nowy początek

Tak dawno nie pisałam tu (ani nigdzie indziej) czegoś takiego mojego, że właściwie teraz, kiedy to robię, można by uznać, iż to swego rodzaju nowy początek. Określenie tym trafniejsze, że jak pomyślę o tej mnie sprzed powiedzmy kilku miesięcy, a tej mnie z dziś, to naprawdę widzę wielką różnicę. No dobra, nie znowu taką wielką, bo nadal ważę ponad sto kilo, nadal mam siwe odrosty i nadal reumatyzm napierdziela mi w kolanie, ale przynajmniej wewnętrznie wypiękniałam i odmłodniałam. Ja to wiem.

W sumie to obudziłam się dziś w nocy i różne mądre myśli pojawiały mi się w głowie, albo raczej przepływały przez nią tak, jakby mi ktoś czytał z jakieś mądrej księgi. I miałam wrażenie oczywiście, że to nie jakiś tam nieokreślony ktoś, ale ja we własnej osobie albo raczej moja duszyczka kochana. No szkoda tylko, że moje ciało o 3-ciej w nocy okazało się być zbyt rozleniwione bym wstała i sobie to wszystko zapisała. Tym samym uleciało mi większość z owej wspaniałej nocnej błyskotliwości i pamiętam jedynie jakieś mgliste resztki. Ale najważniejsze gdzieś tam mi się zakodowało. I po pierwsze, wiem że każdy nawet najmniejszy kroczek jest jak kolejny kamyczek, który uruchamia lawinę. Znaczy jeśli chcę wielkich, spektakularnych zmian (a chcę), to zacząć mogę choćby od tych najmniejszych. Ważne by się naprawdę do nich stawić. I wytrwać. Wytrwać tak długo, aż utworzą nowe synapsy w moim mózgu, staną się nowym przyzwyczajeniem, nowym fajnym moim ja. Po drugie, idę kupić dziś ładny zeszyt. Koniecznie w grubej twardej okładce. Po co mi? Chcę znowu porozmawiać sobie z Bogiem (postępy: napisałam ten wyraz dużą literą), albo z Joe, albo z moją Duszą. Właściwie nie ma znaczenia jak to nazwać. Ważne, że potrzebuję. Chcę. Cieszę się na to nowe ponowne spotkanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.