i zaczęły się spełnić marzenia

„Żeby coś się zdarzyło …
Żeby mogło się zdarzyć ..
Trzeba marzyć…”
J.Kofta

A ja kiedyś chyba nawet marzyć nie umiałam. To znaczy wydawało mi się, że oczywiście potrafię, ale moje marzenia gdzieś tam zawsze napotykały na wielkie unicestwiacze. Tymi unicestwiaczami były (jakżeby inaczej) różne myśli w mojej głowie, najczęściej wyuczone za pomocą programów jakimi od wielu, wielu lat przecież mnie bombardowano. No wiecie, myśli w stylu: nie umiem, nie potrafię, to niemożliwe, to zbyt wiele, nie wypada, nie powinno się i tego typu rzeczy.
Gdzieś tam wewnątrz mnie buntowałam się na te ograniczenia narzucane mi z zewnątrz. Ale tak długo jak się na nie buntowałam, tak długo wciąż nie akceptowałam do końca tej części mnie, która nie była zgodna z tym, co wypada, co się powinno, co mogę, co potrafię itp i w gruncie rzeczy tym brakiem akceptacji samej siebie, też sama siebie ograniczałam. Unicestwiałam moje marzenia.

Przez jakiś czas próbowałam się dopasować do tych wszystkich norm, ale w gruncie rzeczy czułam się przez to jak tygrys w klatce. Klatce, którą w dużej mierze ja sama sobie narzuciłam. Brakowało mi poczucia wewnętrznej wolności i przede wszystkim pełnej samoakceptacji. Ciągle czułam się nie do końca spełniona, nie do końca mogąca być sobą. W zasadzie próbując dopasować się do tych wyuczonych programów, tak naprawdę wyrzekałam się sama siebie. Zablokowałam siebie.  I zablokowałam płynącą przeze mnie miłość, bo „nie wypada”, „nie powinno się”, „nie mogę” i co tam jeszcze. Jejku, jejku teraz się nadziwić czasem nie mogę jakie to było głupie!

Nic się nie dzieje przypadkiem i dlatego i do mnie trafił pewnego dnia taki mały „przypadek”. Jedno pytanie napisane przez kogoś mi życzliwego: Kogoś, kto zobaczył we mnie to, co i ja dostrzegałam, ale czego bałam się zaakceptować i przez to owo coś wypierałam. Jedno pytanie, które spowodowało, że nagle chciałam nie tyle znać odpowiedzi, bo w głębi serca je znałam, ale chciałam być prawdziwie sobą. Chciałam by była we mnie jedność tego co naprawdę czuję w środku, z tym co okazuję sobą na zewnątrz.

Dziś sobie myślę, że to było jak wybuch wiosny po długiej zimie. Bo przecież odpowiedzi dawno były we mnie. Wystarczyło jedynie być całkowicie szczerym i zgodnym z samym sobą. Wystarczyło wybrać tę absolutną szczerość i zaufanie do Życia.
I nawet nie wiem jak to się stało, ale od momentu kiedy nagle to zrozumiałam, poczułam, że te wszystkie blokady we mnie jakby same odpadły. Nie zastanawiałam się więcej nad tym czy wypada, czy powinnam, czy mi wolno, czy mogę. Liczyło się tylko to, że wybrałam szczerość, zawsze. Z samą sobą przede wszystkim. I to że przestałam się wyrzekać samej siebie.

Szczerość stała się wolnością. Nie tylko dla mnie. Ale będąc całkowicie szczerą ze sobą, automatycznie stałam się całkiem szczera z innymi. Bo nie da się nawet inaczej. Brak szczerości wobec innych, oznacza brak szczerości wobec siebie. I odwrotnie. Nie odbieram juz innym wyborów. Nie narzucam im dopasowywania się do mnie, do tego co ja bym może chciała, a po prostu daję im szansę, by sami wybrali, by i oni byli całkowicie sobą. Nawet jeśli nie zawsze jest nam przez to po drodze.  Ale to niezmiernie ważne, bo nie można czuć się wolnym, odbierając wolność (jakąkolwiek) innym.

Nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Praktycznie tak z samości. Choć wiem, że zapewne nie tak do końca z samości. To Życie. I energia moich własnych myśli. Akceptacji wobec samej siebie i ta ciągle wypełniająca mnie wdzięczność. Życie odpowiedziało na zmiany we mnie. Nie potrzebuję planować, ani niczego jakoś specjalnie wymyślać. Ale nagle umiem marzyć, nawet o tym nie wiedząc. Po prostu z tym ogromym zaufaniem do Życia, bez wielkich oczekiwań, ale za to z prawdziwą radością zaczęłam sobie myśleć o tym, co bym chciała, tak jakby to już było. No, nie znaczy to, iż nagle straciłam kontakt z realną rzeczywistością, ale powiedzmy przestałam sama się ograniczać i jedynie naprawdę cieszyć tym co jest, włącznie z tym co jest też w moich marzeniach. I nagle wszystko samo zaczęło się układać. Tak jakby Życie tak po prostu postanowiło spełniać mi te moje marzenia. Powoli, bez szaleństw, ale jednak każdego dnia trochę bardziej. Z każdą kolejna myslą mocniej. Normalnie czasem nie mogę wyjść z podziwu jak to wszystko się staje.

Wypełnia mnie mega wielka wdzięczność.
Za to co było, co jest i będzie.

4 myśli na temat “i zaczęły się spełnić marzenia”

  1. Wspaniale Basiu <3 po prostu wspaniale 🙂 cieszę się ,że umiesz marzyć ,że odnalazłaś siebie ,akceptujesz. Czytając myślami zaraz patrzyłam na siebie , jest wiele prawdy w tym co piszesz gdy patrzę w swoją stronę i to jest cudowne że po przez właśnie takie pisanie ,dzielenie się pokazuje nas samych .Dziękuję Ci Basiu <3

    1. Ogólnie Moniczko jak dobrze wiesz, ja bardziej wyrażam siebie przez malowanie. Ale jednak pisanie pomaga mi poukładać pewne rzeczy we mnie samej, dostrzec coś czego do tej pory nie chciałam albo bałam się zauważyć. Przez wiele lat pisałam te rzeczy na pingerze, albo jeszcze prędzej w zeszytach. To może jest jakis sposób na pracę z samym sobą. Mi w każdym razie pomaga.

  2. Basiu dokładnie tak pomaga nam pisanie , ja tak też robię ,piszę piszę i później jak czytam co napisałam kiedyś tam to po prostu jestem aż osłupiała z wrażenia ,ale zawsze zadaje sobie pytanie -To ja pisałam ! dziwię się sama sobie ,lecz ważne jest to czy coś się zmieniło albo jak się zmieniło..Wiesz ja to bardzo lubię pisać ..tzn..używać długopisu i pisać już nie ważne co ale pisanie po prostu uwielbiam …najlepiej jak zeszyty do szkoły przepisywałam na okrągło tak już miałam i mam 🙂

    1. Hehe ja tez lubie, ale ja na kartkach piszę zawsze piórem. Kocham pióra, takie na atrament. Mam takie dwa ulubione. A moje szkolne zeszyty wszystkie były zapełnione rysunkami, bo nie mogłam się powstrzymać od rysowania na marginesach, na tylnich kartkach i gdzie tylko sie dało.

Możliwość komentowania jest wyłączona.