jeśli kogoś kocham…

… to po prostu kocham.

Nie stawiam warunków, bo według mnie miłość i warunkowanie nie idą z sobą w parze.
Nie znaczy to jednak, iż jestem ślepa. Nie jestem.

Wyznaczam granice.
Moje granice sięgają dalej. I nie ma to nic wspólnego z tym, że jestem np bardziej cierpliwa lub bardziej tolerancyjna. Bo najprawdopodobniej nie jestem.
Jednak moje granice nie są granicą dla miłości.
Są granicą dla mnie.
Nie wyznaczam ich komuś, kogo kocham, ale samej sobie.
To ja wiem do jakiego punktu mogę i chcę coś akceptować, a do jakiego nie.

Zawsze jednak próbuję najpierw rozmawiać.
Nie po to, by kogoś zmieniać, ani by forsować swoje racje, ale po to by powiedzieć mu jak ja się w danej sytuacji czuję, co mnie boli, dlaczego cierpię.  Ewentualne zmiany owy ktoś może wybrać dla siebie sam.
Lub też nie.
Kiedy moje granice zostają przekroczone zwyczajnie się odsuwam. Cierpię, ale wolę wyrzec się bliskości (nawet jeśli to boli), niż wyrzec się samej siebie i swoich wartości (to bolałoby o wiele bardziej).

Jeśli kogoś kocham, to po prostu kocham.

Nie ograniczam miłości z obawy, że mogłabym na tym coś stracić.
Nie stawiam warunków, bo nie o to w kochaniu mi chodzi, co dostaję w zamian.
Dbam jednak o to, by nie pozwalać samej sobie na brak uczciwości. Względem owego kogoś i przede wszystkim względem siebie samej. Owa droga prowadzi bowiem donikąd.

Miłość, która patrzy jedynie na to, co ja mogę dostać w zamian lub na to, co ewentualnie mogłabym stracić nie jest miłością, tylko uzależnieniem.
Miłość, która zabrałaby mi wolność wyrażania siebie i zdolność do szczerości też nie jest miłością, tylko więzieniem.

Nie jest ważna dla mnie wzajemność.
Ale bardzo ważna jest dla mnie jedność i spójność tego co czuję, z tym co wyrażam na zewnątrz.
Spełnieniem dla mnie nie jest to, co dostaję w zamian, ale wewnętrzne i zewnętrzne bycie prawdziwie sobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *