nieco inna opowieść o miłości

Moje małżeństwo z Kapselm nie zawsze miało takie kolory jak dzisiaj. Na dobrą sprawę żyliśmy przez wiele lat bardziej obok siebie, niż ze sobą. Łączyły nas dzieci, mieszkanie, poczucie obowiązku i może strach przed samotnością. I łączyła nas Przyjaźń.

Miłość? Upchnęliśmy ją gdzieś w zakamarkach swoich dusz, czasem tylko pozwalając jej wychodzić na światło dzienne. Była. Zawsze była, ale przygnieciona codziennymi problemami. Tak po prostu wpadliśmy w rutynę. Daliśmy oboje się złapać szarości. Nie takie to znowu dziwne, bo na dobrą sprawę codziennie spotyka tysiące małżeństw. Mieściliśmy się zatem w tzw normie. A jednak norma nie daje poczucia szczęścia. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli nieszczęśliwi ze sobą, ale z pewnością też nie byliśmy szczęśliwi. Poczucie obowiązku to za mało, by być szczęśliwym.

Nauczyliśmy się jednak z tym żyć. Do tego stopnia, iż chyba oboje uwierzyliśmy w to, że tak wygląda normalność i tak powinno wygądać małżeństwo. Ale gdzieś tam w zakamarkach naszych dusz, wepchana tam miłość dopominała się, by ją wypuścić.

Życie co rusz stawiało przed nami nowe szanse, ale byliśmy ślepi, albo głusi, by odebrać je właśnie jako szanse. To co widzieliśmy było jedynie kolejnymi problemami.
Raniliśmy się. Często nie zdając sobie z tego sprawy. Z przyzwyczajenia do normalności wciąż coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy. Jedyne co nas trzymało razem to dzieci, poczucie obowiązku i … Przyjaźń. Ta nasza Przyjaźń – takie koło ratunkowe, które całymi latami trzymało nas na powierzchni, nie pozwoliło utonąć.

Byliśmy i nadal jesteśmy tacy inni. Nie jak ogień i woda, ale jak leniwie płynący potok i wodospad. Albo jak ciche ognisko i wulkan. Nasza istota była taka sama, ale zamiast ją wydobyć i na niej zbudować prawdziwy dom, skupiliśmy się na wytykaniu sobie różnic. W konsekwencji dzieliło nas więcej niż łączyło. Wulkan wciąż był wulkanem, ognisko coraz słabiej się tliło…

Ale przecież tam w środku wciąż mieszkała miłość. Cicha, bez prawa głosu, ale wciąż była. Życie jest najcudowniejszym reżyserem. Zesłało nam kolejną szansę w postaci prawdziwych prób. Zrobiło się prawdziwie burzowo, wstrząsnęło naszym domem. Po raz pierwszy dostrzegliśmy w tym co się działo nie tylko trudności, ale naszą szansę. Ostatnią szansę. Potoczyło się lawinowo. Przebudzenie było bardzo bolesne dla nas obu. Wydobyło na światło dzienne tak wiele bolesnych emocji, tyle ran które latami powstawały.

Nie zawsze starczało sił do walki. Bywały chwile, że oboje poddawaliśmy się rezygnacji. Jeden pan bóg wie ile strachu i łez przysporzyliśmy przy tym naszym dzieciom, opowiadając im o tym, że jednak zdecydowaliśmy się rozstać.
Nasze kochane dzieci… To chyba one potrafiły wydobyć z nas wtedy tę Przyjaźń, która zawsze była naszą siłą. Ta Przyjaźń, która znowu jak koło ratunkowe nie pozwalała nam utonąć.

Przez ostatnie 10 lat wypłakaliśmy mniej łez, niż w ciągu ostatniego roku. Ale te łzy były oczyszczeniem. Wreszcie nasze dusze zostały odkurzone z kurzu, z rutyny, z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku… Odkryliśmy na ich dnie właśnie miłość. I pozwoliśmy wreszcie by wypełnila nas po brzegi.

Zmieniło się tak wiele. Może nie widać tego z zewnątrz, ale widać tak bardzo od środka. Za każdym razem kiedy to sobie na nowo uświadamiam, ogarnia mnie jakieś takie wzruszenie. I wdzięczność.

Zmienił się sposób w jaki na siebie patrzymy. Zmienił się sposób w jaki się dotykamy.
To niesamowite ile miłości może przekazać jedno spojrzenie. Nie mówię o pożądaniu, ani o pragnieniu. Mówię o Miłości, której nie są w stanie wypowiedzieć żadne słowa.
I niesamowite ile czułości może przekazać jeden dotyk wypełnionej Miłością dłoni…

Łapię się na tym coraz częściej, że nie tylko nie nudzą mnie, ale wręcz fascynują upływające leniwie minuty na wpatrywaniu się w jego twarz.
Nie mogę się powstrzymać, by go nie dotknąć. Opuszkami palców. Mały, niewinny gest, ale wypełniony czułością. Te same gesty z jego strony nagle stały się naszą codziennością.

I wiecie co, nie ma w nich nic nudnego. Za każdym razem potrafią mnie tak samo wzruszyć, za każdym razem potrafią tak samo tajemniczo wydobyć ze mnie niewyobrażone pokłady czułości. Nie wiedziałam, że tyle tego w sobie mam. I nie wiedziałam, że on ma. Znam jego dłoń na pamięć, znam każdy zakamarek, każde zgrubienie, każde pękniecie skóry, każdą krostkę, odcisk czy zmarszczę. A jednak jest to dla mnie najbardziej fascynująca dłoń na świecie.
Niewypowiedzianie wielka czułość potrafi być zaklęta w jednej dłoni.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak właśnie teraz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *