„Barwy pożądania” – Megan Hart

„…Weźmiesz najpiękniejszy papier i najlepszy atrament. Opiszesz ze szczegółami swoje najbardziej erotyczne doświadczenie. Może być prawdziwe, może być wymyślone, ale masz je napisać bez błędów, najstaranniejszym charakterem pisma, bez żadnych kleksów ani literówek.
Opis dostarczysz do czwartku.

Pod spodem widniał ten sam numer skrytki pocztowej co poprzednio. Zamrugałam, czytając list ponownie, i poczułam, że rumieniec wypełza mi na policzki. Trzymałam kartkę ze świadomością, że nie powinnam jej przeczytać, nie była przeznaczona dla mnie. (…)
Starannie złożyłam list, tak delikatnie, jakbym poprawiała kołdrę na kochanku. Pytanie, kto wysyła te listy, przyćmiła bardziej intrygująca zagadka – dlaczego to robi.
Wstałam od stołu, żeby nalać sobie wody z kranu. Choć przełknęłam ją w kilku szybkich łykach, tak jak wytrawni pijacy whisky, nic nie pomogła na gorący rumieniec, który pokrył szyję i policzki. Odwróciłam się tyłem do lady i oparłam się o nią. List wciąż leżał na moim stole. Nie oskarżał, zapraszał.
Zaczęłam się zastanawiać, które ze swoich licznych doznań seksualnych uważam za najbardziej erotyczne. Na pewno nie pierwszy raz, kiedy…”

Nie wiem dlaczego mi sie wydawało, iż mam potrzebę przeczytania takiej książki z odrobiną pieprzu czy raczej pieprzenia. Chyba tylko po to, by przekonać się co do tego, że zdecydowanie już z takich książek wyrosłam. I nie ma to nic wspólnego z wiekiem, a za to wiele wspólnego z moim osobistym podejściem do seksu. No nic. Przynajmniej teraz już wiem.

A jak mi się czytało tę powieść?
Chcecie naprawdę wiedzieć?
Czytałam, czytałam. „O kurde, ale zdzirowata laska i zdzirowate ujęcie tematu.”
No ale czytam dalej. „Nie dość że zdzirowata, to jeszcze głupia. Po cholerę to czytam?”
No ale czytałam nadal. „Nudy”.
Znowu czytałam. „O w mordę, laska jest głupsza niż można by przypuszczać na początku, no ale jakoś to strawię.”
Czytam dalej. „No wreszcie jakiś dodatkowy psychologiczny, ciekawszy wątek.”
Kilka stron później. „O, poziom głupoty i zdzirowatości laski jakby trochę zmalał. Na plus. To już poczytam do końca”.
Pod koniec. „Jezu, czemu ona jest taka uparta jak osioł w swej głupocie? No ale trzeba przyznać, że ma też fajne, ciepłe strony, więc tyci tyci ją lubię”
Koniec. „Uff, nareszcie!”

No i tyle w temacie.

Jedyny zdecydowany plus tej powieści jest dla mnie taki, że wreszcie już wiem, że takie książki na pewno już nie są dla mnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *