„Miłość w czasach zagłady” – Hanni Münzer

„Jak daleko posunie się matka, by ratować swoje dzieci? Do czego zdolna jest córka, by pomścić ojca? Czy głęboka, pokonująca wszystkie przeszkody miłość może przetrwać pokolenia i zabliźnić stare rany?

Kiedy Elisabeth Malpran, chcąc ratować rodzinę, wiąże się z SS Obersturmbannführerem Albrechtem Brunnmannem, nie wie jeszcze, że zawiera pakt z diabłem… Pakt, który położy się cieniem na życiu jej córki. Młoda amerykanka Felicity poszukując w Rzymie matki, natyka się na mroczną historię swojej rodziny. Aby ją wyjaśnić, musi się cofnąć do najbardziej ponurego rozdziału dwudziestowiecznej historii i poznać dramatyczne losy swojej prababki – słynnej śpiewaczki operowej Elisabeth Malpran i jej córki Deborah. Splot miłości, winy i pojednania zniszczył obie kobiety i przez pokolenia rzucił cień także na życie Felicity.”

Ile czytelników tyle różnych opinii o tej książce.
Tytuł jest nieco na wyrost, bo szczerze mówiąc, ani tu za wiele miłości, ani zagłady. Oba te tematy są jedynie upchane gdzieś w tle i jedynie mgliście nawiązują do całości. Dla mnie ta powieść to raczej książka o pogubieniu się. O odwadze, ale też o jakimś wyparciu samego siebie. Ale też o tym, że w mniejszym lub wiekszym stopniu mamy do przerobienia karme naszych przodkow. Czytelnik może więc poczuć się nieco rozczarowany. Zwłaszcza, iż książka – choć moim zdaniem napisana całkiem dobrze – ma pewne dziwne przeskoki. Nie wiem nawet jak to ubrać w słowa, ale histria jest opowiedziana tak, że w paru miejscach odniosłam wrażenie, jakby autorce zabrakło pomysłu na połączenie wątków. Mimo to dla mnie była to całkiem dobra lektura. Wciągająca, mroczna, poruszająca.