„Rynek w Smyrnie” – Jacek Dehnel

„”Rynek w Smyrnie” Jacka Dehnela, autora znakomitej „Lali”, to zbiór sześciu opowiadań z lat 1999–2002, poruszających i przewrotnych, z których wyłania się obraz świata zaczarowanego, utkanego ze szczegółów pozornie nieistotnych – drobnych gestów, zapachów, smaków i barw.

Wszystko zaczyna się tu zwyczajnie – wakacje we Włoszech, jazda warszawskim autobusem, oczarowanie marmurową rzeźbą… Ale potem spod powierzchni wyzierają niezwykłość i magia albo toczący rzeczywistość rozkład, fakty odsłaniają swoje prawdziwe znaczenie, a wydarzenia przybierają obrót zupełnie niespodziewany. Młodzi kochankowie wkraczają niebacznie w strefę skażoną epidemią samotności, niedoszły ksiądz, malujący ściany burdelu w psychodeliczne kwiaty i ptaki, zostaje kochankiem wszystkich pracujących tam prostytutek, a wśród pozostawionych przez zmarłą ciotkę rzeczy odnajduje się zamknięty w tekturowym pudełku koniec świata…

W stonowanych, swobodnie płynących narracjach Dehnel opowiada historie dowcipne i zajmujące, liryzm splata z ironią, z drobiazgów wydobywa piękno i głębię. Rynek w Smyrnie to hołd złożony młodości, a zarazem książka o przeznaczeniu, które lubi przypominać o sobie w najmniej oczekiwanych momentach.”

352x500

Trafiła do mnie ta książka, więc nie wypadałoby jej nie przeczytać. I co?
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Jacka Dehnela i muszę powiedzieć, że było ono nawet udane. Przyznaję iż na początku, przy pierwszym opowiadaniu miałam jednak trudności z przyzwyczajeniem się do tego specyficznego stylu autora. Drażniły mnie te wręcz barokowe opisy, przekoloryzowne, przekombinowane, do mdłości aż nienaturalne. Drażniło mnie nagromadzenie wyszukanych, nieużywanych w dzisiejszych czasach, niezrozumiałych dla mnie słów, których znaczenia domyślałam się jedynie z koncepcji. To pierwsze opowiadanie było dla mnie jak jakiś piętrowy tort z mnóstwem masy lukrowej, a w środku jedynie suchy biszkopt. Zdecydowany przerost formy nad treścią. Jedynie zakończenie podratowało na tyle, by nie zrazić mnie do czytania kolejnych opowiadań. I dobrze. Bo z czasem, w miarę czytania, coraz bardziej i bardziej wsiąkałam w ten dziwny dehnelowy klimat.

Ostatnie opowiadanie o ciotkach klotkach,  dwudziestoletnich konfiturach, zwałach kurzu w zagraconym mieszkaniu, pudełku z końcem świata i tych wszystkich pierdołach, o których zapomniałam od razu jak tylko o nich przeczytałam, napisane jakby jednym tchem, przeczytałam – o dziwo – też jakby jednym tchem. I nawet zdziwiona byłam, że jak to? To już koniec?

Całość dupy nie urywa, ale złe nie było. A nawet całkiem, calkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *