tworzyć z odpowiedzialnością

Tak jakoś pojawił sie ten temat i od razu mnie naszło, by podzielić się tutaj moimi przemyśleniami, albo odczuciami w tej kwestii.
Sama tworzę tak wiele i to od tylu już lat. A jednak nie od razu zwracałam uwagę na to, jakie energie do moich dzieł „przyklejam”. Kiedy np zaczęłam malować, to na początku często robiłam to w ramach sharmonizowania samej siebie. Kiedy było mi smutno, albo źle, kiedy nie umiałam sobie poradzić z jakimiś emocjami i potrzebowałam wyciszenia, to właśnie malowanie pomagało mi ten spokój w sobie na nowo osiągnąć. Było dla mnie jak taka medytacja, jak taki sposób dotarcia do samej siebie. I nie był ważny dla mnie sam obraz jaki powstał, ale sam proces malowania, tworzenia. Bo to był mój sposób na odnajdywanie wewnętrznego światła, na nawiązywanie kontaktu ze Źródłem. I nadal tak jest.

Ale jednak dzisiaj zwracam już uwagę na to jakie energie „przyklejam” do moich dzieł. Oczywiście nie stało się tak od razu, z dnia na dzień. Wymagało ode mnie uważności i dokładnego przyjrzenia się temu, co przecież naprawdę sama czułam. Bo czułam. Jeśli przestawałam gadać, przestawałam pędzić gdzieś, tylko zatrzymalam się choćby na chwilę wsłuchując się sama w siebie, to wyraźnie czułam, że np niektóre moje obrazy mają w sobie coś … zakłócającego. Coś, co mi w nich przeszkadza. I nie mialo to nic wspólnego z tym, co same sobą przedstawiały. Przecież podobały mi się wizualnie na tyle, że pozawieszałam je w naszym mieszkanku. A jednak było w nich coś, czego nie umiałam nazwać słowami, coś nieuchwytnego okiem, a co wyraźnie mnie samą uwierało. Nie musialam się długo zastanawiać co to jest, bowiem na jakimś poziomie wiedziałam od razu. Tylko nie od razu sama przed sobą potrafiłam się przyznać do tego, że oto namalowałam obraz, który mimo że wizualnie jest pełen barw i piękny, to promieniuje taką kanciastą, kłującą, dysharmonizującą energią. Czasami to kłucie było bardzo delikatne, ledwie odczuwalne. Ale jednak było.

Mogłam to olać i udawać, że nie ma problemu. Bo przecież nikt inny oprócz mnie go nie dostrzegał. Ale takie olanie jakoś niekoresponduje z moim wewnętrznym poczuciem uczciwości. Dlatego wiedzialam, że powinnam coś zrobić. Najpierw przyjrzałam się owym obrazom. Nie temu co przedstawiały, ale ich energii. Przypomniałam sobie w jakim byłam stanie kiedy je malowałam. Czy zasiadajac do sztalug przed jeszcze czystym płótnem bylam smutna, czy może czymś wzburzona, rozczarowana, zagniewana, rozżalona? Czy też od samego początku malowałam je będąc w harmonni sama z sobą? I co odkryłam? Że właśnie te wszystkie obrazy, które jakoś mnie uwierały zaczęly powstawać kiedy we mnie owej pełnej harmonii jeszcze nie było. Ich malowanie było dla mnie wtedy jak oczyszczanie. Tak jakbym z każdym pociągnięciem pędzla coraz bardziej uwalniała siebie z tych niefajnych emocji.  A jednak na jakimś poziomie przyklejałam te brudy właśnie do obrazu. Tak to przynajmniej odczułam. I one tam byly, pod warstwami farby, okruszki moich dawnych smutków, moich żalów, mojego gniewu, mojej niecierpliwości, mojego niepokoju, bólu. Wszystko to w jakieś maleńkiej mierze nieświadomie tam przykleiłam. Czy więc jest coś dziwnego, że w domu, w którym takie obrazy wiszą na ścianie, na nowo pojawiają się smutki, żale, gniew, niepokój? Raczej dziwne by było, gdyby tak się nie działo. I nie ma znaczenia, że niby inni tego nie czują. Też czują, tylko nieuświadamiają sobie tego. Cóż więc należało zrobić? Zadbać o to, by to co powstało z „przyklejonymi” dysharmonijnymi energiami oczyścić światłem.

I zadbać o to, by moje kolejne dzieła miały przyklejone już jedynie harmonizujące energie miłości, radości, ciepła, szacunku i pokoju.  Dlatego też staram się unikać tworzenia w stanach kiedy nie ma we mnie harmonii, albo co gorsza jest mi źle. Staram się unikać tworzenia jeśli jest we mnie chaos emocji, brakuje wewnętrznego spokoju. A już na pewno absolutnie nie tworzę wtedy dla kogoś. Malowanie nadal jest dla mnie swego rodzaju medytacją, sposobem nawiązania kontaktu ze Źródłem i moją duszą, ale chcę by bylo od pierwszego maźnięcia pędzla czyste. Bez przyklejania do nich czegokolwiek negatywnego.

A jeśli nawet zdarzy mi się stworzyć coś z tęsknotą albo jakimś smutkiem, niecierpliwością lub niepokojem, to z szacunku dla siebie samej i dla wszystkich, którzy by mieli mieć z owym dziełem kiedykolwiek styczność, zadbam o to by oczyścić je szałwią i przede wszystkim światłem.

I to jest dla mnie odpowiedzialnym tworzeniem. Bo chcę by moje dzieła były piękne nie tylko dla oka, ale i dla duszy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *