„Lustrzane odbicie” – Audrey Niffenegger

„Niepokojąca opowieść o skomplikowanej miłości, tożsamości i rywalizacji pomiędzy bliźniętami.
Powieść rozpoczyna się śmiercią Elspeth Noblin, która zapisuje swoje londyńskie mieszkanie swym siostrzenicom – bliźniaczkom. Te dwudziestoletnie, niedoświadczone dziewczyny chętnie przeprowadzają się do Anglii, by przymierzyć się do nowego życia, tak samo jak przymierzają swoje identyczne stroje. Zabytkowy cmentarz Highgate – obok którego stoi dom Elspeth – służy za znakomite tło, na którym siostry wplątują się w losy swych sąsiadów: dawnego partnera Elspeth, Roberta, Martina, chorego na agorafobię specjalisty od krzyżówek Martina i ducha Elspeth, która rozpaczliwie próbuje się odnaleźć w swym nowym „życiu po życiu””

Po przeczytaniu „Żony podróżnika w czasie”, napaliłam się na te „Lustrzane odbicie” jak kornik na szafę. Myślałam, że będzie jeśli nie równie magicznie, to przynajmeniej równie wciągająco. I co?

O jeny. Zawiodłam sie na całego! Nie porwała mnie ta ksiązka w ogóle. Wynudziłam się! Zarówno Elspeth jak i pozostali bohaterowie byli jak dla mnie namalowani w zbyt jednolitych barwach. Przewidywalni. Po prosu czytasz tę ksiązkę i wiesz po czasie jak się zachowa Julia czy Valentina. Wiesz co zrobi Robert czy jak zachowa się Martin. Nie ma niespodzianek, nie ma nic, co by powodowało, iż wolałabym zrezygnować z pójścia na spacer czy na imprezę, byleby tylko doczytać co będzie dalej. No i postać Elspeth – jeny jak mnie wkurzała jej ta niby enigmatyczność.

Jak na książkę o duchu, straszne nudy.
Jak na ksiązkę o miłości siostrzanej czy damsko-męskiej dość beznamiętnie.
Jak na ksiązkę o życiu czy śmierci, wręcz denerwująco i bezpłciowo.

Moja ocena: marna. Do przeczytania raz i nigdy więcej. I to tylko dla kogoś kto naprawdę już nie ma co czytać. Jednym słowem wcale nie polecam.

„Żona podróżnika w czasie” – Audrey Niffenegger

Inne tytuły tej książki to:
Miłość ponad czasem. Historia inna niż wszystkie
Zaklęci w czasie

“Clare, urocza studentka sztuk pięknych i Henry, niekonwencjonalny bibliotekarz, spotkali się po raz pierwszy, gdy ona miała sześć lat, a on trzydzieści sześć. Kiedy Clare skończyła dwadzieścia trzy, a Henry trzydzieści jeden – zostali małżeństwem. Choć wydaje się to niemożliwe, jednak jest prawdziwe. Henry bowiem to jedna z pierwszych osób na świecie, u których wykryto rzadkie zaburzenie genetyczne: od czasu do czasu jego biologiczny zegar uruchamia się na nowo i Henry przemieszcza się w czasie. Znika nieoczekiwanie, pozostawiając po sobie tylko stosik ubrań. Nigdy nie wie, gdzie się znajdzie i jaka będzie otaczająca go rzeczywistość. Odmierzając swoją miłość kolejnymi spotkaniami, oboje za wszelką cenę próbują wieść normalne życie. Ale czy może liczyć na normalność człowiek, który jest niewolnikiem własnego ciała, a przede wszystkim nagłych podróży w czasie.”

I jak podobała mi się ta opowieść? Książka mnie porwała! Jest piękna, rewelacyjnie napisana (choć ma swoje słabsze momenty) i przede wszystkim nieprzewidywalna. To dla mnie istotne, bo najbardziej co mnie zniechęca w powieściach, to jeśli już w połowie wiesz, co będzie na końcu. Tutaj czegoś takiego nie uświadczysz. Akcja jest wartka, trzyma w napięciu, ciągle i ciągle chcesz wiedzieć co będzie dalej.
Ale to nie wszystko. Nie wiem czy sprawił to sam temat związany z przemijaniem, czy jeszcze coś innego. Dla mnie ta książka była magiczna. Były momenty, kiedy czytając ją miałam dosłownie dreszcze. Takie jakie się ma, kiedy czujecie obecność czegoś niezwykłego … hmmmm … Jakby było tuż obok was, choć niewidoczne dla oczu.
I jeszcze długo po przeczytaniu tej ksiązki towarzyszyło mi właśnie to uczucie.
Jaka jest moja ocena tej książki? Wystarczy, że powiem, iż wracam do niej. Wracam i za każdym razem wraca również ten dreszczyk.