moja galeria – Sójeczka

Modelką do tego obrazu była mi sójeczxka sfotografowana przez Zdzisia Olejniczak. Zdjęcie niezwykle cudowne, zachwyciło mnie totalnie. A potem, juz w trakcie malowania sójeczka już sama pojawiła się tuż obok mnie. Takie moje szamańskie z nią spotkanie. I nawet sójkowe piórka w tym czasie do mnie trafiły.

„Sójeczka” (2017), akryl na płótnie, 50 x 80 cm

moja galeria – Vedic Art

Powstały podczas warsztatów Vedic Art.
Jedyne trzy, które poczułam w pełni.
We wszystkich pojawily sie kropeczki.
Każdy inny a jednak stanowią całość.
Razem stanowią dla mnie bardzo wyraźny przekaz.

„Vedic Art” (2017), akryl na płótnie, 50 x 50 cm
„Vedic Art” (2017), akryl na płótnie, 30 x 24 cm
„Vedic Art” (2017), akryl na płótnie, 40 x 50 cm

moja galeria – Mariola i Jaguar

„Mariola i Jaguar”(2017), akryl na plótnie, 60 x 80 cm

Namalowanie tego obrazu od samego początku była dla mnie niesamowitym doświadczeniem.

Najpierw pojawiła się wizja. Ale nie mam tu na myśli zwykłej weny twórczej, tylko pewien obraz, który zaczął pojawiać się we mnie jak jakiś wyraźny sen, za każdym razem kiedy moja uwaga skupiona była w jakiś sposób na Marioli.
Widziałam jakąś górzystą krainę, przepiękną, pełną bujnej roślinności. Pośród tej zieleni jezioro i jakby wyrastającą z niego potężną górę. A na niej znajdowalo się starożytne miasto zbudowane z jasnego kamienia. Piękne, tętniące życiem, ze świątynią czy piramidą na samym szczycie. Słońce wysoko odbijało się od tych murów i jeziora tworząc taką magiczną wręcz atmosferę. I wreszcie widziałam ubraną na biało szamankę czy kapłankę. I chociaż nie widziałam dokładniej jej twarzy, to tak jak to bywa w snach, po prostu widziałam, iż to jest właśnie Mariola. Płynęła w kanu po jeziorze. I kiedy była na środku uniosła w górę ręce. Trzymała w nich jakiś przedmiot, który dla mnie wyglądał jak sierp księżyca. To był taki piekny obraz. Kapłanki Szamanki modlącej się. A potem dopłynęła do brzegu i wtedy pojawił się Jaguar. Podeszli do siebie: Mariola i Jaguar. I ona położyła mu dłoń na czole. I tak potem trwali przez chwilę w tym geście wielkiej przyjaźni, wzajemnego szacunku i miłości.
Tak to widziałam w sobie. Raz, drugi, trzeci… piętnasty, dwudziesty. Za każdym razem kiedy moja uwaga jakkolwiek skupiła się na Marioli, pojawiał się we mnie ta wizja. Jak sen, który się śni na jawie. Tak wyraźny, silny, intensywny. Tak często to do mnie wracało, od kilku miesiecy, zawsze przy Marioli, że pomyślalam, iż ta wizja się wręcz prosi by ją jakoś pokazać, uzewnętrznić. Napisalam więc do Marioli opowiadając jej co nieco i pytając czy mogę to namalować. Mariola się zgodziła.
No więc chciałam namalować obraz. A w międzyczasie zdarzyło się u mnie to, co się zdarzyło. Jaguar pojawił się przy mnie i miał dla mnie w pierwszej kolejności zupełnie inne zadanie.  Nie pozwolil się namalować. Tak więc przez wiele dni bylo tylko to:
Wreszcie jednak wszystko się poukładało i poczulam, że Jaguar czeka na mnie aż wyciągnę znowu swoje farby. Zabrałam się do tego wczoraj, bo dopiero wczoraj naprawdę byłam na to gotowa i znalalam ku temu czas i przestrzeń.
Kapsel oglądał w naszym wszystko-w-jednym-pokoju mecz i było tam dla mnie za głośno. Zatachałam zatem sztalugi do przedpokoju. Na moim małym soliczku od komutera poukładalam talerzyk z farbami, pędzelki, szmatki, wodę w kubeczku. Włączyłam sobie piękną relaksacyjną muzyczkę Frederica Delarue i zaczęłam malować.
Jaguar pojawił się na obrazie po prostu tak cudownie, że sama się zadziwiłam. Tak gładko, prosto, płynnie, bez żadnych poprawek mi się go malowało jakby sam wylewał się spod pędzla.
Potem malowałam Mariolę, ale no właśnie… Malowałam i ciągle coś mi brakowało. Mariola z wizji-snu była taka piękna, Mariola w rzeczywistości też jest piękna, a ja nie potrafiłam tego uchwycić. Ciągle czułam takie niezadowolenie artysty, no wiecie, kiedy się chce coś namalować ładniej, a nie wychodzi. I w którymś momencie, nagle usłyszałam (czy też poczułam) w sobie jak Jaguar mówi do mnie: „dość, wystarczy”. Oczywiście zdanie mojego umysłu było nieco inne, więc pomyślalam sobie „eee, pewnie mi się tylko wydawało, jeszcze tu poprawię…” Chciałam pociągnąć pędzlem jeszcze raz, a tu nagle KRACH!!! Zawalily mi się moje wielgachne sztalugi. Całkiem bez ostrzeżenia nagle sie przewróciły z wielkim hukiem. Obraz jakimś cudem został mi w ręce. Natomiast sztalugi przewracając się strąciły z szafki lampkę, w której akurat sobie kadziłam. Taką lampkę w której na dole paliła się świeczka, a na górze na sitku kadził się styraks i inna żywica. O dziwo, lampka mimo że ceramiczna, to chociaż spadła z dużej wysokości na twardą podłogę nawet nie pękła. Jednak wosk rozprysnął się na wiele plamek. A w to wszystko wsypały się jeszcze te ciemne kawałeczki żywicy. Spjrzałam na podlogę i … to wyglądało jak centki jaguara. Normalnie zdębiałam. Od razu wiedziałam, iż to znak. Nic już zatem nie domalowywałam, ani jednej kreseczki. Podziękowałam Jaguarowi i posprzątałam bałagan.
Nigdy prędzej mi się nie zdarzyło, żeby przy malowaniu jakieś Zwierzę Mocy od początku do końca było tak silnie obecne.
Niesamowite doświadczenie i jestem za nie pełna wdzięczności.

moja galeria – White & Black

Kiedy namalowalam poprzedni obraz z wilkiem dla Olivera, pojawiło się życzenie na kolejne wilki. Tym razem Danielowe. No coż. Powiem tak. Życzenie było nie moje, ale miało Moc. I dopiero teraz widzę jak wielką. Bowiem wcale nie od razu miałam chęć na ten obraz. A może miałam, ale sobie tego nie uświadamiałam???
A potem stała się w naszym domu ta awaria. Jak taki wyraźny sygnał dla mnie, żebym bez marudzenia i ociągania się wyciągnęła znowu farby i zabrała się za malowanie.
No i kiedy już rzeczywiście po nie sięgnęłam wszystko popłynęło samo.
Ten obraz namalowany na życzenie mojego syna Daniela, dla niego, jest tak bardzo Danielowy, że kiedy na niego patrzę to aż sama się zadzwiam. Wszystko w nim jest przekazem, energią, promieniuje jego Mocą. Ten obraz jest darem, moim dla mojego syna i jego darem dla mnie.

„White & Black” (2017), akryl na płótnie, 80 x 60 cm

moja galeria – Wilk

Już dawno obiecałam Oliverowi namalować mu ten obraz. Długo sie nie moglam jakoś za niego zabrać. Ale wczoraj wieczorem, wreszcie tak jakoś przyszło.I kiedy już zaczęłam, to musiałam skończyć. Motyw taki dość popularny i znany, ale moje wykonanie to i moja w nim energia. I miłość moja do syna.

„Wilk”(2017), akryl na plótnie, 50 x 70 cm

moja galeria – Kalcyt

Dawno nie malowałam. Jeszcze w ramach prezentu pod choinkę sama sobie zakupiłam nowe farby, ale od kilku tygodni jedynie leżałay one na swoich półkach. Widocznie potrzebna była mi ta faza ciszy i pauzy, wszak nic się nie dzieje bez powodu.

Wczoraj jednak poczułam, że jestem już gotowa do tego, by na nowo wyciągnąć zza lodówki sztalugi i zanurkować w kolorach. Mam do nadrobienia trzy obrazy, ale nie wiedziałam, za który chcę się zabrać w pierwszej kolejności. „hmmm… pomaluję więc chociaż tła” – pomyślałam sobie i za szafy powyciągałam bletramy. Ale przy okazji odkryłam tam dwa stare, zapomniane i  zapaciane płótna. Jakoś tak żal mi było je wywalić i stały tam za szafą czekając na swój czas. Usiadadła zatem do sztalug głaszcząc jedno z nich i przyglądając się warstwom zeschniętej zielonej farby. I nagle tak całkiem pod wpływem impulsu sięgnęłam po żółte farby. I nieco ochry, odrobinę bursztynowej …

A potem spod pędzla zerknęło na mnie jedno oko. Za chwilę drugie… „To ty?” – trochę byłam zaskoczona, że jako pierwszy pojawił się akurat on. Bo naprawdę się nie spodziewałam, że akurat objawi mi się teraz. Ale ucieszyłam się z tej miłego spotkania. A on powolutku, powolutku wyłonił się przede mną i swoją cieplą słoneczną energią od razu doładował mi akumulatorki tam gdzie trzeba.

Panie i Panowie, przedstawiam wam Kacyta.

„Kalcyt”(2017), akryl na plótnie, 50 x 60 cm

Od przynajmniej roku przychodziły mi do głowy te wizje. Nie wiem jak to opisać, ale kamienie to dla mnie nie tylko kamienie. Kiedy biorę je do ręki, to tak jakbym rozmawiała z ich duchami. I tak kiedyś, już dawno temu, przyszła mi do głowy taka myśl, by je namalować. Ale wciąż nie czułam się na to gotowa. Nadal tak myślałam. Aż tu wczoraj, całkiem niespodziewanie dla mnie samej, spod pędzla wyłonił mi się Kalcyt. Teraz już się nawet nie dziwię, iż to on pojawil się jako pierwszy…

moja galeria – Rote Drache

Doczekał się wreszcie i Daniel obrazu do swojego pokoju. Wizje i jego życzenia były różne, ale ostatecznie stanęło na tym, że ma być smok. I to taki by primo: mu się podobał (a to nie takie proste, bo Daniel jak wiadomo wybredny bywa) i drugie primo by kolorystycznie pasował do jego pokoju. Zatem jak przystało na kochającą mamę, to dwa ostatnie dni spędziłam nad urzeczywistnianiem tych życzeń. I chyba się udało.

Smok Danielowi się podoba. (Hurrraa!!)

p1000305
„Rote Drache” (2016), akryl na płótnie 140 x 80 cm

No i do pokoju też pasuje.

p1000307

moja galeria – Co mi w duszy gra

 

Dostałam od Iwonki zadanie. Miałam namalować obraz. Ja jako motyl. Jednak na początku zupełnie tego nie czułam. A przecież nie chciałam malować obrazu tak bez uprzedniego poczucia go w sobie. Wiedziałam bowiem, że będzie on dla mnie ważny. Że w jakiś dziwny sposób będzie miał wpływ na to, co jest we mnie. Długo dojrzewał ten obraz w mojej duszyw mojej duszy. Ale kiedy już dojrzał, to było tak jak zwykle: Magia. Po prostu nagle poczułam, że jestem gotowa i muszę malować. I chociaż na samym początku malowania, wcale nie wiedziałam do końca jaki ten obraz będzie, bo wizja we mnie nie była jeszcze całkiem dla mnie widoczna, to jednak owa siła, ten wewnętrzny głos był taki wyraźny, że nie wręcz aż ciężko mi było od tego malowania odrywać.
I tak przez kilka dni siedziałam przy tym obrazie po wiele godzin. I wyłonił się ze mnie właśnie taki napełniając mnie radością i jakimś takim chochlikowym zadowoleniem.

W sumie to są dwa obrazy. Każdy z nich mógłby zawisnąć osobno. I byłby doskonałym dziełem samym w sobie.

P1210186
„Co mi w duszy gra – Magiczny świat” (2016), akryl na plótnie, 60 x 80 cm
P1210183
„Co mi w duszy gra – Ja jako motyl” (2016), akryl na plótnie, 60 x 80 cm

Ale stanowią jedność. Taki mój magiczny świat, w którym jest wiele przestrzeni i sporo miejsca dla innych Duszyczek, dla Spirits, dla mnie samej.

P1210189
„Co mi w duszy gra” (2016), akryl na 2 płótnach, każde 60 x 80 cm

I w nim ja. Ja jako motyl.

P1210184
„Ja jako motyl”

I znajome światełka co mi wduszy grają. Każde z nich jest jak nowy, inny pomysl w mojej głowie, jak taka iskierka, który rozpala moją duszę. To moje pasje, moje ogniki, moje światelka.

P1210185

moja galeria – Rozkwit (Równowaga)

P1210090
„Rozkwit (Równowaga)”(2016), akryl na plótnie, 60 x 80 cm

Obraz namalowałam na zamówienie dla Archaii. Tak naprawdę, w wersji pierwotnej, to owe zamówienie było by namalować niejako kopię mojego wcześniejszego obrazu pt „Ziarno (Poczuć)”. Szybko jednak się zmieniła koncepcja, bo pogadałyśmy sobie tak od serca i stało się jasne o co tak naprawdę chodzi. I tamten moment był takim właśnie zaczątkiem.

Bo zwykle jest tak, że malując dla kogoś obraz czy nawet jakiś istotny dla mnie samej, od momentu pojawienia sie pierwszej myśli o jego powstaniu do rzeczywistego namalowania upływa nieco czasu. To czas, w którym moja Dusza pozwala by obraz we mnie dojrzał. Nie myślę o nim, nie zastanawiam się nad koncepcją jak go namalować, jak ma on wyglądać. Jest we mnie jedynie incencja co ma wyrażać, co przekazywać, czy jakie przynosić przesłanie. I tak niejako nawet zapominam o samym obrazie, a jedynie wiem, że pewnego dnia się narodzi on we mnie. I kiedy dojrzeje w moim sercu, to moja Dusza da mi o tym znać nagłym silnym impulsem. Za każdym razem gdy to się dzieje, jest to niesamowicie zadziwiające nawet dla mnie samej. Nagle czuję bowiem w sobie jakąś taką ogromną siłę, która każe mi wyciągnąć sztalugi i zabrać się do malowania. Często nawet w tym momencie jeszcze wcale nie wiem CO konkretnie będę malować, dopiero kiedy sięgam na półki po moje farby, to tak jakby zaczynam widzieć w sobię wizję obrazu.  To jest zawsze jak Magia. I dokladnie tak samo było i tym razem.
Szykowałam sobie potrzebne mi kolory farb. Sięgałam po fiolet i wyłaniał się we mnie Mężczyzna Drzewko. Sięgałam po róż oraz magentę i moja Dusza odsłaniała przede mną Kobietę Motyla. Jakiś impuls nakazywał mi wyciągnąć tubkę z tę jasną zielenią i w tym momencie docierało do mnie, iż ten obraz będzie nie tylko dla Archaii, ale niejako drugą fazą do obrazu „Poczuć”.  Kolejnym etapem przesłania. Potem mogłam z otwartością serca usiąść i zacząć malować. Pozwolić się prowadzić mojej Duszy i tak krok po kroku wyłaniało się przed moimi oczami to, co miało się wyłonić.

Obraz „Poczuć” uczy nas otwierać nasze serce, patrzeć sercem i słuchać sercem. Buduje zaufanie i uczy wybaczenia, by mogło nastąpić wewnętrzne uzdrowienie (wtedy płyną łzy). Pobudza naszą czakrę serca i pomaga otwierać się całkowicie na drugą stronę, drugą przeciwną energię (męski – żeński). Zaakceptować ją w sobie, przyjąć ją z otwartym sercem i jednocześnie dzięki temu rozkwintąć tej naszej.

Ten obraz natomiast jest kolejnym etapem na tej drodze. Podnosi częstotliwość drgań naszego serca,  uczy nas dbać o te wibracje i pomaga nam utrzymać wewnętrzną harmonię i równowagę, tak by kwiat Milości mógł kwitnąć i wypełniać nasze życie coraz większą radością. To jest właśnie przesłaniem tego obrazu. Tak czuję.

moja galeria – zimorodek

28 - Zimorodek
„Zimorodek” (2016), akwarele na papierze, 40 x 30 cm

Pod wpływem impulsu kupiłam sobie farby akwarelowe. To było dla mnie prawdziwe wyzwanie namalować coś akwarelami. Zupełnie inna technika. No i przyznaję, iż wcale nie szło mi tak gładko, bo co chwila zapominałam o tym, iż te farby zachowują się zupełnie inaczej niż akryle. Ale jak na pierwszy obraz malowany akwarelami to zimorodek całkiem niczego sobie. Wiem już, że akwarelle nie przebiją mojej miłości do akryli, ale polubić je mogę.

moja galeria – Mandala mojego potencjału

P1200722
„Mandala mojego potencjału” (2016), akryl, pasta strukturalna, kamienie i pawie piórko na płótnie 50 x 50 cm

Dostałam zadanie namalować mandalę mojego potencjału. Jeszcze nigdy nie malowałam mandali. Owszem, kolorowałam różne, ale co innego jest kolorować czyjeś, a co innego stworzyć własną. Zatem to zadanie było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Ale takim, które przyjęłam z ogromną radością, a nawet wdzięcznością. Bo poczułam, iż jest pewnym otwarciem dla mnie nowej przestrzeni. We mnie samej ale też i dla mojego tworzenia.

Poczułam również, że moja mandala powinna być taka, żeby dało się ją oglądać nie tylko oczami, ale jeszcze jakimś innym zmysłem. I dlatego zdecydowałam się na pastę strukturalną, kamienie i pawie piórko. Energia kolorów, energia kamieni (lapis lazuli, ametyst, kwarc różany i tygrysie oko) i symboliczne przesłanie zamknięte w pawim piorku. Wszystko to jest w pewnym sensie mną. Dlatego kocham tę moją mandalę. Bo jest taka właśnie moja.

moja galeria – Flamingowe motyle

P1200701
„Flamingowe motyle” (2016), akryl na płótnie, 60 x 80 cm
Ten flaming siedział mi już w głowie i domagał się urzeczywistnienia od jakiegoś czasu. Ale z różnych dziwnych powodów wciąż odkładałam płótno z namalowanym jedynie tłem za szafę. I dopiero teraz przy okazji warsztatu kolorowych motyli przyleciały do mnie całą chmarą też te różowe motyle i całość mogła się wreszcie stać. Późnym wieczorem wczoraj zasiadłam więc do malowania.
 
 

moja galeria – Leśna świątynia

P1200661
„Leśna świątynia” (2016), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Powstanie tego obrazu zadziwia nawet mnie samą. I aż brakuje mi słów by jakoś składnie to opisać.

Zwykle, kiedy mam coś namalować, wizja obrazu dojrzewa we mnie powoli. Rodzi się raczej cichutko w mojej duszy i stopniowo jakby mnie wypełnia. Tym razem było jednak zupełnie inaczej.

Od poniedziałku z powodu wielkiej budowy na osiedlu mieliśmy nieco problemy z wodą i właściwie nie chciałam w tym tygodniu malować. Pomyślałam sobie, iż nadrobię czytanie. Wszak tyle zaczętych książek leży mi stoliku nocnym i chyba już nawet zatęskniłam za tymi lekturami. Już w nocy jednak poczułam jakiś silny impuls. Tak jakby coś wewnątrz mnie pchało mnie do tego malowania. No to wyciągnęłam rano we wtorek sztalugi, wyciągnęłam farby i tak całkiem na spokojnie zaczęłam sobie malować. Nie umiem nawet tego opowiedzieć, ale to co się zaczęło wyłaniać spod pędzla samą mnie zachwycało. Te kolory, te światło. I z każdym kolejnym szczegółem na obrazie czułam w sobie więcej spokoju, więcej ciszy, więcej radości, takiej harmonii. I tak we wtorek powstala „Leśnia świątynia”. Ale obraz wciąż nie był gotowy, leśna światynia choć wypełniona światłem dopiero czekała na swojego najważniejszego gościa. I wcale najpierw nie wiedziałam kim on będzie. Dopiero wieczorem nagle przyszła mi do głowy ta myśl, że to musi być jeleń. Czemu jeleń? – dziwiłam się. Nic mnie prędzej nie ciągnęło do żadnych jeleni. Skąd więc ten jeleń mi się nagle wział? – pytałam sama siebie. I wtedy od razu pojawiła mi się w myślach Małgosia. Tak jakby jej dusza znalazła połączenie z moją. Przecież jeszcze kilka dni temu nawet nie wiedziałam o istnieniu Małgosi. Poznałyśmy się za pośrednictwem Kolorowych Motyli zaledwie dwa dni wcześniej. I gdzieś tam w rozmowie Małgosia wspomniała, że czuje przy sobie jelenia. I teraz kiedy w tej mojej wizji ukazał się jeleń, to po prostu musiałam myśleć właśnie o niej.

To bylo we wtorek wieczorem.

A w środę zaginął nam Oli.

W mojej desperacji i bezsilności, napisałam w czwartek rano w grupie kolorowe motyle krótki wpis o tym, prosząc o duchowe wsparcie. Ze wszystkich dziewczyn na priw wtedy od razu napisała do mnie właśnie … Małgosia. Oczywiście wspierała mnie jeszcze przez cały czas moja Przyjaciółka Kasia, ale to właśnie Małgosia pomogła mi spojrzeć na tę sytuację też nieco z szerszej perspektywy, jakby z perspektywy naszych (mojej i Olivera) duszy. Jestem wdzięczna bardzo za duchowe wsparcie w ten ciężki dla mnie czas zarówno Kasi, jak i wszystkim innym dobrym duszyczkom. Małgosi również, bo wspierała nas ona bardzo swoją energią. Przy okazji okazuje się, iż ma niezwykłe wręcz zdolności połaczenia się, gdyż odczuła fizycznie coś, o czym wtedy nie mogła wiedzieć (może będzie chciała sama o tym opowiedzieć). Ja jednak wiedziałam już dlaczego dwa dni prędzej tak silnie poczułam właśnie energię Małgosi. Wygląda na to, że już wtedy połączył nas jej jeleń w leśniej światyni. Dla mnie jest to potwierdzeniem na to, że dzieją się cuda. Dziękuję Małgosiu.