„Malarz nadziei” – Lewis DeSoto

„Podróż człowieka, który w jednej potwornej chwili traci wszystko. Nowa powieść cenionego autora Źdźbła trawy.
Wydaje się, że Leo Millar, młody malarz mieszkający w Paryżu, ma wszystko: piękną żonę Francuzkę, utalentowanego małego synka, świetnie rozwijającą się karierę. Wychowany w sierocińcu, po wielu samotnych latach upaja się poczuciem przynależności, gdy nagle jedna przerażająca chwila pozbawia go wszystkiego, co cenił.
Ogarnięty poczuciem winy i rozpaczą ucieka na maleńką, surową wyspę u wybrzeży Normandii. To miejsce wciąż żywych odwiecznych obyczajów i pięknej, dzikiej przyrody oczarowuje go; spotyka tu genialną, lecz udręczoną klarnecistkę, która walczy z własnymi demonami. Ale dopiero kiedy w życiu Lea pojawia się dziwne, skrzywdzone dziecko, staje on przed szansą otrząśnięcia się po stracie, odkrycia nowej formuły miłości i odzyskania nadziei.
Ta przepięknie napisana, klarowna powieść przenosi nas do czystego piękna. Tu serce, pielęgnując dawne obietnice, nadaje im nowy wyraz. Malarskie oko pisarza, jego zamiłowanie do świata przyrody i głębokie, twórcze spojrzenie budują niezapomniany obraz, który pokazuje, jak może odmieniać nas sztuka i kształtować czas i miłość.”

Skusiłam się do przeczytania tej książki bo główny bohater jest malarzem i – jakżeby inaczej – totalnie urzekła mnie szata graficzna. I jak moje wrażenia? Z pewnością to na swój sposób piękna opowieść, autor bowiem prawdziwie maluje słowami. Ale całość jest jak trochę senny pejzaż. Piękny, jednak jak dla mnie zbyt nudny. Zabrakło mi tu jakieś dynamiki, ruchu, silnych emocji. Nie wiem czego jeszcze, ale powieść momentami miała działanie jak herbatka z melisy. A ta jak wiadomo smakuje całkiem nieźle, ale może usypiać.