„Długi wrześniowy weekend” – Joyce Maynard

tytuł oryginału: „Labor Day
niemiecki tytuł: „Der Duft des Sommers
polski tytuł: „Długi wrześniowy weekend” / „Ostatni dzień lata

“Miasteczko Holton Mills w amerykańskim stanie New Hampshire. Nadchodzi koniec lata i wakacji. Zbliża się upalny długi weekend z okazji Święta Pracy. 13-letni samotnik Henry spędza czas głównie na oglądaniu telewizji, czytaniu i fantazjach. Jego jedynym towarzystwem jest rozedrgana emocjonalnie, od lat rozwiedziona z jego ojcem matka. Nagle we czwartek przed świątecznym weekendem, podczas banalnej wizyty w supermarkecie, wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni: pewien tajemniczy ranny mężczyzna prosi Henry’ego o udzielenie mu pomocy. Pięć kolejnych dni będzie w życiu Henry’ego największą lekcją, jaką może dać życie; chłopiec pozna dojmujący ból zazdrości i konsekwencje zdrady, zrozumie, że dobro tych, których kochamy, jest ważniejsze od naszego własnego – oraz że na prawdziwą miłość warto zaczekać.”

Przeczytałam tą powieść, bo jej niemiecki tytuł (a z oczywistych względów w takim wydaniu mam ją w domu), wpasowuje się do mojego projektu „Der Duft” czyli książek niejako zapachowych. Wiem, że to może trochę idiotyczne wybierać książki do przeczytania tylko z powodu tytułu, ale te powieści z „zapachem” mają jednak to coś w sobie.

Ta również miała. Trudno mi określić co dokładnie to było, tym bardziej, iż mimo że czytało mi się szybko i przyjemnie, wcale mnie ta powieść emocjonalnie nie porwała. No serio, trochę dziwne, bo książka jest dobrze napisana, naładowana takimi emocjonalnymi momentami, porusza poważne tematy i w ogóle jest w niej coś takiego wrażliwego. A i tak ani razu się przy niej nie popłakałam, co mi się np zdarzyło przy czytaniu beznadziejnie napisanego Greya (wcale się nie wstydzę do tego przyznawać). Ogólnie rzecz ujmując „Długi wrześniowy weekend” nie była jakąś porywającą lekturą, ale nie była też zła. Była trochę jak długi leniwy weekend w środku lata. Z lekkim zapachem już przejrzałych brzoskwiń. Niby fajnie, a jednak tak, jakby na coś było już za późno. Jakby się coś przegapiło. Jakby przeszło nam koło nosa. Choć na miłość nigdy nie jest za późno.