„Pięćdziesiąt odcieni” – E. L. James

tom 1 – Pięćdziesiąt twarzy Greya
tom 2 – Ciemniejsza strona Greya

I co?

Najpierw byłam bardzo na anty nastawiona do tej książki. Dlaczego? Bo tak. Bo była na topie, bo moi znajomi się nią zachwycali, bo coś słyszałam o czym jest i wiedziałam, że generalnie nie lubię takich powieści. Ale wyszło tak, że dałam się jednak namówić do jej przecztania.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” od początku działało mi cholernie na nerwy. Naprawdę nie przypominam sobie abym kiedykolwiek czytała coś, co równie mocno by mnie tak irytytowało.
Najpierw irytowała mnie sama Ana, ale tylko dlatego, że odkryłam, iż wiele jej zachowań i reakcji jest mi tak doskonale znanych. I czułam się jakbym przyglądała się momentami sama sobie i to nie było miłe.
Ale tak naprawdę pomimo, że Ana mnie wkurzała, to ją polubiłam.

Pod względem literackim natomiast książka jest tragiczna. Język jest naprawdę beznadziejny i wręcz infantylny. Możliwe, iż to wina tłumaczenia, ale i tak żaden tłumacz nie jest winny, że autorka oprócz Any i Greya wpierdzielała ciągle jeszcze tę wewnętrzną boginię. No ja pierdziu! Ilekroć wewnętrzna bogini się pojawiała na horyzoncie kręcąc głową, robiąc piruety albo chowając się za fotelem, miałam ochotę walnąć tą książkę w pizdu. A już szczytem wszystkiego było jak pojawiły się w jednym zdaniu wszystkie trzy: „Moja wewnętrzna bogini, moja podświadomość i ja  gapimy się na Szarego zaszokowane”. Prawie jak piędziesiąt twarzy schizofreni.

Inny temat to opisy erotyczne. Prawdopodobnie miały być tak bardzo podniecające. Nie wydaje mi się bym była jakaś pruderyjna albo oziębła (wręcz mam o sobie zdanie, że w tej kwestii jestem raczej wyuzdana), ale jak dla mnie wszystkie te sex sceny w powieści były cholernie nachalne i infantylne jednocześnie. I zamiast mnie podniecać (co by było całkiem miłe), to naprawdę mnie nudziły. No proszę was, ja rozumiem, że w realnym życiu można być zakochanym i napalonym i mieć libido takie, że się ma chęci i siły bzykać siedem razy po dwa razy. Ale to jest realne życie, a nie książka. I jak na powiedzmy 120 stronach, których przeczytanie zajmuje mi jakieś 3 godziny, muszę czytać siedem razy o seksie, to serio jest to nudne. W książce za dużo nachalnego i infantylnego seksu działa z pewnością na jej niekorzyść. A więc według mnie cała ta erotyczna strona powieści to jedna wielka porażka.

Pytanie więc dlaczego przeczytałam książkę, która taka niby marna jest. I to aż dwa tomy.

Przeczytałam dlatego, że pomimo tych wszystkich minusów było w niej coś, co jednak mi się podobało, a mianowicie wątek psychologiczny. Nie chciałabym się zbytnio nad tym tutaj za wiele rozwodzić, bowiem akurat dla mnie to dość osobiste. Powiem tylko tyle, że ta książka pozwoliła mi lepiej zrozumieć pewne rzeczy we mnie samej.
I to było naprawdę cenne.

Był taki jeden moment w drugim tomie, kiedy naprawdę się poryczałam. Czujecie? Wątpie, że znajdzie się wiele osób, które płaczą czytając „Ciemniejszą stronę Greya”, ale ja płakałam. Bo to był moment zmierzenia się z moimi własnymi demonami.

I mimo, że „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w większości działało mi na nerwy, a „Ciemniejsza strona Greya” mdliła mnie czasem od ckliwości i lukru, to jednak osobiście dla mnie warto było je przeczytać.

Zanim jednak sięgnę po tom trzeci, potrzebuję od „Greya” najpierw dobrze odpocząć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *