„Nieznane więzi natury” – Peter Wohlleben

„Jeśli spotkałeś się z opinią, że korniki to pasożyty niszczące zdrowy las, a wilki to tylko niebezpieczne drapieżniki, które wymagają odstrzału, to sprawdź, jakie są fakty. W swojej kolejnej książce Peter Wohlleben ujawnia niewidoczne dla zwykłych obserwatorów więzi między wszystkimi stworzeniami – od niepozornych bakterii po dumne dęby i buki. Pokazuje nam, jak ich wzajemne relacje trzymają w ryzach cały bogaty ekosystem przyrody, dzięki czemu pozostaje on w równowadze. Uświadamia, że o środowisko musi dbać nie tylko „leśna policja”. Przyszłość niebieskiej planety zależy również od tego, jaką rolę w tym procesie odegrają ludzie.”

Jak dla mnie książka była niezwykle ciekawa. Może nie aż tak bardzo jak poprzednie części leśnej trylogi, ale jednak ani przez moment się przy tej lekturze nie nudziłam. Peter Wohlleben ma dar opowiadania o wszystkim w bardzo prosty, a jednocześnie interesujący sposób. Tym samym książka (podobnie jak i poprzednie części) nie tylko przybliża czytelnika do natury, zwłaszcza naszych środkowoeropejskich lasów, pomaga lepiej ją poznać i zrozumieć, ale po prostu budzi taką zupełnie nową płaszczyznę połączenia. I to jest niezaprzeczalnie największy dar z tej lektury. Serdecznie polecam.

„Cienie Ziemi” – Beth Revis

„Ostatni tom bestsellerowej trylogii Beth Revis. Kontynuacja „W otchłani” oraz „Miliona słońc”.

Uczestnicy misji docierają do nowej Ziemi, lecz towarzyszy im poczucie przeraźliwej grozy. Są osaczeni przez krwiożercze bestie i paraliżującą roślinność, zagrażają im nieznane technologie. Pojawiają się kolejne morderstwa. Czyżby planeta próbowała zabić swoich kolonizatorów?”

Trzecia część trylogii podobnie jak poprzednie po prostu powala. Jest na maxa wciągająca, zaskakująca, piękna i niesamowita. Znowu mamy tu wiele zagadek, pytań i dramatycznych zwrotów akcji trzymających czytelnika w napięciu i niepozwalających nawet na odrobinę nudy. A przy tym jest w tym wszystkim ukryte piękno i przesłanie.
I kiedy doczytałam do ostatniej strony aż żal było mi się rozstać z bohaterami i tym fantastycznym światem na Centurii Ziemi. Gorco polecam!

„Milion słońc” – Beth Revis

„Misja trwa. Po obaleniu dyktatora na pokładzie „Błogosławionego” zapanowała radość. Nie trwa jednak długo, gdyż okazuje się, że załoga statku skrywała tajemnicę, która może przesądzić o losach wyprawy. Niespodziewanie nowa fala morderstw staje się zalążkiem buntu. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.
Amy rusza tropem tajemniczych wskazówek pozostawionych przez jednego z uczestników misji, a Starszy mierzy się z nowymi wyzwaniami, które stanęły przed nim jako przywódcą. Nikt nie zna odpowiedzi na pytanie, czy kiedykolwiek pasażerowie „Błogosławionego” dotrą do nowej Ziemi…”

Drugi cyklu „W otchłani” jest jeszcze ciekawszy od pierwszego. A ż trudno było mi sie oderwać od czytania. Amy przestała być już tak irytująca, stała się jakby dojrzalsza, a przez to bardziej sympatyczna. Również Starszy przytłoczony spoczywającą na jego barkach odpowiedzialnością znacznie wydoroślał. Oboje nie są już zagubionymi dzieciakami, a parą młodych ludzi, która dzielnie stawia czoło niebezpieczeństwom i wyzwaniom. A dfzieje sie naprawdę wiele. Do tego wszystkiego dochodzą zagadki pozostawione przez Oriona i oto mamy pakiet wszystkiego, co czyni tę książkę niesamowicie ciekawą i wciągającą od pierwszej strony do ostatniej. Jak dla mnie rewelacja.

„W otchłani” – Beth Revis

„Siedemnastoletnia Amy dołącza do swoich rodziców jako zamrożony ładunek na pokładzie ogromnego statku kosmicznego Godspeed i sądzi, że obudzi się na nowej planecie za trzysta lat. Nigdy nie przypuszczałaby, że jej drzemka skończy się o 50 lat za wcześnie i że będzie zmuszona żyć w wymagającym odwagi i uporu świecie statku kosmicznego, który rządzi się swoimi prawami.
Amy szybko zdaje sobie sprawę, że jej pobudka nie była żadną awarią komputera. Ktoś z kilku tysięcy mieszkańców statku próbował ją zabić. I jeśli Amy nie zrobi czegoś i to szybko, jej rodzice będą następni.
Teraz Amy musi spieszyć się, aby rozszyfrować ukryte sekrety statku Godspeed. Lecz wśród jej listy podejrzanych morderców jest tylko jeden, który naprawdę się liczy: Elder, przyszły dowódca statku i miłość, której nigdy by nie przewidziała.”

O mamuńciu! Nie myślalam, że ta książka aż tak mnie zachwyci. Oczywiście jak to ja, sięgnęłam po nią zauroczona szatą graficzną. Pewnie gdyby nie ta okładka, to bym nie zwróciła na tą książkę najmniejszej uwagi, tym bardziej, że s-f nie należy do moich ulubionych gatunków. No ale na szczęście nie przypadkiem powieść otrzymała taką cudną sztę graficzną. Chyba właśnie po to, by przyciągnąć mnie do siebie. I co tu dużo mówić: książka totalnie mnie oczarowała. Zaczęło się w sumie niezbyt pociągająco jak na moje gusta: jakieś igły, rurki w gardle, zamrażanie …. beeee. Ale potem… potem zrobiło się naprawdę ciekawie, nieprzewidywalnie i po prostu tak, że człowiek nie może się doczekać by sięgnąć po kolejne cześci tej kosmicznej przygody.
Jeśłł jeszcze nie czytaliście, to jak najbardziej polecam.

„Anna, Hanna i Johanna” – Marianne Fredriksson

„Trzy kobiety, przedstawicielki trzech pokoleń jednej rodziny. Mogłoby się wydawać, że nigdy nie połączyły ich naprawdę silne więzy, że dzieliło ich wiele zadawnionych pretensji i niedomówień. W rzeczywistości ich losy tworzą ciąg wzorców, dziedziczonych przez kolejne generacje. Przekona się o tym najmłodsza z bohaterek, kiedy nie mogąc się porozumieć z umierającą matką, sama postanawia rozwikłać zagadki rodzinnej przeszłości.”

Sagi rodzinne na pewno nie należą do mojego ulubionego gatunku literatury, ale od czasu do czasu lubię sobie jakąś poczytać. Po tę sięgnęłam po prostu na chybił trafił. I jak było? Z jednej strony nieco chaotycznie, z drugiej nieco leniwie. Wszystko oplecione skandynawskim klimatem i odrobiną tła historycznego. Nie porwała mnie ta powieść na tyle, bym była nią zachwycona albo jakoś bardzo poruszona, ale czytało się całkiem fajnie. Nie byłam ani zmęczona tą lekturą, ani znudzona. Ot, tak jak w życiu nie zawsze dni są jakąś wielką przygodą, a mimo wszystko każdy na swój sposób jest wyjątkowy. Tak samo było i tutaj, czasem radośniej, a często bardzo smutno, może nie porywająco, ale na swój sposób pięknie.

stawiam się

Padł mi komp więc na razie nie bardzo mam jak tutaj pisać. A tyle się dzieje. Tyle w głowie pojawia się przemyśleń, tyle w duszy poruszeń, tyle wizji nowych, nawet snów. No i nowe odkrycia. A właściwie stara mądrość, która na nowo się do mnie przebiła. To co od zawsze jakoś czułam w sobie, ale pod wpływem różnych emocji, ego, czasem lenistwa czy buntu niekoniecznie zawsze chciałam o tym pamiętać.

A Miłość po prostu jest.

I tak jak już wiele lat temu, tak samo i dziś wciąż takich samych udziela odpowiedzi. Bo kiedy nie wiesz jak, to zapytaj samego siebie: co uczyniłaby teraz Miłość? I będziesz wiedzieć.

I kiedy czasem przyjdzie mi po cichu jakiś impuls, o którym w środku serca wiem, że przyszedł z głębi mojej duszy, a potem wkradają się wątpliwości umysłu, bo „po co”, „nie warto”, „nie powinnaś”, „nie wypada”, czy jakieś jeszcze inne „nie”, to najpierw często jeszcze uciekam. Chowam w sobie ten impuls udając, że go nie było. Ale on był. I ja to wiem. I nie da się oszukać samej siebie, cokolwiek udając. Nie da się uciec od siebie, odkladając to coś na nieokreślone kiedyś. Tzn, może się da. Ale ja już nie chcę. I w zasadzie chyba nigdy nie chciałam, ale nie zawsze miałam od razu odwagę wybrać to, co wiedziałam, że w gruncie rzeczy jest dla mnie naturalne, bo wypływa z najbardziej prawdziwej części mnie samej. I nawet nie muszę pytać ” co zrobiłaby teraz Miłość” bo przecież znam odpowiedź. Ona przychodzi w postaci tego impulsu jeszcze zanim zapytam. Tylko teraz, wreszcie mam coraz więcej odwagi do tego, by prawdziwie stawić się. Nie tylko wybrać, ale prawdziwie stawić się do te tego, co zrobiłaby Miłość.

Bo przychodzi taki moment, kiedy już nie sposób uciekać czy odsuwać od siebie odpowiedzialność. Wiesz. Wybierasz. Stawiasz się.

I nieważne jak się potoczy. Ważne jest owe stawienie się. Owe pójście za tym wewnętrznym najbardziej prawdziwym impulsem. Owo wybranie prawidziwie samego siebie.

Tym jest dla mnie owa pasja życia.

Rozmowy z drzewami – Weronika Dąbrowska

„„Rozmowy z Drzewami” to poradnik dla poszukujących duchowego kontaktu z Naturą, dla artystów, dla ludzi poszukujących własnej mocy i inspiracji w sobie. Drzewa są zanurzone w Miłości i nie mają ambicji zostania autorytetami. Są przewodnikami. Prowadzą każdego do siebie. Nasi przodkowie wiedzieli jaka jest ich moc. W książce pokazuję jak można wrócić do pradawnego kontaktu wszystkiego ze wszystkim na Ziemi z poziomu człowieka zagubionego w cywilizacji europejskiej.”

Ta książka jest z całą pewnością wyjątkowa i nieporównywalna do żadnej innej. I trudno ją upchnąć do jakiejkolwiek kategorii, bowiem tak szerokie są tematy, które porusza. To nie jest książka jedynie o drzewach, ale o wszystkim, o naszym życiu, o duchowości, o światach, duszy. I choć książeczka objętościowo jest raczej niewielka, to z pewnością nie jest to lektura jedynie na jeden wieczór. Ja sama dawkowałam ją sobie w małych kawałeczkach smakując, oswajając się, znowu smakując. Nie była to łatwa lektura. Bo i też treści – przekazy od drzew, nie zawsze były łatwe. Niektóre tematy były mi już znane, wręcz zaprzyjaźnione. Inne zupełnie nowe, zastanawiały, wprowadzały w konsternację, wymagały aby się nad nimi zastanowić, podumać… Choć w zasadzie nie jest to wiedza, którą można zrozumieć jedynie umysłem. Tak, tutaj do czytania tej książki zdecydowanie potrzeba otwartości serca. I czułam od pierwszych stron jak i moja czakra serca się otwiera i wibruje. Nie cały czas, bo były też momenty trudne, nieoswojone, nieco nawet mnie osobiście przygnębijace. Jednak jako całość książka niezwykle mnie poruszyla. Nie potrafię na razie jeszcze ubrać tego w słowa, ale wiem, że coś się we mnie dzięki tej lekturze zmieniło. Coś odblokowało, uwolniło, coś malutkiego się narodziło. I czuję, że dla dzisiejszego człowieka jest bardzo ważne odbudowanie relacji z przyrodą. Też właśnie z Drzewami, skoro one przecież tak bardzo nas wspierają. Jestem wdzięczna Weronice za tą cudowną książkę. Bo dla mnie jest ona takim ważnym kroczkiem do zmian w świadomości, dla mnie samej. I z pewnością jeszcze nie raz będę do niej wracać i odkrywać nowe perełki i nowe bramy do Jedności.

łapacze snów – mój

Tego łapacza zrobiłam dla samej siebie. Jest to szczgólny łapacz, bo zasilają go pióra aż 8 gatunków ptaków (8 jest dla mnie szczególną liczbą, bo to moja liczba urodzeniowa). I tak jest tam po jednym piórze kruka, dzikiego indyka, sroki i  bażanta oraz po dwa piórka perliczki, koguta, kaczki krzyżówki i sójki.

Na zdjęciu tego nie widać, ale te naturalne pióra mają naprawdę piękne kolory. Czarne pióro sroki błyszczy w świetle opalizującą zielenią, krucze wydaje się być czasem aż granatowe. Te od kaczki czy sójki są cudem same w sobie. Każde z tych piór z osobna po prostu mnie zachwyca. A razem tworzą coś niesamowicie pięknego w energiach, przynajmniej dla mnie.

mój

zwierzęta mocy – hiena

źrodło zdjęcia: www.tapeciarnia.pl

Hienowate to rodzina dużych ssakow drapieżnych obejmująca obecnie 4 gatunki. Oprócz tego do rodziny zalicza sie również kilka gatunków wymarłych np hienę jaskiniową. Jeszcze w plejstocenie hieny zasiedlały całą Europę z Wyspami Brytyjskimi włącznie oraz Azję wraz z południowymi rejonami Syberii. Obecny zasięg występowania przedstawicieli tej rodziny obejmuje tereny Afryki na południe od Sahary, Półwysep Arabski, Azję Mniejszą, Pakistan i Indie. Wszystkie hieny mają bardzo charakterystyczną sylwetkę ciała: przód jest wyraźnie masywniejszy i wyższy, co nadaje im wrażenie zgarbionych. Jest to spowodowane tym, że mięśnie przednich łap, barków, szyi i głowy są bardzo silnie rozwinięte. Tylne łapy są nieco krótsze i mniej umięśnione. Pysk hien jest stosunkowo krótki, bardzo masywny, z silnym uzębieniem Uszy bardzo duże, spiczaste lub zaokrąglone. Hieny są palcochodne, a ich łapy zakończone są tępymi pazurami. Hieny tworzą zhierarchizowaną strukturę społeczną, chociaż różni się ona u poszczególnych gatunków. Najbardziej hierarchiczną, opartą na zasadzie matriarchatu, ma hiena cętkowana. Samice są silniejsze i większe od samców i to one tworzą trzon stada. Wielkość klanu i jego rewiru zależy od zamieszkiwanego środowiska. Zazwyczaj w klanie jest od 15 do 80 osobników. Samce wędrują między klanami, samice pozostają w klanie, przy czym córki wyżej postawionych samic dziedziczą ich pozycję w grupie. Samice mają bardzo dużo męskich hormonów, nawet ich zewnętrzne narządy płciowe bardzo przypominają męskie. Są również znacznie bardziej agresywne. Hieny brunatne łączą się w bardziej luźne stada, a hiena pręgowana często żyje samotnie lub wybiera życie w malych grupach. Hieny są aktywnymi drapieżnikami. Jedzą wszystkie małej i średniej wielkości ssaki kopytne. Polują zwlaszcza na gnu, ale czasem uda im się zdobyć mlodego bawoła czy hipopotama. Hiena cętkowana posiada najsilniejsze szczęki wśród ssaków, silniejsze nawet od jaguara. I chociaż hieny nie cieszą się zbyt dobra opinią i często przypisuje się im same negatywne znaczenie, takie jak żerowanie na innych, podstępność czy fałsz, to jednak, podobnie jak wszystkie inne zwierzęta, są wspaniałymi nauczycielami, a dary, jakimi nas obdarzają, są wartościowe i mają swoją wielką moc.

źrodło zdjęcia: www.tapeciarnia.pl

Jako zwierzę mocy hiena nie pojawia się zbyt często. Kiedy jednak wkracza do naszego życia, możemy być pewni, iż przychodzi jako przyjaciel i bardzo silny pomocnik. Hiena jest bowiem przewodnikiem po krainie cienia, posłańcem od naszych przodków i przychodzi do nas, by pomóc nam uzdrowić nasz Ród, a co za tym idzie i nas samych.

Hieny są często postrzegane jako tępe i podłe padlinożercy, którzy podstępnie wykradają zdobycz innym drapieżnikom, czyli żerują na innych. W rzeczywistości hieny są niezwykle rodzinne, inteligentne i dobrze zorganizowane. Owszem, często odżywiają się również padliną, ale przede wszystkim są doskonalymi myśliwymi. Jednymi z najlepszych na sawannie. Hieny atakują tylko wówczas, gdy mają pewność odniesienia sukcesu. W ten sposób jako zwierzę mocy hiena uczy nas jak najlepiej i najskuteczniej odnaleźć się w naszej rodzinie czy grupie. Uczy nas wykorzystywania  w pełni naszego potencjału do współpracy z innymi. Nikt z nas nie żyje w samotności. Każdy ma swoje miejsce i swoje zadania w wielkiej Całości. Dzieląc się z innymi darami, które posiadamy, naszymi talentami i umiejętnościami, tworzymy razem z nimi owe poczucie przynależności, braterstwa, jedności.
Hiena podkreśla tutaj  zwłaszcza nasze więzi z rodziną, z naszym Rodem. Przypomina nam o często zapomnianej prawdzie. O tym, iż to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy, zawdzięczamy w dużej mierze właśnie naszemu Rodowi. To od naszych rodziców, babć i dziadków otrzymaliśmy w genach, w pamieci komórkowej wszystko to, co jest naszą siłą. Również to, co jest naszą słabością. Jednak to, co słabe, wcale takim pozostać nie musi. Nasz Ród przepracowywał pewne schematy już przez wiele pokoleń. My nie musimy ich powtarzać. Możemy wreszcie zamknąć ten proces. Wydobyć to co nieświadome czyniąc to świadomym i w ten sposób uwolnić cały Ród od starych, niesłużących już nikomu programów i wzorów. Pojawienie się hieny w naszym życiu jest wyraźnym znakiem, iż podjęliśmy się tego trudnego zadania. Uzdrawianie Rodu wymaga wielkiej odwagi. Nieraz trzeba stanąć oko w oko z niezwykle ciężkimi traumami lub tajemnicami. Przegryźć się przez twarde skorupy. Zmierzyć się ze starym lękiem, żalem, złością, gniewem, smutkiem, rozpaczą. Tym wszystkim co boli, co dławi, co zniewala. To często jest nie tylko nasz lęk, nie tylko nasza złość czy poczucie żalu, ale również naszych babć czy dziadków. Oczyszczenie, uzdrowienie i przetransformowanie tych energii jest uwolnieniem nie tylko dla nas samych, ale także dla naszych przodków jak i przyszłych pokoleń. Ale to niezwyle trudne zadanie. Hiena nie zostawia nas z tym samych. Może trzyma się nieco w cieniu, tak że nie dostrzegamy jej obecności od razu, ale wspiera nas całą mocą. Dodając nam odwagi, samozaparcia, wytrwałości, zrozumienia, znowu odwagi,  siły i tego poczucia, iż nie jesteśmy sami.
Hiena wie ile przeszliśmy. Zna nasze traumy i traumy naszego Rodu. Wie ile cierpienia, bólu, smutku i innych trudnych emocjii doświadczyliśmy. I pomaga nam to wszystko w nas uzdrowić. Ale samo przebijanie się przez twarde skorupy, rozgryzanie starych wzorów, stawanie naprzeciw dawnym cierpieniom byłoby zbyt trudne i obciążające. Dlatego też hiena przynosi nam w darze coś wspaniałego, co w zasadzie każdy z nas ma juz w sobie. Tym darem jest śmiech. Terapia śmiechem, dzięki której możemy rozładować napięcia emocjonalne, frustrację i stresu. Tak, hiena przywraca nam umiejętność spontanicznego śmiechu. Stwarza ku śmianiu się okazje i po prostu chichra się razem z nami.

Ale hiena nie tylko pomaga nam uzdrowić nasz Ród. Jako zwierzę żyjące w klanach opartych na zasadzie matriarchatu, zwraca ona również szczególnie naszą uwagę na nasz kontakt i więź z Matką. I zarówno chodzi tu o kontakt i więź z naszymi człowieczymi Mamami, jak i z naszą Matką Ziemią. Sama hiena jest bardzo troskliwą mamą, która z ofiarnością opiekuje się potomstwem. I to przez bardzo długo okres czasu, a mianowicie ponad trzy lata. W świecie zwierząt, jedynie słonie i małpy naczelne opiekują się swoimi dziećmi dłużej. Hiena przypomina nam w ten sposób o miłości wszystkich matek. O ich poświęceniu i opiekuńczości. O wszystkim tym, co przez całe życie nam dają. Dlatego podziękujmy naszej Mamie i Gai, naszej Mamie Ziemi. Przytulmy te nasze Mamy, dosłownie lub chociaż w sercu. Nauczmy się na nowo być ich dziećmi w miłości. Bo w istocie tymi dziećmi jesteśmy.

Hieny żyją  w wysoko  zhierarchizowanych strukturach społecznych, tzw. klanach. Każda hiena w obrębie klanu zna nie tylko swoje miejsce, ale również zna wszystkich jej członków. Hieny współpracują ze sobą, pomagają sobie nawzajem, potrafią rozwiązywać socjalne problemy w obrębie swojej społeczności i doskonale się komunikować. Wszystko to pokazuje nam, iż hiena ma dla nas jeszcze jeden ogromny dar. Hiena przywraca nas grupie, rodzinie. Uczy nas owej rodzinności, odpowiedzialności, otwarcia się na naszą rodzinę. A nade wszystko uczy nas jasnej i szczerej komunikacji. Być może są w nas jakieś blokady, które nas tłumią i nie potrafimy się w pełni otworzyć na naszych bliskich. Hiena właśnie pomaga nam je rozpoznać, a potem przetransformować. Tak abyśmy mogli w pełni kochać i respektować wszystkich członków grupy i byśmy i my byli kochani i respektowani.

No i wreszcie hiena nawoluje nas też do tego abyśmy niezależnie od okoliczności byli wierni samym sobie. Kroczyli naszą ścieżką. Jednak obdarza nas tutaj zdolnością dopasowania się do tego co nas spotyka i wychwytywania okazji. Każde wydarzenie, każda sytuacja, każde doświadczenie, choćby najbardziej trudne, kryje też w sobie jakiś skarb. Hiena uczy nas dostrzegać te małe-wielkie dary na naszej drodze. Nie gardzić nimi, a doceniać je i korzystać w pełni . Im bardziej bowiem doceniamy i zauważamy podarunki od Wrzechświata, tym więcej ich do nas dotrze. A nasze życie nabierze lekkości i bedziemy mieli jeszcze wiecej powodów do śmiechu.


ciemna strona: Hiena wskazuje na agresję, wykorzystywanie, żerowanie na innych, podstępność, manipulację, wampiryzm energetyczny, stare, mocno zakorzenione traumy i cienie, konflikty lub brak więzi  z rodziną, szczegolnie z matką, brak umiejętności dopasowania się, roztrząsanie starych traum, brak wybaczenia, postrzeganie w negatywach.


źrodło zdjęcia: www.tapeciarnia.pl

Jeśli hiena jest twoim zwierzęciem mocy wtedy:
* Masz mocno rozwinięte poczucie wspólnoty i dobrze wykształcone socjalne zachowania. Jesteś rodzinny i potrafisz otwarcie okazywać uczucia swoim bliskim i przyjaciołom. Znasz swoje miejsce w grupie i czujesz się za nią odpowiedzialny.
* Jesteś komunikatywny i wyrażasz się nie tylko za pomocą słów ale również niewerbalnie, np przy pomocy mowy ciała.
* Potrafisz wychwytywać nadarzające się okazje i błyskawicznie na nie reagować.
* Lepiej i wydajniej pracuje ci się w grupie niż jako „samotny jeździec”.
* Niezależnie od tego jak trudna sytuacja ci się przytrafia, zawsze potrafisz podejść do niej z humorem i dojrzeć w niej jakiś dar.
* Również pomagasz innym ludziom z twojego otoczenia podchodzić do życia na większym luzie.
* Możesz mieć wybuchowy, choleryczny charakter, ale potrafisz się szczerze śmiać i właśnie śmiech pomaga ci rozładować frustrację i gniew.
* Masz dobry kontakt z Matką Ziemią.

źrodło zdjęcia: www.tapeciarnia.pl

Proś hienę o pomoc i wsparcie jeśli:
* Pracujesz nad uzdrawianiem Rodu. Czujesz, iż dawne wzorce się nie sprawdzają i chcesz zamienić je na nowe.
* Docierasz do starych traum, krzywd i trudnych emocji, twoich własnych lub twojego Rodu. I pracujesz nad ich transformacją.
* Zauważysz, że się socjalnie zbytnio polaryzujesz, tzn. albo izolujesz się od innych lub też za bardzo na innych koncentrujsz, wręcz uzależniasz od nich i potrzebujesz się w tym względzie zrównoważyć.
* Chcesz poprawić swoją komunikację, a co za tym idzie swoje kontakty z innymi.
* Chcesz poprawić swoje kontakty i więź z Mamą.
* Potrzebujesz więcej odwagi by łapać nadarzące się okazje.
* Jesteś przygnębiony oraz zatraciłeś swoją umiejętność dostrzegania komizmu w życiu i pragniesz na nowo odzyskać swoje poczucie humoru.


Hiena według horoskopu afrykańskiego patronuje urodzonym w dniach: 02 VII – 23 VIII.

jazda bez trzymanki

Chciałam tu napisać wpisa, nawet kilka, ale jak to czasem bywa, rzeczywistość układa się w zupełnie innym kierunku. Dzieją się takie rzeczy, że nic już nie jesteśmy w stanie kontrolować i jedynie co możemy, to po prostu zaufać i się temu poddać. I właśnie coś takiego właśnie doświadczam.
Niby – tak patrząc na to wszystko z zewnątrz – nie dzieje się nic jakiegoś spektakularnego, ani nawet wielkiego. Ale kiedy patrzę na to z mojej wewnętrznej perspektywy, to mogę jedynie pochylić głowę w pokorze i jednoczesnym zachwycie.

Ostatnie 2 miesiące były i nadal są (bo nadal jestem w tym procesie) w pewien sposób niesamowicie uwalniające. Oczyszczające. Tyle rzeczy się zadziało, które wszystkie razem pokazują mi, iż powrót do samego siebie, odkrycie swojej duszy, tego cudu którym jestem, którym jest bez wyjątku każdy z nas, to najcudowniejsze co może być. Najlepsza przygoda i najwspanialsza podróż. I właściwie po to tu jestem.
I kiedy już się jest raz na tej drodze, to w którymś momencie przechodzimy przez taki etap, z którego już nie sposób się wycofać. Wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

We wrześniu weszłam w nową wibrację. Wtedy nawet nie wiedziałam że coś takiego jest, że co roku wchodzimy w nowe. W każdym razie ja właśnie przechodziłam z 9 na 1. I nawet jeśli wtedy jeszcze nie miałam o tym pojecia, to i tak wszystko co się właśnie „zadziewa” (wiem, że to kwiatek gramatyczny, ale bardzo mi się podoba), to niejako potwierdza. Już w sierpniu pojawiły się sytuacje, doświadczenia i taka rzeczywistość, która niejako powodowala, iż zamykałam pewne etapy w moim życiu. Zakończyła się też moja znajomość z kimś dla mnie do tej pory ważnym. I chociaż wtedy nie było to zbyt miłe doświadczenie, to dzisiaj wiem, że bylo (przynajmniej dla mnie) bardzo potrzebne. Bo po prostu wypełnilo się między nami to, co miało się wypełnić. Tak czuję. I dzisiaj, mogę napisać, że jestem tej osobie naprawdę wdzięczna. Przez długi czas była ważną częścią mojego życia. Z pewnością wiele razy mi pomogła, wiele razy mnie inspirowała, wiele razy pomagała mi się podnieść z kolan nawet nie wiedząc o tym, że tak pomaga. Za to wszystko jestem jej wdzięczna, bo nie zapomniałam o tym. Mimo to teraz nadszedł właśnie czas na rozstanie, czas kiedy byłam gotowa pójść dalej. Po to bym mogła dalej się rozwijąć. I to się zadziało.

Pojawili się nagle na mojej ścieżce nowi ludzie. Może nie znam ich osobiście czy prywatnie, może oni nawet nie wiedzą o moim istnieniu, ale bardzo mocno to, czym sami promieniują na zewnątrz na mnie zadziałało. Przyciągnęło mnie. Coś w środku mnie aż wołało „to jest to”. Odsłuchałam tyle filmików. Płakałam słuchając ich. Plakalam z radości i z totalnego wzruszenia. Bo każda z tych osób, które tak jakby pozwolily mi wejść w ich pole miłości coś jakby we mnie samej uzdrawiała. I dziękuję im wszystkim. Dziękuję za to że są i promieniują, tym czym promieniują, dziękuję z całego serca za wszystko czym się dzielą, bo wszystko to pomogło mi wreszcie wyruszyć w pełni na spotkanie mojej własnej Duszy.

Tak żeby było jeszcze bardziej synchronicznie, to – patrząc z perspektywy Tzolkiena – akurat wchodziłam w moje Drzewo Życia. I w czasie kiedy trwała jeszcze tracena Burzy przyszły do mnie takie sny i takie bardzo silne odczucia, że wprost nie mogłam się skupić na niczym innym. Wiedziałam, że aby zakończyć ten mój etap 9, potrzebuję jeszcze coś w sobie na nowo ułożyć. Niby stara historia, mocno karmiczna w dodatku, ale tak bardzo obecna we mnie. Poczułam, że muszę wreszcie to zapisać. I kiedy zdecydowałam się na ten krok, wiedziałam, że będzie to dla mnie bardzo ważna podróż. Podroż w głąb siebie. Po to, by we mnie nowe wzory i nowa droga się mogły wyświetlić.

Tutaj chcę podziękować tym, którzy mi w tej podróży towarzyszyli. Wiem, że bez was nie uzdrowiłabym tego co uzdrowiłam. Bez was nie rozpoznałam bym tego, co było jeszcze do rozpoznania. Dziękuję Marioli, Darii, Iwonce, Agniesi i Weronice. Dziękuję Wam dziewczyny za wasze zaufanie, za każdy napisany do mnie meil, odnośnik, każdy szczególik, każdą uwagę, każde zwierzenie. Za rozmowy głosowe, pisane, za czas, który mi poświęciłyście. Za waszą cudowną kojącą obecność, uważność, za waszą Milość. Dziękuję Wam Siostry za to że jesteście.

Ten czas, jest dla mnie czasem podarków. Tak, na ten czas moich duchowych urodzin Wrzechświat zesłał mi tyle cudownych darów. Zesłał ziemskich aniolów, znaki, podpowiedzi. Wszystko po to, abym mogła odnaleźć cząsteczkę samej siebie. Cząsteczkę do tej pory wypartą, nieakceptowaną. Teraz wreszcie mogę ją na nowo w sobie ukochać, przytulić, poczuć i wyśpiewać. Bo to własnie jestem ja.

Dziękuję. Za to co było, co jest i co będzie.

Aloha Mahalo.

„Miłość w czasach zagłady” – Hanni Münzer

„Jak daleko posunie się matka, by ratować swoje dzieci? Do czego zdolna jest córka, by pomścić ojca? Czy głęboka, pokonująca wszystkie przeszkody miłość może przetrwać pokolenia i zabliźnić stare rany?

Kiedy Elisabeth Malpran, chcąc ratować rodzinę, wiąże się z SS Obersturmbannführerem Albrechtem Brunnmannem, nie wie jeszcze, że zawiera pakt z diabłem… Pakt, który położy się cieniem na życiu jej córki. Młoda amerykanka Felicity poszukując w Rzymie matki, natyka się na mroczną historię swojej rodziny. Aby ją wyjaśnić, musi się cofnąć do najbardziej ponurego rozdziału dwudziestowiecznej historii i poznać dramatyczne losy swojej prababki – słynnej śpiewaczki operowej Elisabeth Malpran i jej córki Deborah. Splot miłości, winy i pojednania zniszczył obie kobiety i przez pokolenia rzucił cień także na życie Felicity.”

Ile czytelników tyle różnych opinii o tej książce.
Tytuł jest nieco na wyrost, bo szczerze mówiąc, ani tu za wiele miłości, ani zagłady. Oba te tematy są jedynie upchane gdzieś w tle i jedynie mgliście nawiązują do całości. Dla mnie ta powieść to raczej książka o pogubieniu się. O odwadze, ale też o jakimś wyparciu samego siebie. Ale też o tym, że w mniejszym lub wiekszym stopniu mamy do przerobienia karme naszych przodkow. Czytelnik może więc poczuć się nieco rozczarowany. Zwłaszcza, iż książka – choć moim zdaniem napisana całkiem dobrze – ma pewne dziwne przeskoki. Nie wiem nawet jak to ubrać w słowa, ale histria jest opowiedziana tak, że w paru miejscach odniosłam wrażenie, jakby autorce zabrakło pomysłu na połączenie wątków. Mimo to dla mnie była to całkiem dobra lektura. Wciągająca, mroczna, poruszająca.

moja galeria – Sójeczka

Modelką do tego obrazu była mi sójeczxka sfotografowana przez Zdzisia Olejniczak. Zdjęcie niezwykle cudowne, zachwyciło mnie totalnie. A potem, juz w trakcie malowania sójeczka już sama pojawiła się tuż obok mnie. Takie moje szamańskie z nią spotkanie. I nawet sójkowe piórka w tym czasie do mnie trafiły.

„Sójeczka” (2017), akryl na płótnie, 50 x 80 cm

„Plötzlich Shakespeare” – David Safier

„ZWEI SIND EINER ZU VIEL!
Wenn Mann und Frau sich das Leben teilen, ist das ja schon schwierig. Aber wenn Mann und Frau sich auch noch ein und denselben Körper teilen müssen, dann ist das Chaos perfekt!
Die liebeskranke Rosa wird per Hypnose in ein früheres Leben versetzt. In den Körper eines Mannes, der sich gerade duelliert: William Shakespeare. Wir schreiben das Jahr 1594, und Rosa darf erst wieder zurück in die Gegenwart, wenn sie herausgefunden hat, was die wahre Liebe ist. Keine einfache Aufgabe: Sie muss sich als Mann im London des 16. Jahrhunderts nicht nur mit liebestollen Verehrerinnen rumschlagen, sondern auch mit Shakespeare selber, der nicht begeistert ist, dass eine Frau seinen Körper kontrolliert. Und während sich die beiden in ihrem gemeinsamen Körper kabbeln, entwickelt sich zwischen ihnen die merkwürdigste Lovestory der Weltgeschichte.”

Historia zaczyna sie ckliwo-żałośnie. Rosa jest nie tylko żałośnie zakochana w swoim ex, ale też w przypływie żałosnej  pijackiej weny robi swojemu obiektowi westchnień żałosną scenę wyznań miłości. Potem, pod wpływem jeszcze bardziej dla mnie nieogarniętej weny, Rosa udaje się do cyrkowego hipnotyzera z prośbą o… Hahaha, na pewno nie prosiła właśnie o to, ale czyż wlaśnie tak w życiu nie bywa, iż prosimy o coś, a nasze prośby sie spelniają w zupełnie dla nas nieoczekiwany i całkowicie inny sposób niż to sobie wymyśliliśmy. A Wrzechświat ma naprawdę poczucie humoru. Ten w powieści rownież. I tak oto Rosa ląduje w ciele Szekspira, żeby nie bylo z nim samym oczywiście. A dwoje w jednym ciele to zdecydowanie za dużo. No chyba żeby nie…

Uśmiałam się przy tej lekturze cudownie. A śmiechu mi było trzeba. I łez widocznie też, bo pod koniec zryczałam się tak, jak pewnie tylko kobiety się zryczeć przy czytaniu potrafią. I wcale nie było smutno. Tylko tak… no jak to u Safiera: z takim pięknym, cudownym, uzdrowiającym przekazem. I poruszyło moje serce. Poruszyło moją duszę. I sama musiałam siebie bardziej pokochać.

„Dzika lawenda” – Belinda Alexandra

„Dzika lawenda to opowieść o losach Simone Fleurier, która po tragicznej śmierci ojca musi opuścić rodzinną farmę i wyjechać do Marsylii. Rozpoczyna ciężką pracę w pensjonacie surowej ciotki, gdzie poznaje piękną i cyniczną gwiazdę estrady. Dzięki niej odkrywa fascynujący świat rewii.
Talent i determinacja otwierają przed młodą Simone drogę na szczyty sławy. Jednak wraz z wybuchem II wojny światowej nadchodzi czas wielkich zmian i ryzykownych decyzji, które nadadzą jej życiu zupełnie nowy sens.
Dzika lawenda zabiera czytelnika w fascynującą podróż, która rozpoczyna się w sielskiej atmosferze Prowansji i uliczkami Marsylii wiedzie do najwspanialszych rewii Paryża, zahaczając po drodze o dekadencki, przedwojenny Berlin i rozbrzmiewający jazzem Nowy Jork.
W subtelnej mieszance literackiej fikcji i historycznych faktów przewijają się sławne osobistości dwudziestowiecznej Francji: Coco Chanel, Charles de Gaule, Picasso, Renoir i Josephine Baker. Muzyka, taniec i śpiew stanowią tło dla opowieści o pasji, miłości, rywalizacji i poświęceniu.”

Zaplątała mi się ta książka w mojej przestrzeni, więc któregoś dnia pod wpływem impulsu po nią sięgnęłam. I jakoś tak wciągnęla mnie od pierwszych stron. Mimo że to historia rewiowej artystki, a więc i opowieść o dążeniu do kariery, slawy, opowieść o wielkim świecie przepychu i ogólnie o tym wszystkim, co w ogóle nie leży w sferze moich zainteresowań. A jednak jakoś tak polubilam główną bohaterkę. Bo dla mnie to zwyczajna dziewczyna, a jednocześnie na swój sposób wyjątkowa. Dziewczyna z pasją. Dziewczyna z sercem, z którym mimo sławy i bogactwa nie utraciła kontaktu. I gdzieś tak między wierszami to właśnie przesłanie tej książki wyczatałam. Niezależnie jakie są nasze życiowe ścieżki, w jakim świecie się obracamy, to zawsze mamy wybór słuchać lub nie swojego serca.

na niebie tęcza

To zdjęcie z wczoraj.
Był taki czas w moim życiu, już wiele lat temu, kiedy to tęcza stala się dla mnie szczególnym znakiem od Wrzechświata. Moje najpiękniejsze przeżycie duchowe, takie swoiste dotknięcie niznanego, pobłogosławione zostało podwójną tęczą albo raczej kilkoma tęczami. Od tego czasu traktuję pojawienie się tęczy w mojej przestrzeni jako taki bardzo osobisty komunikat od Wrzechświata. I chociaż znaków dostaję całe mnóstwo, to tęczy na niebie nie widziałam już dawno. Naprawdę.
Ale pojawiła się wczoraj. Kolejny Dar, w morzu obfitości jaki do mnie spływa. Dziękuję Ci Wrzechświecie!

proś, a będzie ci dane

Magia to nie tylko czary czy jakieś rytuały. Magia to przede wszystkim sposób życia. Przynajmniej ja tak to postrzegam. Niemniej przyznaję, iż czasem sobie dopomagam czarami, których się nauczyłam od mojej najulubieńszej widźmy Anny (kto wie, ten wie). I co? Ano, to naprawdę działa!
Nawet jeśli były we mnie jakieś okruszki sceptycyzmu, to ulotniły się one jak dym.

Prosiłam o obfitość i Wrzechświat obdarzył mnie obfitością. I to w formie, w której się w ogóle nie spodziewałam. I nie, nie jest to obfitość w tyłku i innych częściach ciała, bo tej mam aż zanadto od lat, więc o więcej bym nie prosiła. Obfitość przyszła w formie cudownych ludzi, którzy wkroczyli do mojego zycia. W formie cudownych spotkań, znaków, przekazów. To również jest obfitość. I to jakże cenna.

Prosiłam o Bratnie Dusze i powrócili starzy-nowi Przyjaciele. Pomimo wszystkiego co kiedyś nas podzieliło, odczułam teraz radość, szczerość i taką zwyczajną prostotę w tych spotkaniach. Jest we mnie tyle wdzieczności za te wszystkie wspaniałe dary. Za te spokania, za te piosenki od serca. Spacer, rozmowa, usmiech – małe wielkie gesty. Piosenki prosto z serca.

 

coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego

Już dawno odkryłam w sobie taką skłonność do zbytniego przywiązywania się do pewnych ludzi. Do swego rodzaju uzależniania się od nich nawet w pewien sposób. Bo kiedy zaczynam pytać ich mądrości zamiast zapytać swojej, kiedy liczę się z ich opiniami, a nie ufam własnym, to jest to pewien rodzaj uzależnienia. I właśnie według takiego wzoru co jakiś czas wpadam w tego typu relacje. I kiedy po długich okresach własnej ślepoty udaje mi się wreszcie z tego uwolnić, za każdym razem wydaje mi się iż teraz jestem już odrobinę mądrzejsza. I że następnym razem już mi się nic takiego nie przydarzy. A tu się okazuje, że guzik z petelką. Same wiedzenie o czymś nie wystarcza. Potrzebna jest jeszcze wielka uważność, by nie przeoczyć sygnałów, które się przecież pojawiają. Mało tego, potrzeba widząc te sygnały, wybierać świadomie.

Po raz kolejny nie byłam uważna. Mimo, że dostrzegałam owe sygnały, to łatwiej mi było o nich po prostu zapomnieć, udawać że ich nie dostrzegłam, niż zadbać o swoją przestrzeń, o swoje terytorium. Nie wiem ile razy Wrzechświat w swojej miłości do mnie będzie mi jeszcze ssyłał tę lekcję, zanim naprawdę ją sobie przyswoję. Zanim naprawdę nauczę się być o krok do przodu. Ale chociaż niejednorkrotnie trudne są to lekcje, to jestem za nie wdzięczna. I tak samo jestem wdzięczna za to moje ostatnie w tym temacie doświadczenie. Było znacznie mniej emocjonalne niż wcześniejsze jemu podobne, ale wciąż w jakiś sposób bardzo dla mnie intensywne. Jednak tym razem czułam wyraźnie przy sobie opiekę. Mój Tygrys był przy mnie. Nie musiał mi niczego już tłumaczyć, niczego pokazywać. Wystarczyła jego cicha obecność bym wiedziała co należy zrobić jednocześnie pilnując ognia we mnie, by nie wymknął się spod kontroli i sie nie rozszalał. Dziękuję Ci Tygrysie za Twoją opiekę i twoja obecność.

Z dzisiejszej perspektywy, tych kilku dni, dostrzegam jednak cudowność całego tego doświadczenia. Bo chociaż pewna relacja dobiegla końca i to w niekoniecznie najmilszy ze sposobów, to przecież wszystko to, co było dobrego nie utraciło na wartości. I mam nadal w sobie wdzięczność dla tej Duszy za to, że tak wiele mnie nauczyła i tyle razy była mi wsparciem. Był czas kiedy nasze ścieżki, moja i jej biegły w tym samym kierunku. I to był całkiem dobry wspólny czas. Pełen pięknych, wspaniałych i ubogacających wewnętrznie chwil. I za każdą z nich dziękuję. Tobie i sobie również.
Teraz jednak nadszedł taki moment, kiedy nasze ścieżki się musiały rozejść. I chociaż na pozór nie było to miłe rozstanie, to również w pewien sposób ubogacilo. I za nie również dziękuję Tobie i sobie.

Bo jedno wiem, coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego. Zawsze tak jest. I tylko trzeba się na to nowe otworzyć. Nie ma co trzymać się kurczowo przeszłości. Przyszłość po prostu już była. A teraz jest teraz i to ono kryje w sobie cały potencjał. Moment mocy jest teraz. A więc podążam dalej. Tam gdzie prowadzi mnie moje serce i moja piosenka. I bardzo, ale to bardzo raduje mnie ta nowa wolność. I ta wielka obfitość nowego, która się pojawia. W każdym cudownym nowym Teraz. Dziękuję Ci Wrzechświecie.♥

zwierzęta mocy i żywioły

Wszystkie zwierzęta mocy oprócz tego, że pomagają nam rozpoznać naszą własną naturę, uczą nas, wspierają i chronią, są też wspanialymi przewodnikami po krainie żywiołów. Owe pięć żywiołów czy inaczej elementów tworzy nasz świat. Jednak każdy z nich jest też pewną energią i reprezentuje jakieś koncepcje, stany, właściwości czy idee filozoficzne. I czy zdajemy sobie z tego sprawę czy też nie, to jesteśmy z nimi ściśle związani, czy też określając to inaczej mają one ogromny wpływ na nasze istnienie. Dlatego też ważne jest, byśmy potrafili z nich właściwie korzystać. Sięgać po moce danego elementu jeśli np pracujemy z odpowiadającymi mu energiami. Harmonizować i równoważyć jeśli zachodzi jakaś dysproporcja. Zwierzęta mocy są nam tutaj wspaniałymi pomocnikami, takimi prawdziwymi przewodnikami. Potrafią w cudowny sposób podpowiedzieć kierunek działania, najlepszy sposób zachowania,  wskazać co wymaga wyciszenia, a co uaktywnienia itp. Wszystko to jest naprawdę niezmiernie pomocne i kiedy nauczymy się dostrzegać te przekazy i podążać za tymi wskazowkami, wtedy nasz rozwój nabiera tempa, a nasza życiowa ścieżka, obojętnie jaką by nie była, staje się najwspanialszą drogą.

Żywioły, mimo że każdy jest inny i dysponuje odmienną mocą, są ze sobą poniekąd połączone. Każdy z nich wywiera jakiś wpływ na pozostałe. Elelementy te współpracują ze sobą, by tworzyć i podtrzymywać życie. Dlatego i my do harmonijanego istnienia potrzebujemy ich wszystkich. Zwierzęta mocy mniej lub bardziej również są związane ze wszystkimi żywiołami i poruszają się we wszystkich tych energiach. Jednak niektóre żywioly są u poszczególnych zwierząt zaznaczone silniej. Tym samym spotykając dane zwierzę (w świecie realnym czy podczas stanów odmiennej świadomości) niejako otrzymujemy wskazówkę, na które żywioły powinniśmy akurat teraz zwrócić szczególną uwagę. Z którymi bardziej współpracować, lub który wymaga zharmonizowania. Lub też odwrotnie – jeśli chcemy szczególnie popracować z jakimś żywiołem, możemy przywołać związane z nim zwierzęta mocy, aby wspomogły nas w naszej pracy.

Należy jedynie pamietać, że każdy żywioł, podobnie jak i każde zwierzę mocy, ma swoje jasne i ciemne aspekty. Jeśli nawiążemy kontakt z naszymi zwierzętami mocy lub jeśli pojawia nam się jakieś zwierzę na naszej życiowej ścieżce zawsze będzie wskazywało nam na żywioły, które reprezentuje. Ale to z reguły nasza intuicja wskaże nam, o którą stronę i jaki aspekt w danym momencie chodzi. Można jednak sobie niejako ustalić ze swoimi zwierzętami jak będą nam komunikować pewne przekazy i wtedy odczytywanie tych przekazów staje się dla nas jeszcze łatwiejsze. Tak czy siak wiedza o tym, które zwierzę zaznacza bardziej który z żywiołów jest z pewnością dodatkowym puzzelkiem tej przepięknej układanki.


Tutaj zamieściłam takie skrótowe opisy pomagające rozeznać się w tym, które żwyioły są reprezentowane przez które zwierzęta:
-) zwierzęta mocy i żywioł światła / eteru
-) zwierzęta mocy i żywioł powietrza
-) zwierzęta mocy i żywioł ognia
-) zwierzęta mocy i żywioł wody
-) zwierzęta mocy i żywioł ziemi


To co wypisałam w tych opisach nie oznacza oczywiście, iż jeśli np chcemy spojrzeć na jakiś problem z szerszej perspektywy, to powinniśmy się zwracać o pomoc do któregoś z ptaków, a jeśli np pracujemy nad naszą komunikacją to lepiej jest prosić o wsparcie konia czy żyrafę. NIe. Każde zwierzę ma potężną i wyjątkową moc i jeśli staje się naszym zwierzęciem mocy to będzie nas wspierało pod każdym względem. Jednak zwykle bywa tak, iż jeśli już zaczynamy tę przygodę ze zwierzętami mocy, to wyczujemy, iż mamy ich przy sobie kilka. I wtedy możemy się zwrócić o pomoc, radę, wsparcie czy ukierunkowanie w danej sprawie do tego, które w szczególny sposób ma do tego predyspozycje.
Częściej jednak po prostu spotykamy na swej drodze jakieś zwierzę i po prostu chcielibyśmy tak na szybko wiedzieć, na co ono zwraca naszą uwagę. Co chciałoby nam powiedzieć. Bo każde takie spotkanie może być naszym osobistym przekazem od Wrzechświata. Coś tam się w naszym życiu dzieje, podejmujemy jakieś decyzje, spotykamy jakiś ludzi, może odwrotnie nic się nie dzieje. A Wrzechświat nieustannie nas wspiera, do nas przemawia. Na tysiące różnych sposobów. I właśnie zwierzęta, które spotykamy na naszych ścieżkach mogą się stać takimi „listonoszami”, które swoim przesłaniem owe wiadomości od Wrzechświata do nas przynoszą. I kiedy spotykamy takie zwierzątko, to warto właśnie wiedzieć na co najbardziej nam ono zwraca uwagę. Nawet jeśli jeszcze nie wiemy nic lub prawie nic o jego mocy, to zwykle jesteśmy w stanie rozpoznać jaki żywioł reprezentuje. I kiedy rozpoznamy ten żywioł, wtedy wsłuchajmy się w naszą własną mądrość, w naszą intuicję, a na pewno rozpoznamy o co dokładnie chodzi. Być może nawet uda nam się odczytać cały list.

Rozpoznanie żywiołów jakie reprezentuje jakieś zwierzę zawsze przybliży nam poznanie jego mocy. Dzięki temu możemy też np dostrzec różnicę jaka jest pomiędzy dwoma bardzo podobnymi zwierzętami, a co za tym idzie różnicę w darach, którymi nas obdarzają. Przykładowo weżmy jaguara i panterę inaczej nazywanego leopardem. Na pierwszy rzut oka zwierzęta te są bardzo podobne i wydawałoby się, że również ich moc jest taka sama. Ale jednak nie jest. Zarówno jaguar jak i pantera są kotami drapieżnymi, a wieć oboje są wspaniałymi przewodnikami po żywiole ognia. Oboje też są zwierzętami żyjącymi na ziemi, więc będą nam przybliżać aspekty żywiołu ziemi. Jednak potem już zaczynają się różnice. Pantera wspina się chętnie i często na drzewa i z nich nieraz atakuje swoją ofiarę. Jaguar natomiast, mimo że również potrafi wspinać się na drzewa, z reguły poluje z ziemi, zaczajając się w jakiś chaszczach. Jaguar wyszuje na swoje siedlisko okolicę nad wodą. Potrafi pływać i czyni to często. Pantera tymczasem, żyjąca w Afryce często zamieszkuje tereny suche, a ewentualne pływanie jest dla niej raczej koniecznością niż przyjemnością. Widzimy zatem, że jaguar reprezentuje dodatkowo żywioł wody, a więc będzie nam mówił wiele o naszych uczuciach i emocjach, będzie uzdrawiał cienie z nimi właśnie związane. Pantera natomiast te, które związane są z żywiołem powietrza, a więc cienie związane z umysłem, myśleniem, a także komunikacją.

A co zrobić w przypadku zwierząt, które reprezentują wiele żywiołów? Np ważka. Skąd mamy wiedzieć czy napatkana ważka chce nam pomóc przejść jakieś zmiany, czy np pomaga wysłuchać i utulić nasze emocje czy też np jeszcze coś innego? Jest mnóstwo sygnałów jakie pokażą nam o co dokładnie chodzi. takimi najbardziej wymownymi jest kolor lub zachowanie takiego zwierzątka. Jeśli nasza przykładowa ważka będzie czerwona, to już mamy wskazówkę, iż chodzi o żywioł ognia. A więc działanie, uwalnianie, przemianę. Niebieska – żywioł wody. Uczucia i emocje. Zielona lub brązowa – żywioł ziemi. Ugruntowanie, urzeczywistnienie, bezpieczeństwo, materia. Fruwa, wznosi się w powietrzu – czyli chce nam powiedzieć o lekkości, coś w nas skierować do góry. Jeśli natomiast po prostu siedzi gdzieś w szuwarach, to może właśnie jest to sygnał abyśmy przystaneli, wrócili na ziemię, odpoczeli od gonitwy, a wsłuchali się w samych siebie.

Nawet bez wielkiej znajomości mocy zwierząt w ten prosty sposób jesteśmy w stanie odebrać główny przekaz. Wyłuskać to co najistotniejsze. Wystarczy nieco uważności.

Życzę wam kochani wspaniałych spotkań ze zwierzęcymi „listonoszami” i cudownych przekazów w tych „listach” od Wrzechświata.

„Córka króla elfów” – Lord Dunsany

„Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałby dzisiejszym boom high fantasy bez jednego z głównych twórców jej podwalin, Lorda Dunsany. Był on prawdopodobnie największym pisarzem fantasy na świecie… „Lord Dunsany to mistrz czarodziejskiej prozy, dotąd praktycznie nieznany polskim czytelnikom. Mistrz równie ważny dla gatunku, jak Tolkiem, Howard czy Le Guin. Przyjmijmy go życzliwie, a na pewno nie pożałujemy” Marek S. Nowowiejski.”

Mimo że raczej nie jestem fanką takich lektur, to jednak sięgnęłam po tę książkę głównie z powodu elfickich klimatów. Po prostu poczułam, że bardzo chcę wyruszyć choć na maleńką podróż do elfiej krainy. I było warto. Bo chociaż baśniowy charakter tej opowieści nieco mnie nużył i momentami przynudzał, to i tak doceniam piękno w niej ukryte. A dodatkowo książka ta pomogla mi odnaleźć dawno zapomniene szczegóły pewnych wspomnień, a to ma dla mnie jeszcze większą wartość.

„Szaman miejski” – Serge Kahili King

„Teraz, nawet jeśli nie możesz wybrać się na pustkowie, ani podjąć długotrwałej nauki u mistrza, możesz nauczyć się praktykować sztukę szamanizmu. Przystosowany do dzisiejszego świata w niepowtarzalny sposób, hawajski szamanizm podąża ścieżką łowcy przygód, wprowadzając zmiany poprzez miłość i współpracę – w odróżnieniu od powszechnie znanej ścieżki wojownika, która kładzie nacisk na samotne poszukiwania i zwyciężanie dzięki sile.
Ten pierwszy praktyczny podręcznik stosowania starożytnej sztuki uzdrawiania w naszym współczesnym życiu pozwoli ci dowiedzieć się, jak:
interpretować i zmieniać swoje sny,
uzdrawiać siebie, swoje związki i otoczenie,
przepowiadać przyszłość z szamańskich kamieni,
projektować i przeprowadzać potężne rytuały,
zmieniać postaci,
prowadzić wizjonerskie wyprawy poszukiwawcze do innych rzeczywistości.”

„Szaman miejski” to jedna z najlepszych książek wprowadzająca czytelnika w praktyczny szamanizm hawajski. Nie trzeba mieć jakiś wyjątkowych, szczególnych zdolności aby świadomie kreować swoją rzeczyczywistość. Ważne jest jedynie otwarte serce i otwarty umysł i moemy naprawdę w cudowny sposóbczynić nasze życie i świat piękniejszym. Wszystko służy uzdrowieniu.
Dlatego też książka należy do tych, które nie są na jeden raz, ale do których się ciągle wraca. To skarbnica wspaniałych ćwiczeń, szamańskich praktyk czy też raczej narzędzi jakie oferuje huna każdemu, kto chce jako szaman miejsci świadomie kreować swoją rzeczywistość. Jak dla mnie ta książka to prawdziwy dar i dokładnie tak ją traktuję.