„Przyślę Panu list i klucz” – Maria Pruszkowska

„Tematem książki są dzieje urzędniczej rodziny w przedwojennej Warszawie, zwariowanej na punkcie czytania. Bohaterowie od dzieciństwa karmieni książkami, zżyci z nimi na co dzień, wcielają się w kolejne postacie literackie, przemawiają ich językiem, recytują z pamięci całe partie „Trylogii” czy „Pana Tadeusza”. Wszystkie te przygody i perypetie opisane są w sposób oryginalny i pełen wdzięku. Talent narracyjny autorki, optymistyczny pogląd na świat, bezpretensjonalny humor – to zalety, które czynią z książki Pruszkowskiej uroczą lekturę rozrywkową.”

To była ciepła i sympatyczna książka o prawdziwie zwariowanych molach książkowych, napisana chyba głównia też dla moli książkowych. Niekoniecznie aż tak świrniętych.
Książka nie ma jakieś szczególnie rozbudowanej fabuły i nie jest aż tak porywająca, żeby się nią można było zachwycać. Ale czytało się lekko i przyjemnie.

I taka mi się tylko podczas tej lektury nasunęła refleksja. Sama mam pasje i szczerze podziwiam wszystkich ludzi, którzy jakieś pasje mają.
Pasje jednak są jak ogień i powinno się z nimi obchodzić odpowiedzialnie. Bo z jednej strony to swego rodzaju płomień, który nam pomaga wyrażać samych siebie. I dopóki napędza on tworzenie, daje nam radość i pomaga nam wzrastać oraz kochać, wszystko jest w porząku. Smutno się jednak robi, kiedy zapatrzeni całkowicie,  pozwalamy by nasze pasje spaliły naszą wrażliwość na innych i stały się przyczyną takiego odrealnienia, że tracimy z oczu bliskie nam osoby. Wtedy pasja nie jest już tworzeniem radości, ale smutku i samotności.
Życzę wszystkim ludziom z pasjami, obojętnie jakimi obne by nie były, by ich ogień miał formę wesołego ogniska, a nigdy nie pożaru.

A wracając do samej książki, to jak najbardziej polecam. Mimo że samej akcji nie ma tu zbyt wiele i na pewno lektura ta nie zafunduje nam żadnych dreszczyków emocjii. Ale uśmiechnąć się do niej można.