„Miłość w czasach zagłady” – Hanni Münzer

„Jak daleko posunie się matka, by ratować swoje dzieci? Do czego zdolna jest córka, by pomścić ojca? Czy głęboka, pokonująca wszystkie przeszkody miłość może przetrwać pokolenia i zabliźnić stare rany?

Kiedy Elisabeth Malpran, chcąc ratować rodzinę, wiąże się z SS Obersturmbannführerem Albrechtem Brunnmannem, nie wie jeszcze, że zawiera pakt z diabłem… Pakt, który położy się cieniem na życiu jej córki. Młoda amerykanka Felicity poszukując w Rzymie matki, natyka się na mroczną historię swojej rodziny. Aby ją wyjaśnić, musi się cofnąć do najbardziej ponurego rozdziału dwudziestowiecznej historii i poznać dramatyczne losy swojej prababki – słynnej śpiewaczki operowej Elisabeth Malpran i jej córki Deborah. Splot miłości, winy i pojednania zniszczył obie kobiety i przez pokolenia rzucił cień także na życie Felicity.”

Ile czytelników tyle różnych opinii o tej książce.
Tytuł jest nieco na wyrost, bo szczerze mówiąc, ani tu za wiele miłości, ani zagłady. Oba te tematy są jedynie upchane gdzieś w tle i jedynie mgliście nawiązują do całości. Dla mnie ta powieść to raczej książka o pogubieniu się. O odwadze, ale też o jakimś wyparciu samego siebie. Ale też o tym, że w mniejszym lub wiekszym stopniu mamy do przerobienia karme naszych przodkow. Czytelnik może więc poczuć się nieco rozczarowany. Zwłaszcza, iż książka – choć moim zdaniem napisana całkiem dobrze – ma pewne dziwne przeskoki. Nie wiem nawet jak to ubrać w słowa, ale histria jest opowiedziana tak, że w paru miejscach odniosłam wrażenie, jakby autorce zabrakło pomysłu na połączenie wątków. Mimo to dla mnie była to całkiem dobra lektura. Wciągająca, mroczna, poruszająca.

„Plötzlich Shakespeare” – David Safier

„ZWEI SIND EINER ZU VIEL!
Wenn Mann und Frau sich das Leben teilen, ist das ja schon schwierig. Aber wenn Mann und Frau sich auch noch ein und denselben Körper teilen müssen, dann ist das Chaos perfekt!
Die liebeskranke Rosa wird per Hypnose in ein früheres Leben versetzt. In den Körper eines Mannes, der sich gerade duelliert: William Shakespeare. Wir schreiben das Jahr 1594, und Rosa darf erst wieder zurück in die Gegenwart, wenn sie herausgefunden hat, was die wahre Liebe ist. Keine einfache Aufgabe: Sie muss sich als Mann im London des 16. Jahrhunderts nicht nur mit liebestollen Verehrerinnen rumschlagen, sondern auch mit Shakespeare selber, der nicht begeistert ist, dass eine Frau seinen Körper kontrolliert. Und während sich die beiden in ihrem gemeinsamen Körper kabbeln, entwickelt sich zwischen ihnen die merkwürdigste Lovestory der Weltgeschichte.”

Historia zaczyna sie ckliwo-żałośnie. Rosa jest nie tylko żałośnie zakochana w swoim ex, ale też w przypływie żałosnej  pijackiej weny robi swojemu obiektowi westchnień żałosną scenę wyznań miłości. Potem, pod wpływem jeszcze bardziej dla mnie nieogarniętej weny, Rosa udaje się do cyrkowego hipnotyzera z prośbą o… Hahaha, na pewno nie prosiła właśnie o to, ale czyż wlaśnie tak w życiu nie bywa, iż prosimy o coś, a nasze prośby sie spelniają w zupełnie dla nas nieoczekiwany i całkowicie inny sposób niż to sobie wymyśliliśmy. A Wrzechświat ma naprawdę poczucie humoru. Ten w powieści rownież. I tak oto Rosa ląduje w ciele Szekspira, żeby nie bylo z nim samym oczywiście. A dwoje w jednym ciele to zdecydowanie za dużo. No chyba żeby nie…

Uśmiałam się przy tej lekturze cudownie. A śmiechu mi było trzeba. I łez widocznie też, bo pod koniec zryczałam się tak, jak pewnie tylko kobiety się zryczeć przy czytaniu potrafią. I wcale nie było smutno. Tylko tak… no jak to u Safiera: z takim pięknym, cudownym, uzdrowiającym przekazem. I poruszyło moje serce. Poruszyło moją duszę. I sama musiałam siebie bardziej pokochać.

„Dzika lawenda” – Belinda Alexandra

„Dzika lawenda to opowieść o losach Simone Fleurier, która po tragicznej śmierci ojca musi opuścić rodzinną farmę i wyjechać do Marsylii. Rozpoczyna ciężką pracę w pensjonacie surowej ciotki, gdzie poznaje piękną i cyniczną gwiazdę estrady. Dzięki niej odkrywa fascynujący świat rewii.
Talent i determinacja otwierają przed młodą Simone drogę na szczyty sławy. Jednak wraz z wybuchem II wojny światowej nadchodzi czas wielkich zmian i ryzykownych decyzji, które nadadzą jej życiu zupełnie nowy sens.
Dzika lawenda zabiera czytelnika w fascynującą podróż, która rozpoczyna się w sielskiej atmosferze Prowansji i uliczkami Marsylii wiedzie do najwspanialszych rewii Paryża, zahaczając po drodze o dekadencki, przedwojenny Berlin i rozbrzmiewający jazzem Nowy Jork.
W subtelnej mieszance literackiej fikcji i historycznych faktów przewijają się sławne osobistości dwudziestowiecznej Francji: Coco Chanel, Charles de Gaule, Picasso, Renoir i Josephine Baker. Muzyka, taniec i śpiew stanowią tło dla opowieści o pasji, miłości, rywalizacji i poświęceniu.”

Zaplątała mi się ta książka w mojej przestrzeni, więc któregoś dnia pod wpływem impulsu po nią sięgnęłam. I jakoś tak wciągnęla mnie od pierwszych stron. Mimo że to historia rewiowej artystki, a więc i opowieść o dążeniu do kariery, slawy, opowieść o wielkim świecie przepychu i ogólnie o tym wszystkim, co w ogóle nie leży w sferze moich zainteresowań. A jednak jakoś tak polubilam główną bohaterkę. Bo dla mnie to zwyczajna dziewczyna, a jednocześnie na swój sposób wyjątkowa. Dziewczyna z pasją. Dziewczyna z sercem, z którym mimo sławy i bogactwa nie utraciła kontaktu. I gdzieś tak między wierszami to właśnie przesłanie tej książki wyczatałam. Niezależnie jakie są nasze życiowe ścieżki, w jakim świecie się obracamy, to zawsze mamy wybór słuchać lub nie swojego serca.

„Anielska uzdrawiająca moc” – Ambika Wauters

„Pragniesz zrozumieć swoje życie i nauczyć się czerpać z niego radość? Zwróć się o pomoc do aniołów, a twoje życie ulegnie przemianie. Anioły są pośrednikami między ludzkością a Boskością. Przynoszą ukojenie, prowadzą nas i towarzyszą na naszej życiowej ścieżce. Gdy masz kontakt z aniołami, nigdy nie jesteś sam…Dzięki tej inspirującej książce odkryjesz wpływ boskości na swoje życie. Przekonasz się, w jaki sposób możesz osiągnąć duchową dojrzałość, a także dowiesz się, jaką rolę odgrywają anioły w twoim procesie rozwoju. Poznasz trzy poziomy Nieba oraz anielskie istoty, które je zamieszkują. Nauczysz się współpracować z anielską energią (głównie za pośrednictwem czakr) nad uzdrawianiem i wzmacnianiem swojego umysłu, ciała i ducha.”

Nie wiem co dokładnie mi się nie podobało w tej książce, ale nie przypadła mi ona zbytnio do gustu. I nie z powodu tematyki, bo przecież wiedziałam o czym będzie i świadomie wybrałam sobie taką lekturę. Ale mimo wszystko coś mi w niej przeszkadzało. Może pewna schematyczność, też swoista suchość. Bo całość napisana jest jak jakiś podręcznik na temat aniołów. Nie ma tu żadnych osobistych przemyśleń, tym bardziej osobistych doświadczeń. Wszystko takie jakieś wyuczone. Jak dla mnie zdecydowanie męczące i mało zachęcające do tego, by się na anioły otworzyć. Jednym słowem książka w mojej ocenie raczej słaba.

„Poradnik pozytywnego myślenia” – Matthew Quick

„Poznajcie Pata. Pat ma pewną teorię – jego życie to film, który zakończy się happy endem, czyli powrotem jego byłej żony. Pat musi tylko spełnić kilka warunków: robić codziennie setki brzuszków, czytać więcej książek, biegać ubrany w worek na śmieci, żeby zgubić ostatnie zbędne kilogramy, ćwiczyć bycie miłym i dwa razy dziennie łykać kolorowe pastylki. (Fakt, że Pat spędził kilka lat w zakładzie dla psychicznie chorych nie jest chyba wielkim zaskoczeniem). Niestety nic nie układa się tak, jak powinno. Nikt nie chce rozmawiać z nim o Nikki, jego ukochane Orły przegrywają kolejne mecze, a ojciec twierdzi, że Pat przyniósł pecha drużynie. Na domiar złego za Patem łazi piękna, choć równie stuknięta jak on Tiffany, prześladuje go Kenny G, a nowy terapeuta sugeruje zdradę jako formę terapii! Pat nie przestaje jednak myśleć pozytywnie. Czy to wystarczy, by osiągnął swój cel?”

Lekka i przyjemna w czytaniu, ładnie napisana, wciągająca i przede wszystkim mega pozytywna. Taka właśnie jest ta powieść. Jak dla mnie wspaniała. Historia jest może nieco naiwna, ale nie cukierkowa. Ma swoje ciemne strony, ale też i uczy tak bardzo pozytywnego podejścia do życia. I chociaż sama jestem niereformowalną optymistką, to nawet ja mogłam dzięki tej powieści sobie na nowo przypomnieć o tym, jak istotne jest nasze nastawienie. Pat i Tiffany – facet po przejściach i kobieta z przeszłością – oboje mnie totalnie ujęli i bardzo ich polubiłam. Choć jak na „wariatów” przystało mają swoje „zboczenia”, ale to tylko dodało im uroku. Jedynym minusem  w całej powieści była jak na mój gust zbyt duża ilość futbolu, ale z drugiej strony sama mam pasje, więc jak najbardziej potrafię nie tylko zrozumieć, ale i docenić owe futbolowe wstawki.  Ogólnie książka jest po prostu świetna, pełna nadziei i taka właśnie … no pozytywna na maxa.

„Ocalały” – Sam Pivnik

„Sam Pivnik ocalał ze świata, którego już nie ma. Mógł zginąć kilkanaście razy, ale dzięki szczęściu, sile i determinacji przeżył i mógł opowiedzieć swoją nadzwyczajną historię.
W dniu jego trzynastych urodzin, 1 września 1939 roku, nazistowskie Niemcy najechały na Polskę, a wraz z tym wydarzeniem życie Pivnika zmieniło się nieodwracalnie. Przeżył będzińskie getto, a potem przez sześć miesięcy pracował jako więzień na osławionej rampie w obozie Auschwitz-Birkenau, gdzie dokonywano selekcji ludzi z kolejnych transportów, kierując niektórych do obozu, a innych wprost do komór gazowych.
Po tych traumatycznych doświadczeniach trafił do obozu przy kopalni Fürstengrube (dzisiaj kopalnia „Wesoła”). Przeżył morderczy „marsz śmierci” po obozach w głębi upadającej III Rzeszy i jest jednym z niewielu, którzy wyszli cało z ataku samolotów RAF na statek więzienny Cap Arcona, o którym sądzono mylnie, że przewozi uciekających esesmanów. W końcu dotarł do Londynu.
Teraz Sam Pivnik, już po osiemdziesiątce, opowiada, jak wyratował się z najbardziej niebezpiecznych i przerażających opresji wojennych.”

Ja już sama nie wiem dlaczego ciągle sięgam po tego typu książki. Czytalam wiele książek o holocauście, wiele wspomnień osób które przeżyły piekło tamtych czasów. I za każdym razem tak samo w środku cierpię. Bo to nie jest tylko tak, że te wspomnienia napawają mnie smutkiem, szokują czy wzbudzają inne przykre emocje. To coś więcej. coś co nawet trudno mi ująć w słowa…

Przeżycia młodego Szlamka są tak samo dramatyczne jak tysięcy innych żydowskich więźniów obozów koncentracyjnych. Nie sposób więc ani tej książki oceniać, ani napisać, że jest dobra czy nie. Jest na pewno mocna, na swój sposób przerażajaca i każdy musi sam zdecydować czy chce po taką lekturę sięgnąć.

„Starcie królów” – George R.R. Martin

„Żelazny Tron jednoczył Zachodnie Królestwa aż do śmierci króla Roberta. Wdowa jednak zdradziła królewskie ideały, bracia wszczęli wojnę, a Sansa została narzeczoną mordercy ojca, który teraz okrzyknął sie królem. Zresztą w każdym z królestw, od Smoczej Wyspy po Koniec Burzy, dawni wasale Żelaznego Tronu ogłaszają się królami. Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk, przynosząc zapowiedź końca lata, jakie pamiętali żyjący ludzie. Najgroźniejszym wrogiem dla wszystkich bez wyjątku może okazać się nadciągająca zima…”

O ile jeszcze pierwszym tomem „Pieśni Lodu i Ognia” byłam w miarę zachwycona, to przy tym już tak nie było. I nie, nie chodzi o to, żebym się nudziła przy tej lekturze. Bo co tu dużo się rozpisywać, akcja jest wartka i mimo wszystko tak wciągająca, że momentami było mi trudno się oderwać od czytania. Jednak jak to się mówi: im dalej w las, tym ciemniej. I dla mnie w pewnym momencie poziom owej „ciemności” stał się bardzo ciężki do strawienia. Sceny pełne okrucieństwa, brutalności i przede wszystkim jakieś takie przedstawienie tego tak, jakby było to czymś najnormalniejszym na świecie, totalnie mnie zraziły.

Jesteś tym co jesz.
Jesteś tym czym karmisz swój umysł.
Nie chcę karmić mojego więcej taką energią.
Daruję sobie więc czytanie kolejnych tomów.

„Syn kota Salomona, który naprawia ludzkie życie” – Sheila Jeffries

„Timba jest synem Salomona, kota, który leczy dusze. Ma zaledwie sześć tygodni, gdy zostaje porzucony w krzakach. Przerażonego, zziębniętego, głodnego kotka znajduje Leroy, mały chłopiec, bardzo samotny i nieszczęśliwy. Bez przyjaciół i kolegów, w domu też ma kłopoty.
Timba chce być jego przyjacielem, ale Leroy nie potrafi postępować z małym kociakiem…
Poznaje Angie, młodą nauczycielkę Leroya. Między nimi tworzy się szczególna więź. Czy Timba pomoże Angie przetrwać złe chwile, które do niej przyjdą? Czy odnajdzie swojego brata Vati i razem użyją kocich mocy, by uzdrowić życie ludzi, których kochają?”

Kolejna opowieść autorki o kolejnym cudownym kocie. Znowu tak pełna ciepła, magii i takiej prostej lekcji dla nas ludzi. I co tam, że książka jest przewidywalna. Najważniejsze jest to wszystko zawarte między wierszami. Ten uśmiech, ktory wywoluje na twarzy. Ten zachwyt i ciepełko w sercu. Takie dotkniecie Milości, jakkolwiek to brzmi. Bardzo polecam nie tylko dla miłośników kotów.

„Echa przeszłych wcieleń” – Judith Marshall

„Astrolog w starożytnym Egipcie? Wikińska wojowniczka, która niejednokrotnie dowiodła swej dzielności w boju? Uzdrowicielka oskarżona o czary w czasach króla Jerzego? Renesansowy odkrywca, badający nieznane lądy? Kim byliśmy w poprzednim wcieleniu i jaki wpływ ma to na nasze aktualne życie?
Judith Marshall zabiera czytelnika w inspirującą podróż, podczas której prezentuje techniki poznawania przeszłych wcieleń oraz gromadzenia wiedzy ułatwiającej zrozumienie doświadczeń przeżywanych w aktualnej inkarnacji. Ta książka – w której praktyczne porady przeplatają się z osobistymi przeżyciami samej autorki – to dowód na to, jak wielka mądrość i uzdrowienie mogą płynąć z odkrywania poprzednich wcieleń.
Znaki, synchroniczność, wrażenia z dzieciństwa, sny, wspomnienia, instynktowne reakcje na ludzi i miejsca a nawet nagłe przeskoki w świadomości lub w czasie – to tylko nieliczne przykłady tego, jak mogą objawiać się migawki z poprzednich wcieleń. Przy pomocy zawartych w tej książce sprawdzonych ćwiczeń uczymy się, jak badać własne minione życia i wykorzystać wyciągnięte z nich lekcje do rozwoju w życiu obecnym.
Przypominając sobie fragmenty przeszłych inkarnacji, dosłownie „składam je z powrotem”, sprawiając, że różne części lub „składniki” duszy powracają do naszej świadomości – i stajemy się całością.
Aby zrozumieć teraźniejszość, trzeba najpierw dotrzeć do przeszłości!”

Książka wciągnęła mnie od pierwszych stron, mimo że nie jest to ani powieść, ani też lektura na jeden wieczór. Autorka dzieląc się swoimi odkryciami odnośnie swoich poprzednich wcieleń w piękny sposób zachęca i czytelnika do tego, by zajrzał za zaslonę niepamięci i dotarl do dawnej przeszłości samego siebie. Jak dla mnie była to bardzo interesująca lektura, tym bardziej cenna, iż zawiera też szereg praktycznych wskazówek i pomocnych w odkrywaniu poprzednich wcieleń. Ogólnie temat dla mnie nie jest nowy, dlatego też ksiązkę potraktowałam bardziej jak swego rodzaju poradnik, a nie przetarcie ścieżki dla nowego sposobu myślenia. I bardzo mi ten poradnik przypadł do gustu. Dlatego zainteresowanym tematyką jak najbardziej polecam.

„Gra o tron” – George R.R. Martin

„W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy oraz starzy bogowie. Co prawda zbuntowani władcy pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain, ale tyranowi udało się zbiec; śmierć dosięgnęła go dopiero z ręki gwardzisty. Niestety obalony władca pozostawił po sobie potomstwo, równie szalone jak on sam… Opuszczony tron objął Robert – najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.”

Nie oglądalam do tej pory serialu, więc czytając mogłam całkiem po swojemu zanurkować w świat tej powieści. Tym bardziej to dla mnie było cenne, bo tego typu fantastyka nie należy do moich ulubionych gatunków. Co tu dużo pisać, książka jest świetna. Naprawdę dobrze napisana. Wciągnęła mnie na maxa, od pierwszej do ostatniej strony. Co prawda jak na moje poczucie smaku zbyt wiele tu zdrad, przemocy, nienawiści, kłamstw, matactwa i tego typu syfu, a za mało tak dla równowagi prawdziwej przyjaźni, miłości, zwyczajnej serdecznosci, ale i tak ogólnie powieść mi się bardzo podobała. Chętnie sięgnę zatem po kolejny tom.

„Wyprawa po tajemnice Inków” – Claudia Gudelius

„Akcja powieści rozgrywa się w szesnastowiecznej Hiszpanii. Były to czasy gdy Inkwizycja niemalże każdemu ponadprzeciętnie inteligentnemu dziecku przypisywała konszachty z diabłem.
Właśnie taki los spotkał trzynastoletniego Gonzalo Porrasa, późniejszego skrybę – Lo Scrittore. Rodzice pragnąc uchronić go przed szponami Inkwizycji zdecydowali się, wysłać syna na drugą stronę Atlantyku, do Nowego Świata. W ten sposób Gonzago dotarł do Królestwa Inków – Peru, gdzie też rozpoczęła się jego niezwykła przygoda.
Bohater dzięki swoim ponadprzeciętnym zdolnościom lingwistycznym szybko opanował język tamtejszych Indian. Staje się to jednak przyczyną dla której wbrew własnej woli zostaje wcielony do hiszpańskiej armii w roli tłumacza. Przemierzając kraj z okupantami, jest świadkiem aktów gwałtu i mordów rdzennej ludności i nie znającej granic chciwości hiszpańskich żołnierzy oraz dominikańskich misjonarzy.
Stając w obronie ciemiężonych Indian, zostaje skazany na karę śmierci przez spalenie na stosie, ulubioną przez Inkwizycję formę pozbawiania życia. Wprawdzie udaje mu się zbiec, lecz od tego momentu zostaje niemową i a swoje myśli może przekazywać wyłącznie na papierze.”

Wow! Dawno nie czytałam książki, która aż tak by mnie wciągnęła, a jednocześnie wywołała tyle różnych emocji. Autorka w cudowny sposób zabrała nas do kraju Inków, przybliżyła ich kulturę, mądrość, wiedzę, ale również zbrodnie jakie na nich dokonano. Książka jest powieścią, ale opiera się na wielu historycznych faktach i tym samym w barwny, niezwykle ciekawy sposób przedstawila realia XVI-wiecznej rzeczywistości.

Jednak dla mnie ta książka to również opowieść o odwadze, jaką trzeba mieć, by wyrwać się z ramek myślowych, w jakie zostajemy wbici poprzez wychowanie i wpajane nam wzorce. To także swojego rodzaju przeslanie, że patrzeć należy sercem. Wezwanie do tego, by na nowo odnależć w sobie tę silę, która pomaga naszemu duchowi wzrastać.

„Zwilczona” – Adrianna Trzepiota

„To magiczna powieść, która porusza czułe strony kobiecego serca.
Jaśmina mieszka w malowniczym mazurskim miasteczku, w otoczeniu przepięknych jezior i lasów. Ma cudownego męża i córeczkę. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zburzyć jej poukładanego życia.
Pewnego dnia wszystko się zmienia, a nad jej życiem zaczynają zbierać się czarne chmury. Grozi jej utrata pracy, a mąż ma wypadek motocyklowy, po którym staje się nieznośnym i apodyktycznym mężczyzną.
Wkrótce za sprawą niezwykłych wydarzeń Jaśmina doznaje przebudzenia, które powoli prowadzi ją do odkrycia prawdy o sobie. Kobieta należy do dwóch światów: realnego i magicznego, do którego wstęp może mieć jedynie za pomocą intuicji.”

Sam tytuł i okładka spowodowały, iż w mojej wyobraźni pojawiła się wizja jaka ta książka niby będzie. Okazało się jednak, że widocznie moja fantazja jest nieco bardziej magiczna, niż fantazja autorki. Nie mniej jednak książka naprawdę mnie wciągnęła. W niektórych momentach nawet zachwycała. Bo też Adrianna Trzepiota wykreowała świat pełen poezji, legend, magii i tajemnic. Ten zachwyt jednak wraz z kolejnymi rozdziałami nieco opadał. Bo niby nadal było magicznie i fasacynująco, ale w miarę jak główna bohaterka coraz bardziej rozkwitała, tak powieść w jakiś sposób coraz bardziej przywiędła. Nie wiem nawet jak to dokladnie specyzować. Ale miałam wrażenie, jakby autorka najpierw miała nieco inny zamysł, a potem pociągnęło ją co innego. Pojawia się jakiś wątek, potem jest jakby porzucony i uwaga przenosi się na coś zupełnie innego. Powieść jest dla mnie jak nieco niedokonczony obraz, z bialymi plamami w kilku miejscach. Zwodzi, kusi, a potem ciach i mówi „innym razem”.
Teraz sobie tak myślę, że ta książka jest nie tylko dla kobiet, ale jest jak kobieta. Zmienna, wielopoziomowa, trochę chaotyczna i nielogiczna, a jednocześnie piękna i pociągająca. Taka właśnie kobieca.

„Zwyczajne kobiety, niezwykła mądrość” – Rita Marie Robinson

„Książka „Zwyczajne Kobiety, Niezwykła Mądrość” to zbiór intymnych, szczerych rozmów z kobietami – nauczycielkami duchowymi, które żyją i wyglądają jak każdy z nas. Mają dzieci, mężów, pracę i rachunki do płacenia. Ich wyjątkowość polega na tym, że każda z nich przebudziła się do swojej prawdziwej natury.
I choć wygląda to jak oświecenie, nie ma nic wspólnego ze starym stereotypem transcendencji, braku przywiązania czy niebiańskiej błogości. Wręcz przeciwnie. Oto prawdziwie kobieca strona duchowej podróży – sprowadzenie jej na ziemię i objęcie wszystkiego, co oznacza bycie człowiekiem.
Te prawdziwe życiowe opowieści pokazują na praktycznych przykładach, co znaczy być w pełni przebudzonym i w pełni zaangażowanym. Poznawać i przygarnąć świat bez oporu – nawet i szczególnie wtedy, gdy nie jest to łatwe – w obliczu śmierci, rozwodu, choroby.
To zaproszenie dotyczy każdego z nas … jeśli te zwyczajne kobiety mogą być w pełni przebudzone i na wskroś ludzkie, to dlaczego nie ja, dlaczego nie ty? I dlaczego nie teraz.”

Hmmm…. Chyba nie tego się spodziewałam. Książka rzeczywiście zawiera rozmowy ze zwykłymi kobietami, będącymi jednocześnie nauczycielkami duchowymi, jednak autorka wybrała do swoich wywiadów jedynie pewne specyficzne grono kobiet. Wszystkie bowiem mniej lub bardziej związane są z satsangami, a więc jedną określoną drogą samopoznania. A przecież nie ma tylko jednej ścieżki. Tym samym choć każda z tych kobiet z pewnością jest na swój sposób wyjątkowa, to jednak miałam wrażenie, iż ich ścieżki życiowe, a co za tym idzie i to co pojawiło się w wywiadach reprezentują pewien schemat. No i chyba to spowodowało, że rozczarowała mnie nieco ta książka. Nie jest zła, ale… brakuje w niej różnorodności, brakuje jakiegoś szerszego spojrzenia. No i dodatkowo ta specyfika języka. Jeśli trafi się czytelnik, który do tej pory nie zetknął się z tematem, może momentami mieć problem ze zrozumieniem o czym te kobiety mówią. To wszystko razem powoduje, iż książka, która z założenia powinna mieć potencjał i moc, by poruszać serca, tak naprawdę nieco nuży. A naprawdę szkoda.

„Córka kota Salomona – kotka, która leczy serca” – Sheila Jeffries

„Wzruszająca i ciepła powieść o porzuconym kocie, który pomógł porzuconemu dziecku.
Tallulah, maleńka kotka, to córka Salomona – kota, który potrafił zaglądać w ludzkie serca i leczyć ludzkie dusze. Wkrótce po swoich narodzinach zostaje jednak zabrana od ojca i porzucona…
W końcu trafia do wypełnionego chłodem, chorobą i smutkiem domu rodziny czternastoletniej TammyLee. Dziewczyna żyje z bolesną tajemnicę, która ją przygniata, a kotka zrobi wszystko, co w jej mocy, by pomóc pokonać rozpacz i poczucie winy. I połączyć rozbitą rodzinę…”

Już „Salomon” totalnie mnie oczarowal. Opowieść o jego córce Tallulah spodobała mi się jeszcze bardziej. Jest po prostu cudowowna, niezwykle ciepła i pełna miłości. Gdyby kilka lat temu ktoś mi powiedział, iż będę zaczytywać się w książce o kocie, w dodatku z takim wzruszeniem, to pewnie popukałabym się w głowę. A tymczasem naprawdę tak piękna to była powieść. I tak wiele się można z niej nauczyć, jeśli czyta się sercem…

Pod koniec oczywiście się spłakałam, a to znaczy, iż książka była wyjątkowa. Jak najbardziej polecam, nie tylko kociarzom.

„Rozmowy z Wszechświatem” – Simran Singh

„Czasem… często, nie rozumiemy dokąd prowadzi nas życie. Czasem …często, stoimy przed decyzją czy wyzwaniem i potrzebujemy podpowiedzi, potwierdzenia lub zatrzymania. A czasami po prostu czujemy się zagubieni i zdezorientowani, tęskniąc za kimś, komu moglibyśmy zaufać i dać się poprowadzić. Taki Przyjaciel, Przewodnik, Doradca jest cały czas przy nas i wciąż do nas mówi. To samo Życie. Wielką przygodą może być nauczenie się języka, którym możemy się z Nim porozumiewać, zadawać pytania, rozumieć odpowiedzi.
Parafrazując znane powiedzenie Alberta Einsteina – można żyć dwojako: tak jakby nic nie miało znaczenia i jakby we wszystkim kryło się znaczenie. Autorka książki uczy nas odkrywania znaczeń tego, co dzieje się w naszym życiu. Nic nie jest przypadkowe, wszystko jest szczególną, unikalną informacją, jaką przekazuje nam Wszechświat – i każdy z nas ma i może nauczyć się tego wyjątkowego języka, w którym odbywa się ten dialog. TAKIEJ książki jeszcze nie było. Warto po nią sięgnąć, aby nasza podróż przez życie była sensowna, wartościowa i piękna. I ze zrozumiałą mapą w ręce!”

Szata graficzna urzekająca. Opinie jakie czytałam o tej książce były też bardzo zachęcające. Zatem sięgnęłam po nią i ja. No i jakie są moje wrażenia? No cóż. Z jednej strony jest to na pewno niezwykle wartościowa lektura i może nam bardzo pomóc w życiu. Wiele treści w niej zawartych wywoływało we mnie to takie wszystko mówiące „och” i „ach”, jakie wyrywają się w duszy gdy czujemy, że coś porusza nas do głębi. iI jak jakiś kolejny puzzelek w nas samych wskoczy na odpowiednie miejsce odkrywając piękniejsza całość. Jednak jak dla mnie książka jest napisana językiem zbyt patetycznym i metaforycznym, co niezmienie momentami utrudnia jej zrozumienie. Nie rozumię tej skłonności do tego, by pisać o prostych szalenie ważnych rzeczach takimi „kwiatkami”, które wszystko niepotrzebnie komplikują. Ten przerost formy stał się tutaj jak niepotrzebna bariera. Szczególnie ostatnie rozdziały były pod tym względem przesadzone. Jednak ogólnie jak najbardziej książka godna polecenia.

„Salomon – kot, który leczył dusze” – Sheila Jeffries

„W poprzednim życiu Salomon był kotem małej Ellen. Ellen kochała muzykę, a kiedy grała na pianinie, wokół jaśniały anioły. Teraz Ellen nie ma już pianina. Ma zapłakane oczy, męża, przez którego cierpi, synka, o którego się boi, i problemy, które ją przerastają. Pewnego dnia podczas burzy Ellen znajduje na swoim progu wycieńczonego czarno-białego kotka. I od pierwszej chwili wie, że nie jest to zwyczajny kot…
Salomon został zesłany na ziemię przez anioły. Potrafi zaglądać w ludzkie serca i leczyć ludzkie dusze. Przybył tu, by stać się opiekunem rodziny Ellen. Kiedy ona i jej synek zaznają biedy, przemocy, utraty wszystkiego, co kochają, to właśnie Salomon wnosi światło w ich życie. Pomaga im przejść przez strach i bezdomność… i znów zobaczyć anioły. I sam opowiada swoją i ich historię – przyjaźni i miłości, której złota nić łączy nas z niebem…”

Książka bardzo lekka i przyjemna. Ot, na jedno deszczowe popołudnie albo wieczór. No chyba, że lubicie delektować się takimi powieściami nieco dłużej, tak jak ja, to wtedy nawet kilka wieczorów wam ona umili. A może i coś w środku uzdrowi, wszak czytanie o takim kochanym uzdrawiającym kocie i na naszą duszę uzdrawiająco musi zadziałać. Jakbym nie lubiła kotów, (a był czas, iż naprawdę ich nie lubiłam), to najpóźniej po tej lekturze bym je lubić zaczęła. Dziś już wiem, iż na świecie żyje wiele takich kochanych kotów, ktore podobnie jak i Salomon uczą nas miłości i swoją miłością obdarowują. Ta książka to poniekąd taki ukłon w stronę ich wszystkich. Polecam serdecznie.

„Błękitna prawda” – David Deida

„Uznany w świecie nauczyciel, David Deida dzieli się cennymi wglądami na temat odkrywania prawdziwego celu twojego serca, pasji życia i niezmiennej miłości. W części I, pokazuje jak „otworzyć się na całość chwili, odczuwając wszystko tak głęboko w sobie i tak daleko poza sobą jak to możliwe i tak długo jak trwa teraz”. W części II, odkrywa jak kroczyć ścieżką w dzikiej przestrzeni intymnego związku, oświetlaną przez „sztukę i grę seksualnego obdarowywania” i jak umiejętnie kierować gmatwaniną złości, zazdrości, lęku i pożądania.”

Nie była to dla mnie łatwa lektura. Choć jest niezwykle cenna i wartościowa. Jednak mądrość w niej zawartą nie wystarczy pojąć umysłem. Trzeba prawdziwie poczuć w sobie. Poczuć jak przenika nasze jestestwo i właściwie wydobywa to, co już jest tam gdzieś głęboko w nas. Chyba nie do końca byłam gotowa na tę książkę, bowiem nie wszystko z niej pojęłam. Niektóre rozdzaiały były dla mnie jak objawienie, jak wydobycie tego co od dawna w sobie czułam, ale było do tej pory nienazwane. Inne okazały się dla mnie jak bramy, do których wciąż brakuje mi klucza. I chociaż wiem, iż po drugiej stronie kryje się niezwykle piękna kraina, to jednak dla mnie, na tym etapie w którym jestem, jest wciąż niedostępna. Ale wierzę, że za jakiś czas będzie mi dane tam wejść. Wszystko bowiem zmierza we właściwym kierunku i dzieje się we właściwym czasie.

mandale i cytaty

„Intelekt to nie narzędzie do rozwiązywania problemów, lecz narzędzie do zadawania pytań. Gdy zadaje on świadome pytanie, wówczas intuicja daje nam odpowiedź. (…) Odpowiedź płynąca z intuicji zawsze jest poprawna i prawdziwa. Jeśli nie, to oznacza, że nie pochodzi z intuicji. Zwykle jest to pierwsza myśl, która pojawia sie po pytaniu, zanim rozum ma czas odpodzieć na swoje pytanie, bo nie jest stworzony do tego.”

(Colin P. Sisson – „Tajemnica dwunastu kamieni”)

„Tajemnica dwunastu kamieni” – Colin P. Sisson

„Tym razem Colin P. Sisson w formie porywającej fabularnej opowieści prowadzi nas w głąb amazońskiej dżungli, żebyśmy wraz z Haroldem i jego synem Jonathanem szukali ukrytego skarbu. Niczym Indiana Jones Harold zmaga się z dziką przyrodą, a każdy dzień staje się walką o przetrwanie. Czy zagadkowy skarb okaże się wart tego trudu? Wyprawa bohaterów książki okazuje się podróżą mistyczną do odkrycia samego siebie i w miarę czytania staje się historią każdego z nas. Ojciec i syn poznają wewnętrzną prawdę, która jest w każdym z nas, i odkrywają, że żadne zewnętrzne okoliczności, żadne doktryny ani teorie nie mogą dać nam prawdy – ponieważ już nią jesteśmy. Mogą jedynie skierować nas ku prawdziwemu sobie, do naszego wewnętrznego domu, bo w nim leży ukryty wymiar naszej mocy i szczęścia. Zajmująca lektura, od której trudno się oderwać, pełna inspiracji do tego, by żyć świadomym życiem.”

Jeśli ktoś sięgnie po tę książkę i sugerując się opisem z okładki będzie oczekiwał porywającej powieści pełnej przygód w amazońskiej dżungli, to z pewnością będzie srodze rozczarowany. Bo tak naprawdę książka ta jest jedynie zapodaną w formie powieści, cudowną nauką umiejętności bycia w chwili obecnej. Krok po kroku, czy raczej kamień po kamieniu autor odkrywa przed nami kolejne tajemnice czegoś, co jest proste, a mimo to tak cholernie trudne. Dzięki powieściowej formie wszystko przekazane jest w dość prosty sposób. Mimo to, jeśli chce się prawdziwie zrozumieć ową treść, potrzeba naszej uważności albo raczej czytania sercem, a nie jedynie umysłem. Jak dla mnie była to bardzo wartościowa lektura i pewnie za jakiś czas znowu do niej wrócę. Jest tam bowiem tak wiele perełek, iż z pewnoscią niektóre z nich ukażą mi sie dopiero przy kolejnym czytaniu.

„W Chinach jedzą księżyc” – Miriam Collee

„Miriam i Tobias prowadzą spokojne życie w Niemczech. Mają piękny dom, ciekawą pracę, dobry samochód, a przede wszystkim nie mogą się nacieszyć najukochańszą córeczką Amelie.
Wiadomość o pracy w Szanghaju przychodzi znienacka. Jak to, przenieść się do Chin?
Przeprowadzka do Azji wydaje się być szalonym ale jakże oryginalnym pomysłem. Przeczytane książki i przewodniki dają im pewność, że nic nie jest takie straszne, jak się wydaje!
Na miejscu okazuje się, że tak naprawdę o Chinach nie wiedzieli nic!
Zapchane toalety, problemy z chińskimi „złotymi rączkami”, niedziałająca klimatyzacja, oszukujące opiekunki, szaleni taksówkarze, niezrozumiały język, – wszystko to spotyka Miriam i Tobiasa, którzy nie sądzili, że nowe miejsce przysporzy im tylu przygód!

Autorka, Miriam Collée, przez ponad rok pisała o swoim życiu w Chinach na blogu. Zebrane materiały posłużyły jej do napisania książki o życiu codziennym w Państwie Środka. Napisana dowcipnie z zacięciem dziennikarskim. Sama śmieje się, że w Chinach przetrwała dzięki poczuciu humoru, miłości i chińskiemu piwu.”

Hmmm… To mogłaby być naprawdę rewelacyjna lektura. Daleki kraj, całkowicie inna kultura i nawet lekkie pióro z jakim pisze autorka. Niestety, ona sama ze swoim roszczeniowym snobistycznym podejściem do kraju, w którym była przecież gościem, jej brak szacunku dla inności i wręcz pogardliwe traktowanie drugiego człowieka, odebrały mi całą radość z czytania tej książki. Już w połowie byłam bardziej zmęczona jej postawą niż jakimkolwiek opisem tych wszystkich chińskich domowych „katasof. Rozumiem oczywiście, iż totalne inne podejście mieszkańców Chin do wielu spraw może nas, Europejczyków irytować, drażnić lub nawet doprowadzać do szału, jednak nawet wściekać się można bez pogardy dla drugiego człowieka. I właśnie z tych powodów książka pozostawiła we mnie jakiś niesmak.

„Krawcowa z Dachau” – Mary Chamberlain

„Londyn, wiosna 1939 roku. Osiemnastoletnia Ada Vaughan, piękna i ambitna szwaczka, właśnie podjęła pracę u modiste na Dover Street. Kariera stoi przed nią otworem. W wyniku przypadkowego spotkania z tajemniczym Stanislausem von Liebenem Ada trafia do świata przepychu i romansów. Kiedy ukochany proponuje jej wycieczkę do Paryża, pozostaje ślepa na sygnały ostrzegawcze o wojnie na kontynencie: to dla niej szansa na nowy początek.
Gdy Niemcy wkraczają do Francji, Ada zostaje uwięziona w Dachau. Chcąc przeżyć, robi to, co potrafi najlepiej: szyje. Ta decyzja zaważy na jej losach w czasie wojny i po jej zakończeniu.”

Zaznaczyć trzeba, iż książka jest powieścią, fikcją literacką, a nie rzeczywistymi wspomnieniami autorki czy kogokolwiek. Mimo to ma w sobie wielki potencjał. Jest poruszająca i zmuszająca do refleksji. Bo choć główna bohaterka, w zasadzie skrajnie naiwna i wręcz głupiutka zwłaszcza w początkowej fazie powieści, niezbyt wzbudziła moją sympatię, to jednak cała historia naprawdę mnie wciągnęła. Bo to taka książka nie do końca jednoznaczna. O marzeniach i pasjii, o tym, że miłość (w sensie zakochanie) czasem potrafi totalnie zaślepić i dramatycznie zaważyć na całym życiu. O konsekwencjach błędnych wyborów, o tym, że w czasach wojny wszystko jest inne, ale też o potężnej sile nadziei. Dodatkowo autorka poruszyła tu też kwestie, które w tego typu książkach bywają często pomijane. O sytuacji po wojnie, o tym jak traktowane były kobiety, jaka była ich pozycja. Ile z nich walcząc o przetrwanie kończyło na ulicy? I czy my, z naszą perspektywą ludzi, którzy znają wojnę jedynie z książek czy telewizji mamy oceniać?
Historia Ady, mimo że jest fikcją literacją, wydaje się być niezwykle prawdziwa. A zakończenie jest tutaj dodatkowym mocnym akcetem. Jak najbardziej polecam.

„Dwadzieścia siedem snów” – Marta Alicja Trzeciak

„Do zapomnianej przez świat wsi przyjeżdża młoda pisarka, która planuje rozpocząć pracę nad swoją najnowszą powieścią. Wynajmuje pokój u tajemniczej kobiety, zwanej przez miejscowych Szarą. Już pierwsze chwile pobytu u gospodyni pokazują dobitnie, że zarówno dom, jak i cała wieś kryją w sobie wiele sekretów.
Równolegle do fabuły prowadzonej na jawie czytelnik zostaje wprowadzony w świat niezwykle realistycznych snów pisarki. Pojawiają się w nich niby ci sami bohaterowie, których spotyka w świecie rzeczywistym, a jednak zupełnie odmienni od postaci rzeczywistych. Sny prowadzą pisarkę dalej niż jej dociekania na jawie. Podążając ich tropem, główna bohaterka zaczyna odkrywać zarówno tajemnice pobliskiego wzgórza, jak i sekrety skrywane przez mieszkańców całej wsi.
Pisarka pochłonięta swoimi dociekaniami nie zauważa nawet, że jej najnowsza powieść zaczyna pisać się sama. Każdy kolejny sen przynosi nowy rozdział, a zagadki rozwiązują się zarówno podczas jawy, jak i w czasie snu.
Ostatecznie główna bohaterka będzie musiała odpowiedzieć na pytania: Co wydarzyło się naprawdę, a co jej się tylko śniło? Kto jest bohaterem powstającej powieści? Czy przypadkiem nie jest tak, że pisarka to tylko postać z własnej książki?”

No i zaczarowala mnie i przyciągła moja uwagę. Szata graficzna znaczy się. Nie moglam oderwać oderwać od niej wzroku, do syta sie napatrzeć. I tak książka znalazła sie w moim koszyku.

Wczoraj skończyłam czytać. I jakbym ją miala opisać, określić jakoś tylko jednym słowem to powiedziałabym, że jest ambitna. Tak właśnie. Jest cholernie ambitna i  jest to zarówno wielki plus jak mały minus. Bo z jednej strony powieść jest pełna przenośni, niedopowiedzeń, głębokich przemyśleń, a z drugiej uważam, iż prawdziwa magia kryje się w prostocie. I to nagromadzenie metafor, snutych opowieści na tematy różne, przemyśleń, nieco ukrywają przesłanie i mądrość o życiu, o prawach wrzechświata. A przecież to właśnie jest największym skarbem tej powieści. Niemniej jest w niej czar, taki jaki bywa w snach. Pomieszanie realności z magią i czymś bardzo ulotnym. I tak jak to bywa ze snami, tak i tu, nic nie jest jednoznaczne. Od czytelnika zależy interpretacja.

„Rozmowy z aniołami” – Judith Marshall

„Anioły są z nami w każdym momencie naszego życia, gotowe chronić, nieść pomoc, pocieszenie i inspirować – jeśli tylko poprosimy je o wsparcie. Poznaj swoje anioły, stróżów i przewodników, a zachwyci cię to, czego doświadczysz.
W Rozmowach z aniołami znajdziesz relacje z autentycznych spotkań autorki oraz jej najbliższych z niebiańskimi istotami, które nadadzą twemu życiu głębszy wymiar oraz pomogą ci stać się lepszym człowiekiem. Oprócz poruszających historii opisujących anielskie interwencje, autorka przedstawia poszczególnych boskich pomocników: archanioły, wniebowstąpionych mistrzów czy duchowych przewodników, dzięki czemu poznasz rolę, jaką odgrywają te istoty w twoim życiu oraz nauczysz się rozpoznawać ich obecność.
Dowiesz się również, jak anioły komunikują się z nami poprzez przebłyski świadomości, sny, znaki, symbole, sekwencje liczbowe oraz wydarzenia synchronistyczne, a opisane w publikacji proste techniki medytacyjne ułatwią nawiązanie kontaktu z aniołami i interpretację ich przesłań. Dodatkowo, zamieszczony na końcu spis aniołów i wniebowstąpionych mistrzów patronujących konkretnym sprawom, pomoże w odnalezieniu adresata, do którego należy skierować prośbę o pomoc.
Ta inspirująca książka pozwoli przekonać się, że anielska obecność w naszym życiu jest czymś jak najbardziej oczywistym. I nie ma od tej reguły wyjątków.”

I nawet nie wiem jak zacząć, by opowiedzieć o moich wrażeniach po przeczytaniu tej książki. Bo tak naprawdę wcale nie jest ona jakoś szczególnie emocjonalna, poruszająca czy magiczna. Ot, opowiada o aniołach i duchowych przewodnikach, o elementalach, wróżkach i zwierzętach mocy. Jednak pojawiła się w moim życiu w takim momencie, w którym pojawić się powinna. I tym samym dla mnie na swój sposób była jak subtelne dotknięcie moich aniołów.
Przez bardzo długi czas nie dopuszczałam aniołów do swego życia. Byłam na nie tak bardzo zablokowana, że nie chciałam mieć z nimi nic do czynienia. Ale przecież one i tak przy mnie były. I nie narzucając się wzpierały mnie na mojej ścieżce. Czytając tę książkę nagle poczulam, iż wreszcie zdołałam otworzyć swoje wewnętrzne drzwi, które tak długo były zamkniete. Drzwi do aniołów właśnie. Do tego, by zaprosić je do swojego życia. I może zabrzmi to jakoś melodramatycznie albo naiwniacko, ale po prostu czuję, iż ta lektura była dla mnie takim wręcz bardzo obrazowym i symbolicznym początkiem nowej ścieżki w moim życiu.

A już tak całkiem dodatkowo, to znajdujący się pod koniec książki rozdział o zwierzętach mocy też niejako przyniósł mi nowe wiadomości na ich temat. Tym samym lekatura ta była dla mnie tym bardziej wartościowa. Jak najbardziej polecam.