w krainie Pancerników

Byłam w jakieś dziwnej krainie, która wyglądem przypominała kamienne wąwozy i formacje skalne w Coyote Buttes, znane pod nazwą The Wave. Nie byłam tam sama, gdzieś za moimi plecami stali moi towarzysze. Staliśmy na wzniesieniu i obserwowaliśmy rozciągający się przed nami krajobraz. Miałam wrażenie, że czekamy na coś, lub właściwiej byłoby powiedzieć czuwamy. Nagle usłyszałam dziwaczny odgłos, przypominający dudniące trąby tybetańskie lub dudnienie stada słoni. Dżwięki były bardzo niskie ale głośne i narastały. Jednocześnie spod ziemi wysunęły się żywe trąby. Nie wiem jak to określić, ale po prostu wysunęły się podobne do słonich „trąby”, które rosły na naszych oczach do wielkich rozmiarów, osiągając średnicę  może 30 cm i długość kilku lub kilkunastu metrów. Wychodziły spod ziemi, wiły się, przemieszczały i dudniły. Gdzieś na horyzoncie widziałam ogromny tuman kurzu, a potem kiedy trąbienie przybrało naprawdę na sile, kurz nagle opadł. Moi towarzysze, których obecność czułam za swoimi plecami, zaczęli się cieszyć i wiwatować. I wtedy się zorientowałam, że my wszyscy przygotowujemy się do jakieś wojny, a owe trąby były naszą pierwszą próbą powstrzymania przeciwnika.  I zrozumiałam coś jeszcze: że to wszystko nie dzieje się na Ziemi.

W kolejnej scenie stałam już w pierwszym szeregu czekającej na rozpoczęcie się bitwy armii. Rozejrzałam się wśród moich towarzyszy i dopiero teraz miałam okazję naprawdę się im przyjrzeć. Na pozór wyglądali jak ludzie, ale w śnie spoglądając w ich oczy rozpoznawałam po ich DNA, że ludźmi takimi jak ja nie byli. Ja i oni różniliśmy się genetycznie, tak jak różni się np tygrys od kuguara. Mieli na sobie ochronne ubrania stanowiące swego rodzaju pancerze, ale bardziej przypominało to elastyczną skórę pokrytą łuskami niż jakąś zbroję. Wszyscy mieli też coś w rodzaju hełmu na głowie. Choć bardziej owe hełmy przypominały cieniutkie, ściśle przylegające do głowy kaptury, na czubku których znajdował się dość długi kolec. Nie wiedząc jaką są naprawdę rasą, nazwałam ich w myślach Pancernikami. Byli dla mnie mili i traktowali mnie jakbym była jedną z nich.  Jednak ja czułam, że zupełnie do nich nie pasuję, że wcale nie chcę tu być i że ich wojna nie jest moją wojną. Jednak nie mogłam tak po prostu odejść. Nawet nie wiedziałam gdzie niby miałabym pójść. Rozejrzałam się jeszcze raz. Cała armia składała się z mężczyzn, ale na czele stała kobieta. Ona była tu wodzem. Spojrzała w moją stronę, uśmiechnęła się lekko, potem skinęła głową nakazując, by ktoś sprawdził jeszcze raz moją „zbroję”. Wtedy zobaczyłam, iż jestem ubrana w taki sam dziwny pancerz jak oni. Ktoś do mnie podszedł i założył mi na głowę mój hełm i wcisnął w dłoń broń przypominającą oszczep. Powiedział coś o ogniskowaniu i tym kolcu na głowie. W ogóle nie rozumiałam o co chodzi, czułam się jakbym miała na sobie nie swoją skórę. Ale, o dziwo, helm na mojej głowie nadał jakiś ostrości moim zmysłom. Spowodował, że nagle moje oczy mogły zobaczyć coś, co znajdowało się naprawdę daleko, czego nie widziałam prędzej. Tak samo mogłam usłyszeć dźwięki wcześniej dla mnie niesłyszalne. Wyczuć dalekie zapachy i wibrowanie ziemi pod stopami. Moje zmysły nabrały jakieś bardzo wysokiej ostrości. I zobaczyłam, że hen daleko od nas stoi już w przygotowaniu armia nieprzyjaciela. Kiedy skupiłam na nich wzrok, to było tak, jakbym patrzyła nagle przez rolnetkę. Jakbym zogniskowała soczewki. Widziałam każdego osobnego żołnierza, ich twarze, ich wygląd.  Nagle pojęłam, że byli jeszcze zupełnie inną rasą. Wysocy, z twarzami w kolorze miedzianym, w gładkich pancerzach i hełmach z rogami, które właściwie przypominały szczypce krabów. Tak, w myślalch nazwałam ich Krabami.
Mój wzrok zatrzymal się na jednym z nich. Spojrzałam na jego twarz. Skupiłam na nim całą moją uwagę. Wtedy zobaczyłam, że i on patrzy dokładnie na mnie.  I – mimo tej wielkiej odległości między nami – nasze oczy się spotkały. Był zaskoczony.
„Skąd ty się tu wzięłaś?”- usłyszałam w głowie jego myśli – „Nie jesteś stąd. Dlaczego tu jesteś? Nie powinno cię tu być.”
„Nie wiem dlaczego tu jestem. Nie chcę tu być” – odpowiedziałam mu również w myślach.
„Czy inni mogą nas teraz też usłyszeć?” – zapytałam domyślalając się, iż takie telepatyczne rozmowy z wrogiem na pewno nie są tu mile widziane. ”
„Nie. Nie mogą, bo ty nie należysz ani do mojego gatunku, ani do gatunku twoich towarzyszy. Nikt więc nie może nas usłyszeć. Ten kanał jest tylko między mną i tobą”.
„Jak to się więc stało, że powstał on między nami?”
„Nasze oczy się spotkały”. Dla niego było to oczywiste, dla mnie zupełnie nową, ważną informacją. Spojrzał jeszcze dokładniej, wbijając wzrok we mnie.
„Nie wiedziałaś o tym? Bądź zatem ostrożna i najlepiej nie nawiązuj wzrokowego kontaktu z moimi ludźmi.” Po chwili jeszcze dodał: „Naprawdę nie powinno cię tu być. Pomogę ci. To nie twoja wojna.”

Potem się rozpoczęło.
Armia Krabów nagle zniknęła. Ziemia zaczęła mocno drżeć, a po chwili spod niej, tuż przed naszą armią Pancerników, wyłonił się statek w kształcie wielkiego kraba, a z niego zaczęli wyskakiwać krabi żółnierze. Leciały strzały, świastało w powietrzu. Były walki wręcz. Istne szaleństwo. Nie wiem jakim cudem wciąż żyłam, wciąż nikt mnie nie atakował mimo że naokoło działo się piekło. Straciłam całkowicie orientację, tak jakbym znalazła się w jakieś huczącej spirali, nie pojmowałam ani gdzie jestem, ani co się dzieje.
Nagle to wszystko się skończyło.
„Obudź się” – Poczułam, że ktoś mnie dotyka. W głowie słyszałam niecierpliwe nawoływanie jego, tego samego Kraba, z którym telepatycznie rozmawiałam tuż przed bitwą. – „Obudż się, ale nie ruszaj. Popatrz na mnie”. Ocknęłam się i ujrzałam nad sobą jego pochyloną twarz. I oczy wpatrzone we mnie.
Leżałam nadal bez ruchu, tak jak mi kazał, ale kątem oka zobaczyłam, że wokół mnie leży mnóstwo pozabijanych Pancerników. Niektórzy jeszcze żyli. Kraby chodzili po polu bitwy i sprawdzali każdego. Ciężko rannych dobijali, lekko rannych stawiali na nogi i wiązali. Mój Krab wyjaśnił mi, że później będą straceni jako ofiary w jakimś rytuale. Byłam przerażona.
„Powiedziałem, że ci pomogę, bo nie powinno cię tu być.” – Mowił mi to myślami intensywnie patrząc mi w oczy. – „Nie mam wiele czasu, więc posłuchaj mnie uważnie. Weż to i połknij, najpierw przegryzając. Ale zrób to dopiero, jak już będą blisko ciebie. Nie prędzej. To działa natychmiast. Będziesz… martwa. Nie naprawdę, tylko na krótki czas. Dla nich będziesz martwa. Postaram się dopilnować by nic ci nie zrobili. To jedyny sposób, by cię stąd wydostać i uratować.”
Mam być martwa? Byłam przerażona jeszcze bardziej.
„Kiedy wrócisz do ciała będzie bolało. Postaraj się wytrzymać i nie krzyczeć. To nie potrwa długo. A potem uciekaj. Będziesz wiedziała, w którym kierunku.”- Wsunał mi w dłoń coś malutkiego. Spojrzał tak jakoś ciepło – „Zaufaj mi. Wróć do swoich. Dasz radę”.
Potem musiał już iść. Zostałam sama leżąc wśród martwych Pancerników. Nadal się bałam, ale trochę mniej.

Kiedy Kraby byli już parę metrów ode mnie, wiedziałam że nadszedł czas. Przyjrzałam się tej maleńkiej kuleczce, którą trzymałam w dłoni. Przypominała jakieś dziwne białe ziarenko. Wsunęłam je do ust i przegryzłam. Poczułam niesamwicie piekący smak, a potem … wyrzuciło mnie z ciała. Nawet nie wiem kiedy to się stało. Po prostu nagle unosiłam się gdzieś u góry, jakby lewitując w powietrzu, dla nikogo niewidoczna. Moje ciało wciąż leżało na ziemi i właśnie pochylali się nad nim Kraby. Widziałam z góry jak mnie oglądają, przewracają, jeden kopnął mnie w bok, ale to wszystko byłam już jakby nie ja. Bo przecież ja byłam u góry, latałam w powietrzu. Rozejrzałam się wokoł i zobaczyłam w oddali, na skraju krainy coś, co niewątpliwie było potralem. Wiedziałam już, w ktorą stronę mam potem uciekać. Potem zobaczyłam „mojego” Kraba, jak odwraca uwagę swoich współplemieńców od mojego ciała. „Dziękuję” – przesłałam mu w myślach. Niewątpliwie usłyszał, bo lekko się uśmiechnął.

Powrót do ciała był przerażający. Po prostu nagle byłam znowu w środku. Tyle, że czułam jakby gryzło mnie tysiące mrówek. Każdy centymetr mojego ciała mrowił, piekł, łaskotał, palił, kłuł. Ale wiedziałam już, że to wnet minie. Potem wszystko się uspokoiło. Mogłam znowu poruszyć palcami, ręką, czymkolwiek. Krabów nie było. Wstałam i poszłam w kierunku portalu.

Nie wiem ile tam szłam ani jak, ale kiedy wreszcie tam dotarłam, moim oczom ukazało się coś niesamowitego. Przede mną znajdowała się przeogromna brama. Po prostu wielgachna, złota brama. Była tak wysoka, że jej szczyt ginął gdzieś w chmurach. Nie moglam się nadziwić, chciałam ją całą zobaczyć i kiedy tylko to zapragnęlam, niejako unioslo mnie w powietrzu, jakbym jechała niewidoczną przezroczystą windą. Przed moimi oczami przesuwały się wykute (?) w bramie ogromne symbole. Wyglądały nieco jak symbole majańskie, ale tak naprawdę były to jakieś pieczęcie. Z każdym kolejnym symbolem, który się przede mna ukazywał, złote wrota trochę bardziej się otwierały. Za nimi znajdował się inny świat. Tam chciałam iść.

Obudziłam się.