moja galeria – Mariola i Jaguar

„Mariola i Jaguar”(2017), akryl na plótnie, 60 x 80 cm

Namalowanie tego obrazu od samego początku była dla mnie niesamowitym doświadczeniem.

Najpierw pojawiła się wizja. Ale nie mam tu na myśli zwykłej weny twórczej, tylko pewien obraz, który zaczął pojawiać się we mnie jak jakiś wyraźny sen, za każdym razem kiedy moja uwaga skupiona była w jakiś sposób na Marioli.
Widziałam jakąś górzystą krainę, przepiękną, pełną bujnej roślinności. Pośród tej zieleni jezioro i jakby wyrastającą z niego potężną górę. A na niej znajdowalo się starożytne miasto zbudowane z jasnego kamienia. Piękne, tętniące życiem, ze świątynią czy piramidą na samym szczycie. Słońce wysoko odbijało się od tych murów i jeziora tworząc taką magiczną wręcz atmosferę. I wreszcie widziałam ubraną na biało szamankę czy kapłankę. I chociaż nie widziałam dokładniej jej twarzy, to tak jak to bywa w snach, po prostu widziałam, iż to jest właśnie Mariola. Płynęła w kanu po jeziorze. I kiedy była na środku uniosła w górę ręce. Trzymała w nich jakiś przedmiot, który dla mnie wyglądał jak sierp księżyca. To był taki piekny obraz. Kapłanki Szamanki modlącej się. A potem dopłynęła do brzegu i wtedy pojawił się Jaguar. Podeszli do siebie: Mariola i Jaguar. I ona położyła mu dłoń na czole. I tak potem trwali przez chwilę w tym geście wielkiej przyjaźni, wzajemnego szacunku i miłości.
Tak to widziałam w sobie. Raz, drugi, trzeci… piętnasty, dwudziesty. Za każdym razem kiedy moja uwaga jakkolwiek skupiła się na Marioli, pojawiał się we mnie ta wizja. Jak sen, który się śni na jawie. Tak wyraźny, silny, intensywny. Tak często to do mnie wracało, od kilku miesiecy, zawsze przy Marioli, że pomyślalam, iż ta wizja się wręcz prosi by ją jakoś pokazać, uzewnętrznić. Napisalam więc do Marioli opowiadając jej co nieco i pytając czy mogę to namalować. Mariola się zgodziła.
No więc chciałam namalować obraz. A w międzyczasie zdarzyło się u mnie to, co się zdarzyło. Jaguar pojawił się przy mnie i miał dla mnie w pierwszej kolejności zupełnie inne zadanie.  Nie pozwolil się namalować. Tak więc przez wiele dni bylo tylko to:
Wreszcie jednak wszystko się poukładało i poczulam, że Jaguar czeka na mnie aż wyciągnę znowu swoje farby. Zabrałam się do tego wczoraj, bo dopiero wczoraj naprawdę byłam na to gotowa i znalalam ku temu czas i przestrzeń.
Kapsel oglądał w naszym wszystko-w-jednym-pokoju mecz i było tam dla mnie za głośno. Zatachałam zatem sztalugi do przedpokoju. Na moim małym soliczku od komutera poukładalam talerzyk z farbami, pędzelki, szmatki, wodę w kubeczku. Włączyłam sobie piękną relaksacyjną muzyczkę Frederica Delarue i zaczęłam malować.
Jaguar pojawił się na obrazie po prostu tak cudownie, że sama się zadziwiłam. Tak gładko, prosto, płynnie, bez żadnych poprawek mi się go malowało jakby sam wylewał się spod pędzla.
Potem malowałam Mariolę, ale no właśnie… Malowałam i ciągle coś mi brakowało. Mariola z wizji-snu była taka piękna, Mariola w rzeczywistości też jest piękna, a ja nie potrafiłam tego uchwycić. Ciągle czułam takie niezadowolenie artysty, no wiecie, kiedy się chce coś namalować ładniej, a nie wychodzi. I w którymś momencie, nagle usłyszałam (czy też poczułam) w sobie jak Jaguar mówi do mnie: „dość, wystarczy”. Oczywiście zdanie mojego umysłu było nieco inne, więc pomyślalam sobie „eee, pewnie mi się tylko wydawało, jeszcze tu poprawię…” Chciałam pociągnąć pędzlem jeszcze raz, a tu nagle KRACH!!! Zawalily mi się moje wielgachne sztalugi. Całkiem bez ostrzeżenia nagle sie przewróciły z wielkim hukiem. Obraz jakimś cudem został mi w ręce. Natomiast sztalugi przewracając się strąciły z szafki lampkę, w której akurat sobie kadziłam. Taką lampkę w której na dole paliła się świeczka, a na górze na sitku kadził się styraks i inna żywica. O dziwo, lampka mimo że ceramiczna, to chociaż spadła z dużej wysokości na twardą podłogę nawet nie pękła. Jednak wosk rozprysnął się na wiele plamek. A w to wszystko wsypały się jeszcze te ciemne kawałeczki żywicy. Spjrzałam na podlogę i … to wyglądało jak centki jaguara. Normalnie zdębiałam. Od razu wiedziałam, iż to znak. Nic już zatem nie domalowywałam, ani jednej kreseczki. Podziękowałam Jaguarowi i posprzątałam bałagan.
Nigdy prędzej mi się nie zdarzyło, żeby przy malowaniu jakieś Zwierzę Mocy od początku do końca było tak silnie obecne.
Niesamowite doświadczenie i jestem za nie pełna wdzięczności.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *