opieka nad chłopcem i czerwone jabłuszka

(Księżyc w przejściu z Lwa do Panny)

Byłam w jakimś muzeum albo swego rodzaju akademi – trudno mi stwierdzić, ale takie w śnie miałam właśnie postrzeganie o tym miejscu. Było to ogromne pomieszczenie, z mnóstwem regałów i półek, na których znajdowały się różniste kamienie, w przeważającej części kryształy. Miały one różniste kolory i promieniały swoim światłem. Niby byłam tam sama, ale zobaczyłam, iż po tych półkach, między kamieniami chodzi też mały jasno szary, prawie biały kotek. Kiedy chodził był właśnie takim małym kotkiem, jednak momentami przysiadał i wtedy na krótką chwilę zamieniał się w białego króliczka. Zaciekawiona obserwowałam go, starając się jednak mu nie narzucać. W pewnym momencie kotek przemienił się zupełnie w małego, może 6 letniego chłopca. W tym samym momencie zobaczyłam też, iż ja sama jestem wysoko w ciąży i to ciąży bliźniaczej. Zaraz potem pojawiła się starsza kobieta, trzymająca w dłoni coś w rodzaju cienkiej rózgi. Była bardzo oficjalna i miała taki surowy wygląd. Zorientowałam się, iż była to jakaś opiekunka czy bardziej dozorczyni tego miejsca. Powiedziała mi, iż dziecko, czyli ten chłopczyk nie może tam zostać i dała do zrozumienia, że albo ja się nim zaopiekuję albo ona będzie zmuszona oddać chłopca do… nie bardzo zrozumiałam gdzie, ale wiedziałam, iż dla chłopca byłoby to coś groźnego. Było więc dla mnie oczywiste, że zabiorę chłopczyka ze mną do domu. Od razu pojawił się tam też mój mąż, który niejako musiał również wyrazić zgodę i w ten sposób przejęliśmy opiekę nad chłopcem. Tyle że sam chłopiec nie mógł tak od razu pójść z nami, tylko na jeden dzień przeniesiono go do takiego jakby przedszkola dla nowo przybyłych dzieci. Miał tam jakby utwierdzić się czy ugruntować w byciu ludzkim dzieckiem (bo przecież pojawił się przemieniony najpierw z kotka).

 W kolejnej scenie byłam już chyba w domu. Przyszli do nas kobieta i mężczyzna, którzy przedstawili się jako prawdziwi rodzice chłopca. Powiedzieli, iż bardzo pragną chłopca odzyskać, no ale jako że teraz dziecko jest pod moją i męża mojego opieką, to niejako my musimy najpierw z tej opieki zrezygnować oraz wyrazić zgodę by chłopiec wrócił do prawdziwych swoich rodziców. Poszliśmy razem więc do jakiegoś biura, gdzie przedstawiliśmy sprawę jakimś urzędnikom. Nie od razu byli przychylni i każdy z nas musiał przedstawić jakieś solidne argumenty. Ja odpowiadałam jako ostatnia i w końcu przeważył argument, iż może nawet nie dalibyśmy rady tak dobrze chłopcem się zaopiekować, skoro mamy już dwóch synów, w tym jednego chorego i oczekujemy na dwóch kolejnych. Już wtedy wiedziałam, że te bliźniaki, które mają się narodzić to dwoje chłopców. Wreszcie zgodzono się by tamten chłopiec wrócił do swoich rodziców.

Kolejna scena bała taka, że wszyscy razem – jakby dla świętowania tej sytuacji, iż tak się fajnie ułożyło to z tym chłopcem – siedzieliśmy w takiej ażurowej alkowie w jakimś pięknym ogrodzie czy sadzie. Była jesień, drzewa skąpane w słotych liściach.  I kiedy się przyglądałam tak tym drzewom, zobaczyłam, iż ich gałęzie wręcz uginają się pod obfitością cudownie dojrzałych czerwonych jabłek. Te jabłuszka były tak piękne, dorodne i było ich tak dużo, że dosłownie rosły jedne przy drugich. A między nimi – widziałam jeszcze dojrzałe kiście ciemnych winogron oraz gronka jarzębiny. Byłam zachwycona tą przecudowną obfitością, tym niesamowitym wręcz połączeniem czerwonych jabłuszek, maleńkich, lekko pomarańczowatych gronek jarzębiny, burgundowych kiści winogron i całego morza złotych liści. Ten widok napawał mnie prawdziwym zachwytem. Poprosiłam tych swoich towarzyszy zabawy, by zrobili mi zdjęcie na tle tych gałęzi. Lecz oni – owszem robili mi jakieś zdjęcia, ale nie bardzo chcieli fotografować mnie na tle drzew. Trochę się śmiali, trochę próbowałi mnie przekonać, iż mogę znaleźć lepsze tło. Wtedy się zorientowałam, iż moi towarzysze widzieli jedynie gołe smutne gałęzie, z resztkami suchych liści. Tylko ja widziałam te drzewa z obfitością przepięknych liści i cudownych owoców.

wielepoziomowo ale jednocześnie

Byłam w jakimś budynku, który stanowił sam w sobie swego rodzaju ogromną, dziwną krainę. Był wielopoziomowy, zbudowany nie jak współczesne budynki, gdzie każde piętro stanowi jeden wyraźny poziom, tylko trochę przypominał ogromny,  dziwny zamek z jakieś bajki. Piętra w nim czasem miały jakby pomieszczenia opuszczone jakby w przestrzeń między piętrami.  Były miejsca, które stanowiły jakby przejście albo coś pomiędzy jednym poziomem a innym. Ściany były miejscami okrągłe, czasem proste, zbudowane miejscami z białej cegly, czasem z ciemnego drzewa. Całość była ogromna, z mnóstwem komnat, pomieszczeń, szerokich korytarzy, ale i wąskich, krótkich przejść. Były wieżyczki i piwnice. Mimo tego pogmatwania i pozornego chaosu, zamek  był dość przejrzysty, panowało w nim dużo światła i przestrzeni.
Ja sama w śnie przemieszczałam się jedynie na jakiś 2 – 3 poziomach, ale miałam cały czas świadomość tego, że budynek ten jest o wiele, wiele większy. I że wiele pięter znajduje się zarówno pode mną jak i nade mną
 
W owym budynku oprócz mnie znajdowali się swego rodzaju rycerze. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo. No dobra, to nie jest w ogóle odpowiednie słowo dla tych postaci, które mi w śnie towarzyszyły. Ale spróbuję opisać. Najważniejsze jest to, że wiedziałam w śnie, że są to postacie męskie. Wyglądali z sylwetki jak ludzie, ale nie wiem czy byli ludźmi czy może duchami, czy innymi kosmitami. Nie widziałam ich twarzy. Wszyscy byli bardzo wysocy i bardzo szybko się poruszali. Nie chodzili normalnie, raczej tak jakby się przesuwali w powietrzu, jakby sunęli tuż nad ziemią. Czasem jeździli na wierzchowcach, chociaż te ich konie też nie do końca przypominały prawdziwe konie. No i mieli na sobie dziwne kostiumy. Coś w rodzaju zbroi (dlatego skojarzyli mi się z rycerzami), chociaż była ona nie jak z metalu, a czegoś bardzo elastycznego. Tak jakby z jednej strony była swego rodzaju pancerzem ochronnym, a z drugiej jakby stanowiła wręcz cześć ich samych, jakby była drugą skórą. Te zbroje na nich były koloru czarnego lub ciemnej szarości z metalowym połyskiem. Do tego mieli przyczepione jasne peleryny. Wszystkie te męskie postacie pojawiały się jakby w tle, nie wchodząc ze mną w bezpośrednie interakcje. Jednak przez cały czas miałam wrażenie,  że po pierwsze oni mnie chronią, są gwarancją mojego bezpieczeństwa. A po drugie, nawet jeśli żadnego nie było w pobliżu, to wiedziałam, że są w pobliżu, tzn cały czas czułam ich obecność – taką obecność, która czuwa. I to czuwa też po to, by mnie chronić. Przed czym? Nie mam pojęcia. Ja sama w tym śnie ani razu nie czułam się być w jakimś zagrożeniu. Wręcz przeciwnie, miałam poczucie swobody, wolności i dużej przestrzeni.
 
W pewnym momencie snu zwiedzając, czy raczej odkrywając różne zakamarki, komnaty, korytarze i przejścia w tej cześci budynku, po której się poruszałam, odkryłam wielkie, szerokie, drewniane wrota prowadzące na zewnątrz. Bardzo mnie zaciekawiły. Otwarłam je i zobaczyłam coś w rodzaju podwórka. Na nim znajdowała się jakaś starsza kobieta, ubrana jak na filmach o średniowieczu. Robiła coś pochylając się nad wielkim drewnianym naczyniem. Mogła by być np praczką, ale równie dobrze ubijać masło (tak o niej pomyślałam). Spojrzała na mnie, nic nie mówiac, ale miałam wrażenie że ona pilnuje bym nie wyszła niepostrzeżenie z zamku. Tzn nie miała mocy by mnie zatrzymać. Nie takie było jej zadanie zresztą, ale miała po prostu wiedzieć kiedy będę chciała wyjść. Kiedy ją zauważyłam i zdałam sobie sprawę od razu, że jest ona taką swego rodzaju tajną wartowniczką, wycofałam się do korytarza. Od razu jednak pojawili się na koniach rycerze. Nic nie mówiąc, przejechali obok mnie, tak jakby mi chceili pokazać, że są obok i wiedzą co zamierzam.
Te wrota na zewnątrz jednak nadal bardzo mnie kuszą. Postanawiam, że chcę odkryć co znajduje się dalej, za podwórkiem .
 
W tym momencie kiedy to postanawiam dzieje się coś bardzo, bardzo dziwnego. Korytarz, na którym stoję jakby się rozdwaja na dwa korytarze, na końcu których widać bramę, czyli w zasadzie są już też 2 bramy. A ja stoję JEDNOCZEŚNIE w obu tych korytarzach. Idę znowu do tej bramy i wyglądam na zewnątrz. Za jedną bramą widzę znowu podwórko, druga natomiast jest wejściem do jakieś kuchni. Postanawiam już definitywnie wyjść na zewnątrz. Ale jednocześnie uświadamiam sobie, że ja sama jestem jakby rozdwojona.
Nigdy prędzej nie przyśnilo mi się coś takiego. Oto w śnie jestem jakby w dwu mnie JEDNOCZEŚNIE. I – również jednocześnie- widzę te obie mnie jakby z zewnątrz. O dziwo, nie wiadomo skąd pojawiają się także dwa biale wierzchowce, właściwie nie całkiem białe, tylko takie nakrapiane siwki. I ja nagle na nich już siedzę. Siedzę w dwu ciałach na dwu koniach zwrócona twarzą do ich tyłków. Te konie wyglądają identycznie. Ja natomiast widzę, iż jedna ja mam zupełnie czarną twarz, tak jakby była pomalowana czarną farbą. A druga ja mam twarz białą, jak pomalowaną na biało. I mam to niesamowite poczucie, że jestem w obu tych mnie jednocześnie, mimo że są to zupełnie dwa odrębne ciała. A jednak robimy wszystko to samo, myślimy jakby razem, rozumiemy się bez słów, nawet bez myśli, bo ja jestem oboma mnie.
Fascynuje mnie to, a jednocześnie nieco przeraża. Bardziej zadziwia.
Czuję przypływ ogromnej siły.
 
Pojawiają się wokól mnie ci rycerze, te męskie postacie. Pędza na swoich rumakach zataczając wokół mnie koła, tak jakby mnie przyjmowali do swego grona. Nadal nic nie mówią, ale są blisko i po raz pierwszy nie mam poczucia, że mnie chronią, ale że mnie PRZYJMUJĄ. Krążą tak wokół mnie na tych koniach z ogromną szybkością. I z każdym okrążeniem czuję bardziej przynależność do nich. Nadal wszyscy znajdujemy się wewnątrz zamku, jakby w jednym szerokim korytarzu. Po czym oni nagle odjeżdżają w głąb zamku. Ja w swoich obu ciałach i na obu moich wierzchowcach jadę za nimi. Już nie interesuje mnie to, co jest na zewnątrz, teraz interesuje mnie by poznać i odkryć cały zamek. Odjeżdżam za nimi jako ja w DWU postaciach, jednej z czarną, a drugiej z białą twarzą. Jestem nimi jednocześnie i chociaż czuję się bardzo, bardzo dziwnie z tym, to czuje się też szczęśliwa i bardzo silna
 
Dalsza część snu jest taka, że budzę się, nie w rzeczywistości tylko jakby nadal w śnie. Budzę się z płaczem (ale nie strachem). Jeszcze nie wiem tak do końca, że się budzę, tylko czuję, że przytula mnie i próbuje uspoić Michał – który chyba spał ze mną w jednym łóżku. No więc ja budzę się ze snu, nadal w śnie, z tym płaczem, on mnie przytula i uspokaja i wtedy widzę nas jakby z góry. I widzę również, że ten PŁACZ mój ma kolor kobaltowy, a jego PRZYTULANIE I USPOKAJANIE MNIE nieco ciemniejszy odcień, jeszcze nie granat już nie kobalt. I oglądam nas z góry jakby zanurzonych w takim świetle kobaltowo-szafirowowym i się bardzo dziwię temu, że płacz ma kolor, przytulanie ma kolor. A jednocześnie wcale się nie dziwię i wydaje mi się to być zupełnie naturalne. I fascynuje mnie to bardzo.
I kiedy nad tym myślę (nadal w śnie) i przypominam sobie również ten wcześniejszy sen (czyli sen w śnie), o tym, że byłam mną z czarną twarzą i z białą twarzą, to chcę być nadal jednocześnie tam i tam i jeszcze tu, w objęciach Michała z tymi kobaltami i szafirami i także tu, wisząc pod sufitem i oglądając nas z góry. I wtedy on, Michał mi mówi  – choć nie wiem czy on mi to mówi, czy to może ja sama, bo nie do końca wiem gdzie zaczyna się on, a gdzie ja, ale kiedy mnie przytula mam wrażenie, że to jednak on – w każdym razie mówi mi, że wszystko JEST JEDNOCZEŚNIE.
No i to jest dla mnie niepokojące bardzo i fascunjące zarazem.
I wtedy się obudziałam naprawdę.

piwnica – krater i ukochaj pogniecione

Przyśniło mi się, że do kursu, który robię akurat u Ewelinki, ona wysłała takie książki – coś jak podręcznik. Otworzyłam tę książkę-podręcznik i patrzę, a tam takie piękne obrazki. I na jednym z nich jest jakby przedstawiona wielka piwnica, która wygląda w sumie jak wielki dół czy krater. Patrzę w ten obrazek i w moment znajduję się jakby w nim. Siedzę na dnie tego krateru, a z nieba mi spadają w takim artystycznym nieładzie różne graty. Stare rupiecie i śmieci wszelkiej maści. Jeden wielki syf. Ale chociaż ten syf wcale mi się nie podoba, to ZACHWYCAM się faktem, że w ogóle go widzę. I jeszcze tym, że on leci z nieba mi na łeb w takim totalnym chaosie, a dla mnie ten chaos w tym śnie akurat wydaje się fajny. No i kiedy się tak zachwycam, to przenosi mnie i znowu trzymam w ręce książkę-podręcznik. I na jednej stronie widzę ilustrację tej piwnicy-kratera, w której przed chwilą byłam. Tylko książka w moich dłoniach jest taka jakaś pognieciona, jak zmaltretowana. Myślę sobie, że nie podoba mi się taka zmaltretowana książka i że napiszę do Ewelinki z zapytaniem, czy może mi przysłać nowy podręcznik. A wtedy jakiś głos (pewnie właśnie ta moja Dusza) mi mówi, że żadnego nowego podręcznika nie dostanę, bo mam ukochać ten pognieciony. I mam wstawać i przestać się opierdalać. Dosłownie.

I się obudziłam.


I czy to nie był zajebiście wymowny sen. Bo jak nie do końca umiałam wczoraj zatrzymać się i słuchać tej mojej duszy, to ona znalazła sposób by do mnie przemówić. Co ciekawe od razu po przebudzeniu nagle wiedziałam kupę cegłówek z tych moich murów w piwnicy i mogłam je ponazywać. Jedną z nich np był zakaz prowadzenia chujowo swoich zeszyciów czyli inaczej to nazywając swego rodzaju przymus, że muszę robić to co robię perfekcyjnie. Ja pierdziu, w życiu prędzej bym nie uwierzyła, że mam te chore zapędy do perfekcyjności, tym bardziej że poniekąd ja naprawdę uwielbiam wszelki artystyczny nieład. No to było dla mnie odkrycie.

papugi

Byłam w dużym pokoju. Stała w nim klatka dla ptaków. Ogromna, właściwie wielkości dużej woliery. Ktoś położył mi na ręcę dużą papugę. Nie przypominała żadnej mi znanej rasy, ale była różowa, z fioletową głową, i najwyrażniej chora. Wzięłam ją delikatnie i umieściłam w klatce. Chciałam jej urządzić tam jakieś posłanie, bo wyglądała na tak słabą, że pomyślalam, iż nie będzie w stanie sama usiedzieć na żerdce. Weszłam zatem do tej klatki, z jakiś ręczników zrobiłam coś w rodzaju poduszki i położyłam na niej papugę. Wyszłam z klatki. Ledwie jednak znalazłam się poza nią, ktoś na moje dłonie położył nową papugę. Nie była tak słaba jak poprzednia, ale bardzo wystraszona. Zaniosłam ją do woliery martwiąc się trochę o to, czy ptaki się dogadają, bo były to zupełnie różne gatunki. Usadawiłam jakoś tę drugą papugę na patyku i wyszłam. Znowu na moich dłoniach pojawiał się kolejny ptak i kolejny. Wniosłam tak do klatki kilka różnych papug oraz gęsi. Jedne były zupełnie zdrowe, ale jakby w śpiączce, inne wystraszone, jeszcze inne bardzo pobudzone. Wszystkie zachowywały się inaczej, niż zachowują się normalne ptaki. Nie wiem ile dokładnie w sumie tych ptaków było, ale na oko coś z 8 lub 9. Ostatniego do klatki wniosłam dużego samca żako. Kiedy go tam usadawiłam wszystkie ptaki w wolierze jakby ożyły, zaczęly skakać, gęgać, skrzeczeć, jeść i ogólnie zachować się jak normalne zdrowe papugi czy gęsi. Żako siedział na kracie klatki i do mnie wołał. Nie mogłam go zrozumieć i to mnie martwilo.

Obudziłam się jakby z takim pytaniem w głowie „co on chcial mi powiedzieć”

martwy ptaszek i czego się na nowo muszę nauczyć

Śniło mi się, że byłam w jakimś mieszkaniu i niby (w śnie) wiedziałam, iż  jest to moje mieszkanie. Tam idę doglądnąć ptaszków w klatce. Mam dużą klatkę z ptaszkami. Jest ich wiele. Są malutkie wielkości jak koliberki, choć nie są to żadne znane mi ptaki, bym mogła sprecyzować co to za gatunek. Zauważam, że woda w poidełkach jest nie tylko nieświeża, ale wręcz stęchła, ma zielonkawy kolor. I chyba z tego powodu jeden ptaszek jest martwy. Dostrzegam to nie od razu, bo ten martwy ptaszek nadal siedzi na żerdce i tylko tak dziwnie się podpiera. Jest mi strasznie przykro i czuję się winna za jego śmierć, bo to niby moje ptaszki i ja nie zadbałam, by miały świeżą wodę. Chcę wyjąć tego martwego ptaszka z klatki, ale boję się go dotknąć. Jakoś tak przeraża mnie to dotknięcie śmierci, kiedy to ja w moim odczuciu za tą śmierć jestem odpowiedzialna. Idę więc po mojego męża, by go poprosić, aby on za mnie wyciągnął tego martwego ptaszka z klatki.
Okazuję się, iż mąż mieszka w osobnym mieszkaniu, i aby do niego dojść muszę przejść przez taki mały korytarz. W korytarzu tym są 4 drzwi, a te które prowadzą do mieszkania mojego męża (w śnie mamy osobne mieszkania) są dokładnie na przeciwko moich. Idę tam. Mój mąż cieszy się że przyszłam, ale kiedy mówię mu o ptaszku i pytam czy może go wyciągnąć z klatki, on co prawda się zgadza, ale zamiast tego idzie się golić. I w trakcie kiedy się goli, to jakby się zmienia, gada jakieś głupoty, drwi, zachowuje się tak, że myślę, iż jest pijany. Wchodzę więc ostrożnie do dużego pokoju w jego mieszkaniu i widzę, że panuje tam straszny bałagan. Meble są poprzewracane, a mój mąż w najlepsze śpiewa w łazience. Podchodzę do tych porozwalanych mebli i znajduję na podłodze pistolet. Ten pistolet jest srebrny, mały. Biorę go ręki, przyglądam się, dziwię się skąd on się tam wziąl. Nie chcę mieć z nim nic do czynienia i pragnę go odłożyć, ale wtedy on niechcąco wypala w mojej ręce. Dziwię się jeszcze bardziej jak widzę, że wystrzał objawił się błyskiem niebieskiego światła. Chowam ten pistolet gdzieś pod sufitem z myślą, żeby nikt nikomu nie zrobił krzywdy i postanawiam tak po skryjomu (a więc nic nie mówiąc mężowi) wrócić do swojego mieszkania i sama zająć się ptaszkiem.
Kiedy idę przez korytarz widzę duże kolorowe pióro papugi. Wiem, że nie należy do mnie, ze pewnie jest od sąsiadów, ale uznaję, że mogę sobie je przywłaszczyć. Bardzo chcę je mieć.
Kiedy jestem już przed swoimi drzwiami, widzę że w mieszkaniu jest wielki czarny pies. No i dziwię się skąd on tam się wziął. Przecież ja nie mam żadnego psa. W końcu uznaję, że widocznie pomyliłam mieszkania i zawracam. Decyduję się otworzyć jedne z drzwi, o których jestem przekonana, że też prowadzą do mojego mieszkania. Kiedy je otwieram i wchodzę tam, to się okazuje, że to zupełnie inne pomieszczenia.
Znajdują tam mojego starszego syna, ale kiedy był jeszcze dzieckiem. Ma może z 5 – 6 lat, nie więcej. Siedzi tam sam, spokojny ale jakiś taki wystraszony albo smutny. Biorę go na kolana i zauważam, że się zsikał. Martwię się o niego, chcę jakoś pocieszyć, pomóc. Pytam więc czy mam zadzwonić do Konrada, bo mam przeświadczenie, że on będzie mógł pomóc mojemu synowi. A z drugiej strony sama czuję się nieco zagubiona i myślę, że obecność mężczyzny (obojętnie jakiego) to nie mojemu synowi, ale mi jest potrzebna i doda poczucia bezpieczeństwa. No ale Oli odpowiada mi coś takiego: „Możesz zadzwonić do Konrada, ale najpierw musisz na nowo nauczyć sić jeździć na koniu”. Dziwię się co to ma znaczyć, że po co mi to, a wtedy on dodaje: „Bo ty jeździsz na pieniądzach jak wszyscy dorośli. Zapomnieliście jak się jeździ na koniach i one są przez to smutne”. Bardzo mnie w śnie zastanawia ta odpowiedź, próbuję zrozumieć o co chodzi. I wtedy widzę, że za oknem, a właściwie nie ma okna tylko jakby w mieszkaniu brakuje jednej ściany, więc tam na dworze jest pełno koni. To są wszystko końskie dzieci, źrebaki. I wszystkie są jakieś takie smutne, jakby za czymś tęskniły. I wiem tylko, że to są właśnie te konie, na których dorośli zapomnieli jak jeździć. Wchodzć tam między te konie, one się boja nieco, ale jednocześnie jakby tęsknią za dotykiem. Ja jednak nie podchodzę do żadnego z nich, bo moją uwagę zaprząta już coś innego. A mianowicie, że te konie leżą nie na łące, ale jakby w wykarczowanym lasku. I robi mi się strasznie żal tych wyciętych drzew.
Potem już idę i się rozgladam po okolicy. Widzę, że naokoło jest pełno spalonych krzaków. Znajduję w nich mimo to kasztany. Chcę jednego wziąć do kieszeni. Te kasztany są takie suche i małe, jak zeszłoroczne, niektóre są  popękane. Ale ja wiem, że tam jest na pewno też taki jeden dorodny, gładki, soczysty, taki który idealnie będzie pasował do mojej dłoni. Więc szukam go grzebiąc w popiole, przekopując zwały spalonych gałęzi. I w końcu znajduję i bardzo się cieszę. I kiedy mam go już w dłoni i zachwycam się jego gładkością i tą taką kasztanową cudownością, to jakoś od razu czuję się lepiej, jakby mi ktoś dodał odwagi albo raczej jakbym miała pewność, że teraz na pewno nic mi się nie stanie.
Idę potem przez podwórko czy też krainę i przedzieram się przez ten wykarczowany las, te powalone drzewa. Bo te drzewa po prostu leżą jedne na drugich, zwalone, pocięte, niektóre się tlą, jakby ktoś próbował je spalić, ale one wszystkie jeszcze mocno zielone nie chcą się tak całkiem oddać ogniowi. Idę i ściskając w dłoni tego mojego kasztana, dziwię się tylko co za ciul te wszystkie drzewa powycinał i próbował podpalić.

Koniec snu.

„zawsze cię znajdę”

(Księżyc w Rybach)
Przyśnił mi się Ktosiu.  Przyszedł do mnie po jakieś materiały, które były mu potrzebne, by mógł się przygotować do jakiś egzaminów. Ja miałam mu je dać. Była to jakaś książka oprawiona w ciemno czerwoną okładkę ze skóry, choć bardziej to wyglądało jak moje własne zapiski pisane na kartkach A4 i oprawione w taką jakby książkę. Nie miałam skanera by to dla niego pokopiować (a nie wiem dlaczego, ale nie mogłam dać mu samej tej książki), więc chciałam porobić zdjęcia tych kartek, by potem je wydrukować. I wtedy zadzwonil do mnie kolega Bogdan. Nie dzwonił jednak telefonem, ale tak jakbym odebrała bezpośrednio w głowie telepatycznie jego głos. To kolega, którego w rzeczywistości znam jeszcze z czasów studium, choć wtedy raczej sama trzymałam się względem niego na dystans. W ogóle nie widziałam go od conajmniej 25 lat. No i teraz w tym śnie odebrałam w głowie ten jego głos. Powiedział abyśmy z Ktosiem przyszli do niego, bo on ma taki sprzęt, który nam skopiuje tę książkę tak, że od razu będzie jakby druga już oprawiona w okładkę. Ucieszyłam się na tą wiadomość i odpowiedziałam, iż zaraz przyjdziemy. Mieliśmy już zaraz potem wychodzić, ale wtedy przyszły do mnie jakieś 2 inne koleżanki i powiedziały, że pilnie potrzebują mojej pomocy. Przez chwilę czułam się rozdarta, czy iść z Ktośkiem do Bogdana, czy zostać z tymi koleżankami.  Ktosiek jednak zadecydował abym została. Powiedział, że jakoś sam sobie poradzi i żebym lepiej została i pomogła dziewczynom.

Zostalam więc, ale gdy Ktosiek już wyszedł, dziewczyny zaczęły coś kręcić i wreszcie się okazuła, iż tak naprawdę wcale nie potrzebowały mojej pomocy.  Chciały mnie jedynie rozdzielić z Ktośkiem.Kiedy tylko przejrzałam ten ich zamiar, wybiegłam z domu, by dogonić Ktosia.  Jednak kiedy już byłam na dworze, okazało się, że minęło wiele czasu, może lat, może nawet jest już inne życie…

Mimo to, chciałam pobiec jak najszybciej do domu Bogdana. Żeby tam dotrzeć, musialam najpierw przejść przez taki bardzo wielki i długi most. Szłam więc tym mostem i szłam, mijając różnych ludzi, setki ludzi. Na moście rosnły drzewa z owocami podobnymi do pomarańczy, ale dużo większymi i ludzie po drodze żywili się tymi owocami, bo droga wydawała się trwać jakby wiele dni. Też najpierw chciałam zjeść takiego owocu, ale potem zobaczyłam, iż ludzie, którzy je jedli, stają się jacyś inni, dziwni, jak naćpani. Poruszają i zachowują się trochę jak zombie, sterowani przez kogoś z góry. Np wszyscy zaczęli śpiewać i tańczyć jak w transie wytwarzając jakaś silną energię. Ten ktoś z góry, którego nie widziałam, ale czułam, kto nimi steruje, ten byt jakby się tą energią żywil. No więc choć bardzo byłam spragniona i głodna, to jednak nie chciałam być takim zombie i nie sięgnęłam po żaden z owoców.  Ludzie w tym transie zaczęli coraz bardziej na mnie naciskać, namawiać mnie bym zjadła owoc. Zbliżali się bardziej i bardziej coraz głośniej skandując i próbując wywrzeć na mnie presję.  Uciekłam, biegnąc coraz szybciej przez ten most w stonę domu od Bogdana.
Dotarłam jakoś do niego, on wręczył mi kopię tej niby książki, ale popatrzyl przy tym tak dziwnie i powiedział: „nie sądziłem, iż dasz radę sama tu się przedrzeć”. Potem musialam już wychodzić. On zaproponował, że mnie odprowadzi, jednak odmówiłam. Wyszłam od niego, wiedząc że by wrócić muszę znowu przejść przez most. I wtedy zobaczyłam, iż w międzyczasie się wszystko zmieniło. Za mostem budynki były już całkiem inne, inny krajobraz, jakby inna epoka. I była zima, straszna śnieżna zawierucha.  Ja nie miałam ani odpowiednich butów, ani nawet kurtki czy płaszcza. No ale mimo lekkiego niepokoju, weszłam zdecydowanym krokiem na most. I wtedy zadzwonił do mnie właśnie Ktosiek, tak dzwonił telepatycznie do mojej głowy. Ucieszyłam się bardzo, że mam z nim kontakt, bo dzięki temu nie czułam się już taka sama na tym moście. A on poprosił mnie, bym mu powiedziała gdzie jestem i w jakim czasie. Powiedziałąm mu zatem, że jestem na moście, na poczatku mostu, i że jest zima. I wtedy on mi wyszeptał mi takie zdanie: „Nic się nie martw, na pewno cię znajdę. Nieważny czas i miejsce, zawsze cię znajdę”. I te słowa były takie uspokajacące dla mnie, że usiadłam tam na tym moście, w tej zamieci śnieżnej, z taką absolutną pewnością, iż on mnie znajdzie.

wiadomość od Czarnego Węża

Jakiś tydzień temu w nocy przyśnił mi się sen. Spotkałam w nim pewną osobę, kogoś o kim nie chcę tu za wiele pisać. Ważne, iż ja wiem kto to był (u.). Powiem tylko tyle, że w życiu realnym swego czasu odegrał ten ktoś dość istotną rolę, powodując wiele traumatycznych przejść nie tylko na mojej ścieżce. No i teraz po tylu latach ten ktoś przyśnil mi się we śnie. Siedzieliśmy naprzeciw siebie i rozmawialiśmy. Ja czasem zadawałam grzecznie jakieś pytania, on z uprzejmością odpowiadał. Oboje się nawet czasem uśmiechaliśmy. Ale tak naprawdę rozmowa ta była jak swego rodzaju gra,  jak badanie przeciwnika. Ja nie ufalam jemu, on z pewnością nie ufał mi. I nawzajem o tej nieufności wiedzieliśmy. Wiedzieliśmy również, że żadne z nas nie jest słabe. Nie było strachu, ale wyraźnie czułam napięcie między nami.
W pewnym momencie on się podniósł i uśmiechając się powiedział do mnie: „A dla ciebie mam pożegnalny prezent”. Potem rzucił coś prosto na mnie, co wpadło nie na moje kolana, ale dokładnie na moje łono i brzuch. Spostrzegłam, że był to czarny wąż. Właściwie był niewielki, ale zaraz potem, nim zdąrzyłam cokolwiek zrobić, powiększył się, błyskawicznie owinął się wokół mojego brzucha i zaczął dusić. Dziwne, ale nie czułam strachu. Wąż dusił mnie coraz bardziej, a jednocześnie miałam wrażenie, że tak naprawdę nic mi z jego strony nie grozi.
W pomieszczeniu znajdowała się też Grażka i jeszcze jakaś dziewczyna. Wszystko działo się tak szybko. W momecie gdy wąż się pojawił one najpierw krzyknęły i uciekły. Teraz jednak kiedy zaczęło brakować mi tchu i nie mogłam się uwolnić zawołałam Grażkę, by mi pomogła. Pojawiła się zaraz z jakimś sztyletem i najzwyczajniej chciała odciąć wężowi głowę. „Nie!”- zawołałam – „Nie zabijaj go. Pomoż mi, ale tak, żeby nie zrobić mu krzywdy”. Jednak ona nie bardzo wiedziała jak ma mi pomóc bez użycia noża, więc zrozumiałam, że sama muszę sobie pomóc. Gmerałam coś za sobą uwięzionymi przez węża rękami. Potem poczułam, że trzymam go tuż za głową, a on trzymał w objęciach mnie. Brakowało mi powietrza. Nagle wąż jakby odpadł ze mnie i zobaczyłam krew. Nie wiedziałam czy jest moja czy jego, czułam strach o siebie i o niego, ulgę i smutek jednocześnie. Obudziłam się.


Otworzyłam oczy i wiedzialam, że to nie był taki byle jaki sen. Na mojej drugiej i trzeciej czakrze ciążył mi jakiś ciężar. Bardzo chciałam zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi, choć tak naprawdę na jakimś poziomie już wiedziałam, ale chyba nie byłam jeszcze gotowa na to, by świadomie spojrzeć tej prawdzie w oczy. Czarny Wąż z mojego snu przybył do mnie jako zwierzę wiadomości i jednocześnie zwierzę cienia. Do mnie należało rozpoznać co chce mi przekazać. Wiedziałam, iż Wąż jest takim wyraźnym ostrzeżeniem. Ze swojej ciemnej strony reprezentuje on dwulicowość, nieszczerość, sprzeciw, agresję, zazdość i uzależnienie. I to o tych energiach chciał mi powiedzieć, przed nimi ostrzec. Z drugiej strony wiedzialam również, iż to nie chodzi jedynie o coś z zewnątrz. Wiedziałam, że chodzi też o mnie samą. I czas najwyższy spojrzeć temu w oczy.

moc łagodności

Miałam dziś sen, który bardzo mnie poruszył. To jeden z takich snów, które skłaniają do refleksji, a przynajmniej na jakimś głębokim poziomie wyraźnie mi przekazują pewną lekcję.

Byłam w jakimś dziwnym świecie młodą kobietą i musiałam uciekać przed kilkoma mężczyznami, którzy chcieli mnie skrzywdzić (czytaj zgwałcić, może też zabić).  Zresztą nie tylko ja uciekałam, bo była ze mną jeszcze jakaś dziewczyna. Mężczyźni w tym moim śnie byli dla nas obcy, duzi, dzicy jacyś, pobudzeni seksualnie i w ogóle jacyś tacy rozwścieczeni, agresywni. W tym swoim męskim świecie prowadzili między sobą jakieś wojny albo jakieś zadania, które właśnie tak wpływały na ich stan, pobudzając agresję i kipiącą w nich złość. My, dziewczyny nie należałyśmy do tego ich świata, chyba należałyśmy do innej zbiorowości, rasy, narodowości i znalazłyśmy się w niewłaściwym miejscu, o niewałściwym czasie. Weszłyśmy do jakiegoś domu i niejako natknęłyśmy się na kilku tych facetów, którzy akurat ten dom plądrowali. No i wtedy się zaczęło. My uciekałyśmy, oni nas gonili. W zasadzie nie miałyśmy żadnych szans. W ogromnej panice uciekałyśmy z tą koleżanką przez okno, zdecydowane nawet przy upadku złamać sobie kark i zginąć, niż dać się zgwałcić stadu agresywnym i wygłodniałym seksualnie samcom. No i tu, jak to w snach bywa, w najmniej oczekiwanym momencie pojawił się ktoś z pomocą. Jakaś inna kobieta, której nie widziałam, jedynie jej głos słyszam w głowie, swoimi słowami nas nie tylko uspokoiła, ale też niejako przypomniała nam o naszych umiejętnościach i mocy. I słysząc ten jej spokojny głos mogłam odsunąć od siebie strach i panikę, mogłam wyciszyć w sobie i skupić się na tym, co potrafiłam. A potrafilam ze zwinnością kota biegać po dachach, po jakiś gzymsach, po linach. Tyle, że w przeciwieństwie do kota nie robiłam tego instynktownie, a potrzebowałam właśnie skupienia w sobie. Udało nam się uciec. Potem jednak, jak już niczego złego się nie spodziewałyśmy i w zasadzie było tak zwyczajnie i idyllycznie, to nagle skąś się pojawiło dwóch z tych facetów i mnie złapali. To się stało tak niespodziewanie, że nim zdąrzyłam się przerazić na dobre, to spojrzałam w oczy jednego z nich i … Nie umiem tego określić słowami. ale przez ułamek sekundy ujrzałam w nim coś dobrego. Mimo tego, że zdawałam sobie sprawę, iż właśnie zamierza mnie okrutnie skrzywdzić, że powinnam się go bać, to jednak gdzieś na dnie jego oczu zobaczyłam całkiem innego Mężczyznę. I idąc za głosem jakiegoś wewnętrznego impulsu, jakieś iskierki z mojego serca, pocałowałam go. To był taki bardzo delikatny pocałunek, pełny czułości i łagodności z mojej strony. Pocałunek, który był totalnym zaskoczeniem nie tylko dla niego, ale i dla mnie samej. Bo przecież normalnie nie całuje się kogoś, kto właśnie zamierza uczynić nam krzywdę. Ten pocałunek poruszył coś głęboko nie tylko we mnie i wszystko zmienił, choć nie od razu zdałam sobie z tego sprawę. Pojawili się bowiem kumple tego faceta. Zaczęli rozmawiać, coś wrzeszczeć, śmiać się. Niebieski (Mężczyzna, który mnie złapał i którego pocałowałam mial niebieskie ubranie) nadal mnie trzymał, coś im tłumaczył, czemuś się sprzeciwił, na coś się zgodził. Nic z tego nie rozumiałam, ale po chwili mogłam się przekonać co to wszystko miało znaczyć. Niebieski mnie puścił, odsunął mnie leciutko, wyprostował się i jakby na coś czekał.. A potem pozwolił, by tamci zaczęli się na nim masturbować (wiem, totalnie bez sensu brzmi, ale tak mi się przyśniło). To wszystko wyglądało jak jakiś okropny, obrzydliwy, zbiorowy gwałt, choć może nie było gwałtem w znaczniu, w jakim się to ogólnie przyjmuje. Bo nic mu nigdzie nie wkładali, jedynie masturbolwali się i spuszczali na niego, czasem go uderzając i śmiejąc się przy tym jakoś tak obscenicznie. Ja stałam obok i musiałam na to patrzeć i było to dla mnie obrzydliwe i przerażające jednocześnie. Choć dla samego Niebieskiego chyba nie tak bardzo. Na pewno mu się to nie podobało, ale nie wyglądał na przerażonego. I kiedy spojrzał w moją stronę, zdałam sobie sprawę, że zgodził się na to… dla mnie. Że to był taki deal między nimi. Że przyjął na siebie to, co oni robili, w zamian za mnie, by mnie uchronić. I na jakimś poziomie pojęłam jeszcze, że owa przemiana w nim z kogoś, kto sam chciał mnie skrzywdzić, w kogoś kto poświecił siebie, by mnie chronić, stała się za sprawą tego wcześniejszego pocałunku.


Bardzo to wszystko było dla mnie (w śnie) intensywne jeśli chodzi o emocje i uczucia. I ta fabula snu, w którym mnie goniono i musiałam uciekać, w którym ciągle czychało jakieś zagrożenie i w którym się bałam. Ale też, w którym zrobiłam coś małego, a jednocześnie wielkiego. Coś, co w ogóle nie pasowało do sytuacji, ale wynikało z impulsu mojego serca. Coś co nie wymagało wysiłku, ale odwagi. Jeden gest, małe coś, a tak wiele potrafiło odmienić.
Taki sen z podobnym schematem przyśnił mi się już wielokrotnie. Daje mi to do myślenia, bo wierzę, że sny też są dla mnie pewnego rodzaju przekazem, lekcją. Niekoniecznie od jakiś innych bytów, ale ode mnie samej. Może z jakieś równoległej rzeczywistości, nie wiem. Ale skoro w śnie ja robię coś, ja czuję, ja przeżywam emocje, ja doświadczam uniesień, porszenia w sercu, to znaczy, że lekcja jest ode mnie dla mnie.

Z dziesiejszego snu po raz kolejny dostałam przekaz taki: że siła łagodności i czułości, to niezwykle potężna moc.

sen o energii

Nie wiem gdzie byłam, bo to nie było jakieś konkretne miejsce. Wiem tylko, że ja i inni ludzie, bo było nas całkiem sporo, mieliśmy przed sobą takie jakby zadanie. Choć to nie jest właściwe słowo do określenia tego, co miało miejsce. Po prostu szliśmy lub przemieszczaliśmy się w dowolnie przez siebie wybranym kierunku, mogliśmy stać w jakimś punkcie tak długo, jak nam się podobało, ale ostatecznie byliśmy i tak jakby na pewnej drodze. I w czasie tej „wędrówki” zdarzały się momenty, które były w moim odbiorze niejako sprawdzianem, testem, konfrontacją tego czy wybraliśmy drogę właściwą, albo właściwe miejsce do odpoczynku. Nikt nas przy tym nie oceniał, ani nie ganił, nie było więc czegoś takiego jak dobra czy zła droga, dobre czy złe miejce, ale były momenty, w których doznawało się takiego swoistego uderzenia energii. Wkraczało się w jakiś punkt i oto następowało coś jak zerwanie pieczęci lub uaktywnienie pieczęci i jednocześnie, w tej samej chwili doznawało się takiego specyficznego „dotknięcia” energii. Przy czym ta energia była różna w różnych miejscach. Nigdy z góry nie wiedziałam jaka ona będzie, ale zasadniczo były dwie możliwości. Albo była jak ciepły podmuch wiaterku, jak nuta przyjemnej muzyki i zapach kwiatów jednocześnie. Jak smak pachnących słońcem truskawek i dotyk ukochanego, jak chłodek wody w gorący dzień i zapach lasu.  Wszystko na raz, w ułamku sekundy. I takie uczucie radości, spokoju, zadowolenia z tego, że się wybrało „dobrze”. Zanim to następowało to o ułamek sekundy prędzej widziało się jakby tysiące cząseteczek materii, które zlatują się do kupy i tworzą jakiś symbol. Drugi rodzaj był taki, że pojawiał się najpierw symbol i w ułamku sekundy rozpadał się na tysiące maleńkich kawałeczków i zaraz potem czuło się podmuch chłodu, czegoś leppkiego, smutnego, ciemnego, o nieprzyjemnych dotyku, dziwnie trzeszczącym odgłosie. Nie było to coś jakoś bardzo przerażającego, ale wzbudzało niepokój, powodowało uczucie smutku i zawodu wobec samego siebie, że się wybrało „źle”. I tak sobie szłam przemieszając się dalej i dalej, i wybierając kolejne moje kroki całkiem na zasadzie słuchania swojego wewnętrznego głosu. Dwa albo trzy razy obał mnie ten leppki, niemiły podmuch, dwa razy odświeżył ten cudowny. Aż w pewnym momencie jakiś głos we mnie powiedział mi, że teraz tu. Zrobiłam swój kolejny krok i oto urochomiło się coś MEGA potężnego. W ułamku sekundy nadleciały miliony ciupeńkich cząseteczek i tworzyły się symbole. Jeden symbol przemieniał się w następny. Nie pamiętam pierwszego, ale potem był ptak, płomień, żaba, kwiat lotosu, motyl, znak nieskończoności i na koniec BUM.

Nie potrafię tego ubrać w słowa, bowiem żadne słowa nie są w stanie opisać tego doznania. To było jak wybuch czegoś niesamowicie pięknego. Potężna fala energii, która rozbłysła w jednym ułamku sekundy i rozlewając się uderzyła we mnie. Jasność, ciepło, muzyka, zapach, smak, dotyk, radość, zachwyt, zdziwienie, orgazm na wszystkich poziomach, fizycznym, emocjonalnym, duchowym. I ja, która jakby zostaję wyrzucona z ciała, jakbym się sama rozpadała na milion małych kawałków, po to by być / czuć wszystko na raz.  Krótki moment, w którym było jakby wszystko. Niewypowiedzianie cudowne.

Obudziłam się zaraz potem. Zdziwiona, zachwycona, roztrzęsiona wielkością doznania. Naładowana radością, szczęśliwością i uczuciem ciepła. Ale jednocześnie wyczerpana jakby i z uczuciem tęsknoty oraz jakimś dziwnym przekonaniem, że nie jestem jeszcze gotowa.

 

 

sen o leopardzie (…i co się we mnie dzieje)

Szłam jakąś opuszczoną ulicą w jakimś dziwnie pustym mieście. Niezupełnie było pusto, bo wiedziałam, że budynki są pilnowane przez jakiś żołnierzy, albo strażników. A ja szłam tą ulicą i z jednej strony czułam w sobie jakiś bunt, a z drugiej strony narastającą obojętność. Chciałam odejść z tego miasta. Wtedy, kątem oka zobaczyłam, że biegnie za mną tygrys. A jednocześnie, w tej samej sekundzie wiedziałam, do czego on mnie wzywa. Nakazywał mi się zatrzymać, odwrócić i zmierzyć z tym, z czym miałam się zmierzyć. I nie chodziło o niego. Ale nie posłuchałam go i wtedy właśnie on zaczął biec za mną, w kilku potężnych susach mnie dogonił i skoczył mi na plecy. To nie był atak, on wcale nie chciał mi zrobić krzywdy. Chciał mnie jedynie zmusić do tego bym nie uciekała. Troszkę się nawet wystraszyłam, a jednocześnie wiedziałam, że robi to z miłości do mnie. Zagonił mnie potem do jakiegoś budynku. Były tam jakieś schody i pomyślałam, że to dobre miejsce by się schować i przeczekać. Wlazłam pod nie i już prawie zadowolona miałam się tam zabunkrować, kiedy zauważyłam… leoparda. Jezu, wystraszyłam się. To przecież nie to samo co tygrys, tygrysa znałam. A leopard… albo pantera? Skąd on się tu wziął? W dodatku był taki… inny. To nie był zwykły leopard, ani zwykła pantera. Jego sierść była biało – czarna, tak niesymetrycznie ubarwiona jak mają niektóre domowe kotki. Tylko to był cholernie wielki kot. I doskonale wiedział, iż siedzę pod tymi schodami. Zeskoczył zwinnie gdzieś z góry i powoli, bezszelestnie, ale uważnie się mi przyglądając, zbliżał się do mnie. Bałam się. A on najzwyczajniej w świecie usadowil się tuż obok mnie. Był całkiem blisko, na wyciągnięcie ręki. I chyba dlatego, by tym gestem zagłuszyć własny strach, wyciągnęłam tę rękę, dotknęłam jego szyi i zaczęłam go głaskać. Najpierw jeszcze z lękiem, nieśmialo, a potem z coraz większą ciekawością. Miał taką niesamowicie mięciutką sierść. Zanurzałam w nią palce i z coraz większą śmiałością go głaskałam. A on przymykał czasem oczy i mruczał z zadowolenia. Z każdym kolejnym przesunięciem dłoni bardziej go poznawałam. Jego ciepło, układ jego mięśni na karku, jego reakcje na sposób mojego dotyku.  Miałam cały czas świadomość jego siły, dzikości, a jednocześnie poczułam, jak bardzo jest samotny i spragniony miłości. I im bardziej byłam tego świadoma, bardziej się na niego otwierałam wewnętrznie. Chciałam by nie czuł się więcej samotny, chciałam by poczuł moją bliskość. Był taki… sprzeczny. Z jednej strony dziki, silny, niebezpieczny przecież, a z drugiej taki bezbronny w tym spragnieniu miłości, taki uległy i delikatny. Przewrócił się na grzbiet, odsłaniając przede mną swój brzuch i prosząc tym samym o dalsze pieszczoty. Usiadłam na nim i patrząc uważnie na tego wielkiego dzikiego kota pode mną położyłam mu dłoń na sercu. I wtedy stało się coś dziwnego. Jego ciało zaczęło się przemieniać w ciało mężczyzny. Jedynia jego głowa nadal była głową leoparda, a jego ciało było koloru biało – czarnego. Siedziałam na nim, dotykałam go, pieściłam i w pewnym momencie zapragnęłam się z nim kochać. Jezu, chciałam seksu z facetem-leopardem. Jednocześnie coś spoza mnie mówiło mi, że nie powinnam tego robić, bo nie mogę przecież zajść z nim w ciążę. To wszystko działo się jednocześnie, mówiły do mnie trzy głosy. Mój, że chcę go kochać, jakiś spoza, że nie powinnam i jego, że jeśli chcę, to obiecuje, iż nie będę w ciąży.

I widocznie kochaliśmy się, choć ta część snu jakby mi się zatarła. Ale nie zatarlo mi się to, co się stało potem. Oboje się przeobraziliśmy. On na powrót był leopardem, w leopardzim ciele, ale już nie samotny, ale silny, aktywny, uważny, niesamowicie lampardzi. Czułam jego moc. A ja? Ja nadal byłam Bafką w ludzkim ciele, ale pojawily mi się na ramionach i nogach kwieciste wzory, jak tatuaże. Piękne. Podobałam się sama sobie w tym wydaniu. I jednocześnie czułam w sobie zupełnie nowe energie. Zwinność, lekkość, odwagę. I połączenie z moim leopardem.

Potem do budynku weszli żołnierze. Leopard oczywiście wiedzial o nich już prędzej, kazał mi uciekać na górę, przez dach. Powiedział że on ich zatrzymie i że mam mu zaufać. I zaufałam.


Kiedy się obudziłam wiedzialam, że to nie był byle jaki sen, ale jeden z tych bardzo ważnych. Jeszcze nie pojmowałam jego znaczenia, ale czułam jak coś we mnie zmienił.

A potem…  ze trzy dni prędzej na fb trafiła do mnie ta piosenka.

Zwróciła moją uwagę od razu, ale dopiero po tym śnie zaczęła działać. Nawet nie umiem tego wypowiedzieć. Odsłuchałam ją już chyba setki razy, słucham non stop, na okrągło. I to co się we mnie dzieje, jest tak bardzo intensywne, tak silne, że czuję wszystko na raz. Ta piosenka nie działa we mnie sama, działa razem z tym snem, bo ilekroć ją sucham, czuję te same emocje, czuję z jednej strony samotność leoparda, samotność mężczyzny, z drugiej czuję jego siłę. Ta pieśń porusza we mnie najgłębszą, najbardziej intensywną miłość jaką czułam do mężczyzny. Nie do jakiegoś konkretnego, ale do Tego, który jest w każdym mężczyźnie świata. Tak wiele się mówi o odnowieniu Bogini, uleczeniu kobiecości. A ja, choć sama jestem kobietą, czuję dziś z taką intensywnością, że nie daje mi to spać, ich potrzebę uleczenia. Męskość mężczyzn też została zraniona, odrzucona, poniżona. Nieważne przez kogo, ważne że potrzebuje takiego samego uleczenia i troski jak nasza kobiecość. By oni, mężczyźni mogli odrodzić się na Bogów. Odzyskać swoją duchową moc. Nie wiem zresztą jak to ubrać w słowa, ale intensywnie czuję całe piękno męskiej energii. Od trzech dni, kiedy tylko zamknę oczy widzę w sobie czarno-białego leoparda. I ta jego energia we mnie, wraz z energią tej pięknej pieśni, powoduje, że czuję tę wielką miłość, a jednocześnie tęsknotę, wdzięczność, podziw, wszystko na raz…

sen o pocałunku energii

Było nas 6 albo 5 osób. Nie wiem kto. W tym śnie tak jakby bawiliśmy się energią. Patrzyliśmy sobie w oczy. Ja i jeden chłopak, którego zdecydowanie odbierałam jako androgena.
To było takie jakieś niesamowite. Jego twarz była tak blisko mojej. I kiedy skupiając się na swoim trzecim oku, patrzyłam mu w oczy, wtedy to zobaczyłam.
Tam, na czole, w miejscu jego trzeciego oka, pojawilo mu się takie jakby wypukłe, świecące na zielono przekręcone do pionu oko bez oka. Nie wiem jak to opisać. Jak kropla, jak soczewka, małe, świeciło się na zielono.
A jego twarz się leciutko zaczęła zmieniać. Kolor stał się jakby oliwkowy i od góry, od czoła, poprzez skronie, aż do policzków pojawiły się na jego twarzy ornamenty/rysunki. Nieco tylko ciemniejsze od karnacji. Taki roślinny motyw to był.
I oczy się mu zmieniły. Miał nadal takie oczy o migdałowym kształcie, ale stawały się większe i jakby bez tęczówki. I nie wiem czemu przypominały mi oczy konia czy sarny.
I tak naprawdę nie umiem tego opisać, ale ta jego twarz stawała sie taka inna, taka piękna. I coś znajomego czułam, tylko nie mam pojęcia co.

A potem on mnie nagle pocałował. To był krótki, ale najdziwniejszy pocałunek, nawet w śnie nigdy coś takiego prędzej mi się nie przyśniło. Nie było w tym nic erotycznego, tylko ….hmmmm… Nie wiem jak to opisać. Poczułam tak jakby wypuszczał z siebie coś, co było gęściejsze od powietrza, a rzadsze od jakiegokolwiek płynu. Coś pomiędzy powietrzem a wodą. I to coś wnikało w moje podniebienie, a jednocześnie czułam jak rozchodzi się we mnie. Ciepłe, jakby mokre, spokojne, takie bardzo bardzo przyjemne.

Pocałunek dawno się skończył. Przytuliłam do siebie tego kogoś. I tak trwaliśmy, a to ciepło nadal się we mnie rozchodziło.

I to było takie fajne.
Niesamowicie fajne.

Obudziłam się i było króko po 4-tej. A ja czułam się całkowicie wyspana, wypoczęta, naładowana jakąś radosną, spokojną energią. I tak mnie to trzyma do teraz.

w krainie Pancerników

Byłam w jakieś dziwnej krainie, która wyglądem przypominała kamienne wąwozy i formacje skalne w Coyote Buttes, znane pod nazwą The Wave. Nie byłam tam sama, gdzieś za moimi plecami stali moi towarzysze. Staliśmy na wzniesieniu i obserwowaliśmy rozciągający się przed nami krajobraz. Miałam wrażenie, że czekamy na coś, lub właściwiej byłoby powiedzieć czuwamy. Nagle usłyszałam dziwaczny odgłos, przypominający dudniące trąby tybetańskie lub dudnienie stada słoni. Dżwięki były bardzo niskie ale głośne i narastały. Jednocześnie spod ziemi wysunęły się żywe trąby. Nie wiem jak to określić, ale po prostu wysunęły się podobne do słonich „trąby”, które rosły na naszych oczach do wielkich rozmiarów, osiągając średnicę  może 30 cm i długość kilku lub kilkunastu metrów. Wychodziły spod ziemi, wiły się, przemieszczały i dudniły. Gdzieś na horyzoncie widziałam ogromny tuman kurzu, a potem kiedy trąbienie przybrało naprawdę na sile, kurz nagle opadł. Moi towarzysze, których obecność czułam za swoimi plecami, zaczęli się cieszyć i wiwatować. I wtedy się zorientowałam, że my wszyscy przygotowujemy się do jakieś wojny, a owe trąby były naszą pierwszą próbą powstrzymania przeciwnika.  I zrozumiałam coś jeszcze: że to wszystko nie dzieje się na Ziemi.

W kolejnej scenie stałam już w pierwszym szeregu czekającej na rozpoczęcie się bitwy armii. Rozejrzałam się wśród moich towarzyszy i dopiero teraz miałam okazję naprawdę się im przyjrzeć. Na pozór wyglądali jak ludzie, ale w śnie spoglądając w ich oczy rozpoznawałam po ich DNA, że ludźmi takimi jak ja nie byli. Ja i oni różniliśmy się genetycznie, tak jak różni się np tygrys od kuguara. Mieli na sobie ochronne ubrania stanowiące swego rodzaju pancerze, ale bardziej przypominało to elastyczną skórę pokrytą łuskami niż jakąś zbroję. Wszyscy mieli też coś w rodzaju hełmu na głowie. Choć bardziej owe hełmy przypominały cieniutkie, ściśle przylegające do głowy kaptury, na czubku których znajdował się dość długi kolec. Nie wiedząc jaką są naprawdę rasą, nazwałam ich w myślach Pancernikami. Byli dla mnie mili i traktowali mnie jakbym była jedną z nich.  Jednak ja czułam, że zupełnie do nich nie pasuję, że wcale nie chcę tu być i że ich wojna nie jest moją wojną. Jednak nie mogłam tak po prostu odejść. Nawet nie wiedziałam gdzie niby miałabym pójść. Rozejrzałam się jeszcze raz. Cała armia składała się z mężczyzn, ale na czele stała kobieta. Ona była tu wodzem. Spojrzała w moją stronę, uśmiechnęła się lekko, potem skinęła głową nakazując, by ktoś sprawdził jeszcze raz moją „zbroję”. Wtedy zobaczyłam, iż jestem ubrana w taki sam dziwny pancerz jak oni. Ktoś do mnie podszedł i założył mi na głowę mój hełm i wcisnął w dłoń broń przypominającą oszczep. Powiedział coś o ogniskowaniu i tym kolcu na głowie. W ogóle nie rozumiałam o co chodzi, czułam się jakbym miała na sobie nie swoją skórę. Ale, o dziwo, helm na mojej głowie nadał jakiś ostrości moim zmysłom. Spowodował, że nagle moje oczy mogły zobaczyć coś, co znajdowało się naprawdę daleko, czego nie widziałam prędzej. Tak samo mogłam usłyszeć dźwięki wcześniej dla mnie niesłyszalne. Wyczuć dalekie zapachy i wibrowanie ziemi pod stopami. Moje zmysły nabrały jakieś bardzo wysokiej ostrości. I zobaczyłam, że hen daleko od nas stoi już w przygotowaniu armia nieprzyjaciela. Kiedy skupiłam na nich wzrok, to było tak, jakbym patrzyła nagle przez rolnetkę. Jakbym zogniskowała soczewki. Widziałam każdego osobnego żołnierza, ich twarze, ich wygląd.  Nagle pojęłam, że byli jeszcze zupełnie inną rasą. Wysocy, z twarzami w kolorze miedzianym, w gładkich pancerzach i hełmach z rogami, które właściwie przypominały szczypce krabów. Tak, w myślalch nazwałam ich Krabami.
Mój wzrok zatrzymal się na jednym z nich. Spojrzałam na jego twarz. Skupiłam na nim całą moją uwagę. Wtedy zobaczyłam, że i on patrzy dokładnie na mnie.  I – mimo tej wielkiej odległości między nami – nasze oczy się spotkały. Był zaskoczony.
„Skąd ty się tu wzięłaś?”- usłyszałam w głowie jego myśli – „Nie jesteś stąd. Dlaczego tu jesteś? Nie powinno cię tu być.”
„Nie wiem dlaczego tu jestem. Nie chcę tu być” – odpowiedziałam mu również w myślach.
„Czy inni mogą nas teraz też usłyszeć?” – zapytałam domyślalając się, iż takie telepatyczne rozmowy z wrogiem na pewno nie są tu mile widziane. ”
„Nie. Nie mogą, bo ty nie należysz ani do mojego gatunku, ani do gatunku twoich towarzyszy. Nikt więc nie może nas usłyszeć. Ten kanał jest tylko między mną i tobą”.
„Jak to się więc stało, że powstał on między nami?”
„Nasze oczy się spotkały”. Dla niego było to oczywiste, dla mnie zupełnie nową, ważną informacją. Spojrzał jeszcze dokładniej, wbijając wzrok we mnie.
„Nie wiedziałaś o tym? Bądź zatem ostrożna i najlepiej nie nawiązuj wzrokowego kontaktu z moimi ludźmi.” Po chwili jeszcze dodał: „Naprawdę nie powinno cię tu być. Pomogę ci. To nie twoja wojna.”

Potem się rozpoczęło.
Armia Krabów nagle zniknęła. Ziemia zaczęła mocno drżeć, a po chwili spod niej, tuż przed naszą armią Pancerników, wyłonił się statek w kształcie wielkiego kraba, a z niego zaczęli wyskakiwać krabi żółnierze. Leciały strzały, świastało w powietrzu. Były walki wręcz. Istne szaleństwo. Nie wiem jakim cudem wciąż żyłam, wciąż nikt mnie nie atakował mimo że naokoło działo się piekło. Straciłam całkowicie orientację, tak jakbym znalazła się w jakieś huczącej spirali, nie pojmowałam ani gdzie jestem, ani co się dzieje.
Nagle to wszystko się skończyło.
„Obudź się” – Poczułam, że ktoś mnie dotyka. W głowie słyszałam niecierpliwe nawoływanie jego, tego samego Kraba, z którym telepatycznie rozmawiałam tuż przed bitwą. – „Obudż się, ale nie ruszaj. Popatrz na mnie”. Ocknęłam się i ujrzałam nad sobą jego pochyloną twarz. I oczy wpatrzone we mnie.
Leżałam nadal bez ruchu, tak jak mi kazał, ale kątem oka zobaczyłam, że wokół mnie leży mnóstwo pozabijanych Pancerników. Niektórzy jeszcze żyli. Kraby chodzili po polu bitwy i sprawdzali każdego. Ciężko rannych dobijali, lekko rannych stawiali na nogi i wiązali. Mój Krab wyjaśnił mi, że później będą straceni jako ofiary w jakimś rytuale. Byłam przerażona.
„Powiedziałem, że ci pomogę, bo nie powinno cię tu być.” – Mowił mi to myślami intensywnie patrząc mi w oczy. – „Nie mam wiele czasu, więc posłuchaj mnie uważnie. Weż to i połknij, najpierw przegryzając. Ale zrób to dopiero, jak już będą blisko ciebie. Nie prędzej. To działa natychmiast. Będziesz… martwa. Nie naprawdę, tylko na krótki czas. Dla nich będziesz martwa. Postaram się dopilnować by nic ci nie zrobili. To jedyny sposób, by cię stąd wydostać i uratować.”
Mam być martwa? Byłam przerażona jeszcze bardziej.
„Kiedy wrócisz do ciała będzie bolało. Postaraj się wytrzymać i nie krzyczeć. To nie potrwa długo. A potem uciekaj. Będziesz wiedziała, w którym kierunku.”- Wsunał mi w dłoń coś malutkiego. Spojrzał tak jakoś ciepło – „Zaufaj mi. Wróć do swoich. Dasz radę”.
Potem musiał już iść. Zostałam sama leżąc wśród martwych Pancerników. Nadal się bałam, ale trochę mniej.

Kiedy Kraby byli już parę metrów ode mnie, wiedziałam że nadszedł czas. Przyjrzałam się tej maleńkiej kuleczce, którą trzymałam w dłoni. Przypominała jakieś dziwne białe ziarenko. Wsunęłam je do ust i przegryzłam. Poczułam niesamwicie piekący smak, a potem … wyrzuciło mnie z ciała. Nawet nie wiem kiedy to się stało. Po prostu nagle unosiłam się gdzieś u góry, jakby lewitując w powietrzu, dla nikogo niewidoczna. Moje ciało wciąż leżało na ziemi i właśnie pochylali się nad nim Kraby. Widziałam z góry jak mnie oglądają, przewracają, jeden kopnął mnie w bok, ale to wszystko byłam już jakby nie ja. Bo przecież ja byłam u góry, latałam w powietrzu. Rozejrzałam się wokoł i zobaczyłam w oddali, na skraju krainy coś, co niewątpliwie było potralem. Wiedziałam już, w ktorą stronę mam potem uciekać. Potem zobaczyłam „mojego” Kraba, jak odwraca uwagę swoich współplemieńców od mojego ciała. „Dziękuję” – przesłałam mu w myślach. Niewątpliwie usłyszał, bo lekko się uśmiechnął.

Powrót do ciała był przerażający. Po prostu nagle byłam znowu w środku. Tyle, że czułam jakby gryzło mnie tysiące mrówek. Każdy centymetr mojego ciała mrowił, piekł, łaskotał, palił, kłuł. Ale wiedziałam już, że to wnet minie. Potem wszystko się uspokoiło. Mogłam znowu poruszyć palcami, ręką, czymkolwiek. Krabów nie było. Wstałam i poszłam w kierunku portalu.

Nie wiem ile tam szłam ani jak, ale kiedy wreszcie tam dotarłam, moim oczom ukazało się coś niesamowitego. Przede mną znajdowała się przeogromna brama. Po prostu wielgachna, złota brama. Była tak wysoka, że jej szczyt ginął gdzieś w chmurach. Nie moglam się nadziwić, chciałam ją całą zobaczyć i kiedy tylko to zapragnęlam, niejako unioslo mnie w powietrzu, jakbym jechała niewidoczną przezroczystą windą. Przed moimi oczami przesuwały się wykute (?) w bramie ogromne symbole. Wyglądały nieco jak symbole majańskie, ale tak naprawdę były to jakieś pieczęcie. Z każdym kolejnym symbolem, który się przede mna ukazywał, złote wrota trochę bardziej się otwierały. Za nimi znajdował się inny świat. Tam chciałam iść.

Obudziłam się.

pytanie

Zobaczyłam jedynie jakieś nagie skały, tak jakby szczyt granitowej góry. Potem zobaczyłam, jak ten szczyt się zacząl kruszyć i skała potoczyła się w dół. Nie widzsiałam obrazów, ale wiedziałam, że pociągnęła za sobą lawinę. Lawinę pod która ginęli jacyś ludzie.
Potem zobaczyłam z wielkiej oddali postacie ludzkie, różne. Było ich wiele. I niektóre z nich zaczęły zwyczajnie znikać. Tak jakby się rozpuszczały w powietrzu.

Potem widziałam pociągi pełne pasażerów. Odjeżdżały gdzieś. Daleko. Znikały.

Wszystko się przewijało przed moimi oczami jak jakiś film. Nie bałam się. Nie czułam emocji. Obserwowałam jedynie.

Znowu byłam jakby na skale. I jakiś głos zapytał mnie, czy jestem gotowa.

Przez ułamek sekundy moje myśli chciały odgadnąć co to znaczy. Potem pomyślałam o nich…

Byłam gotowa.

 

sen o Tygrysie, lekcja trzecia

Znajdowałam się na klatce jakieś starej, dużej kamienicy. Klatka była chłodna, z szerokimi schodami i podłogą z kafli ułożynch w mozaikę. Stałam tak gdzieś na półpiętrze między parterem, a 1-szym pietrem. W pewnym momencie nagle wiedziałam, że do kamienicy wszedł Tygrys. Jeszcze go nie widziałam, ale czułam jego obecność. Wiedziałam, że po prostu jest tam na dole. Przez ułamek sekundy chciałam  uciec, schować się w mieszkaniu, jednak nie mogłam tego zrobić. Wiedziałam, iż ten Tygrys przyszedł tam do mnie. Powoli, schodek po schodku, schodziłam w dół. Sąsiedzi obserwowali mnie za lekko uchylonych drzwi, jednak panowała absolutna cisza. Kiedy zeszłam  na dół, zobaczyłam go jak stał zaraz u wejścia do kamienicy, oświetlony wpadającymi przez otwartą szeroko bramę promieniami jasnego światła. Był w kolorze żołtej  ochry, ogromny, majestatyczny i niesamowicie piękny. Patrzyliśmy na siebie oddaleni  od siebie na długość korytarza. Nagle wiedzialam, co mam zrobić. Podeszłam do wiszących na ścianie obok mnie skrzynek na listy. Otwarłam jedną, może moją i wyjęłam z niej mały pakunek. Była to niewielka paczuszka owinięta w ciemny aksamit i przewiązana zwykłym sznurkiem. Odwinęłam zawiniątko. W środku znajdowały się jakieś dziwne patyczki, czy raczej rurki oraz liście. Wyglądały jak małe kawałeczki bambusa, liście również wyglądały na bambusowe. Tygrys przysiadł i nie spuszczał ze mnie oka. Obserwował każdy mój ruch, ale wiedziałam już, że nie muszę się go bać. Czyłam ogromny respekt, szacunek, ale i milość. Podeszłam do niego i przyklękłam w przysiadzie naprzeciw niego. Spojrzałam na niego, był taki duży. Czułam się jakbym siedziała na przeciw ogromnej potęgi, ale jednocześnie czułości. Nagle pojawiła się między nami malutka gliniana miseczka. Wrzuciłam do niej listki. Bambusowe rureczki trzymałam w otwartej aksamitnej szmatce. Wyciągnęłam dłonie w stronę Tygrysa ofiarowując mu ten prezent. Z szacunkiem skłoniłam przed nim głową. Na pewno nie potrzebował ode mnie żadnych darów, ani tych listków ani bambusowych rureczek. Ale to nie o nie chodziło, a o gest, o szacunek, o zaufanie i o świętość między nami. Tygrys się uśmiechnął. Naprawdę. Uśmiechnął się. Potem skłonił głowę w moją stronę. Mój ukłon, jego ukłon. Listki w miseczce zamienily się w jakiś napój. Ja upiłam łyk i on upił łyk. Mój ukłon i jego uklon. Jak jakaś komunia między nami. Jak połączenie serc. Ufałam mu najbardziej jak się da. Był przy mnie. Wiedziałam, że przyjdzie, kiedy będę go potrzebować.

sen o Tygrysie, lekcja druga

Szłam z kimś przez las. Nie pamiętam z kim. Nieistotne. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że naprzeciw nam biegną różne zwierzęta. Lamy, wielbłądy, antylopy, bawoły, sarny – różniste. Stanęliśmy więc zdziwieni i tym, że były to naprawdę różne zwierzaki, jak i tym, że nagle pojawiły się w takiej ilości. Biegly coraz szybciej, mijając nas i nie zwracając na nas w ogóle uwagi. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, iż te zwierzęta przed czymś uciekają. Nie mieliśmy pojęcia przed czym, ale zrozumieliśmy w mig, że widocznie i my znajdujemy się w niebezpieczeństwie. Nie było więcej czasu do stracenia. Zaczęliśmy również uciekać.
I nagle wiedziałam, że gonią nas jakieś drapieżniki. W tej szaleńczej gonitwie przez las, ja i moi towarzysze, jakoś postanowiliśmy się rozdzielić. Od tej pory byłam zdana na siebie. Biegłam jeszcze przez chwilę, ale wszystko nagle ucichło. Nie słyszałam, ani nie widziałam już pędzących obok zwierząt. Las wydał mi się na powrót zwyczajnym, bezpiecznym lasem. Wciąż czułam jeszcze niepokój, ale nie była to już ta bezsensowna panika sprzed chwili. Przystanęłam. Znajdowałam się na jakieś polanie, na środku której leżał duży pień drzewa, wydrążony w środku. Całe to miejsce jakoś promieniało spokojem. I kiedy tak stałam, nie rozumiejąc jeszcze do końca całej tej sytuacji, nagle zobaczyłam biegnące między drzewami dwa ogromne tygrysy. Biegły prosto w moim kierunku. Były już tuż, tuż… W ułamku sekundy wrócił mój strach. Chciałam uciekać, ale wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans. Z drugiej strony miałam takie poczucie, iż powinnam zostać. Że ta polana jest tym miejscem, które może mi dać bezpieczeństwo. W panice rozejrzałam się dookoła. Mój wzrok padł na leżący pusty pień drzewa. Wiele się nie namyślając wpełzłam do środka.
A potem wszystko jakby zwołniło tempa, jakby czas się dziwnie rozciągnął. Leżałam w środku drzewa, które nagle stało sie jakby przeźroczyste. Mogłam wyraźnie widzieć wszystko co jest poza nim. I patrzylam jak biegnące dwa tygrysy stapiają się w jednego pięknego białego Tygrysa. Był coraz bliżej i skoro ja moglam go zobaczyć, to i on mógł widzieć mnie. Zatrzymał się. I powoli, majestatycznie podchodził do mnie coraz bliżej. Nadal się bałam i z tego strachu zrobiłm coś zupełnie irracjonalnego. Nie wiem skąd miałam nagle w dłoni białe owoce śnieguliczki. Rzuciłam nimi w stonę Tygrysa, a on jakby uśmiechnąl się. Białe kuleczki zamieniały się w mięciutkie płatki śniegu. I nagle wiedziałam, iż żadna walka nie ma sensu. Jedyne co mogę zrobić, to po prostu poddać się. ZAUFAĆ i poddać się.

Zamknęłam oczy i to był znak. Na moje przyzwolenie. Na moją pokorę i gotowość. Tygrys podszedl do mnie cichutko i delikatnie się położył na tym przeźroczystym drzewie, w którym leżałam. Widziałam dokladnie jego wielkie ciało nade mną, jego białe piękne futro, każdy szczególik. A potem drzewo jakby zmienilo konsystencję, było już jedynie jakąś delikatną powłoką energii. I poczułam ciepło bijące od Tygrysa. Poczułam jak bije jego serce, które prawie przylegało do mojego serca. Nie było już żadnego strachu, żadnego lęku, żadnej wątpliwości. Było jedynie zaufanie i poczucie bezpieczeństwa i tego, iż jestem otoczona cudowną opieką.

A potem z nieba zaczęły spadać kuleczki śnieguliczki, które zamieniały się w mięciutkie płatki śniegu. Powoli zapadała noc. Tygrys ogrzewał mnie swoim ciałem. Otulał mnie swoją opieką. Zasnęłam….


…. po to by w rzeczywistym świecie się obudzić.

w głąb ziemi, w głąb siebie – sen o Tygrysie, pierwsza lekcja

Znajdowaliśmy się w jakieś dziwnej krainie, która wyglądała trochę jak dżungla, tyle że rozciągała się nie w poziomie, a w pionie. Byłam tam z moimi dziećmi, które byly we śnie jeszcze całkiem małe, może miały ze 2 lata. Resztę moich towarzyszy stanowiły zwierzęta: suczka rasy labrador o pięknym złotawym umaszczeniu i dwa malutkie kociaki: lwiątko oraz tygrysiątko. Wędrowaliśmy w tym śnie w głąb dżungli, schodząc jakby coraz głębiej w ziemię. Trudno to opisać, ale kraina wyglądała tak, jakby rozciągała się na wielu poziomach, czy też tarasach. I my po prostu schodziliśmy coraz niżej. Suczka wzięła na siebie rolę przewodniczki. To ona zawsze biegła nieco z przodu, ona sprawdzała najpierw teren, ona wybierała najlepsze miejsca do zejścia. Potem zawracała dając mi znać abym z wszystkimi dziećmi poszla za nią. Wtedy ja brałam moje dzieci za rączki i razem wędrowaliśmy. Kocie maluchy biegły same, doskonale dając sobie radę, ale trzeba je było nieco pilnować, czasem pomóc skądś zeskoczyć. Suczka w tej podróży pomagała pilnować wszystkie te dzieci, zarówno moje, jak i te zwierzęce. Była taką pełną mądrości, miłości i cierpliwości psią opiekunką i przewodniczką. Najczęściej nasze zejście z tarasu na taras wyglądało tak, iż najpierw schodziła na dół właśnie ona. Potem czekała, aż jakoś podam jej kociaki lub pomogę im zeskoczyć i w końcu schodziłam sama z moimi własnymi dziećmi pod pachą. Po jakimś czasie suczka wyraźnie jakby podzieliła role. I teraz ja opiekowałam się bardziej moim starszym synem oraz tygryskiem, ona zaś bardziej moim młodszym synem i lwiątkiem.

Jednak to nie było tylko takie bezsensowne wędrowanie. Każdy głębszy poziom powodował jakby wejście w głębszy poziom nas samych. A jednocześnie jakieś dojrzewanie. Na zewnątrz pokazywało się to tak, że moi synowie na każdym poziomie stawali się jakby więksi, starsi, bardziej samodzielni. To samo działo się z lwiątkiem i tygryskiem.  Ja sama zaś czułam jakbym z każdym poziomem otrzymywała  jakąś ważną wiedzę,  chociaż na razie nie miałam pojęcia o jaką wiedzę chodzi.

Nie wiem ile poziomów tak schodziliśmy w głąb ziemi, ale przyszedł moment, kiedy mieliśmy odpocząć. Zatrzymaliśmy się na tarasie z cudownym widokiem na zachodzące słońce. Tam zamierzaliśmy spędzić noc. Moi synowie, młody lew oraz suczka byli zajęci swoim towarzystwem. Nie chciałam im przeszkadzać i poszukałam dla siebie miejsca nieco za nimi. Obok mnie usadowił się tygrys. Nie był jeszcze zupełnie doroslym tygrysem, ale miał już całkiem spore rozmiary. Najpierw leżałam koło niego całkiem naturalnie, tak jakby jego obecność była dla mnie czymś oczywistym. Ale w miarę jak na horyzoncie gasly ostatnie promienie słońca i robiło się ciemniej, zaczęły mi się wkradać do głowy wątpliwości i lęki. „To nie jakiś tam domowy kot, ale prawdziwy tygrys” – myślalam. Wreszcie, w którymś momencie naprawdę zaczęłam się go bać. A on doskonale wiedział o tym co się we mnie dzieje i na mój strach odpowiedział tym, że się nagle wyprostował, urósł, obnażył kły. Był teraz ogromny, dziki, groźny, przerażający. I stał tak nade mną patrząc na mnie i czekając. Przez ułamek sekundy byłam przerażona, gotowa uwierzyć, iż zaraz mnie zaatakuje. Jednocześnie wiedzialam, iż gdyby się tak stało, to nie mam z nim żadnych szans. I wtedy poddałam się. Pomyślałam sobie, że zamiast marnować te ostatnie chwile na ten ogromny strach, to lepiej jeśli zamknę oczy i spróbuję mu zaufać. Przecież na dobrą sprawę znałam go od małego, a on mnie. Razem przeszliśmy taką drogę. Wspieraliśmy się, opiekowałam się nim, więc dlaczego miałby chcieć mnie teraz nagle atakować. I kiedy tak pomyślałam usłyszałam jak mruczy łagodnie tuż nad moim uchem. Otworzyłam oczy i leżał znowu obok mnie, na nowo łagodny, piękny, spokojny. Odrobinę większy niż wtedy kiedy kładliśmy się spać. Patrzyłam na niego i jeszcze nie do końca ufałam, jeszcze nie do końca. Więc chociaż nie obnażał już kłów, warknąl znowu i patrzył. Czekał. I ja też popatrzyłam. I uśmiechnęłam się. Zrozumiałam bowiem dokładnie tę lekcję. Już całkiem spokojna i w poczuciu bezpieczeństwa zamknęłam oczy. Już nie musiałam się opiekować dłużej tygrysem. Teraz on opiekował się mną. Ja miałam mu tylko ufać.


Zrozumienie przekazu ze snu wcale nie oznacza, że od razu potrafi się coś wprowadzic w życie. Ale zawsze jest to jakiś ważny krok do przodu. Tak więc jestem niezwykle wdzięczna za tę lekcję.

portal w Drzewie

Biegłam przez las. Byli ze mną jacyś ludzie, ale nie potrafię powiedzieć kto. Może jacyś moi przyjaciele lub bliscy. Biegliśmy przez las. Wszystko było jakby spowite mrokiem, a między drzewami gdzieniegdzie wisiała szarawa mgła. Gdzieś tam za nami biegły wilki. Właściwie nie goniły nas, nie miałam wrażenia, że chcą uczynić nam krzywdę. Bardziej było to tak, jakby nas zaganiały, nakierowywaly w strone ogromnego drzewa. Bo oto nagle znaleźliśmy się przed potężnym drzewem. Było tak wielkie, majestatyczne i wysokie, że z miejsca gdzie staliśmy, nie mogliśmy nawet dostrzec jego konarów. Ale za to ujrzeliśmy, tuż przed nami, że w drzewie pojawiło się jakby wejście zapraszające nas do środka. Trudno mi to opisać, bo nie wyglądało to jak jakiś rzeczywisty otwór czy  brama. Bardziej wyglądało tak, jakby kora tuż przed nami była utworzona ze światła, choć wciąż była korą. Nieco ze zdziwieniem, ale ciekawością, fascynacją i szacunkiem równocześnie, weszliśmy do środka. I oto znależliśmy się w jakieś dziwnej krainie, komnacie, świątyni. Nie wiem jak to określić. Staliśmy jakby na szczycie ogromniastego, niesamowicie pięknego wodospadu. Nie tworzyła go woda, ale coś, co było wodą i ogniem jednocześnie. Miało w sobie miękkość i puszystość śniegu, ale tak samo miało gładkość i metaliczność metalu. Było delikatne, aksamitne albo jedwabiste, a jednocześnie mocne i potężne jak skała. Wodospad ze światła, który miał w sobie jakby wszystko i wszystkimi mienił się barwami. Jego widok był oszałamiający, nie potrafię nawet ująć w słowa ogomu uczuć jakie wywoływał. Jednak zanim zdąrzyłam się z tymi doznaniami oswoić, pojawili się Oni.
Wysocy, duzi, ładnie zbudowani, niesamowicie piękni. Pojawili się jak silny powiew wiatru. I chociaż nie mieli skrzydeł, to płynęli w powietrzu. Każdy z nich przybywał do jednego z nas. Mieli różne kolory, choć nie do końca, bo miałam wrażenie jakby ich barwy wibrowały, ulegały zmianie. Jedni świecili się zielenią, inni na różowawo. Ten, który przybył tu dla mnie, świecił się w kolorze indygo zmieniającym się w srebro. I nie tyle to zobaczylam, co poczułam lub wiedziałam.
Wszystko się działo tak szybko. A my… zaczeliśmy jakby uciekać. Ja zaczęłam uciekać. Z jednej strony wiedziałam, że nie mam się czego bać, a jednak wolałam uciekać. Nie wiem czy przed nimi, czy bardziej była to ucieczka przed nieznanym, przed innym, przed otwarciem się, przed spotkaniem. I przed samą sobą. Naprawdę nie wiem…  Ale uciekałam. A razem ze mną i  reszta moich przyjaciół. Wszystko przybrało wariackiego tempa. Zjeżdżałam po wodospadzie i była to szaleńcza jazda. Jak na złamanie karku. Z wybojami, ostrymi zakrętami, jak jakiś saneczkowy slalom gigant. Tyle, że bez saneczek.
I nagle zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie potrafię tego kontrolować, że zwyczajnie za chwilę rozwalę sobie łeb. Zresztą we łbie słyszałam huk, świst, wszystko to było jak jakieś szaleństwo. I wtedy kątem oka zobaczyłam, że tuż za mną leci ten „mój” srebrno-granatowy On Aniol????? Nie wiem. Przed ułamek sekundy chciałam mu uciec, a jednocześnie wiedzialam, że nie mam na to szans i że gdzieś tam w środku mnie wcale nie chcę uciekać. Chciałam się przed nim schować, a jednocześnie gdzieś w głębi wcale nie chciałam się chować. On najwyrażniej o tym wiedzial, bo dogonił mnie i zanim otoczył mnie ramieniem przez ułamek sekundy leciał tuż obok, uważnie mnie obserwując. I wtedy dopiero odważylam się spojrzeć w jego piękną męską twarz i jego oczy. I zobaczyłam w nich spokój i uważność, ciepło i serdeczność, dodawanie mi odwagi i śmiejące się iskierki. A potem otoczył mnie swoim silnym ramieniem. Okęcił się jakoś wokół własnej osi razem ze mną, wciąż w niesamowicie szybkim horyzontalnym locie w dół. Uśmiechnał się do mnie nieco szelmowsko, dodając mi odwagi, a potem owinał mnie czymś co może było jednym z jego skrzydeł chociaż nie widziałam prędzej żadnych skrzydeł. A może było to coś zupełnie innego, ale odebralam to tak, jakbym znalazła się w jakimś bezpiecznym kokonie. I dopiero wtedy poczułam, iż się poddaję temu co ma być. Już nie chciałam ani walczyć, ani uciekać, ani się chować. Czułam się jakbym leciała na spotkanie nieznanej przygodzie otoczona plaszczem bezpieczeństwa. I poczułam się błogo senna. Usnęłam.

Kiedy się obudziłam (nie w rzeczywistości, tylko wciąż w śnie) leżałam w jakieś ogromnej komnacie. Była potężna jak katedra i miała podobne jak do katedralnych wysokie okna, przez które wpadało dużo promieni słonecznych.  Tyle że nie była to nornalna katedra – budynek, a coś jak katedra – naturalna jaskinia, kraina. Rozglądnęłam się i odkryłam, że oto leżałam na ogromnym łóżku, jak na łóżku należącym do jakiś bardzo dużych ludzi. Czułam się lekko, spojrzałam na siebie i zobaczyłam, że mam na sobie jedynie coś w rodzaju przezroczystej, świecącej tuniki. I znowu spanikowałam przed nieznanym. Innym. Przed spotkaniem. I przed samą sobą. Spanikowałam i …

…. Witam w mojej rzeczywistości.

Obudziłam się naprawdę.