakiś sposób kocham. Gdyby zechcieli ponownie zapukać do moich drzwi (dosłownie i w przenośni) to wiem, że przyjęłabym ich z otwartymi ramionami, z wielką gotowością słuchania, ze wszystkim co mam.

Tylko w większości przypadków jest całkiem inaczej. W większości przypadków nasze drogi się rozeszły. Nie, nie mam o to żalu. Ale czasem tęsknię. I nie piszę o tym dlatego, że jest mi jakoś źle, bo nie jest. Ale zwyczajnie ciekawa jestem dlaczego tak się dzieje?

Czy te powtarzające się doświadczenie (całkiem zresztą cenne) niesie dla mnie jakąś lekcję, której wciąż nie odkryłam? A może to jakaś misja mojej duszy? Może głupio to brzmi, nie lubię zresztą tego słowa „misja”, ale wiecie o co mi chodzi.

Nie czuję wcale jakiegoś nacisku na to, by koniecznie poznać odpowiedzi, bowiem bez nich i tak jestem jaka jestem. Ale mimo wszystko mnie to zastanawia. I gdzieś tam chciałbym te odpowiedzi znać.

tu leży kasztan

„Kiedy nie wiesz, jak zacząć, zacznij od TU LEŻY KASZTAN, a potem się zobaczy, co będzie dalej.”

Bardzo lubię ten cytat. Jest w nim tyle tej specyficznej Puchatkowej pogody ducha i takiego zaufania do Życia. I jest w nim kawałek mnie samej: mojego postrzegania, mojego podejścia do codzienności, problemów i nie-problemów (czyt. stanów niesprecyzowanych). Ot, po prostu jest w jakimś sensie też bafkowy.

I pomyślałam sobie, że to dobry cytat na nowy początek. Początek dla mojego „nowego” pisania.

Ci co wiedzą, to wiedzą, że od lat miałam bloga na pingerze. Nie będę się tu rozwodzić o tym, czym był dla mnie pinger i ile zawdzięczam ludziom tam poznanym. Oni wiedzą. Ale pinger się zmienił. I ja sama się zmieniłam. W którymś momencie poczułam, że tam już nie jest moje miejsce. Potrzebowałam nowej przestrzeni. Pewnego dnia zamarzyła mi się taka właśnie moja stronka. I oto – dzięki Krzysiowi – jest. Moje nowe miejsce w sieci. Taki nowy początek.

I w zasadzie zaczynam od teraz. Poprzednie wpisy (niektóre jak się można zorientować po datach, pisane były bardzo dawno temu) przeniosłam tutaj z pingera.  Tylko te, które mimo tego, że powstały tyle czasu temu, nadal wyrażają to jak myślę, jak czuję, jak postrzegam Życie, świat, rzeczywistość. Nadal są w jakimś sensie aktualne. I pewnie ja sama, jak mnie dopadną jakieś doły, albo inne schizy, będę chciała do nich czasem zaglądnąć i przypomnieć o mądrości jaką przecież mam w sobie i kim naprawdę jestem.

Nie wiem jeszcze jaka będzie ta moja stronka. Na razie chcę, by tu było miejsce: dla moich obrazów  (kocham malować), o książkach, które czytam (uwielbiam czytać) i o zwierzętach mocy. I oczywiście miejsce na moje wywody-inspiracje-duchowo-rozwojowe, lub to co mi tam w sercu siedzi.

A co będzie dalej, to się zobaczy.

Tym samym witam w moim świecie według Bafki starych i nowych znajomych i wszystkich, którzy mają ochotę tu do mnie zaglądać.

Jestem
Jestem

 

co zrobiłaby teraz Miłość?

Napisano przykazania, regulaminy i tysiące różnistych porad. Wszystkie one uczą nas jak żyć, jak szanować innych, jak szanować siebie.
A tak naprawdę wszystkie można zastąpić jedną jedyną najprostszą receptą na życie. Tą, o której pisałam tu już nie raz.

Wobec każdej trudnej sytuacji wystarczy zapytać w ciszy swojego serca:  Co zrobiłaby teraz Miłość?
To jest takie magiczne pytanie. Jeśli zadasz je z prawdziwą otwartością w sercu, otrzymasz odpowiedź.

Nie jakąś tam odpowiedź innych.
Nie jakieś tam cudowne rady z zewnątrz.
Ale najbardziej szczerą odpowiedź wypływającą z naszego własnego wnętrza.
Najbardziej doskonałą. Dla nas. Tu i teraz. W tej sytuacji.

Skomplikowane metody mają to do siebie, że się o nich zapomina.
Czyjeś prawdy mają to do siebie, że niekoniecznie muszą być naszymi prawdami.
Czyjeś sposoby niekoniecznie będą właściwe dla nas.

A Miłość?
Miłość podpowie ci zawsze najprostsze i najbardziej właściwe rozwiazanie. Podpowie ci to, co jest najlepsze. Dla innych, ale przede wszystkim dla ciebie.
Nie potrzeba tu żadnych skomplikowanych mądrości. Ani żadnych szczególnych umiejętności.

Wobec każdej trudnej sytuacji wystarczy zapytać samego siebie: Co zrobiłaby teraz Miłość?
I zwyczajnie poczekać na odpowiedź. A potem zaufać, poddać się temu i podążyć we wskazanym kierunku.

Miłość jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
Was też nie zawiedzie.