„Inferno” – Dan Brown

„Światowej sławy specjalista od symboli, Robert Langdon budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce. Czasu na rozmyślania nie ma niestety zbyt wiele. Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. W towarzystwie młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza w pośpiechu szpital. Ścigany przez nieznanych wrogów przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody niespodziewanego pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego… Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować świat przed śmiertelnym zagrożeniem?”

145654-352x500

Wreszcie skończyłam czytać tę książkę i odkładając ją na półkę naprawdę odetchnęłam z ulgą. Bo niby szybka akcja, niby całkiem ciekawa fabuła, ale jakoś tak dłużyła mi się ta książka niemiłosiernie, męczyła, nudziła, że nie mogłam sie powstrzymać od czytania w międzyczasie kilku innych powieści. Na i chyba odczuwam już swego rodzaju zmęczenie materiału jeśli chodzi o Browna, bo na dobrą sprawę wszystkie jego powieści są na jedno kopyto i brakuje mi już w nich czegoś nowego.

Poza tym muszę przyznać, że wręcz śmieszyło mnie i irytowało czasem to oderwane od realności zachowanie głównego bohatera. No ja rozumiem, że to fikcja literacka, ale skoro już cała akcja jest taka pokręcona, to przynajmniej dla większej autentyczności bohaterowie mogliby zachowywać się bardziej normalnie. Ale nie, u Browna główny bohater musi zawsze być jakimś absudralnym supermenem. No proszę was… Oto facet dostał niby postrzał w łeb, budzi się po nafeszerowaniu otumaniającymi lekami i od razu biega jak szalony po mieście, ma przy okazji przebłyski geniuszu, by rozwiązywać zagadki, a przy tym mimo że ciągle ucieka przed depczącymi po piętach „killerami”, to ma czas by co chwila przystawać i „och” i „ach” zachwycać się florenckimi zabytkami, które zna doskonale, bo zwiedził je już milion razy.

Doceniam za to w powieści te odniesienia do „Boskiej Komedii” Dantego. Brownowi udało się nie tylko nieco przybliżyć dzisiejszemu czytelnikowi  poemat Dantego, ale pokazać iż jest to dzieło intrygujące i miało ogromny wpływ na kulturę.

Ogólnie w moim odczuciu książka jest bardziej nudna niż ciekawa i przyznaję, że zniechęciła mnie do Browna.