refleksje tuż po, czyli po co są problemy

Jak czasem niektóre spadające mi na głowę problemy potrafią mnie totalnie zwalić z nóg i wpadam w doła większego niż Rów Mariański (czy jakoś tak), to równie szybko potrafię się jednak pozbierać.

W dużej mierze to dzięki wam, dzięki moim dzieciom wspaniałym i też dzięki Kapslowi, który mimo wszystko wciąż jest najlepszym facetem, jaki mi się mógł trafić.
W dużej mierze jest to jednak też zasługa mojej własnej natury. Zawsze porafiłam dostrzec pozytywne rzeczy wokół mnie. Takie światełka w tunelu. A z wiekiem ta zdolność przerodziła się nawet w nieco inne postrzeganie trudności, które napotykam na swojej życiowej drodze.

Jestem emocjonalną osobą i przeżywam wszystko dość barwnie. Powinnam napisać: wybuchowo. Tak też wobec problemów zawsze jest spektakularnie jeśli chodzi o emocje: gniew, wściekłość, rozpacz, foch, chęć zemsty, wewnętrzne opieprzanie się za tak idiotyczny pomysł (odn. zemsty), potem płacz, potem znów foch, znów gniew, znów złość, żal, obojętność, płacz, foch … i tak w kółko. Aż do swego rodzaju wyczerpania, kiedy przychodzi wreszcie jakiś taki spokój i mogę zacząć racjonalnie myśleć. I przede wszystkim, kiedy do głosu dochodzi również Miłość, która jest we mnie. Miłość do mnie samej przede wszystkim. Bo dobrze wiem, że jakiekolwiek zemsty, fochy, urażona duma itp zawsze bardziej niszczą mnie samą, niż tego kogoś, wobec kogo są wymierzone. Dawno nauczyłam się, iż to najidiotyczniejsze sposoby radzenia sobie z problemami.

Kiedy więc się wreszcie uspokoję, wtedy potrafię spojrzeć na moje problemy również z dystansu.
I wiecie co?
Dostrzegam w nich nie tylko złe rzeczy. Ale również okruchy dobra. Bo problemy przychodzą po to, by wskazać mi drogę. Jeśli spojrzę na nie nie jak na oprawcę, ale jak na nauczyciela, wtedy potrafię dostrzec to, co chcą mi unaocznić. Coś, nad czym sama powinnam popracować.

Bo nie na tym polega uszczęśliwianie swojego życia, żeby zmieniać innych. Jedyną osobą, którą mogę zmienić, jestem ja sama. Czasami, dzięki zmianom we mnie, zmieniają się i inni. Nie dlatego, że ja tak chcę. Ale dlatego, że oni sami chcą.

Z perspektywy czasu potrafię spojrzeć na moje problemy i trudności przychylnym okiem. To takie kamienie na drodze do pełniejszego, bardziej świadomego życia.

Jeśli się uspokoję i spojrzę z dystansu i bez buntu na te niby złe rzeczy, które mnie spotykają, potrafię dostrzec w nich dar.
Bo na dobrą sprawę, to właśnie dzięki nim moje późniejsze radości są większe. I bardziej potrafię się cieszyć z tego co dobre, miłe, piękne.
Każde doświadczenie niesie dla nas pewną naukę. Jeśli jej nie przyswoimy, doświadczenie będzie się powtarzać w podobnej formie aż do skutku.
Im szybciej nauczymy się tego, czego powinniśmy, tym lepiej dla nas.

Jak to powiedział kiedyś ks. J. Twardowski?
„…Spadają z obłoków małe-wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.

I właśnie tak jest.

Odkryłam to, czego powinnam się tym razem nauczyć. Odkryłam w sobie. I … jestem na nowo szczęśliwą Bafką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *