„Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” – Nathanael Johnson

 „Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik – tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody. Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny.”

Zachwyciła mnie ta książka. Przeczytałam ją jakiś czas temu, ale wciąż leży na moim nocnym stoliku i wciąż sobie lubię do niej na nowo zaglądnąć. Zawsze mnie nieco irytowaly te wszystkie duchowe „mądrości” w stylu, że aby mieć prawdziwy kontakt z naturą, to trzeba gdzieś tam w nieskazitelną dzicz się udać i tam z naturą kontakt nawiązywać. Albo jak chcemy z drzewami pogadać, to koniecznie do lasu i najlepiej ze starym jakimś drzewem. No i buntowałam się w środku na te przekazy, bo wychodzilo na to, że wiekszość ludzkości w miastach żyjących, to już dupa blada, na straconej pozycji jest, a drzewa powiedzmy osiedlowe jakieś gorsze. O zwierzątkach miastowych w ogóle się nie wspominało.
Tymczasem sama mieszkam w wielkim mieście, ale to nie jest jedynie betonowa dżungla. Bo przecież codziennie rano budzą mnie śpiewy kosów, nocami słyszę słowiki. Codziennie spotykam wiewiórki, dzikie króliki biegają po trawnikach, wieczorkami spacerują jeże i w ogóle całe tabuny wszelkich zwierzątek krzyżują swoje ścieżki z moimi. Wystarczy je tylko zauważyć, z szacunkiem się im przyjrzeć i posłuchać co mają do opowiedzenia. To samo z drzewami, kwiatami, krzaczkami… Moje miasto nie jest betonową dżunglą oderwaną od natury. Moje miasto jest tak samo tętniące przyrodą jak las. Tylko nieco inaczej. I wasze miasta również.

Dlatego też ta książka nie tylko wywołała mój zachwyt, ale stała się cudowną inspiracją. Tak, tak , nabyłam lornetkę i obserwuję moje osiedlowe ptaszki. A na spacerach delektuję cykaniem świerszczy, lub smakuję kwiatki akacji czy innych smakowitości. W zasadzie robiłam to już od lat. Teraz jedynie z nieco większą świadomością i zachwytem wobec tej natury, która dla mnie tu jest.

Dzięki tej lekturze po raz pierwszy zupełnie inaczej spojrzałam na gołębie. W dodatku książka zawiera tyle fajnych ciekawostek, a wszystko napisane takim prostym zwyczajnym językiem, bez wymądrzania się i górnolotnych dyrdymałów. Po prostu kocham tę książkę!
I z całego serca wam polecam.

„Przebudzenie Lisicy” – Dora Rosłońska

„Jesteś kobietą. Stań przed sobą w prawdzie, przejrzyj się w lustrze. Niech w tej chwili nic nie przeszkadza Ci w tej rozmowie z sobą. Jesteś. Po prostu. Ta książka, to Twoje lustro. Przejrzyj się w nim i znajdź te odbicia, które chcesz zmazać. Znajdź te kryształki lodu, które chcesz wypłakać ze swoich oczu. Zaczniemy od tych najtrudniejszych odbić w lustrze, potem będzie coraz łatwiej. Spójrz ponownie, by zobaczyć wreszcie moce, które masz w sobie, w sercu i swojej kobiecej naturze. Potrafisz. Wspierają Cię w tym Zwierzęta Mocy swoją Miłością i wiarą. Możesz wszystko.”
fragment książki

Temat zwierząt mocy w połączeniu z tematem uzdrawiania kobiecości naprawdę ma wielki potencjal, więc i książka przyciąga uwagę. Niestety, nie mogę o niej napisać, że wniosła coś nowego dla mnie samej. Owszem, czytało się fajnie, bo napisana jest lekkim językiem, ale sama treść już niekoniecznie mnie zachwycała, mimo że zwierzątka mocy, na bazie których autorka snuje swoją opopwieść każde bez wyjątku zasługują na uwagę. Nie do końca tylko rozumiem dlaczego niektóre z nich przedstawione są jedynie od strony cienia, wręcz tak, jakby były ucieleśnieniem głupoty, lęków i zniewolenia, a inne jedynie od strony światła. Jaskólka – całkiem nieporadna, czarna pantera – agresywna egoistka idąca po trupach, ćma – marzy ale sie boi, sójka – to samo. Trochę lepiej wypadła foka czy pajęczyca, a np wilczyca i lisica to już tylko supermoce i supermądrość. Ktoś, kto dopiero wchodzi w temat zwierząt mocy, może mieć po tej lekturze wrażenie jakoby niektóre zwierzątka były „cool” i super, a inne już niekoniecznie. Wiem, że cała opowieść ma ukazać pewne wzory i programy do uleczenia w nas, jednak właśnie to dziwne (dla nnie) przedstawienie poszczególnych zwierząt, stoi – jak na moje odczucie – z owym uzdrawianiem programów w sprzeczności, bo samo w sobie jest pewnym programem.. No ale pomijając ten szczegół, książka jak wspomniałam wyżej ma potencjał. I jeśli poczyta się ją z otwartym sercrem i umysłem, można naprawdę odkryć małe skarby, czego wszystkim przy tej lekturze życzę.

„Minuta uważności” – Simon Parke

„Czasami tracimy kontakt ze sobą tak bardzo, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Do czasu, gdy nagle uświadomimy sobie, że właśnie doświadczamy czegoś bez faktycznego przeżywania tych zdarzeń. Tak jakby wszystko działo się obok nas.
Dzieje się tak, ponieważ tak wiele czasu poświęcamy na rozmyślania, co niedługo się zdarzy, spiesząc się, by wykonać kolejną rzecz, albo na rozpamiętywanie błędów z przeszłości i zadręczanie się nimi, że rzadko udaje nam się żyć chwilą obecną.
W niniejszej książce Simon Parke, za pomocą inspirujących historii oraz prostych stwierdzeń, uczy nas, jak wyraźniej spojrzeć na świat, wrócić do teraźniejszości i w niej pozostać. Ta subtelna zmiana sprawi, że w krótkim czasie uzdrowimy swoją duszę i ciało oraz wniesiemy spokój do każdej dziedziny życia, co pozwoli nam żyć swobodnie i w pełni. By to osiągnąć, wystarczy poświęcić dokładnie JEDNĄ MINUTĘ DZIENNIE na praktyki i rozważania mindfulness tak prosto i plastycznie tu opisane.
Inspirująca i praktyczna – ta książka jest dla każdego, kto chce wrócić do swojego życia – do siebie.”

Oj, zajęło mi wiele czasu przeczytanie tej książki, ale też w ogóle ostatnio jakoś czytanie zepchnięte u mnie było jedynie na kilka chwil wykradzionych nocą. Cóż mogę napisać o tym zbiorku króciutkich przypowiastek składających się na „Minutę uważności”? Z pewnością są wśród nich takie, które potrafią dotknąć jakoś naszego wnętrza i w prosty sposób nagle odkryć przed nami jakąś ważną dla nas lekcję. Jednak chyba raczej tylko wtedy, gdy sięgniemy po te opowiastki pojedyńczo, w maleńkich dozach, a nie w pakiecie. Ale chyba nawet tak powinno się czytać tę książkę, na raty, bez pośpiechu, a właśnie zatrzymując się w teraźniejszości. Wdychając i smakując chwilę….
Lektura może nie powala, ale jak dla mnie ma to „coś”. I pewnie jeszcze będę wracać do niej otwierając książkę tak na chybił trafil, by ze smaczkiem (albo i nie) uchwycić dany moment.

„Egipcjanin Sinuhe” – Mika Waltari

„Najsłynniejsza powieść historyczna Waltariego.
Sinuhe, jako królewski trepanator związany z najwybitniejszymi osobistościami epoki faraona Amenofisa IV (Echnatona), zostaje wmieszany w ówczesne wydarzenia i intrygi. Ciesząc się bezgranicznym zaufaniem władcy „doliny Nilu”, przemierza w misji Syrię, Babilonię, Kretę i kraj Hatti, przeżywa wojny i prześladowania, kocha i nienawidzi, by wreszcie u schyłku życia poznać straszliwą tajemnicę związaną ze swymi narodzinami i odkryć własne przeznaczenie, które nie mogło się wypełnić skutkiem przedziwnych zrządzeń losu.”

Oj, strasznie długo czytalam tę powieść. O ile na początku całkowicie mnie pochłonęła, bo starożytny Egipt, podróże, egzotyka, starożytna medycyna,nawet wątek miłosny – wieć czegóż chcieć więcej. A jednak tak od połowy już nieco mi się nudziło i owe przemęczenie materiału spowodowało, iż już nie tak bardzo potrafiłam się tą książką zachwycać. Ale mimo to powieść jest naprawdę bardzo dobra. Miejscami zabawna, wzruszająca, skłaniająca do zadumy i spojrzenia inaczej na pewne sprawy. Bardzo klimatyczna, w dodatku napisana pięknym językiem. Jednym słowem same plusy.

„Die Botschaft der Tiere” – Diana Cooper

„Ebenso wie wir Menschen folgen auch die Tiere ihrem ganz eigenen Seelenplan. Mit ihren besonderen Fähigkeiten leisten sie auf dieser spirituellen Reise einen unschätzbar wertvollen Beitrag zur Transformation unserer Welt, hin zu einem neuen Goldenen Zeitalter. Was die Tiere uns dabei mitzuteilen haben, wie sie uns helfen und wie wir sie wirkungsvoll schützen können, wird durch Botschaften aus der Geistigen Welt deutlich, die Diana Cooper uns übermittelt. Mithilfe zahlreicher Visualisierungen und Gebete können wir mit den Tieren in telepathischen Kontakt kommen und ihre heilenden Energien in unser Leben holen. So empfangen wir die Schlüssel zu Freude und Klarheit, Frieden und Empathie – zum Besten von Mensch und Tier und unserem ganzen Planeten. „

Diana Cooper to specyficzna autorka i wiele w jej książkach ezoteryki i czasem całkiem „dziwnych” informacji. Dlatego też mimo że temat zwierząt mocy niezwykle mnie ciekawi, to ta lektura jakoś mnie do końca nie zachwyciała. Trzeba mieć bardzo dobry kontakt z własną intuicją by z tych 320 stron wyłuskać to, co naprawdę jest wartościowe. I owszem, jeśli ktoś wierzy w anioły i lubi z nimi pracować, to znajdzie tu wiele podpowiedzi do przeróżnych medytacji. Jednak do mnie samej zupelnie to nie przemówiło i raczej traktuję tę książkę jak taki dodatek niż rzeczywiście intertesującą i wartościową lekturę.

„Cafe Auschwitz” – Dirk Brauns

„Akcja powieści Dirka Braunsa dzieje się współcześnie w Polsce i w Niemczech. Urodzony w NRD młody nauczyciel niemieckiego i historii w niemieckiej szkole w Warszawie (porte-parole autora) staje się świadkiem wspomnień i wykonawcą zaskakującej ostatniej woli przypadkowo poznanego Janusza, byłego więźnia KL Auschwitz. Ich spotkanie w warszawskiej kawiarni staje się punktem wyjścia dla ciągu sensacyjnych wydarzeń obfitujących w zaskakujące zwroty akcji. Kompozycja sprawia, że utwór czyta się jak powieść sensacyjną. Autorowi udaje się unikalna sztuka wielowymiarowego przedstawienia i swoistej próby weryfikacji autentyczności sylwetek, poglądów, losów i teraźniejszości katów i ofiar na tle szkiców współczesnej Polski i Niemiec. Powieść jest znakomitą próbą ujęcia istotnej dla Polski i Niemiec tematyki także przez pryzmat codziennych zdarzeń – bez koturnów i śladów „kiczu niemiecko-polskiego pojednania”.

Nie jest mi łatwo napisać jakąś mądrą recenzję do tej powieści. Dla mnie była niezwykle interesująca. Z jednej strony mamy tu historię Janusza, byłego więźnia z Auschwitz, z drugiej problem rozliczenia społeczeństwa niemieckiego z nazizmu. Choć może nawet nie o samo rozliczenie chodzi, co o nie uciekanie od tematu, zobaczenie? Nie wiem. Mam naprawdę mieszane uczucia, bo rozumiem, iż niezwykle ważne jest aby pamiętać, a z drugiej strony ważne jest również, aby zamknąć pewne rozdziały. Nie chodzi o zapomnienie, ale o to, że świat idzie do przodu, że zauważalane są ogólnoplanetarne zmiany, że roztrząsanie przeszłości wcale nie jest najlepszym sposobem na tworzenie lepszego jutra. Takie moje refleksje.
Powieść jednak na pewno warta przeczytania.

„Niezwykłe akty prawdziwej miłości” – Danny Scheinmann

„Dramatyczny obraz dwójki mężczyzn, których przy życiu trzyma wspomnienie miłości. Ta pełna głębokich emocji lektura to doskonały debiut niezwykle utalentowanego pisarza !
Rok 1992. Leo Deakin budzi się w nieznanym mu szpitalu, gdzieś w Ameryce Południowej. Jego dziewczyna, Eleni, nie żyje, a on nie potrafi się z tym faktem pogodzić. Obarczając się bezustannie winą za wypadek, wpada w spiralę rozpaczy i beznadziei. Czy Leo ma jeszcze szansę odkryć coś, co na zawsze zmieni jego życie?
Rok 1917: Moritz Daniecki jest galicyjskim zbiegiem z syberyjskiego obozu jeńców wojennych. Od jego miasteczka i ukochanej dzieli go siedem tysięcy kilometrów. Może i Wielka Wojna dobiegła końca, ale Moritz musi jeszcze stawić czoła wycieńczającej wyprawie przez targany wojną domową kontynent. Czy kiedy w końcu dotrze w rodzinne strony, żeby prosić o rękę ukochanej, ona wciąż będzie na niego czekać?
Dwa mistrzowsko ze sobą splecione wątki, dwie fascynujące historie miłosne, dwie opowieści o bólu i stracie, jedna niezapomniana podróż w głąb ludzkich emocji.”

Leo podczas podróży w Ameryce Południowej traci swoją ukochaną, która ginie w wypadku autobusowym. Chłopak obwiniając się za jej śmierć i nie mogąc sobie poradzić ze stratą, wpada w coraz większe objęcia depresji.
Moritz, młody żołnierz, który dostaje się do obozu jeńców wojennych na Syberii. Miłość i nadzieja dodaje mu sił i odwagi nie tylko by z obozu uciec, ale by przejść pieszo kilka tysięcy kilometrów, by wrócić do swojej ukochanej.
Dwie historie, całkowicie odmienne, na pozór nie mające z sobą nic wspólnego. Każda na swój sposób dramatyczna i poruszająca.
Cierpienie, ból, tęsknota, poczucie winy, odwaga, wytrwałość i miłość. Jest tutaj wszystko, włącznie z ciekawostkami z życia zwierząt i elementami fizyki kwantowej. Wydaje się, jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego. A jednak… na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy jednością.
Książka jak najbardziej godna polecenia.

„Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli” – Justyna Romanowska

„Duch dżungli to zaproszenie do wzięcia udziału w fascynującej wyprawie Justyny Romanowskiej do wenezuelskiej dżungli. Jest to jednak podróż inna niż wszystkie. Autorka przemierza indiańskie wioski, podziwia piękno i moc dziewiczej przyrody, poznaje codzienne życie tubylców, jada to, czym obdarzy ją dżungla – lecz wkracza również w duchowy wymiar tej podróży. I tu zaczyna się gratka…”

Och! Przeczytałam tą książkę z wielką przyjemnością, bo też przepiękna to była opowieść. I chociaż bardzo lubię podróżnicze reportaże i tego typu powieści, to jeszcze bardziej ujmują mnie książki z duchowym przesłaniem. A tutaj dostałam oba te tematy w jednym pakiecie. Bo tak naprawdę „Duch dżungli” to nie tylko opowieść o Wenezueli, o Indianach czy samej dżungli, ale to przede wszystkim przepiękne świadectwo tego, kim jest sama autorka. Jakie ma podejście do życia, do innych ludzi, do  przyrody. Tak mnie ujęła pani Justyna tą swoją prostotą, otwartością serca. Tyle nauczyła. Tak bardzo poruszyla moje własne serce, że jestem pełna wdzieczności wobec niej za tę cudona książkę. I za każde napisane w niej słowo. Bo  dla mnie to nie są jedynie słowa, ale magia serca, siła serca, moc serca.

Bardzo bardzo polecam, nie tylko miłośnikom podróżniczych opowieści

„Chata” – William Paul Young

„Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana, ale ciała dziewczynki nie odnaleziono. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie.
Mack spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatuśkiem, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu, Azjatką uosabiającą Ducha Świętego.

Gdybym czytała tę książkę wiele lat temu, jeszcze przed „Rozmowami z Bogiem”, wtedy moze byłabym mocno poruszona. Moze bym ją polubiła na maxa i uznała ją za cudowną. Ale przeczytałam teraz. I jakoś tak nie za bardzo mi przypadła do gustu. Owszem, jest na swój sposób piękna, zawiera w sobie ważne przesłania, ale było w niej coś, co mnie mimo wszystko uwierało. Nie do końca ze mną rezonowalo i nie do końca przez to mogłam ją odebrać sercem. Historia sama w sobie, w której to szargany smutkiem po stracie córki Mack spotyka w chacie boga, jest całkiem dobra i naprawdę ma potencjał. Jednak jak na mój gust całość jest napisana tak, jakby momentami autorowi zabrakło weny twórczej. I akurat w tych momentach kiedy poruszane były naprawdę istotne kwestie między bogiem i Mackiem, dialogi stawały się raczej chaotyczne, czasem mało zrozumiałe, albo i nieco naciągane. Miałam wrażenie, jakby autor nie do końca chciał dzielić się tym, czym dzielić się zaczął.  Z drugiej strony, książka może na pewno pomóc niejednemu czytelnikowi naprawić więzi z bogiem, więc już choćby dlatego zasługuje na plusy i moją pochwałę.

„Jesus liebt mich” – David Safier

„Marie hat das Talent, sich ständig in die falschen Männer zu verlieben. Kurz nachdem ihre Hochzeit geplatzt ist, lernt sie einen Zimmermann kennen. Und der ist so ganz anders als alle Männer zuvor: einfühlsam, selbstlos, aufmerksam. Dummerweise erklärt er beim ersten Rendezvous, er sei Jesus. Zunächst denkt Marie, dieser Zimmermann habe nicht alle Zähne an der Laubsäge. Doch bald dämmert ihr: Joshua ist wirklich der Messias. Hat Marie sich diesmal in den falschesten aller Männer verliebt?”

David Savier należy do moich ulubionych autorów, dlatego też zawsze z radością sięgam po jego ksiązki. W grudniowej atmosferze świąt wybrałam do przeczytania tą, której tytuł już sugerował spotkanie z Jezusem. Ha! No ale jak to u Saviera, musiałoby być nieprzewidywalnie i nieco poplatanie. Pojawili się zatem do kompletu również anioł Gabriel, Szatan i nawet sam ojciec Bóg. A wszystko na tydzień przed ostateczną apokalipsą i sądnym dniem. Na szczęście we wszystko wplątana była nasza główna bohaterka Marie. I chyba dzieki niej powieść w ogole była zabawna, a jednocześnie taka … na swój sposób swojska.
I chociaż moim zdaniem nie jest to najlepsza powieść Saviera, to jednak było miło ją poczytać.

mandale i cytaty

„Kiedy wszystko wokół nas się zmienia, dowiadujemy się, jacy naprawdę jesteśmy. To bardzo ważna i cenna wiedza. Poznajemy nasze prawdziwe pragnienia. W odmętach chaosu odkrywamy prawdę.”

(Megan Hart – „Trzy oblicza pożądania”)

„Nieznane więzi natury” – Peter Wohlleben

„Jeśli spotkałeś się z opinią, że korniki to pasożyty niszczące zdrowy las, a wilki to tylko niebezpieczne drapieżniki, które wymagają odstrzału, to sprawdź, jakie są fakty. W swojej kolejnej książce Peter Wohlleben ujawnia niewidoczne dla zwykłych obserwatorów więzi między wszystkimi stworzeniami – od niepozornych bakterii po dumne dęby i buki. Pokazuje nam, jak ich wzajemne relacje trzymają w ryzach cały bogaty ekosystem przyrody, dzięki czemu pozostaje on w równowadze. Uświadamia, że o środowisko musi dbać nie tylko „leśna policja”. Przyszłość niebieskiej planety zależy również od tego, jaką rolę w tym procesie odegrają ludzie.”

Jak dla mnie książka była niezwykle ciekawa. Może nie aż tak bardzo jak poprzednie części leśnej trylogi, ale jednak ani przez moment się przy tej lekturze nie nudziłam. Peter Wohlleben ma dar opowiadania o wszystkim w bardzo prosty, a jednocześnie interesujący sposób. Tym samym książka (podobnie jak i poprzednie części) nie tylko przybliża czytelnika do natury, zwłaszcza naszych środkowoeropejskich lasów, pomaga lepiej ją poznać i zrozumieć, ale po prostu budzi taką zupełnie nową płaszczyznę połączenia. I to jest niezaprzeczalnie największy dar z tej lektury. Serdecznie polecam.

„Cienie Ziemi” – Beth Revis

„Ostatni tom bestsellerowej trylogii Beth Revis. Kontynuacja „W otchłani” oraz „Miliona słońc”.

Uczestnicy misji docierają do nowej Ziemi, lecz towarzyszy im poczucie przeraźliwej grozy. Są osaczeni przez krwiożercze bestie i paraliżującą roślinność, zagrażają im nieznane technologie. Pojawiają się kolejne morderstwa. Czyżby planeta próbowała zabić swoich kolonizatorów?”

Trzecia część trylogii podobnie jak poprzednie po prostu powala. Jest na maxa wciągająca, zaskakująca, piękna i niesamowita. Znowu mamy tu wiele zagadek, pytań i dramatycznych zwrotów akcji trzymających czytelnika w napięciu i niepozwalających nawet na odrobinę nudy. A przy tym jest w tym wszystkim ukryte piękno i przesłanie.
I kiedy doczytałam do ostatniej strony aż żal było mi się rozstać z bohaterami i tym fantastycznym światem na Centurii Ziemi. Gorco polecam!

„Milion słońc” – Beth Revis

„Misja trwa. Po obaleniu dyktatora na pokładzie „Błogosławionego” zapanowała radość. Nie trwa jednak długo, gdyż okazuje się, że załoga statku skrywała tajemnicę, która może przesądzić o losach wyprawy. Niespodziewanie nowa fala morderstw staje się zalążkiem buntu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.
Amy rusza tropem tajemniczych wskazówek pozostawionych przez jednego z uczestników misji, a Starszy mierzy się z nowymi wyzwaniami, które stanęły przed nim jako przywódcą. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, czy kiedykolwiek pasażerowie „Błogosławionego” dotrą do nowej Ziemi…”

Drugi cyklu „W otchłani” jest jeszcze ciekawszy od pierwszego. A ż trudno było mi sie oderwać od czytania. Amy przestała być już tak irytująca, stała się jakby dojrzalsza, a przez to bardziej sympatyczna. Również Starszy przytłoczony spoczywającą na jego barkach odpowiedzialnością znacznie wydoroślał. Oboje nie są już zagubionymi dzieciakami, a parą młodych ludzi, która dzielnie stawia czoło niebezpieczeństwom i wyzwaniom. A dfzieje sie naprawdę wiele. Do tego wszystkiego dochodzą zagadki pozostawione przez Oriona i oto mamy pakiet wszystkiego, co czyni tę książkę niesamowicie ciekawą i wciągającą od pierwszej strony do ostatniej. Jak dla mnie rewelacja.

„W otchłani” – Beth Revis

„Siedemnastoletnia Amy dołącza do swoich rodziców jako zamrożony ładunek na pokładzie ogromnego statku kosmicznego Godspeed i sądzi, że obudzi się na nowej planecie za trzysta lat. Nigdy nie przypuszczałaby, że jej drzemka skończy się o 50 lat za wcześnie i że będzie zmuszona żyć w wymagającym odwagi i uporu świecie statku kosmicznego, który rządzi się swoimi prawami.
Amy szybko zdaje sobie sprawę, że jej pobudka nie była żadną awarią komputera. Ktoś z kilku tysięcy mieszkańców statku próbował ją zabić. I jeśli Amy nie zrobi czegoś i to szybko, jej rodzice będą następni.
Teraz Amy musi spieszyć się, aby rozszyfrować ukryte sekrety statku Godspeed. Lecz wśród jej listy podejrzanych morderców jest tylko jeden, który naprawdę się liczy: Elder, przyszły dowódca statku i miłość, której nigdy by nie przewidziała.”

O mamuńciu! Nie myślalam, że ta książka aż tak mnie zachwyci. Oczywiście jak to ja, sięgnęłam po nią zauroczona szatą graficzną. Pewnie gdyby nie ta okładka, to bym nie zwróciła na tą książkę najmniejszej uwagi, tym bardziej, że s-f nie należy do moich ulubionych gatunków. No ale na szczęście nie przypadkiem powieść otrzymała taką cudną sztę graficzną. Chyba właśnie po to, by przyciągnąć mnie do siebie. I co tu dużo mówić: książka totalnie mnie oczarowała. Zaczęło się w sumie niezbyt pociągająco jak na moje gusta: jakieś igły, rurki w gardle, zamrażanie …. beeee. Ale potem… potem zrobiło się naprawdę ciekawie, nieprzewidywalnie i po prostu tak, że człowiek nie może się doczekać by sięgnąć po kolejne cześci tej kosmicznej przygody.
Jeśłł jeszcze nie czytaliście, to jak najbardziej polecam.

„Anna, Hanna i Johanna” – Marianne Fredriksson

„Trzy kobiety, przedstawicielki trzech pokoleń jednej rodziny. Mogłoby się wydawać, że nigdy nie połączyły ich naprawdę silne więzy, że dzieliło ich wiele zadawnionych pretensji i niedomówień. W rzeczywistości ich losy tworzą ciąg wzorców, dziedziczonych przez kolejne generacje. Przekona się o tym najmłodsza z bohaterek, kiedy nie mogąc się porozumieć z umierającą matką, sama postanawia rozwikłać zagadki rodzinnej przeszłości.”

Sagi rodzinne na pewno nie należą do mojego ulubionego gatunku literatury, ale od czasu do czasu lubię sobie jakąś poczytać. Po tę sięgnęłam po prostu na chybił trafił. I jak było? Z jednej strony nieco chaotycznie, z drugiej nieco leniwie. Wszystko oplecione skandynawskim klimatem i odrobiną tła historycznego. Nie porwała mnie ta powieść na tyle, bym była nią zachwycona albo jakoś bardzo poruszona, ale czytało się całkiem fajnie. Nie byłam ani zmęczona tą lekturą, ani znudzona. Ot, tak jak w życiu nie zawsze dni są jakąś wielką przygodą, a mimo wszystko każdy na swój sposób jest wyjątkowy. Tak samo było i tutaj, czasem radośniej, a często bardzo smutno, może nie porywająco, ale na swój sposób pięknie.

Rozmowy z drzewami – Weronika Dąbrowska

„„Rozmowy z Drzewami” to poradnik dla poszukujących duchowego kontaktu z Naturą, dla artystów, dla ludzi poszukujących własnej mocy i inspiracji w sobie. Drzewa są zanurzone w Miłości i nie mają ambicji zostania autorytetami. Są przewodnikami. Prowadzą każdego do siebie. Nasi przodkowie wiedzieli jaka jest ich moc. W książce pokazuję jak można wrócić do pradawnego kontaktu wszystkiego ze wszystkim na Ziemi z poziomu człowieka zagubionego w cywilizacji europejskiej.”

Ta książka jest z całą pewnością wyjątkowa i nieporównywalna do żadnej innej. I trudno ją upchnąć do jakiejkolwiek kategorii, bowiem tak szerokie są tematy, które porusza. To nie jest książka jedynie o drzewach, ale o wszystkim, o naszym życiu, o duchowości, o światach, duszy. I choć książeczka objętościowo jest raczej niewielka, to z pewnością nie jest to lektura jedynie na jeden wieczór. Ja sama dawkowałam ją sobie w małych kawałeczkach smakując, oswajając się, znowu smakując. Nie była to łatwa lektura. Bo i też treści – przekazy od drzew, nie zawsze były łatwe. Niektóre tematy były mi już znane, wręcz zaprzyjaźnione. Inne zupełnie nowe, zastanawiały, wprowadzały w konsternację, wymagały aby się nad nimi zastanowić, podumać… Choć w zasadzie nie jest to wiedza, którą można zrozumieć jedynie umysłem. Tak, tutaj do czytania tej książki zdecydowanie potrzeba otwartości serca. I czułam od pierwszych stron jak i moja czakra serca się otwiera i wibruje. Nie cały czas, bo były też momenty trudne, nieoswojone, nieco nawet mnie osobiście przygnębijace. Jednak jako całość książka niezwykle mnie poruszyla. Nie potrafię na razie jeszcze ubrać tego w słowa, ale wiem, że coś się we mnie dzięki tej lekturze zmieniło. Coś odblokowało, uwolniło, coś malutkiego się narodziło. I czuję, że dla dzisiejszego człowieka jest bardzo ważne odbudowanie relacji z przyrodą. Też właśnie z Drzewami, skoro one przecież tak bardzo nas wspierają. Jestem wdzięczna Weronice za tą cudowną książkę. Bo dla mnie jest ona takim ważnym kroczkiem do zmian w świadomości, dla mnie samej. I z pewnością jeszcze nie raz będę do niej wracać i odkrywać nowe perełki i nowe bramy do Jedności.

„Miłość w czasach zagłady” – Hanni Münzer

„Jak daleko posunie się matka, by ratować swoje dzieci? Do czego zdolna jest córka, by pomścić ojca? Czy głęboka, pokonująca wszystkie przeszkody miłość może przetrwać pokolenia i zabliźnić stare rany?

Kiedy Elisabeth Malpran, chcąc ratować rodzinę, wiąże się z SS Obersturmbannführerem Albrechtem Brunnmannem, nie wie jeszcze, że zawiera pakt z diabłem… Pakt, który położy się cieniem na życiu jej córki. Młoda amerykanka Felicity poszukując w Rzymie matki, natyka się na mroczną historię swojej rodziny. Aby ją wyjaśnić, musi się cofnąć do najbardziej ponurego rozdziału dwudziestowiecznej historii i poznać dramatyczne losy swojej prababki – słynnej śpiewaczki operowej Elisabeth Malpran i jej córki Deborah. Splot miłości, winy i pojednania zniszczył obie kobiety i przez pokolenia rzucił cień także na życie Felicity.”

Ile czytelników tyle różnych opinii o tej książce.
Tytuł jest nieco na wyrost, bo szczerze mówiąc, ani tu za wiele miłości, ani zagłady. Oba te tematy są jedynie upchane gdzieś w tle i jedynie mgliście nawiązują do całości. Dla mnie ta powieść to raczej książka o pogubieniu się. O odwadze, ale też o jakimś wyparciu samego siebie. Ale też o tym, że w mniejszym lub wiekszym stopniu mamy do przerobienia karme naszych przodkow. Czytelnik może więc poczuć się nieco rozczarowany. Zwłaszcza, iż książka – choć moim zdaniem napisana całkiem dobrze – ma pewne dziwne przeskoki. Nie wiem nawet jak to ubrać w słowa, ale histria jest opowiedziana tak, że w paru miejscach odniosłam wrażenie, jakby autorce zabrakło pomysłu na połączenie wątków. Mimo to dla mnie była to całkiem dobra lektura. Wciągająca, mroczna, poruszająca.

„Plötzlich Shakespeare” – David Safier

„ZWEI SIND EINER ZU VIEL!
Wenn Mann und Frau sich das Leben teilen, ist das ja schon schwierig. Aber wenn Mann und Frau sich auch noch ein und denselben Körper teilen müssen, dann ist das Chaos perfekt!
Die liebeskranke Rosa wird per Hypnose in ein früheres Leben versetzt. In den Körper eines Mannes, der sich gerade duelliert: William Shakespeare. Wir schreiben das Jahr 1594, und Rosa darf erst wieder zurück in die Gegenwart, wenn sie herausgefunden hat, was die wahre Liebe ist. Keine einfache Aufgabe: Sie muss sich als Mann im London des 16. Jahrhunderts nicht nur mit liebestollen Verehrerinnen rumschlagen, sondern auch mit Shakespeare selber, der nicht begeistert ist, dass eine Frau seinen Körper kontrolliert. Und während sich die beiden in ihrem gemeinsamen Körper kabbeln, entwickelt sich zwischen ihnen die merkwürdigste Lovestory der Weltgeschichte.”

Historia zaczyna sie ckliwo-żałośnie. Rosa jest nie tylko żałośnie zakochana w swoim ex, ale też w przypływie żałosnej  pijackiej weny robi swojemu obiektowi westchnień żałosną scenę wyznań miłości. Potem, pod wpływem jeszcze bardziej dla mnie nieogarniętej weny, Rosa udaje się do cyrkowego hipnotyzera z prośbą o… Hahaha, na pewno nie prosiła właśnie o to, ale czyż wlaśnie tak w życiu nie bywa, iż prosimy o coś, a nasze prośby sie spelniają w zupełnie dla nas nieoczekiwany i całkowicie inny sposób niż to sobie wymyśliliśmy. A Wrzechświat ma naprawdę poczucie humoru. Ten w powieści rownież. I tak oto Rosa ląduje w ciele Szekspira, żeby nie bylo z nim samym oczywiście. A dwoje w jednym ciele to zdecydowanie za dużo. No chyba żeby nie…

Uśmiałam się przy tej lekturze cudownie. A śmiechu mi było trzeba. I łez widocznie też, bo pod koniec zryczałam się tak, jak pewnie tylko kobiety się zryczeć przy czytaniu potrafią. I wcale nie było smutno. Tylko tak… no jak to u Safiera: z takim pięknym, cudownym, uzdrowiającym przekazem. I poruszyło moje serce. Poruszyło moją duszę. I sama musiałam siebie bardziej pokochać.

„Dzika lawenda” – Belinda Alexandra

„Dzika lawenda to opowieść o losach Simone Fleurier, która po tragicznej śmierci ojca musi opuścić rodzinną farmę i wyjechać do Marsylii. Rozpoczyna ciężką pracę w pensjonacie surowej ciotki, gdzie poznaje piękną i cyniczną gwiazdę estrady. Dzięki niej odkrywa fascynujący świat rewii.
Talent i determinacja otwierają przed młodą Simone drogę na szczyty sławy. Jednak wraz z wybuchem II wojny światowej nadchodzi czas wielkich zmian i ryzykownych decyzji, które nadadzą jej życiu zupełnie nowy sens.
Dzika lawenda zabiera czytelnika w fascynującą podróż, która rozpoczyna się w sielskiej atmosferze Prowansji i uliczkami Marsylii wiedzie do najwspanialszych rewii Paryża, zahaczając po drodze o dekadencki, przedwojenny Berlin i rozbrzmiewający jazzem Nowy Jork.
W subtelnej mieszance literackiej fikcji i historycznych faktów przewijają się sławne osobistości dwudziestowiecznej Francji: Coco Chanel, Charles de Gaule, Picasso, Renoir i Josephine Baker. Muzyka, taniec i śpiew stanowią tło dla opowieści o pasji, miłości, rywalizacji i poświęceniu.”

Zaplątała mi się ta książka w mojej przestrzeni, więc któregoś dnia pod wpływem impulsu po nią sięgnęłam. I jakoś tak wciągnęla mnie od pierwszych stron. Mimo że to historia rewiowej artystki, a więc i opowieść o dążeniu do kariery, sławy, opowieść o wielkim świecie przepychu i ogólnie o tym wszystkim, co w ogóle nie leży w sferze moich zainteresowań. A jednak jakoś tak polubilam główną bohaterkę. Bo dla mnie to zwyczajna dziewczyna, a jednocześnie na swój sposób wyjątkowa. Dziewczyna z pasją. Dziewczyna z sercem, z którym mimo sławy i bogactwa nie utraciła kontaktu. I gdzieś tak między wierszami to właśnie przesłanie tej książki wyczatałam. Niezależnie jakie są nasze życiowe ścieżki, w jakim świecie się obracamy, to zawsze mamy wybór słuchać lub nie swojego serca.

mandale i cytaty

„W tobie jest słońce i księżyc, i niebo, i wszystkie cuda wszechświata. Ten, kto stworzył te niezwykłości, stworzył również ciebie. Wszystkie otaczające cię rzeczy wywodzą się z tego samego źródła. Wszystko jest jednością.”

(Robin Sharma – „Mnich, który sprzedał swoje ferrari”)

„Córka króla elfów” – Lord Dunsany

„Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałby dzisiejszym boom high fantasy bez jednego z głównych twórców jej podwalin, Lorda Dunsany. Był on prawdopodobnie największym pisarzem fantasy na świecie… „Lord Dunsany to mistrz czarodziejskiej prozy, dotąd praktycznie nieznany polskim czytelnikom. Mistrz równie ważny dla gatunku, jak Tolkiem, Howard czy Le Guin. Przyjmijmy go życzliwie, a na pewno nie pożałujemy” Marek S. Nowowiejski.”

Mimo że raczej nie jestem fanką takich lektur, to jednak sięgnęłam po tę książkę głównie z powodu elfickich klimatów. Po prostu poczułam, że bardzo chcę wyruszyć choć na maleńką podróż do elfiej krainy. I było warto. Bo chociaż baśniowy charakter tej opowieści nieco mnie nużył i momentami przynudzał, to i tak doceniam piękno w niej ukryte. A dodatkowo książka ta pomogla mi odnaleźć dawno zapomniene szczegóły pewnych wspomnień, a to ma dla mnie jeszcze większą wartość.

„Szaman miejski” – Serge Kahili King

„Teraz, nawet jeśli nie możesz wybrać się na pustkowie, ani podjąć długotrwałej nauki u mistrza, możesz nauczyć się praktykować sztukę szamanizmu. Przystosowany do dzisiejszego świata w niepowtarzalny sposób, hawajski szamanizm podąża ścieżką łowcy przygód, wprowadzając zmiany poprzez miłość i współpracę – w odróżnieniu od powszechnie znanej ścieżki wojownika, która kładzie nacisk na samotne poszukiwania i zwyciężanie dzięki sile.
Ten pierwszy praktyczny podręcznik stosowania starożytnej sztuki uzdrawiania w naszym współczesnym życiu pozwoli ci dowiedzieć się, jak:
interpretować i zmieniać swoje sny,
uzdrawiać siebie, swoje związki i otoczenie,
przepowiadać przyszłość z szamańskich kamieni,
projektować i przeprowadzać potężne rytuały,
zmieniać postaci,
prowadzić wizjonerskie wyprawy poszukiwawcze do innych rzeczywistości.”

„Szaman miejski” to jedna z najlepszych książek wprowadzająca czytelnika w praktyczny szamanizm hawajski. Nie trzeba mieć jakiś wyjątkowych, szczególnych zdolności aby świadomie kreować swoją rzeczyczywistość. Ważne jest jedynie otwarte serce i otwarty umysł i moemy naprawdę w cudowny sposóbczynić nasze życie i świat piękniejszym. Wszystko służy uzdrowieniu.
Dlatego też książka należy do tych, które nie są na jeden raz, ale do których się ciągle wraca. To skarbnica wspaniałych ćwiczeń, szamańskich praktyk czy też raczej narzędzi jakie oferuje huna każdemu, kto chce jako szaman miejski świadomie kreować swoją rzeczywistość. I za każdym razem kiedy po nią sięgam, na nowo czuję taki zachwyt i pokorę jednocześnie, wobec prostoty, mądrości i błogosławieństwa jakie w sobie ma. Jak dla mnie ta książka to prawdziwy dar i dokładnie tak ją traktuję.

„Anielska uzdrawiająca moc” – Ambika Wauters

„Pragniesz zrozumieć swoje życie i nauczyć się czerpać z niego radość? Zwróć się o pomoc do aniołów, a twoje życie ulegnie przemianie. Anioły są pośrednikami między ludzkością a Boskością. Przynoszą ukojenie, prowadzą nas i towarzyszą na naszej życiowej ścieżce. Gdy masz kontakt z aniołami, nigdy nie jesteś sam…Dzięki tej inspirującej książce odkryjesz wpływ boskości na swoje życie. Przekonasz się, w jaki sposób możesz osiągnąć duchową dojrzałość, a także dowiesz się, jaką rolę odgrywają anioły w twoim procesie rozwoju. Poznasz trzy poziomy Nieba oraz anielskie istoty, które je zamieszkują. Nauczysz się współpracować z anielską energią (głównie za pośrednictwem czakr) nad uzdrawianiem i wzmacnianiem swojego umysłu, ciała i ducha.”

Nie wiem co dokładnie mi się nie podobało w tej książce, ale nie przypadła mi ona zbytnio do gustu. I nie z powodu tematyki, bo przecież wiedziałam o czym będzie i świadomie wybrałam sobie taką lekturę. Ale mimo wszystko coś mi w niej przeszkadzało. Może pewna schematyczność, też swoista suchość. Bo całość napisana jest jak jakiś podręcznik na temat aniołów. Nie ma tu żadnych osobistych przemyśleń, tym bardziej osobistych doświadczeń. Wszystko takie jakieś wyuczone. Jak dla mnie zdecydowanie męczące i mało zachęcające do tego, by się na anioły otworzyć. Jednym słowem książka w mojej ocenie raczej słaba.

„Poradnik pozytywnego myślenia” – Matthew Quick

„Poznajcie Pata. Pat ma pewną teorię – jego życie to film, który zakończy się happy endem, czyli powrotem jego byłej żony. Pat musi tylko spełnić kilka warunków: robić codziennie setki brzuszków, czytać więcej książek, biegać ubrany w worek na śmieci, żeby zgubić ostatnie zbędne kilogramy, ćwiczyć bycie miłym i dwa razy dziennie łykać kolorowe pastylki. (Fakt, że Pat spędził kilka lat w zakładzie dla psychicznie chorych nie jest chyba wielkim zaskoczeniem). Niestety nic nie układa się tak, jak powinno. Nikt nie chce rozmawiać z nim o Nikki, jego ukochane Orły przegrywają kolejne mecze, a ojciec twierdzi, że Pat przyniósł pecha drużynie. Na domiar złego za Patem łazi piękna, choć równie stuknięta jak on Tiffany, prześladuje go Kenny G, a nowy terapeuta sugeruje zdradę jako formę terapii! Pat nie przestaje jednak myśleć pozytywnie. Czy to wystarczy, by osiągnął swój cel?”

Lekka i przyjemna w czytaniu, ładnie napisana, wciągająca i przede wszystkim mega pozytywna. Taka właśnie jest ta powieść. Jak dla mnie wspaniała. Historia jest może nieco naiwna, ale nie cukierkowa. Ma swoje ciemne strony, ale też i uczy tak bardzo pozytywnego podejścia do życia. I chociaż sama jestem niereformowalną optymistką, to nawet ja mogłam dzięki tej powieści sobie na nowo przypomnieć o tym, jak istotne jest nasze nastawienie. Pat i Tiffany – facet po przejściach i kobieta z przeszłością – oboje mnie totalnie ujęli i bardzo ich polubiłam. Choć jak na „wariatów” przystało mają swoje „zboczenia”, ale to tylko dodało im uroku. Jedynym minusem  w całej powieści była jak na mój gust zbyt duża ilość futbolu, ale z drugiej strony sama mam pasje, więc jak najbardziej potrafię nie tylko zrozumieć, ale i docenić owe futbolowe wstawki.  Ogólnie książka jest po prostu świetna, pełna nadziei i taka właśnie … no pozytywna na maxa.