„Złodziejka książek” – Markus Zusak

“Rok 1939. Dziesięcioletnia Liesel mieszka u rodziny zastępczej w Molching koło Monachium. Jej życie jest naznaczone piętnem ciężkich czasów, w jakich dorasta. A jednak odkrywa jego piękno – dzięki wyjątkowym ludziom, których spotyka, oraz dzięki książkom, które kradnie.”

Jechałam z synem do kliniki. Wiedziałam, że spędzimy tam wiele godzin. Na dworcu zauważyłam, iż nie wzięłam nic do czytania. Zajrzałam więc do sklepu z czasopismami i zaraz przy drzwiach zobaczyłam obok stosu wielu innych książek właśnie tą. Znowu zaczarowała mnie najpierw sama okładka. Kupiłam.

Niecałą godzinę później otworzyłam i zaczęłam czytać. Pierwsze strony… Coś z nimi było nie tak, ale co tu było innego niż w każdej innej książce? „O jejku, przecież to opowiada śmierć” – odkryłam w pewnym momencie. Musiałam się przyzwyczaić i do tego niecodziennego narratora i do kompozycji. Musiałam przywyknąć…
Ani się spostrzegłam kiedy książka pochłonęła mnie bez reszty. I dotknęła mojej duszy.

Czytałam już wiele książek o wojnie, ale żadna nie jest taka jak ta.
Bo napisać o wojnie i o umieraniu tak, jak nie napisał do tej pory nikt, to wymaga nie tyle talentu, ale niesamowitej wrażliwości w sercu.
I nie wiem jak powinnam to najlepiej ubrać w słowa, ale książka mimo że opowiada o czasach największych okropności, zawiera w sobie tyle piękna, że nie sposób tego wypowiedzieć. Można jedynie to poczuć w sercu.

To opowieść o wojnie, o jej destrukcjynej mocy, o powszechnym wtedy smutku, śmierci i strachu. Ale to również niesamowicie poruszająca opowieść o sile miłości i o przyjaźni, o odwadze i zdolności do poświęceń. O tym, że czasem w najdrobniejszych gestach kryje się najwięcej mocy.

Skończyłam czytać tę książkę, ale wiem, że  jeszcze długo będzie ona wibrowała w moim sercu. O takich książkach się bowiem nie zapomina. Takie książki przenikają do naszego wnętrza i pozostawiają tam swój piękny ślad. Prędzej czy później on da o sobie znać.