portal w Drzewie

Biegłam przez las. Byli ze mną jacyś ludzie, ale nie potrafię powiedzieć kto. Może jacyś moi przyjaciele lub bliscy. Biegliśmy przez las. Wszystko było jakby spowite mrokiem, a między drzewami gdzieniegdzie wisiała szarawa mgła. Gdzieś tam za nami biegły wilki. Właściwie nie goniły nas, nie miałam wrażenia, że chcą uczynić nam krzywdę. Bardziej było to tak, jakby nas zaganiały, nakierowywaly w strone ogromnego drzewa. Bo oto nagle znaleźliśmy się przed potężnym drzewem. Było tak wielkie, majestatyczne i wysokie, że z miejsca gdzie staliśmy, nie mogliśmy nawet dostrzec jego konarów. Ale za to ujrzeliśmy, tuż przed nami, że w drzewie pojawiło się jakby wejście zapraszające nas do środka. Trudno mi to opisać, bo nie wyglądało to jak jakiś rzeczywisty otwór czy  brama. Bardziej wyglądało tak, jakby kora tuż przed nami była utworzona ze światła, choć wciąż była korą. Nieco ze zdziwieniem, ale ciekawością, fascynacją i szacunkiem równocześnie, weszliśmy do środka. I oto znależliśmy się w jakieś dziwnej krainie, komnacie, świątyni. Nie wiem jak to określić. Staliśmy jakby na szczycie ogromniastego, niesamowicie pięknego wodospadu. Nie tworzyła go woda, ale coś, co było wodą i ogniem jednocześnie. Miało w sobie miękkość i puszystość śniegu, ale tak samo miało gładkość i metaliczność metalu. Było delikatne, aksamitne albo jedwabiste, a jednocześnie mocne i potężne jak skała. Wodospad ze światła, który miał w sobie jakby wszystko i wszystkimi mienił się barwami. Jego widok był oszałamiający, nie potrafię nawet ująć w słowa ogomu uczuć jakie wywoływał. Jednak zanim zdąrzyłam się z tymi doznaniami oswoić, pojawili się Oni.
Wysocy, duzi, ładnie zbudowani, niesamowicie piękni. Pojawili się jak silny powiew wiatru. I chociaż nie mieli skrzydeł, to płynęli w powietrzu. Każdy z nich przybywał do jednego z nas. Mieli różne kolory, choć nie do końca, bo miałam wrażenie jakby ich barwy wibrowały, ulegały zmianie. Jedni świecili się zielenią, inni na różowawo. Ten, który przybył tu dla mnie, świecił się w kolorze indygo zmieniającym się w srebro. I nie tyle to zobaczylam, co poczułam lub wiedziałam.
Wszystko się działo tak szybko. A my… zaczeliśmy jakby uciekać. Ja zaczęłam uciekać. Z jednej strony wiedziałam, że nie mam się czego bać, a jednak wolałam uciekać. Nie wiem czy przed nimi, czy bardziej była to ucieczka przed nieznanym, przed innym, przed otwarciem się, przed spotkaniem. I przed samą sobą. Naprawdę nie wiem…  Ale uciekałam. A razem ze mną i  reszta moich przyjaciół. Wszystko przybrało wariackiego tempa. Zjeżdżałam po wodospadzie i była to szaleńcza jazda. Jak na złamanie karku. Z wybojami, ostrymi zakrętami, jak jakiś saneczkowy slalom gigant. Tyle, że bez saneczek.
I nagle zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie potrafię tego kontrolować, że zwyczajnie za chwilę rozwalę sobie łeb. Zresztą we łbie słyszałam huk, świst, wszystko to było jak jakieś szaleństwo. I wtedy kątem oka zobaczyłam, że tuż za mną leci ten „mój” srebrno-granatowy On Aniol????? Nie wiem. Przed ułamek sekundy chciałam mu uciec, a jednocześnie wiedzialam, że nie mam na to szans i że gdzieś tam w środku mnie wcale nie chcę uciekać. Chciałam się przed nim schować, a jednocześnie gdzieś w głębi wcale nie chciałam się chować. On najwyrażniej o tym wiedzial, bo dogonił mnie i zanim otoczył mnie ramieniem przez ułamek sekundy leciał tuż obok, uważnie mnie obserwując. I wtedy dopiero odważylam się spojrzeć w jego piękną męską twarz i jego oczy. I zobaczyłam w nich spokój i uważność, ciepło i serdeczność, dodawanie mi odwagi i śmiejące się iskierki. A potem otoczył mnie swoim silnym ramieniem. Okęcił się jakoś wokół własnej osi razem ze mną, wciąż w niesamowicie szybkim horyzontalnym locie w dół. Uśmiechnał się do mnie nieco szelmowsko, dodając mi odwagi, a potem owinał mnie czymś co może było jednym z jego skrzydeł chociaż nie widziałam prędzej żadnych skrzydeł. A może było to coś zupełnie innego, ale odebralam to tak, jakbym znalazła się w jakimś bezpiecznym kokonie. I dopiero wtedy poczułam, iż się poddaję temu co ma być. Już nie chciałam ani walczyć, ani uciekać, ani się chować. Czułam się jakbym leciała na spotkanie nieznanej przygodzie otoczona plaszczem bezpieczeństwa. I poczułam się błogo senna. Usnęłam.

Kiedy się obudziłam (nie w rzeczywistości, tylko wciąż w śnie) leżałam w jakieś ogromnej komnacie. Była potężna jak katedra i miała podobne jak do katedralnych wysokie okna, przez które wpadało dużo promieni słonecznych.  Tyle że nie była to nornalna katedra – budynek, a coś jak katedra – naturalna jaskinia, kraina. Rozglądnęłam się i odkryłam, że oto leżałam na ogromnym łóżku, jak na łóżku należącym do jakiś bardzo dużych ludzi. Czułam się lekko, spojrzałam na siebie i zobaczyłam, że mam na sobie jedynie coś w rodzaju przezroczystej, świecącej tuniki. I znowu spanikowałam przed nieznanym. Innym. Przed spotkaniem. I przed samą sobą. Spanikowałam i …

…. Witam w mojej rzeczywistości.

Obudziłam się naprawdę.