„Opium w rosole” – Małgorzata Musierowicz – notka wspominkowa

Przeczytałam wczoraj, po raz drugi po prawie trzydziestu latach. I po raz drugi ta książka totalnie mnie zachwyciła, poruszyła moim sercem. I dodatkowo tym razem przywołała masę wspomnień. Bo ja naprawdę pamiętam te stare PRL-owskie czasy, kiedy żywność była na kartki i kiedy trzeba było po nią wystawać godzinami w kolejce.
I pamiętam, że sama byłam takim dzieckiem, które podobnie jak Genofefa chodziło po ludziach na obiadki. No niekoniecznie obiadki. Ale kto by się tam oparł najpyszniejszym pierogom na świecie, jakie robiła nasza sąsiadka zza ściany. Panował u niej zawsze bałagan (wcale nie artystyczny) i ogólnie nie było zachęcająco. Ale kobieta miała dobre serce i właśnie to serce wkładała w te swoje pierogi z serem. I smakowały one przez to niebiańsko.
Albo chodziłam do sąsiadów dwa piętra niżej, gdzie zawsze częstowano mnie kromkami pszennego chleba upieczonymi w prawdziwym tosterze i posmarowanymi prawdziwym amerykańskim masłem orzechowym, kupionym za dolary w peweksie. Na to kapka prawdziwego miodu. Jezuniu, jakie to było przepyszne. Po prostu ambrozja. I nigdy nie musiałam o to prosić, ale ilekroć tam szłam, to liczyłam właśnie na ten przemiły poczęstunek. Zamiast obiadku. Potrafiłam wsunać tak przy dobrych warunkach z 6 takich tostów. I był to wtedy najlepszy obiadek na świecie.

I żeby nie było, że tylko ja byłam taką powsinogą z wiecznym apetytem, wyjadającą ludziom smakołyki w tych ciężkich czasach. Do nas też przychodziły dzieci. Na truskawki z działki, albo chociaż gołego jeźdzca upieczonego na patelni. I dla nikogo to nie było dziwne, że przychodził ktoś niezapowiedziany na obiad. Albo na podwieczorek, albo nawet na kolację.

Kiedy jako raptem 13 letnia gówniara czytałam „Opium w rosole” po raz pierwszy, to te całe miłosno – romansowe perypetie Kreski czy Maćka wcale, a wcale mnie nie ruszały. No bo w wieku 13 lat wciąż byłam na etapie bawienia się z chłopakami na pobliskich łąkach i moczarach w Indian, albo w powstanie warszawskie w długaśnej piwnicy naszego bloku, albo w łażenia z nimi po zakazanych, a jakże ciekawych budowach. Romanse nie były mi w głowie zupełnie. Tym samym trudno mi było wczuć się w sercowe rozterki bohaterów tej części „Jeżycjady”. Ale pamiętam dokładnie, jak czytając o tym sztucznym, sztywnym, czarno – białym domu Aurelii, płakałam do poduszki razem z nią, że ma taka mamę, która nie potrafi okazać jej miłości.

I jeszcze przypomniało mi się jak zaledwie kilka lat później sama nie raz przygarniałam do domu pewną chudą dziewczynkę, Olę. Była córką nowej sąsiadki i była prawie taka, jak ta Genofefa z powieści. Miała może z 7 lat, chude nóżki ubrane w rajtuzki, była zawsze umorusana, zakatarzona i głodna. Głodna przede wszystkim miłości. I pamiętam jak wpadała do nas, przerywając mi nieraz bardzo frapujące spotkania z kolegami i kiedy otwierałam jej drzwi, patrzyła tymi swoimi wielkimi ślepkami pełnymi uwielbienia i nadziei. I potem brałam ją za rękę, prowadziłam najpierw do łazienki, myłam jej łapki i buźkę. A potem razem robiłyśmy różniste rzeczy. Obiadki były tylko dodatkiem.
Czasem działała mi bardzo na nerwy, bo zawsze była ciekawska i zadawała milion pytań, nieraz takich bardzo mi nie na rękę. Ale kochałam ją, za ten uśmiech, za te iskierki w oczach, za te chude rączki, które tak ufnie do mnie lgnęły. I wiem, że ona również kochała mnie. I dziś uśmiecham się do tych wspomnień. Jak czytałam wczoraj to „Opium w rosole”, to wróciły one z taka wyrazistością, jakby to wszystko działo się w zeszłym tygodniu, a nie ponad dwie dekady temu. I tak mi się jakoś ciepło na duszy zrobiło.
Kocham tę część „Jeżycjady”. Bo jakkolwiek dzisiaj może wydawać się fabuła tej książki oderwana od realności, to kto sam pamięta jeszcze tamte czasy, wie, że jednak takie znowu fantazje to nie są. Mój świat wtedy taki właśnie był. I kilka lat później również.
A dziś jestem sama mamą i mam za sobą też już kilka sercowych doświadczeń. Patrzę na wszystko nieco innymi oczami, ale jednak wiem, że pewne rzeczy się we mnie nie zmieniły. I dlatego „Opium w rosole” jest tak bliskie mojemu sercu. Bo to jak maleńka część mnie samej.