kwestia zaufania – takie tam refleksje

Wstawiłam obiad.
I tak krojąc mięsko i cebulę zastanawiałam się nad tym, na ile to, jacy sami jesteśmy wpływa na naszą rzeczywistość.
Energie, które wysyłamy na zewnątrz siebie (świadomie lub nie) na pewno mają wpływ na to, co nas spotyka. Ale czy tylko one?

Tak sobie myślę o moim życiu i się zastanawiam nad tym, czy po prostu jestem szczęściarą, czy to ja sama tak sobie to na jakimś poziomie ułożyłam. Pewnie to drugie.

Wiecie, że nikt nigdy mnie nie skrzywdził okłamując mnie w kwestii uczuć. W tej kwestii faceci byli zawsze w stosunku do mnie szczerzy. Ci, którzy mnie nie kochali, byli na tyle w porządku, iż nie wypowiadali słów, które byłyby nieprawdą. Jeśli coś im dawałam, to nie dlatego, że miałam złudzenia lub chciałam coś budować na pustych obietnicach. Nie. Pozostawiali mi wybrór. Faceci nie okłamywali mnie w kwestii uczuć. Żaden.
Nie usłyszałam od wielu słów „kocham cię”. Ci, którzy to powiedzieli, kochają mnie nadal.

Zastanawiałam się czy trafiałam na takich, bo jestem szczęściarą?
Czy to coś we mnie tak działało?

I już wiem.

To kwestia absolutnego zaufania.
Może często jestem naiwna. Nawet bardzo często.
Ale kiedy decyduję się by zaufać, to ufam na całego. Tak bardzo, że nie dopuszczam do siebie żadnych wątpliwości. Nie tylko ich nie dopuszczam. One nie istnieją.
Jak coś przestaje istnieć, to nie może mieć na nas wpływu.
To chyba o to chodzi w tym „wiara przenosi góry’.
Nie o jakąś tak wiarę w żadnego boga, ale w wiarę, która jest całkowitym brakiem jakichkolwiek wątpliwości.
W marzenia, w siebie, w miłość, w czyjeś otwarte serce, w wolność.
W to, że warto, w to, że nic na tym nie tracę, to że nie stanie nam się krzywda.
Jak wierzymy w to absolutnie, całym sobą, bez cienia zwątpienia, to rzeczywistość dopasowuje się do nas. Prędzej czy później.

Takie zaufanie to nie to samo co naiwność.
Naiwność bywa wykorzystywana.
Takie zaufanie nie pozwala się wykorzystać.
Bo ma w sobie siłę, która jest ochroną.

Serio, tak to postrzegam.