o wybaczaniu i przepraszaniu

Czasem się zdarza w życiu tak, że ktoś sprawi nam jakąś przykrość, albo nawet nas mocno skrzywdzi. Nie łatwo jest w takich chwilach myśleć o wybaczeniu, a tym bardziej doszukać się w nich czegokolwiek pozytywnego.

I ja zostałam kiedyś skrzywdzona. Bolało mnie bardzo. Był we mnie ogromny żal, poczucie krzywdy, smutek, rozczarowanie. Na wiele tygodni były mi one jedynym towarzyszem, nie potrafiłam zauważać nic poza tym. Życie przechodziło obok mnie, a ja tak bardzo skupiona byłam na tym swoim cierpieniu, że praktycznie nie docierało do mnie nic. Wcale tego nie chciałam. Ale nie potrafiłam się pozbierać do kupy. Nie potrafiłam przestać myśleć o tym co się stało, a w konsekwencji tak zabarykadowałam się w tym poczuciu żalu w sobie, iż nie dopuszczałam do siebie żadnego przejawu miłości, radości, niczego pięknego. Nie było mi z tym dobrze, a w zasadzie było bardzo źle. I upłynęło bardzo wiele czasu, zanim zdałam sobie sprawę, że mam depresję, a jeśli jeszcze nie, to jestem na najlepszej drodze do tego, by ją mieć.

Było we mnie tyle żalu, tak wielkie poczucie skrzywdzenia, że nawet jeśli nie chciałam tego robić, to co chwila zakradały się one do moich myśli i rozpamiętywałam ciągle na nowo to, co się stało. Analizowałam, rozkładałam na części pierwsze, użalałam się nad sobą i tym samym coraz bardziej oddalałam się od równowagi.

Nie myśłałam o wybaczeniu. To przyszło do mnie samo, nagle. Mały impuls wysłany właściwie nie do mnie, ale do mnie trafił. I spowodował jakby w jednej chwili zrozumienie. Zrozumienie, że poczucie żalu, które w sobie noszę, choć pozornie skierowane do osoby, która mnie skrzywdziła, tak naprawdę uderza jedynie we mnie samą. Zatruwa mnie od środka odbierając mi radość z życia, odbierając mi nawet zdolność kochania. Zrozumiałam, iż wybaczyć to nie jest jakiś tam akt łaski wobec tego, kto nas skrzywdził, ale wielki akt uwolnienia wobec mnie samej. Otrzymałam to zrozumienie jako dar od naszej Matki Ziemi. Którz mógłby to lepiej pojmować, jak nie ona, która każdego dnia wybacza nam wszystkie krzywdy, które my jako ludzkość jej czynimy. Nie potrafię tego opisać, ale wtedy, w tamtej chwili, kiedy z tak wielką mocą dotarło do mnie to przesłanie od Gaji, płakałam, a jednocześnie czułam jak coś się ze mnie uwalnia. Cały mój żal i poczucie krzywdy ulotniły się jakby w jednej chwili i zrobiły znowu miejsce dla światła. I napradę wybaczyłam.

I nie, to nie było łatwe. To nie jest tak, iż zapomnialam to co się złego wydarzyło. Gdybym zapomniała, to tak jakbym uciekła od tego. Ale ja pamiętałam. Nie chciałam uciekać, ale chciałam by dokonała się we mnie przemiana. Nie było łatwe, bo choć jednego dnia mój żal zniknął, to wciąż od czasu do czasu pojawiały się momenty, w któych pchał mi się on na powrót do głowy. Wybaczyć oznaczało mieć odwagę do tego, by pilnować tych myśli, by nawet jeśli pojawią się one w głowie, nie pozwolić im się przedostać do serca. A jednak moje życie dopiero od momentu, kiedy wybaczyłam, mogło na nowo nabrać blasku. Akt wybaczenia nie jest więc żadnym aktem łaski wobec kogoś. Jest aktem łaski wobec nas samych. A to, że po drodze na nowo możemy się całkiem szczerze uśmiechnć do tego, komu wybaczyliśmy, może nawet na nowo go kochać, to się dzieje już przy okazji.

Nie mniej jednak słowo „przepraszam” ma znaczenie. Jego moc jest niezwykle silna. Nie jest gwarancją na wybaczenie, ale może naprawdę pomóc osobie skrzywdzonej uwolnić się od żalu. Czasem się zdarza w życiu tak, że to ja komuś sprawię przykrość. Może nawet kogoś skrzywdzę. Dlatego jeśli dotrze do mnie świadomość tego, staram się zawsze przeprosić. Nie przepraszam za szczerość, ani za to, że np będąc sobą, nie spełniam czyiś oczekiwań. Ale przepraszam za krzywdę, którą wyrządziłam, za przykrość, jaką sprawiłam. Dla mnie przeproszanie to nie jakaś tam oznaka mojej słabości, czy uległości, ale naprawdę szczera chęć naprawienia szkód jakich przysporzyłam, złagodzenia bólu, który sprawiłam. I jeśli tylko serce mi powie, że powinnam kogoś przeprosić, to nawet jeśli ego próbuje przekonać mnie do czegoś innego, idę za głosem serca. Bo wiem, że ono wskazuje zawsze właściwą drogę.

pytania, pytania, a odpowiedzi na razie brak

Tak obserwuję sobie to moje życie i zastanawia mnie jedno. Co jest we mnie takiego, że przyciągam do siebie osoby, które …. nie wiem jak to ująć ładnie w słowa, ale powiedzmy, są na takim etapie swojego życia, kiedy nie wierzą w siebie, tkwią w jakiś bardzo trudnych sytuacjach, mają zaniżone poczucie wartości, a to wszystko przekłada się też na to, iż bardzo dużo o tym mówią. I to nie są jacyś tam tylko znajomi, ale ludzie, którzy są dla mnie ważni. Tacy, których pokochałam, których uważam za przyjaciół, Przyjaciól. Tacy, że i ja  w jakimś sensie cierpię, widząc ich cierpienie.

Sama, chociaż miewam moje problemy (wbrew pozorom one też nie były małe), mimo wszystko mam zupełnie inne nastawienie do życia. Nawet w trakcie największych dramatów nie zatraciłam w sobie tego zaufania do Życia i tej optymistycznej cząsteczki mnie.

I nie, proszę nie zrozumieć mnie źle. Ja naprawdę nie mam nic przeciwko temu, że Przyjaciele szukają u mnie wsparcia, kiedy jest im źle. Ja naprawdę chętnie dzielę z nimi czas, naprawdę jest we mnie gotowość do słuchania i chęć pomocy. Owszem, przyznaję iż czuję się czasem zmęczona tym wszystkim, jeśli owe zwierzanie przeradza się w narzekanie lub takie jakby ciągłe rozdrapywanie ran. I jest tego zbyt dużo. Przyznaję również, iż zdarzały się wręcz sytuacje, kiedy było tego tak dużo, że wręcz czułam jakby owy ktoś tym swoim ciągłym narzekaniem i skupianiem się na negatywach,  wysysał ze mnie energię. Wtedy zwykle zaciągałam swój własny hamulec bezpieczeństwa i  wyjaśniając tej osobie dlaczego to robię, zwykle na jakiś czas się odsuwałam. Nie znaczyło to wcale, iż nagle ten ktoś przestał mnie obchodzić. Ale zwyczajnie musiałam dbać również o siebie. I nawet jeśli w takim momencie dana osoba nie była w stanie mnie zrozumieć i czuła się odrzucona, odepchnięta  i często wręcz nawet skrzywdzona przez to moje odsunięcie, to dbając o swoją własną energię, konsekwentnie się wycofywałam, niejako wyznaczałam granice. To wcale nie było dla mnie łatwe. Takie decyzje wymagały ode mnie wiele odwagi i w jakimś sensie przeciwstawiania się mojej własnej gotowości do tego, by pomagać innym, by wspierać innych.

I tak mnie zastanawia, DLACZEGO wciąż przyciągam takich ludzi. Bo to się nie zdarzyło raz czy dwa. Ale wiele razy. I każda z tych osób, bez wyjątku, nadal ma swoje miejsce w moim sercu. Nawet, jeśli w ostatecznym rozrachunku z wieloma urwał mi się całkiem kontakt, to nadal gdy o nich pomyślę, to myślę jak o Przyjaciołach, jak o ludziach których wciąż w jakiś sposób kocham. Gdyby zechcieli ponownie zapukać do moich drzwi (dosłownie i w przenośni) to wiem, że przyjęłabym ich z otwartymi ramionami, z wielką gotowością słuchania, ze wszystkim co mam.

Tylko w większości przypadków jest całkiem inaczej. W większości przypadków nasze drogi się rozeszły. Nie, nie mam o to żalu. Ale czasem tęsknię. I nie piszę o tym dlatego, że jest mi jakoś źle, bo nie jest. Ale zwyczajnie ciekawa jestem dlaczego tak się dzieje?

Czy te powtarzające się doświadczenie (całkiem zresztą cenne) niesie dla mnie jakąś lekcję, której wciąż nie odkryłam? A może to jakaś misja mojej duszy? Może głupio to brzmi, nie lubię zresztą tego słowa „misja”, ale wiecie o co mi chodzi.

Nie czuję wcale jakiegoś nacisku na to, by koniecznie poznać odpowiedzi, bowiem bez nich i tak jestem jaka jestem. Ale mimo wszystko mnie to zastanawia. I gdzieś tam chciałbym te odpowiedzi znać.

tu leży kasztan

„Kiedy nie wiesz, jak zacząć, zacznij od TU LEŻY KASZTAN, a potem się zobaczy, co będzie dalej.”

Bardzo lubię ten cytat. Jest w nim tyle tej specyficznej Puchatkowej pogody ducha i takiego zaufania do Życia. I jest w nim kawałek mnie samej: mojego postrzegania, mojego podejścia do codzienności, problemów i nie-problemów (czyt. stanów niesprecyzowanych). Ot, po prostu jest w jakimś sensie też bafkowy.

I pomyślałam sobie, że to dobry cytat na nowy początek. Początek dla mojego „nowego” pisania.

Ci co wiedzą, to wiedzą, że od lat miałam bloga na pingerze. Nie będę się tu rozwodzić o tym, czym był dla mnie pinger i ile zawdzięczam ludziom tam poznanym. Oni wiedzą. Ale pinger się zmienił. I ja sama się zmieniłam. W którymś momencie poczułam, że tam już nie jest moje miejsce. Potrzebowałam nowej przestrzeni. Pewnego dnia zamarzyła mi się taka właśnie moja stronka. I oto – dzięki Krzysiowi – jest. Moje nowe miejsce w sieci. Taki nowy początek.

I w zasadzie zaczynam od teraz. Poprzednie wpisy (niektóre jak się można zorientować po datach, pisane były bardzo dawno temu) przeniosłam tutaj z pingera.  Tylko te, które mimo tego, że powstały tyle czasu temu, nadal wyrażają to jak myślę, jak czuję, jak postrzegam Życie, świat, rzeczywistość. Nadal są w jakimś sensie aktualne. I pewnie ja sama, jak mnie dopadną jakieś doły, albo inne schizy, będę chciała do nich czasem zaglądnąć i przypomnieć o mądrości jaką przecież mam w sobie i kim naprawdę jestem.

Nie wiem jeszcze jaka będzie ta moja stronka. Na razie chcę, by tu było miejsce: dla moich obrazów  (kocham malować), o książkach, które czytam (uwielbiam czytać) i o zwierzętach mocy. I oczywiście miejsce na moje wywody-inspiracje-duchowo-rozwojowe, lub to co mi tam w sercu siedzi.

A co będzie dalej, to się zobaczy.

Tym samym witam w moim świecie według Bafki starych i nowych znajomych i wszystkich, którzy mają ochotę tu do mnie zaglądać.

Jestem
Jestem

 

co zrobiłaby teraz Miłość?

Napisano przykazania, regulaminy i tysiące różnistych porad. Wszystkie one uczą nas jak żyć, jak szanować innych, jak szanować siebie.
A tak naprawdę wszystkie można zastąpić jedną jedyną najprostszą receptą na życie. Tą, o której pisałam tu już nie raz.

Wobec każdej trudnej sytuacji wystarczy zapytać w ciszy swojego serca:  Co zrobiłaby teraz Miłość?
To jest takie magiczne pytanie. Jeśli zadasz je z prawdziwą otwartością w sercu, otrzymasz odpowiedź.

Nie jakąś tam odpowiedź innych.
Nie jakieś tam cudowne rady z zewnątrz.
Ale najbardziej szczerą odpowiedź wypływającą z naszego własnego wnętrza.
Najbardziej doskonałą. Dla nas. Tu i teraz. W tej sytuacji.

Skomplikowane metody mają to do siebie, że się o nich zapomina.
Czyjeś prawdy mają to do siebie, że niekoniecznie muszą być naszymi prawdami.
Czyjeś sposoby niekoniecznie będą właściwe dla nas.

A Miłość?
Miłość podpowie ci zawsze najprostsze i najbardziej właściwe rozwiazanie. Podpowie ci to, co jest najlepsze. Dla innych, ale przede wszystkim dla ciebie.
Nie potrzeba tu żadnych skomplikowanych mądrości. Ani żadnych szczególnych umiejętności.

Wobec każdej trudnej sytuacji wystarczy zapytać samego siebie: Co zrobiłaby teraz Miłość?
I zwyczajnie poczekać na odpowiedź. A potem zaufać, poddać się temu i podążyć we wskazanym kierunku.

Miłość jeszcze nigdy mnie nie zawiodła.
Was też nie zawiedzie.

zmienić sposób postrzegania / mały eksperyment

Tak sobie pomyślałam, iż poniedzialek jest dobrym dniem do nowych początków.
Chcielibyście by Wasze życie nabrało nieco weselszych barw? Jeśli tak, to mam dla was pewną propozycję. Możecie potraktować to jako swego rodzaju zabawę albo ciekawy eksperyment. Ot, choćby dlatego, by wnieść nieco inności do waszej zwykłej szarej codzienności.

Wasz umysł jest w stanie zrozumieć wiele wspaniałych rzeczy, odkryć prawdziwe nowe światy, zaczarować Wasze życie w cudowną przygodę wykreować naprawdę piękną rzeczywistość. Potrzeba jedynie odpowiednio go nakierunkować.
Tymczasem większość ludzi trowni te wspaniałe zdolności naszego umysłu, koncentrując się na starych urazach, na negatywnych myślach i wychwytywaniu wszelkich niemiłych, niefajnych, męczących, negytywnych rzeczy.

Tymczasem świadome przeniesienie naszej uwagi na drugi „biegun” daje naprawdę fajne efekty, które są warte posmakowania.
O co zatem chodzi?
Postarajcie się przez jeden tydzień, zaczynając od dziś, skoncentrować Waszą uwagę na tym, co dobre, miłe, piękne, sympatyczne, wesołe, przyjemne, wywolujące uśmiech. Jeden tydzień koncentracji tylko na pozytywnym.

Nie chodzi o to, by przymykać całkowicie oczy na zło i żyć w iluzji. Chodzi o to, by na powrót wypośrodkować Wasze postrzeganie. Jeśli bowiem rzeczywistość jest taka, iż jednak większość uwagi przywiązujemy do negatywów, to co za tym idzie w znacznej mierze przegapiamy wszystko to, co piękne.

Jeden tydzień przeniesienia koncentracji w inne „miejsce” może być ciekawym wglądem w Wasze życie. Być może nagle odkryjecie, iż wcale nie jest ono takie beznadziejne, takie nudne, takie przykre, smutne i samotne jak Wam się do tej pory wydawalo. Może na nowo odkryjecie małe drobne radości, które w natloku negatywów zwyczajnie Wam umykały.
Może na nowo odnajdziecie w sobie to dziecko, którym zawsze w jakieś części jesteśmy.

Może odkryjecie nagle, że sąsiadka z naprzeciwka nie jest tylko wredną babą, ale ladnie się uśmiecha.
Może odkryjecie, iż wasze kwiaty na parapecie was kochają i w podzięce wypuściły nowego pączka.
Może odkryjecie, że autobus, który wam uciekł sprzed nosa, podarował Wam tym samym sposobność do całkiem fajnego spaceru.
Może odkryjecie tysiąc innych wspaniałych rzeczy.

Więc jak? Macie ochotę na taki mały eksperyment?

Jeśli tak, to proszę was, byście na koniec dnia wypisali sobie gdzieś na kartce wszystkie te rzeczy, które w danym dniu was ucieszyły, wam się spodobały, poruszyły wasze serce. W jakikolwiek sposób przykuły waszą uwagę w pozytywnym sensie.

Zanotujcie je sobie.
Każdego dnia.
Przez jeden tydzień.
Będziecie mile zdziwieni.

kolorowy bafkowy świat i zdolność rozróżniania

Mam pomysły na przynajmniej trzy kolejne obrazy. Bo „rozwala” mnie ekspresja od środka. Chwilowo jednak nie mam płócien, a więc i nie ma bardzo mam jak malować.
Zatem wibrują sobie te obrazy  we mnie coraz bardziej nabierając przejrzystości.
A póki co to delektuję się niespodziankami, jakimi codziennie obdarza mnie życie.

Mój świat jest pełen barw. Widzę kolory nie tylko wokół siebie, ale i wewnątrz. Odczuwam energie na kolorowo. I … lubię to.

Mimo, że nie każda barwa rezonuje ze mną.
Tak samo nie wszystko co się wokół dzieje, rezonuje ze mną. Są wydarzenia i sprawy, przed którymi mam ochotę uciec, schować się, by ich nie widzieć. Ale wiem, iż to nie jest najlepsze rozwiązanie. Skupianie się jedynie na tym, co w naszych oczach piękne i dobre oraz odwracanie wzroku od tego, co niefajne i złe, według mnie nie jest najlepszym sposobem. Niesie bowiem w sobie zagrożenie, że tracąc całkowicie z oczu to, co pięknym nie jest, zatracimy zdolność rozróżniania. Bowiem by zobaczyć większy obraz, ważne jest, by potrafić dostrzec obie jego strony. Jeśli stajemy się ślepi na jedną jego cześć (obojętnie, która by to nie była), nasze postrzeganie może nas zaprowadzić w ślepy zaułek.

Spotykam w życiu ludzi, którzy z powodu przykrych doświadczeń całkowicie zatracili zdolność widzenia pozytywów. Są zwyczajnie na nie ślepi. Ich wzrok sięga jedynie tam, gdzie barwy życia są mieszanką smutku, fauszu, samotności, strachu.

Spotykam też takich, którzy w przekonaniu tworzenia lepszego jutra, skupiają swą uwagę jedynie na tym, co można by określić wszelkimi aspektami miłości.

Nie oceniam.
Czuję jedynie, że ani jeden, ani drugi sposób nie jest właściwy dla mnie.
Chcę widzieć cały obraz ze wszystkimi jego barwami. Światło widoczne jest dopiero wobec cieni. Cień, nie zaistniałby bez światła.
W tym się kryje cała tajemnica.

potraficie więcej niż myślicie, że potraficie

Ten wpis chciałabym zadedykować wszystkim tym, którzy myślą, że nie potrafią tworzyć pięknych rzeczy.

Kochani,
Wszyscy, bez wyjątku, czy sobie z tego zdajemy sprawę czy też nie, jesteśmy wspaniałymi istotami, stworzonymi na podobieństwo naszego Stwórcy. Oznacza to, że i my jesteśmy Twórcami. Każdego dnia, w każdej chwili tworzymy swoje własne życie. Każdego dnia tworzymy siebie na nowo.

Ekspresja twórcza leży w naszej naturze. Jest częścią nas, tak naturalną jak oddychanie.
Dlatego też każdy z nas został obdarzony jakimś talentem, czymś co może się stać naszym narzędziem ekspresji. Wystarczy tylko, by ten talent w sobie odkryć. Ale to nie talenty są tu czymś najważniejszym.

Największą przeszkodą i powiedziałabym największa krzywdą, jaką możecie sobie wyrządzić, to uwierzyć, że nie jesteście zdolni. Stawiacie wokół siebie mury zbudowane z braku wiary w was samych. Z różnych powodów, zatracacie wiarę w samych siebie. A przecież na początku byliśmy wszyscy jak te dzieci. Każdy z nas był dzieckiem, które absolutnie ufało swoim możliwościom. To dzięki tej niezachwianej wierze w to, że się potrafi, nauczyliśmy się kiedyś chodzić, nauczyliśmy się mówić, pisać, nauczyliśmy się mnóstwa innych cudownych rzeczy. Co się stało, że teraz tak wielu z was myśli o sobie, że nie jest zdolna, że nie potrafi? Uwierzyliście innym. Bo może ktoś był lepszy od was. Bo może kiedyś ktoś wam powiedział, że nie potraficie. Bo może świat na zewnątrz poprzez niepowodzenia dał wam do zrozumienia, iż jesteście gorsi. Właśnie takie różne rzeczy spowodowały, iż sami zbudowaliście ten mur braku wiary w swoje własne możliwości. Ale wiecie co?
Mam dla was dobrą wiadomość. Murów wcale nie trzeba burzyć. To trudne i mozolne zadanie. Można jednak nauczyć się je przekraczać.
Wszyscy możecie wznieść się ponad nie. Wszyscy możecie na nowo nauczyć się latać.

Ekspresja twórcza jak wspomniałam jest naturalną częścią każdego z nas. Tak jak Miłość. Powiem więcej. Ekspresja twórcza nie zależy od naszych talentów, ale od naszej umiejętności kochania. Talenty są jedynie narzędziami, środkami wyrazu.
Ale to Miłość jest tutaj głównym czynnikiem napędowym.
I jeśli choć jakaś maleńka cząsteczka was potrafi kochać, to równie dobrze potrafi ona tworzyć piękne rzeczy.

Tworzenie jest niczym innym jak formą ekspresji naszego ja, formą poprzez którą Miłość w nas znajduje sposób przekazu.
Bo Miłość objawia się na przeróżne sposoby.

Dlatego też, każdy kto potrafi kochać, potrafi tworzyć. Potraficie kochać? Uśmiecham się zadając to pytanie, bowiem znam na nie odpowiedź. I wy również znacie. Jasne, że potraficie kochać. To teraz pomyślcie jeszcze o tym, że skoro potraficie kochać, to potraficie tworzyć. Bo naprawdę tak jest.
Zatem zapomnijcie na chwilę o waszych przekonaniach, że nie jesteście zdolni, że nie potraficie, że jesteście gorsi i tych wszystkich innych rzeczach, które jedynie was umniejszają.

Jesteście zdolni.
Potraficie.
Wcale nie jesteście gorsi.

Nie porównujcie się do innych.
Nie szukajcie waszych talentów na zewnątrz.
Nie trwońcie waszej energii na umniejszanie siebie.
To jest czas na to, by nauczyć się wznosić poza własne mury. Czas na to, by pozwolić, by uskrzydliła was Miłość. Nie jakaś tam miłość innych, ale ta, która mieszka w waszych sercach.
Pozwólcie jej was porwać, choćby i w nieznane.

Chciecie przekonać się o tym, iż naprawdę potraficie tworzyć piękne rzeczy?
Bardzo prosto.
Skupcie się na Miłości w waszych sercach. Jeśli potrzebujecie, to pomyślcie o Kimś, kogo naprawdę kochacie. Postarajcie się myśląc o tym kimś, skupić waszą uwagę na uczuciu, na tym co wibruje w waszej duszy. A potem pomyślcie sobie o tym, że dla tego kogoś chcecie stworzyć coś pięknego. Jeśli będziecie naprawdę szczerzy, to jestem pewna, iż wasze Ja podpowie wam jak tego dokonać.
Nie lękajcie się podążyć tą drogą.

I zwyczajnie twórzcie.

Obojętnie co to będzie.
Napisany pod wpływem chwili wiersz.
Namalowany obraz.
Jakaś zrobiona przez was biżuteria.
Kartka, na której można będzie zapisać życzenia, albo inne ciepłe myśli.
Upieczone ciasto.
A może odnowione ściany w pokoju.
Albo naprawiony ulubiony stary mixer, który szwankował.
Albo piękne zdjęcie, które zrobiliście idąc z psem na spacer.
Możliwości jest tysiące. To wasza dusza pomoże wam wybrać tą najbardziej pasowną do was.

Nie myślcie o talentach, których (rzekomo) nie macie. Myślcie o Miłości, która obecna jest w waszych wnętrzach.
I nie lękajcie się tworzyć.

Jestem absolutnie przekonana o tym, że potraficie. Tak samo jak potraficie kochać. Ja w to wierzę. W was wierzę. Czas byście i wy uwierzyli.
Życzę wam wszystkim cudownych odkryć.
Bo naprawdę jesteście zdolni.
I naprawdę potraficie więcej niż do tej pory wam się wydawało.

dlaczego akurat zwierzęta mocy?

Skąd u mnie ta nagła fascynacja tym tematem? I dlaczego akurat teraz? Nie wiem, nie znam dokładnych odpowiedzi na te pytania, ale odpowiedzi nie mają w sumie znaczenia. Znaczenie ma to, co czuję w sobie.

Tak naprawdę jeśli spojrzę wstecz, to nigdy nie miałam jakiś bardzo zacieśnionych relacji ze zwierzętami. W dzieciństwie większości zwierząt się po prostu bałam, a potem mój stosunek do nich był raczej neutralny. Czułam do zwierząt respekt, ale też trzymałam się na dystans. I mam na myśli tutaj dystans emocjonalny. Od kiedy pamiętam mieliśmy w domu zawsze papużki. Niektóre z nich żyły z nami przez wiele lat i naprawdę je pokochalam. Jednak tak ogólnie mój emocjonalny stosunek do zwierząt był właśnie taki bardzo zdystansowany. Nie umiem tego inaczej określić. Bo to nie tak, żeby zwierzęta były mi obojętne. Nigdy nie były. Szanowalam je, czułam do nich respekt, niektóre mnie fascynowały i godzinami mogłabym się im przyglądać. Podziwiać je. Inne były zabawne i potrafiły mnie rozśmieszyć, dawały radość i lekkość w sercu. Jeszcze inne wzbudzały mój lęk, albo nawet obrzydzenie. Ciekawiły mnie wszystkie. Uwielbiałam filmy i programy o zwierzętach, a mimo to emocjonalnie trzymałam się jednak zawsze trochę na dystans. Nie wiem z czego to wynikało, choć myślę sobie dziś, że po części z mojego nierozumienia i mojego poczucia oddzielenia od tego zwierzęcego świata.

Kiedy więc to się zaczęło zmieniać? Nie było jakiegoś specjalnego momentu. Raczej był to proces, który zaczął się dokonywać we mnie stopniowo, już kilka lat temu. Na początku zupełnie cichutko, prawie niezauważalnie. Ale jednak ja zauważyłam. Zwierzęta zaczęły mnie odwiedzać w snach. Niektóre zwierzęta. I to nie były takie zwykłe sny. Za każdym razem bowiem mocno mnie poruszały. ukazywały jakieś głębokie, nieznane mi zakamarki mojej duszy. Uwalniały coś, otwierały jakby przede mną nowe drzwi do innych warstw duchowego świata. Nie wiem jak to określić, ale te sny były na swój sposób mistyczne, niosły w sobie przekaz dla mnie i doskonale ten przekaz rozumiałam. Po przebudzeniu nie musiałam o nic pytać, nad niczym się zastanawiać, nie sprawdzałam żadnych senników, czy tego typu zewnętrznych źródeł. Po prostu wiedziałam. I ta dana lekcja, ten dany przekaz od tej pory we mnie wibrowały. Nie wiem jak to opisać słowami, ale myślę, że właśnie te sny przyczyniły się do zmian jakie we mnie zaszły. I może wtedy jeszcze niewiele wiedziałam o totemach, o zwierzętach mocy, czy szamaniźmie jako takim, ale czułam, że te zwierzęta, które odwiedzaly mnie w snach swoim pojawieniem się podarowały mi coś istotnego.

Nie do końca wtedy zdawałam sobie sprawę z tego, co właściwie się dzieje, jaki proces we mnie zachodzi, choć chyba zachodziło kilka na raz. Przez pewien czas byłam jakby w środku chaosu. I właśnie wtedy to się mniej więcej zaczęło. Potem byłam na takim etapie, jakbym w swojej dżungli życia wytyczała całkiem nowe ścieżki. I chociaż zewnętrznie wszystko wyglądało niby po staremu, to wewnętrznie zachodziły we mnie wielkie zmiany. W tym samym czasie kilka razy odwiedziłam frankfurtowskie zoo. Z pozoru były to takie zwykłe rodzinne wycieczki, a jednak dla mnie były one wyjątkowe. Moje spotkania ze zwierzętami stały się już inne. Niby tak jak wszyscy je oglądałam, ale tak naprawdę ja wtedy po raz pierwszy oglądałam je duszą, nie oczami. I zdarzyło mi się wtedy bardzo intymne doświadczenie, niezwykły dar mojego zwierzęcia mocy. Doznanie tak intensywne, tak mocno mnie poruszające, że kiedy zamknę oczy i wsłucham się w siebie, do dziś pamiętam dokładnie tamte emocje i uczucia.

Przechodziliśmy obok wybiegu dla tygrysa. Frankfurtowska tygrysica Malea miała przy sobie wtedy dwa małe tygrysiątka. Zatem w pobliżu stało mnóstwo ludzi, bo każdy chciał zobaczyć maluszki. Niewiele było ich widać, bo razem z matką schowane byly za drzewami i krzakami, ale od czasu do czasu któryś z tygrysków wychodził na swoich niepewnych jeszcze łapkach i z ciekawością badał najbliższe zakamarki. Rozlegały się wtedy głośne „ochy” i „achy” publiczności. A ja stałam przy samej szybie i w zasadzie małe tygryski nie interesowały mnie aż tak bardzo. Byłam natomiast pod ogromnym wrażeniem tego, co się działo we mnie samej. Nie umiem tego opisać, ale to było tak, jakby jakaś część mnie, gdzieś z głębi mego serca, zawołała tygrysicę. I z respektem po prostu czekałam na jej odpowiedź. Dostałam ją. W pewnym momencie Malea bowiem wyskoczyła jednym potężnym susem zza krzaków i stanęła tuż przede mną. Moja głowa znajdowala się na wysokości jej głowy (wybieg za szybą znajdowal się nieco wyżej niż część dla odwiedzających). Patrzyłam w jej oczy, ona patrzyla w moje. Przysunęła się jeszcze bliżej. Stałam oko w oko z przepiękną, potężną tygrysicą. Dzieliła nas jedynie gruba szyba. Podziwałam ją, cały ten jej widok, każdy muskuł jej potężnego ciała, połysk jej pięknego futra, blask w oczach, każdy poszczególny wąs na wielkim pysku, wszystko w niej wywoływało we mnie podziw, szacunek, ogromny respekt. I jednocześnie przepływ wielkiej miłości. Stałam tak przy samej szybie, a po drugiej stronie stała tygrysica. Patrzyłam na nią, a po twarzy leciały mi łzy. Łzy wzruszenia, miłości, zachwytu. Bo tak naprawdę rozmawialam z nią. Rozmawiałam telepatycznie i to się działo samo. Czułam jak wibrują mi czakry, jak mocno wibruje mi czakra serca i czułam, że właśnie dzieje się coś bardzo, ale to bardzo wyjątkowego. Wiedziałam dokładnie kiedy Malea postanowiła się pożegnać. Nie spuszczając mnie z oczu zmieniła nieco pozycję, przeciągnęła się, przysunęła potężny łeb tuż do szyby. Ja wyciągnęłam dłoń. Mówiłam do niej sercem. Żegnałam się z nią. Potem ona jakby ziewnęła, pokazała mi swój różowy język, zęby, zamknęła na chwilę oczy i po chwili zrobiła jeden potężny sus i już jej nie było. Schowała się w swojej jaskini. A ja stałam wciaż ze łzami w oczach, szczęśliwa i poruszona do głębi tym spotkaniem. Nie potrafię powiedzieć ile to wszystko trwało, dla mnie czas bowiem stanął wtedy w miejscu. Ale chyba dość sporo, bo ludzie wokoł przyglądali mi się w milczeniu ze zdziwieniem w oczach, szeptali coś, uśmiechali się do mnie.

To wszystko przydarzyło się już jakiś czas temu, ale wydaje mi się, iż wtedy na dobre uświadomiłam sobie, że zwierzęta są nie tylko naszymi duchowymi siostrami i braćmi, ale posiadają moc, którą pragną z nami się dzielić. I właściwie to od nas zależy, czy zechcemy z tych darów korzystać.

Zajęło mi nieco czasu poukładanie mojego życia, wytyczenie nowych ścieżek, przetransformowanie ognia we mnie w światło. Zajęło mi nieco czasu i wymagało jeszcze wielu lekcji nauczenie się pokory, nabranie dystansu, wzięcie odpowiedzielaności za moją własną siłę, wydobycie na nowo delikatności i oswajanie mojej kobiecości. To wciąż proces w którym jestem, który nadal trwa, ale przetransformowało się już sporo i niejako zrobiło miejsce dla nowego. I tym nowym nieoczekiwanie dla mnie samej (bo zupełnie się tego nie spodziewałam, ale w zasadzie nie miałam żadnych konkretnych „spodziewań”) okazał się właśnie temat zwierząt mocy. To przyszło do mnie nagle, z siłą wodospadu, ze wszystkich stron, różnymi „przypadkami” (w myśl zasady, że nic nie dzieje się przypadkiem). I po prostu czuję jakbym znajdowała się w środku tego. Nie wiem czy to nowy proces, czy spirala, czy jakieś moja misja, ale po prostu czuję, iż dostałam połączenie z tym duchowyum światem zwierząt i jakby moim zadaniem jest przekazać to dalej. I przekazuję tak jak potrafię. Pisząc tutaj o tych zwierzętach mocy i pokazując je w moich obrazach. Patrzę na zwierzęta inaczej niż kiedyś. Dziś każde z nich jest dla mnie swego rodzaju nauczycielem, znakiem, sygnałem dla mnie i dla innych, jest darem, drogowskazem lub zwiastunem czegoś. Obojętnie czy to wielki słoń, czy też maleńka mrówka, każde zwierzę bez wyjątku, z duchowego poziomu postrzegania niesie z sobą dla nas jakiś skarb. Tak je teraz widzę. I tym właśnie chcę się z wami dzielić.

o wdzięczności słów jeszcze kilka / dobro powraca

Coś Wam jeszcze napiszę, a potem pójde sobie na zakupki.

Słuchajcie, Kochani.
Czasem wysyłam komuś z was jakąś skrzyneczkę lub też inne rzeczy. Czasem moje wpisy powodują, że w czymś tam komuś z Was pomogę. Chcę byście wiedzieli, iż nie robię tego w oczekiwaniu na Waszą wdzięczność.

Jeśli spotyka was coś dobrego z mojej czy kogokolwiek strony, to uwierzcie w to, że zwyczajnie sobie na to zasłużyliście. Dobro powraca. To wy najpierw wysłaliście jakieś pozytywne fluidy w kosmos. To wy – zdając sobie z tego sprawę, czy też nie – najpierw komuś pomogliście, komuś sprawiliście radość, komuś przesłali serce. To, że teraz spotyka was coś podobnego, to jedynie konsekwencja pozytywnej energii, którą sami wprawiliście w ruch.

Uwierzcie w to, że to nie ja jestem jakaś wyjątkowo dobra, ale zwyczajnie wy jesteście lepsi, niż o sobie myślicie, że jesteście.

Chcecie okazać swoją wdzięczność?
Wdzięczność jest fantastyczną siłą napędową, która ma moc. Ale przecież nie musicie wcale okazywać jej bezpośrednio mi osobiście.
Kochani, jeśli chcecie się odwdzięczyć, to zwyczajnie poślijcie dobro dalej.
Sprawcie komuś radość, otrzyjcie czyjeś łzy, stańcie się promyczkiem choćby tylko na chwilę w czyimś życiu. Poślijcie radość dalej. Ona i tak kiedyś wróci do was, tak samo jak wróci do mnie. Zwyczajnie dlatego, bo tak to wszystko funkcjonuje. Dobro powraca.
Dlaczego nie miałoby na tej drodze objąć jak najwięcej innych ludzi?

Ja też otrzymałam okruchy serca od innych. Wysyłam tę radość dalej w świat, bowiem nie taka jest jej funcja, by gnieździć się jedynie u mnie. Czyńcie to samo. To naprawdę cudowny sposób na czyniego tego świata piękniejszym.
Jeśli miałabym robić coś dobrego względem innych w oczekiwaniu, iż dostanę to samo w zamian, to nie wiem czy byłoby to cokolwiek warte. Robię to, co robię dlatego, że na tym polega radość w życiu.
Wasza wdzięczność nie musi wracać bezpośrednio do mnie. Wasza wdzięczność niech stanie się siłą napędową dla was, byście i wy dając radość innym, stawali się z każdym dniem radośniejsi.

o obfitości, podarkach, dawaniu i przyjmowaniu

Ja naprawdę uwielbiam robić prezenty. Małe, większe, nieważne jakich rozmiarów. Ważne, że kiedy je pakuję, to myślę o tych, dla których one są. Tak naprawdę gdybym miała możliwości, to obdarowałabym wiele, wiele ludzi. Bo najpiękniejsze co może być, to sprawić komuś radość.
Jeśli mi się to udaje, to ja sama jestem szczęśliwa. Nie oczekuję żadnych wielkich słów podziękowań. Wystarcza mi świadomość, że ktoś zwyczajnie poczuł się choć przez chwilę szczęśliwy, że na jego twarzy zakwitł uśmiech.

W wiadomości prywatnej ktoś mi napisał na koniec takie słowa:
„…jesteś za dobra dla obcych, którzy chętnie przyjmą prezenty, ucieszą się z nich, ale nie dadzą Ci nic WYMIERNEGO w zamian.”

Może i tak to wygląda i dlatego chciałabym napisać coś więcej w tym temacie.

Kiedyś byłam inna. Kiedyś myślałam podobnie do wielu z was. Dziś moje myślenie się zmieniło. Inaczej postrzegam życie, świat, ludzi.
Nie przywiązuję zbyt wielkiej wagi do rzeczy materialnych. Dziś one są, jutro może ich nie być. Owszem, lubię mieć coś, co mi się podoba, ale myślę, że równie dobrze lubię rozdawać to na lewo i prawo.
Cóż bowiem za radość z samego posiadania jeśli nie można się tym dzielić?
Nie umiem tego wypowiedzieć, ale kiedy czytam, że ktoś tam daleko bardzo się ucieszył z prezentu ode mnie, to tak naprawdę chyba najbardziej w tym wszystkim ja sama czuję się szczęśliwa. Wzruszają mnie wasze słowa podziękowań jakie potem otrzymuję. Ale tak naprawdę to wolałabym, byście zamiast dziękować mi, sami rozdawali tę radość dalej. Nie lękajcie się dzielić z innymi tym co macie.

Na tym polega obfitość. Jeśli czymś możecie się dzielić, oznacza to, iż posiadacie tego dostatek.
Można mieć np 100 par butów (czy czegokolwiek innego) i myśleć, że wciąż mamy za mało. Z drugiej strony można też mieć jedynie jedną parę, a jednak ją oddać komuś, kto bardziej tego będzie potrzebował.
To oczywiście przejaskrawione przykłady. Ale chcę wam tylko pokazać, że w momencie kiedy pewnego dnia zdacie sobie sprawę, iż potraficie i chcecie się dzielić, wtedy też doznacie uczucia obfitości. Nie da się bowiem podzielić czymś, czego nie mamy.

A wracając do mnie. Jeślibym miała rozdawać cokolwiek lub cokolwiek robić z oczekiwaniem, iż otrzymam coś wymiernego w zamian, to moje życie byłoby bez sensu. Nie mam takich oczekiwań. Oczekiwania prowadzą do tego, że jest się nieszczęśliwym.

I szczerze mówiąc podejrzewam, że osoby, które nie potrafią bez oczekiwań otrzymania czegoś „wymiernego” w zamian dawać, nie potrafią też przyjmować. Bo gdzieś tam w środku będzie w nich się tlić przekonanie, iż muszą się „wymiernie odwdzięczyć”. Tymczasem wdzięczność nie powinna być aktem wynikającym z poczucia obowiązku. Wdzięczność to coś, co się czuje w sercu, nie w umyśle, coś co mocno trzyma Miłość za rękę.

Zresztą, jak przeliczyć dobroć? Cóż oznacza owo słowo „wymierne”? Dla kogoś fizyczna, materialna rzecz powinna mieć materialny odpowiednik. Pieniężny?
A może dla mnie tysiąc razy ważniejsze są ciepłe słowa wsparcia, które otrzymałam jeszcze dużo wcześniej, zanim sama kogoś czymś obdarowałam. Może ważniejsza jest świadomość, że ktoś tam o mnie myśli. Może istotniejsze jest to, co odbieram po prostu czując.
Czym są rzeczy materialne w porównaniu z okruchami dobrego serca.
Nie da się przeliczyć na żadną materialność Miłości.

Tak samo Wdzięczność nie jest niczym, co można materialnie ocenić. Jeżeli przeliczacie wdzięczność na zainwestowane w nią pieniądze, to doprawdy nie macie zielonego pojęcia czym ona naprawdę jest. Ani czym jest Miłość.

Zaufajcie mi, kiedy wam powiem, że naprawdę nie warto mierzyć wszystko materialną miarą. Im bardziej będziecie do tej materialności przywiązani, tym będziecie ubożsi.
Obfitość objawia się tylko wtedy, gdy dajemy jej szansę przepływu.

Jesteście aniołami. Czasem takimi nieco zagubionymi. I nieświadomymi swojej własnej wspaniałości. Ale w każdym z was tkwi to coś, co powoduje, że czujecie, że potraficie się wzruszać, że kochacie. Tak, wszyscy macie serca, które tylko czekają na to, byście je coraz bardziej otworzyli. Niech wypełnia was Miłość. Niech będzie dla was impulsem i natchnieniem.

Nie mogę was wszystkich obdarować fizycznymi podarkami, ale wszystkim wam wysyłam całe mnóstwo ciepłych myśli.

i zaczęły się spełnić marzenia

„Żeby coś się zdarzyło …
Żeby mogło się zdarzyć ..
Trzeba marzyć…”
J.Kofta

A ja kiedyś chyba nawet marzyć nie umiałam. To znaczy wydawało mi się, że oczywiście potrafię, ale moje marzenia gdzieś tam zawsze napotykały na wielkie unicestwiacze. Tymi unicestwiaczami były (jakżeby inaczej) różne myśli w mojej głowie, najczęściej wyuczone za pomocą programów jakimi od wielu, wielu lat przecież mnie bombardowano. No wiecie, myśli w stylu: nie umiem, nie potrafię, to niemożliwe, to zbyt wiele, nie wypada, nie powinno się i tego typu rzeczy.
Gdzieś tam wewnątrz mnie buntowałam się na te ograniczenia narzucane mi z zewnątrz. Ale tak długo jak się na nie buntowałam, tak długo wciąż nie akceptowałam do końca tej części mnie, która nie była zgodna z tym, co wypada, co się powinno, co mogę, co potrafię itp i w gruncie rzeczy tym brakiem akceptacji samej siebie, też sama siebie ograniczałam. Unicestwiałam moje marzenia.

Przez jakiś czas próbowałam się dopasować do tych wszystkich norm, ale w gruncie rzeczy czułam się przez to jak tygrys w klatce. Klatce, którą w dużej mierze ja sama sobie narzuciłam. Brakowało mi poczucia wewnętrznej wolności i przede wszystkim pełnej samoakceptacji. Ciągle czułam się nie do końca spełniona, nie do końca mogąca być sobą. W zasadzie próbując dopasować się do tych wyuczonych programów, tak naprawdę wyrzekałam się sama siebie. Zablokowałam siebie.  I zablokowałam płynącą przeze mnie miłość, bo „nie wypada”, „nie powinno się”, „nie mogę” i co tam jeszcze. Jejku, jejku teraz się nadziwić czasem nie mogę jakie to było głupie!

Nic się nie dzieje przypadkiem i dlatego i do mnie trafił pewnego dnia taki mały „przypadek”. Jedno pytanie napisane przez kogoś mi życzliwego: Kogoś, kto zobaczył we mnie to, co i ja dostrzegałam, ale czego bałam się zaakceptować i przez to owo coś wypierałam. Jedno pytanie, które spowodowało, że nagle chciałam nie tyle znać odpowiedzi, bo w głębi serca je znałam, ale chciałam być prawdziwie sobą. Chciałam by była we mnie jedność tego co naprawdę czuję w środku, z tym co okazuję sobą na zewnątrz.

Dziś sobie myślę, że to było jak wybuch wiosny po długiej zimie. Bo przecież odpowiedzi dawno były we mnie. Wystarczyło jedynie być całkowicie szczerym i zgodnym z samym sobą. Wystarczyło wybrać tę absolutną szczerość i zaufanie do Życia.
I nawet nie wiem jak to się stało, ale od momentu kiedy nagle to zrozumiałam, poczułam, że te wszystkie blokady we mnie jakby same odpadły. Nie zastanawiałam się więcej nad tym czy wypada, czy powinnam, czy mi wolno, czy mogę. Liczyło się tylko to, że wybrałam szczerość, zawsze. Z samą sobą przede wszystkim. I to że przestałam się wyrzekać samej siebie.

Szczerość stała się wolnością. Nie tylko dla mnie. Ale będąc całkowicie szczerą ze sobą, automatycznie stałam się całkiem szczera z innymi. Bo nie da się nawet inaczej. Brak szczerości wobec innych, oznacza brak szczerości wobec siebie. I odwrotnie. Nie odbieram juz innym wyborów. Nie narzucam im dopasowywania się do mnie, do tego co ja bym może chciała, a po prostu daję im szansę, by sami wybrali, by i oni byli całkowicie sobą. Nawet jeśli nie zawsze jest nam przez to po drodze.  Ale to niezmiernie ważne, bo nie można czuć się wolnym, odbierając wolność (jakąkolwiek) innym.

Nagle wszystko zaczęło się zmieniać. Praktycznie tak z samości. Choć wiem, że zapewne nie tak do końca z samości. To Życie. I energia moich własnych myśli. Akceptacji wobec samej siebie i ta ciągle wypełniająca mnie wdzięczność. Życie odpowiedziało na zmiany we mnie. Nie potrzebuję planować, ani niczego jakoś specjalnie wymyślać. Ale nagle umiem marzyć, nawet o tym nie wiedząc. Po prostu z tym ogromym zaufaniem do Życia, bez wielkich oczekiwań, ale za to z prawdziwą radością zaczęłam sobie myśleć o tym, co bym chciała, tak jakby to już było. No, nie znaczy to, iż nagle straciłam kontakt z realną rzeczywistością, ale powiedzmy przestałam sama się ograniczać i jedynie naprawdę cieszyć tym co jest, włącznie z tym co jest też w moich marzeniach. I nagle wszystko samo zaczęło się układać. Tak jakby Życie tak po prostu postanowiło spełniać mi te moje marzenia. Powoli, bez szaleństw, ale jednak każdego dnia trochę bardziej. Z każdą kolejna myslą mocniej. Normalnie czasem nie mogę wyjść z podziwu jak to wszystko się staje.

Wypełnia mnie mega wielka wdzięczność.
Za to co było, co jest i będzie.

chcę się kobietki z wami podzielić

Dobra, nie wiem jak zacząć tego wpisa, a chcę się z wami czymś podzielić. Może to komuś pomoże, albo skłoni do przemyślenia, a może i nie.
W każdym razie pomyślałam sobie, że nawet jeśli zabrzmi ta notka nieco przemądrzalsko (choć nie jest moją intencją się wymądrzać), to i tak warto się tym podzielić.

Będzie o związkach, a raczej chyba o tym jak zrobić, by bylo lepiej. No wiecie, takie tam moje bafkowe przemyślenia, obserwacje, a w zasadzie podzielenie się z wami tym, co funkcjonuje u mnie.

Wyczytałam całkiem niedawno w jakieś książce A. Setmana takie stwierdzenie  że mężczyzna nie potrafi sam dojrzeć. Że mężczyzna staje się mężczyzną i dojrzewa tylko dzięki kobiecie. Kiedy o tym przeczytałam wtedy, nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, ale rozmawiałam na ten temat z moim Kapslem i powiedział, że on też jest tego zdania. Przeanalizowałam swoje własne doświadczenia i obserwacje z ostanich miesięcy. No i rzeczywiście tak to chyba wygląda, że to my kobiety idziemy jakby krok naprzód w tym dojrzewaniu. A nasi mężczyźni potrafią za nami nadążyć na tyle, na ile my im na to pozwolimy.

Ja wierzę, że prawdziwa miłość jest wolnością. Kiedy nie ma w niej miejsca na strach, który jest przecież jej przeciwieństwem (jest na drugim końcu tego biegunu), to miłość ma dopiero szanse prawdziwie się rozwinąć. Więcej, ma szanse ciągle wzrastać, nawet wbrew tej codzienności, która prędzej czy później zwykle sprowadza ją nieco na ziemię i podcina skrzydła. A właściwie wcale tak nie musiałoby być.

Problem w tym, że my kobiety odrobinę inaczej tę miłość (mówię tu o takiej ludzkiej miłości w związkach) okazujemy niż mężczyźni, a co za tym idzie odrobinę inaczej odczytujemy sygnały i odrobinę inne mamy też oczekiwania.
Jedno jest jednak z pewnością wspólne, zarówno my jak i oni potrzebujemy swego rodzaju podziwu, by prawdziwie rozkwitnąć. Tak, to nie tylko my kobiety potrzebujemy tej drugiej osoby, jej zachwytu w oczach. Tak samo potrzebują tego nasi mężczyźni. Na dobrą sprawę myślę sobie, że kobiecość ma szanse prawdziwie rozkwitnąć tylko wobec męskości i odwrotnie, męskość wzrasta i rośnie w obliczu naszej kobiecości.

Życie tymczasem bywa takie, że natłok codziennych problemów, codziennych obowiązków, zmartwień, gonitwy i tego wszystkiego, co w dzisiejszym świecie niestety czy stety jest normalne, zapominamy o tym.
Sama wiem, jak czułam się przez wiele lat niedoceniona przez mojego męża. Tak no wiecie, na zasadzie że brakowało mi jego podziwu, jego wdzięczności za to co robię dla nas, by nasz dom był ciepłym domem, jego zachwytu w oczach itp, tego wszystkiego co na początku w związku przeważnie jeszcze jest aż w nadmiarze.

Ale to złudzenie jeśli myślimy, że nasz facet nagle się odmieni, nagle się domyśli, nagle zacznie znowu zauważać w nas kobietę, w której się zakochał, nagle stanie się znów romantyczny czy męski. Facet sam z samości się taki nie stanie. To my musimy do tego doprowadzić. Nie naszym gadaniem, ale tym jak same zaczniemy na nowo zachwycać się nim.

Każda z nas kiedy poznała swojego faceta, wtedy na początku, kiedy się w nim zakochała, na pewno patrzyła na niego oczami pełnymi zachwytu, z uwielbieniem i podziwem. Z biegiem czasu ten podziw w naszych oczach jednak maleje. Niby całkiem to normalne, bo zwykłe życie powoduje, że przestajemy patrzeć przez różowe okulary. Ale ta zmiana wcale niekoniecznie musi być już na zawsze. Brak podziwu, brak zachwytu, brak tego entuzjazmu do siebie nawzajem w pewnym sensie zabija miłość

Myślę sobie, że mężczyźni przez to odczuwają strach. Nie przyznają się do tego, nawet sami przed sobą, może nawet sobie tego nie uświadamiają, ale tak naprawdę oni bardziej niż my potrzebują podziwu do tego, by czuć się spełnionymi. Do tego by mogli być takimi prawdziwie wspaniałymi facetami.
I to od nas zależy, na ile będziemy mądre w swej kobiecości i zapewnimy sobie i im to poczucie szczęścia.

Wiem, może to brzmi trochę niesprawiedliwie, po przecież nasz wkład jest bardzo duży, ale jednak i tak jestem zdania, że lepiej się czasem dzieje, kiedy pozwalamy, by ten duży nasz wkład był na nieco innym polu. Zaraz wam napiszę o co mi chodzi.

Ja sama wcale taka mądra nie byłam i popełniłam wiele błędów. I widzę dopiero teraz jak ogromny był mój własny wkład w to, że między mną i Kapslem się pierdoliło. Ale choćby dzięki tej terapii, na którą oboje teraz chodzimy, zrozumiałam, że mój mąż niczego bardziej nie pragnie niż tego żebym była kobietą, a on facetem. Żebym mu nie odbierała szansy na to, tym facetem prawdziwie być.

Wiecie jak teraz robię? Pozwalam na to, by na nowo miał szanse stać się podziwiany. W praktycznym życiu wygląda to tak, że np powiedzmy zatka mi się zlew. I wiem doskonale, że przecież mogłabym po prostu poradzić sobie z tym sama. Mogłabym wlać kreta i byłoby po sprawie. Ale nie robię tego, tylko idę do męża i proszę go. Mówię: „Wiesz kochanie, zatkałam zlew. Wiem, że ty byś potrafił jakoś to naprawić. Jejku, naprawdę bym się bardzo ucieszyła jakbyś znalazł nieco czasu i to dla mnie zrobił”.
I się okazuje, że mój facet chce sprawiać mi radość. Więc chociaż jest zmęczony po pracy, to nie wlewa kreta, ale bierze narzędzia, rozkręca całe kolanko, czyści go i zakręca. A ja naprawdę czuję wdzięczność i dziękuję mu przytulając go i obdarzając pocałunkiem.

To tylko przykład, w dodatku bardzo wymowny, ale mniej więcej o to mi chodzi. Zrozumiałam, że wcale nie muszę wszystkiego robić sama. Że są sprawy, które choć doskonale bym mogła sobie z nimi poradzić, to jednak lepiej jest, że poproszę czasem o pomoc mojego faceta. I naprawdę nie chodzi o to, by go wykorzystywać, by się nim wysługiwać i podpierać swoje lenistwo czy np wymyślać jakieś pierdoły dla spełniania swoich zachcianek. Nie. Bardziej chodzi o to, że mój mężczyzna potrzebuje małych szans na to, by mógł się wykazać. A ja mogę go za to wykazanie się na nowo podziwiać.

I nie jest to udawane, bo naprawdę doceniam ogromnie jego wysiłek, jego staranie. Czuję wdzięczność całkiem szczerą. Z czasem przeradza się to w zwyczajny zachwyt. W to, że znowu patrzę na niego oczami pełnymi podziwu za to, że jest taki męski. A on, im więcej widzi tego zachwytu i podziwu dla siebie w moich oczach, tym bardziej zaczyna tak samo patrzeć na mnie.

Nagle na nowo chce się ze mną kochać, mnie adorować, nagle mówi komplementy, chce rozmawiać albo tak po prostu przytula się, szuka bliskości.

Żadne moje gadanie o tym, czego mi brakowało, co chciałam zmienić, co mi się nie podobało nie miało takiej mocy twórczej i mocy zamieniającej strach na miłość, jak to, że sama najpierw zaczęłam ponownie stwarzać mu szanse w działaniu do tego, bym mogła go na nowo podziwiać.

Faceci są inni. Facet nasze słowa mówiące o tym, że nam źle i że byśmy wolały by coś robił tak a nie tak, odbiora niekoniecznie jako wskazówkę, a bardziej jako krytykę. Zwłaszcza, jeśli jego poczucie wartości jako faceta jest z takich czy innych powodów nieco zaniżone. Na zasadzie „nie zadowalam jej, już jest przy mnie nieszczęśliwa, pogardza mną (nawet jeśli tego wcale nie robimy), nie wiem jak ją zadowolić”. To nakręca w nim poczucie przegranego, zaniża poczucie jego wartości, umniejsza jego poczucie męskości, a co za tym idzie rośnie poczucie strachu.

Mądra kobieta jeśli chce coś zmienić, zamiast mówić co jest źle,  musi raczej stworzyć mu szanse na to, by mogła na nowo go podziwiać.
Tak się rodzą kolejne szanse.
Podziw stwarza szanse na to, że facet się nie zamyka w sobie, a wychodzi nam na przeciw.
Otwartość stwarza szanse na więcej szczerości.
Szczerość na lepsze zrozumienie.
Zrozumienie na większe zaufanie.
Zaufanie na większą Miłość.

Tak właśnie my z Kapslem odmieniliśmy nasz związek. Nie tylko tak, ale to było jednym z bardzo istotnych elementów. Teraz patrzę na niego znowu ze szczerym zachwytem, z podziwem. Czuję się tak jakbym się na nowo w nim zakochała. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że całkiem automatycznie i on zaczął na nowo zachwycać sie mną. I oboje otwarliśmy się na więcej. Dlatego, że zniknął strach, i dlatego że nasza wzajemna Miłość na nowo rozkwitła.

bo przytulanie jest dobre na wszystko

Oglądałam wczoraj „Sablewskiej sposób na modę” i jedna rzecz jakoś tak mocno mnie poruszyła. Nie, nie będę pisać tu ani o modzie, ani tym bardziej o stylizacjach, bo nie tylko się na tym w ogóle nie znam, ale podejrzewam, iż wręcz jestem chodzącym przypadkiem totalnej modowej ignorancji.
Zapytała Soblewska w swoim programie dziewczynę i jej mamę:
– A wy przytulacie się?
– No czasem, jak jest okazja – odpowiedziała mama dziewczyny.
– To znaczy przy okazji urodzin, imienin? – dopytała jeszcze Soblewska.
– No tak…

A mnie aż smutno się zrobiło i żal tej dziewczyny i jej mamy. I tych wszystkich innych ludzi, którzy do przytulania potrzebują okazji.

Jejku, przecież przytulanie jest takie fajne! I jak się dobrze rozejrzeć, to każdy z nas ma z pewnością kogoś, kogo może przytulić. Bez okazji, bez urodzin, bez imienin, bez pretekstu. Tak po prostu. Dlatego że nawet jeśli nie wiemy co powiedzieć, to przytulenie na pewno zostanie dobrze przyjęte. Bo to najlepsza na świecie witamina na zdrowie i najlepsze lekarstwo na smutki.
I jeszcze w dodatku jest najlepiej dzialającym środkiem do leczenia konfliktów.

Wyrosłam w domu, w którym też nie przytulaliśmy się za często. Mój Kapsel wyrósł w domu, w którym nie przytulano się prawie w ogole. Ani ja, ani on nie mieliśmy w przytulaniu wprawy. Ale co z tego. Wystarczyło spróbować. I odkryć jaka kryje się w tym moc.
Przytulamy się często i nauczyliśmy tego nasze dzieci. Tak po prostu. Bo przytulanie jest zbyt fajne by sobie je dozować jedynie jak jest okazja. Okazja jest codziennie.

Dlatego, że ktoś z nas wraca akurat do domu.
Dlatego, że zauważamy te chwile, jeśli ktoś jest smutny.
Dlatego, że na dworze jest zimno, a przytulenie jest najbardziej ekologicznym sposobem ogrzewania.
Dlatego, że łatwiej tak oglądać straszne filmy.
Dlatego, że dziękujemy tak za piękne chwile.
Albo przepraszamy za te złe.
I dlatego, że przytulenie jest bardziej wymowne od słów.

I życze wam wszystkim, by wam nigdy przytulania nie zabrakło. A jak z jakiś powodów brakuje, to rozejrzyjcie się wogół siebie. Nie czekajcie na okazję, ale idzcie sami przytulić kogo macie pod ręką: mamę, tatę, babcię, siostrę, brata, męża, żonę, dziecko, przyjaciela… Tak po prostu. Bo to najlepsze co możecie podarować sami sobie. Bo przytulanie jest dobre na wszystko.

301285_448467791882992_928599738_

19952_3481_500_Przytulanie-Jest-Z

o doskonaleniu, guru, duchowości i aniołach – notka przemyśleniowa

Nie bardzo wiem jak zacząć tę notkę, ale chciałabym podzielić się z wami swoimi przemyśleniami na temat tzw. duchowości i pewnego rodzaju błędów w jakie czasem sami się pakujemy.

Tak mi się tutaj doskonale wpasowuje pewien cytat z „Kłamczychy” Małgorzaty Musierowicz, którą to książkę niedawno skończyłam czytać, a i wy pewnie wszyscy znacie. Pozwólcie, że zacytuję:

” – Powiem ci tylko, że dobro jest zaraźliwe. Każdy człowiek ma wrodzony pęd do dobra, do doskonałości. Zauważyłaś to?
Nie, Aniela nie zauważyła niczego podobnego.
(…)
– Mój Robrojeczku, jesteś stworzenie naiwne – powiedziała. – Wierz mi, człowiek nie jest dobry z natury. Uczy nas tego historia, literatura i w ogóle rzeczywistość.
– A czy ja mówię, że człowiek jest dobry z natury? – zdziwił sie Rojek. – Ja mówię, że chciałby być taki. A jest – no, skomplikowany. Jeżeli ma do wyboru drogę dobrą lub złą, to wybierze najpewniej tę wygodniejszą. Ale nawet na najgorszej z dróg będzie marzył o dobrej. Będzie tęsknił do tego żeby być dobrym i…
– Filozof z ciebie, Robrojeczku – znudziła się Aniela. – Z tego, co mówisz, wygląda mi, że wkrótce osiągniesz stan świętości.
– Śmiej się, śmiej – zgodził się rudzielec. – Mnie to nie przeszkadza. Niedługo sama dojdziesz do podobnych wniosków. Myślący człowiek ma tylko jedno wyjście: doskonalić się na własną rękę. Ja tam nie chcę być jak krowa, co lezie, gdzie ją popędzą.”

Ten cytat jest po prostu genijalny. W tak prosty, a jednocześnie doskonały sposób wyraził to, co sama dokładnie myślę i czuję. Ale pozwólcie, że rozpiszę się o tym nieco więcej.
Tak sobie myślę, iż owo dążenie do doskonalenia samego siebie wszyscy mamy jakoś w sobie zakodowane. Niekoniecznie każdy sobie z tego zdaje sprawę, ale tak jak powiedział Robrojek, każdy na jakimś głębszym poziomie tęskni do tego, by być po prostu dobrym. Problem jedynie w tym, że nie każdy, nie do końca wierzy czy ufa w to, że ma wszystko to, co potrzebne, by doskonalić się właśnie na własną rękę.

Paradoskalnie najbardziej się to uwidocznia w grupach interesujących się tzw. duchowością czy rozwojem duchowym. Tak to już jest, że kiedy zaczynamy świadomie pracować nad tym naszym doskonaleniem się i stawaniem się dobrym, to wielu z nas spotyka na swej drodze właśnie podobnych ludzi, którzy też są na etapie świadomego doskonalenia się i stawania się dobrym. Życie podsuwa nam tych ludzi po to, byśmy nawzajem mogli się inspirować, motywować, pomagać sobie i wzrastać. Tymczasem najdziwniejsze jest to, że kiedy trafiamy do takiej grupy, to prędzej czy później mamy zapędy jak taka krowa, do tego by leźć tam, gdzie nas prowadzą. Tak się złożyło, że na swojej ścieżce życiowej trafiłam do kilku już podobnych grup i wszędzie obserwuję ten sam schemat.
Oto spotyka się / trafia na siebie wiele wspaniałych osób. Wszyscy na swój sposób doskonali, tak jak każdy z nas na swój sposób doskonały po prostu jest. I wszyscy obdarzeni tym, czym każdy człowiek został przez Boga obdarzony: sercem, intuicją i całą mądrością, jaką kążdy z nas w sobie ma.
A jednak prędzej czy później pojawia się myśl, że być może ktoś inny jest mądrzejszy od nas. Wie lepiej, rozumie lepiej, czuje lepiej… I prędzej czy później pojawia się ktoś, kto dopasowuje się do tej myśli i przyjmuje na siebie rolę swojego rodzaju guru, zaczynając wierzyć, że wie lepiej, rozumie lepiej, czuje lepiej…
I od tego momentu wszystko zaczyna się nieźle kiełbasić.
„Guru”, im bardziej czują nasze oczy w siebie wpatrzone, tym bardziej, rośnie w nich ego i bardziej zaczynają przybierać rolę wszystko-lepiej-wiedzących-i-czujących-wyroczni. Jednocześnie my, im większa „wielkość” guru, tym bardziej sami wyrzekamy się siebie, swojej własnej intuicji, swojej własnej mądrości. Nie zawsze i nie każdy, ale bardzo często. I pewnie trzeba przejść ten etap, wpaść porządnie w pułapki swoich własnych błędów, zanim nauczymy się być czujni, a jednocześnie odważni.

Jeśli jakikolwiek „guru” mówi nam np że to co czujemy jest niewłaściwe, złe, nieodpowiednie, jest naszą „dżunią”, programem do zwalczenia itp, to tak naprawdę pokazuje jedynie, iż wcale mu nie zależy na tym by pomóc nam, a jedynie pomaga sam sobie. W tym by umniejszając nas, wywyższyć samego siebie. Często kryją się za tym jego własne lęki, brak samoakceptacji czy problemy z poczuciem własnej wartości. Nikt nie ma monopolu na prawdę, bo nie ma czegoś takiego jak prawda w tej kwestii. Rozwój duchowy jest takim poletkiem, gdzie każdy musi odkryć swoją własną prawdę. Jeśli np coś w danej sytuacji czujemy, to nie jest to żadna dżunia, żaden program, a nasza prawda uczuć. Bo odczuwanie nie kłamie. To poprzez uczucia / odczuwanie nasz Duch mówi nam coś ważnego w danej chwili. Objawia nam jakąś naszą prawdę. I nikt nie ma prawa tego umniejszać tylko dlatego, że nasze odczuwanie nie pasuje do jego oczekiwań.

Ta cała teoria o programach, kryjąca się w niby przemądrych zdaniach, iż żaden ból, nie przychodzi z zewnątrz lecz jest poprzez zewnętrzność wyzwalany z wnętrza, rzeczywiście ma ziarenko prawdy, ale kryje w sobie też wielki potencjał dla obłudy. I zdarza się, że jest wykorzystywana przez owych różnych „guru”, jako wygodne wytłumaczenie i zwolnienie od odpowiedzialności za własne słowa czy czyny.

Bo jeśli ktokolwiek mówi drugiemu człowiekowi, że żadne cierpienie czy ból nie przychodzi do nas z zewnątrz, tylko wypływa z naszego wnętrza i jest swego rodzaju sygnałem na to, że tkwi w nas jakiś program, który owy ból wywołuje, a przy tym ten sam ktoś mówi lub robi coś, co sprawia owemu człowiekowi ból, to należy się zastanowić, czy przypadkiem nie stoi za tym jedynie wielki egoizm.
Jeśli komuś wyrządzimy przykrość, to nie można tłumaczyć tego na zasadzie „to nie ja cię skrzywdziłem, tylko twój program ci zadał ból”, bo jest to umywaniem rąk i przerzucaniem odpowiedzialności za energie, które sami wprawiamy w ruch, na kogoś innego.

Myślę sobie, że prawdziwa duchowość i rzeczywisty rozwój duchowy objawia się pokorą. Zrozumieniem, że nic nie jest naszym rozwojem, jeśli w taki czy inny sposób odbywa się kosztem innych, krzywdząc innych. Nie da się wspiąć się na ścieżce własnego rozwoju do góry, zatracając swoją własną wrażliwość na innych. I ktokolwiek wierzy, że to możliwe, prędzej czy póżniej przyjdzie mu doświadczyć jak to jest być po tej drugiej stronie.

Nikt z nas nie potrzebuje żadnego guru. Każdy człowiek jest doskonały w swej niedoskonałości i każdy ma w sobie całą mądrość, która jest mu potrzebna w tym dążeniu do tego, by się stawać lepszym. Każdy z nas też ma swoje tempo i jest w tym punkcie swojego rozwoju, jaki jest dla niego akurat najodpowiedniejszy. Nie wolno na siłę tego przyśpieszać. Kiedy gąsienica zamienia się w poczwarkę, to też potrzebuje swego czasu nim przeobrazi się w pięknego motyla. Gdyby ktoś próbował go wydobyć zanim motyl będzie gotowy rozpostrzec skrzydła, to bardziej zaszkodzi, niż pomoże.

Nie szukajmy więc żadnych guru, a nauczmy się ufać swojemu sercu, swojej wrażliwości, swojej intuicji, swojej mądrości. One nas z pewnością poprawdzą najodpowiedniejszymi ścieżkami. Najbardziej dla nas korzystnymi, pomagającymi nam wzrastać, a jednocześnie mających na uwadze ogólne dobro. Pewnie że czasem wymaga to odwagi, ale kiedy raz zaufamy swojemu sercu, to odwaga przyjdzie sama.

Nic i nikt nie jest w stanie nas umniejszyć, dopóki na to nie zezwolimy i sami się umniejszać nie zaczniemy, wierząc w to, iż inni wiedzą lepiej, rozumieją lepiej, czują lepiej.
Nic i nikt nie jest w stanie odebrać nam naszej odwagi, naszej mądrości, naszej intuicji, dopóki sami na to nie zezwolimy i się ich nie wyrzekniemy, wierząc, iż są mylne.

Sama swego czasu popełniłam te właśnie błędy. Przyszło mi przykro doświadczyć konsekwencji. Ale widocznie tak miało być, abym nauczyła się na nowo ufać sobie.

Kochani, życzę wam wszystkim byście uwierzyli na nowo w siebie, w doskonałość waszego Ducha, swoją własną intuicję i wasze serce, w których zakodowana jest cała potrzebna wam mądrość. Każdy z was ma w sobie wszystko, by doskonalić sam siebie na własną rękę. A żeby było nam łatwiej Życie podsuwa nam wokół różne Anioły. Rozpoznacie je po pokorze, nie pomylicie z guru. Wystarczy się rozejrzeć. Są wokół was. Motywują, inspirują, dzielą się swoim światłem.

jeśli kogoś kocham…

… to po prostu kocham.

Nie stawiam warunków, bo według mnie miłość i warunkowanie nie idą z sobą w parze.
Nie znaczy to jednak, iż jestem ślepa. Nie jestem.

Wyznaczam granice.
Moje granice sięgają dalej. I nie ma to nic wspólnego z tym, że jestem np bardziej cierpliwa lub bardziej tolerancyjna. Bo najprawdopodobniej nie jestem.
Jednak moje granice nie są granicą dla miłości.
Są granicą dla mnie.
Nie wyznaczam ich komuś, kogo kocham, ale samej sobie.
To ja wiem do jakiego punktu mogę i chcę coś akceptować, a do jakiego nie.

Zawsze jednak próbuję najpierw rozmawiać.
Nie po to, by kogoś zmieniać, ani by forsować swoje racje, ale po to by powiedzieć mu jak ja się w danej sytuacji czuję, co mnie boli, dlaczego cierpię.  Ewentualne zmiany owy ktoś może wybrać dla siebie sam.
Lub też nie.
Kiedy moje granice zostają przekroczone zwyczajnie się odsuwam. Cierpię, ale wolę wyrzec się bliskości (nawet jeśli to boli), niż wyrzec się samej siebie i swoich wartości (to bolałoby o wiele bardziej).

Jeśli kogoś kocham, to po prostu kocham.

Nie ograniczam miłości z obawy, że mogłabym na tym coś stracić.
Nie stawiam warunków, bo nie o to w kochaniu mi chodzi, co dostaję w zamian.
Dbam jednak o to, by nie pozwalać samej sobie na brak uczciwości. Względem owego kogoś i przede wszystkim względem siebie samej. Owa droga prowadzi bowiem donikąd.

Miłość, która patrzy jedynie na to, co ja mogę dostać w zamian lub na to, co ewentualnie mogłabym stracić nie jest miłością, tylko uzależnieniem.
Miłość, która zabrałaby mi wolność wyrażania siebie i zdolność do szczerości też nie jest miłością, tylko więzieniem.

Nie jest ważna dla mnie wzajemność.
Ale bardzo ważna jest dla mnie jedność i spójność tego co czuję, z tym co wyrażam na zewnątrz.
Spełnieniem dla mnie nie jest to, co dostaję w zamian, ale wewnętrzne i zewnętrzne bycie prawdziwie sobą.

moc Jej szeptu

Było mi źle.
Bo pilęgnowałam w sobie poczucie krzywdy.
Bo czułam w sercu ogromny żal.
Bo nie potrafiłam wybaczyć.
Chciałam.
Ale po prostu nie potrafiłam.
Czułam wręcz obrzydzenie. Do niej. Do tych wspomnień niemiłych.

I cierpiałam.
Bo zżerała mnie od środka ta uraza, ten zawód jaki czułam, ten żal przeogromny.
Odebrały mi na długo zdolność do cieszenia się czymkolwiek.
Odebrały mi zdolność do kochania.
Odebrały mi zdolność do dostrzegania barw w moim życiu.
Zatruły mnie samą od środka.

Było mi źle.
Bo nie potrafiłam przeskoczyć tego punktu, w którym nie byłoby już przeszłości. Nie umiałam skupić się jedynie na TERAZ.
Niby się starałam, ale gdzeiś tam pod powierznią ciągle kryły się te destrukcyjne emocje.
I odgradzały mnie ode mnie samej. Od tej części mnie, która chce się cieszyć każdą chwilą, chce kochać.

I tak nagle, niespodziewanie, pojawiła się ta iskierka.
Wysłana właśnie przez nią.
Wcale nie do mnie.
A może do mnie?
Może nasze serca wiedziały coś, czego my nie wiedziałyśmy.

Nie da się opowiedzieć, jak czasem taka maleńka drobnostka może wszystko odmienić.
Jaka może się kryć moc w „przypadkiem” ułyszanej piosence.
To nie piosenka, ale szept w niej ukryty poruszył moje serce.
To nie przypadek, ale Jej Szept.

„Gäa, Gäa, Gäa Óma ómaron, a tana men i tië” (Głos głosów, wskazuje drogę).
I słuchałam tego szeptu.
Raz, drugi raz, trzeci… piętnasty.

I poczułam to, czego tak dawno już nie czułam.
Poczułam jak odpadają ze mnie uraza, poczucie krzywdy, zgorzknienie, żal.
Poczułam w jednej cudownej chwili, że wybaczyłam.
Akt wybaczenia nie jest nigdy darem jaki dajemy innym. To największy dar jaki możemy dać samym sobie.

I zamiast żalu jest we mnie wdzięczność. Do niej.
Zamiast poczucia krzywdy jest we poczucie kreatywności.
Moje serce na nowo potrafi kochać.
Moja dusza na nowo potrafi śpiewać.
Mój świat na nowo wypełniają tańczące wokół barwy.
I znowu słyszę Jej szept w tym wszystkim co jest.

Kocham.

być optymistką

Dużo się zmieniło w moim życiu. Choć nie są to zmiany widoczne na pierwszy rzut oka. Niby jest tak samo, a jednak jest całkiem inaczej. Mogłabym powiedzieć, że życie pisze dziwne scenariusze, ale tak naprawdę wiem, że wszystko co się dzieje na jakimś tam poziomie, świadomie lub nie, sama wybrałam. Przynajmniej wierzę, że tak właśnie jest.

Przytłoczyły mnie zmartwienia, problemy, rozstania, doznane rozczarowania. Już zbyt długo tkwiłam w takim zawieszeniu, kompletnie pozbawiona chęci do tego, by wreszcie coś z tym zrobić. I nawet moja strzelcowata filozofia, że „jakoś to będzie” niewiele tu pomagała.

Ale wiecie co.
Optymizm, to nie tylko pozytywne nastawienie do życia, nie tylko pozytywne myślenie. To swego rodzaju styl życia, taki nawyk by dostrzegać rzeczy dobre i piękne wszędzie, gdzie tylko się da. To nawyk cieszenia się z drobniuśkich okruszków życia. Z prostych rzeczy, czasem oczywistych, a jednak nie pozbawionych wyjątkowości. Optymizm to także taka niepoddająca się niczemu wiara w to, że mimo wszystko będzie dobrze. Nie dlatego, że cokolwiek spadnie z nieba, ale dlatego, że zawsze mam wybór co do tego, jak chcę spędzić ten czas, który mi jest dany. Zawsze mam wybór co do tego, jaka chcę być wobec danej sytuacji.
I wiecie co? Nadal mam problemy, zmartwienia i nadal nie wszystko jest tak, jakbym chciała, aby było. Ale właśnie przypomniałam sobie, że ja jednak zawsze byłam i wciąż jestem optymistką.
Tak po prostu.

Czasem wystarczy mała chwila, ułamek sekundy. Impuls.

Zajrzałam na fejsa. Mało kiedy tam wchodzę i jeszcze mniej jakkolwiek się tam udzielam. Ale są tam w kręgu moich fejsowych znajomych takie osoby, które po prostu są dla mnie jak dar. To nic, że od wielu, wielu miesięcy, nawet już lat, nie zamieniłam z nimi słowa. Wchodzę na fejsa, nagle, pod wpływem impulsu i co widzę?
Widzę obrazek, a pod nim napisane słowa:
„Cud Istnienia spotykamy na każdym kroku, wystarczy patrzeć uważnie i z Miłością
Dnia pełnego cudów Wam życzę.”

I tak po prostu w jednej chwili, wszystkie te moje zmartwienia i problemy, wszystkie te smutki i przytłaczające sprawy jakby odpłynęły na plan dalszy. Bo przypomniałam sobie, że może nie mogę zmienić wszystkiego, ale moge zmienić moją własną postawę. Mogę zmienić moje bierne tkwienie w ciemnej dupie. W tym momencie. Nie liczy się co będzie jutro albo co było wczoraj. Liczy się Teraz. A teraz się musiałam uśmiechnąć.
I Teraz przypomniało mi, że jednak jestem optymistką. Że nie tylko nie w mojej naturze jest zadręczanie się zmartwieniami, ale mogę również zapalić światełko w sobie i pomóc innym. Nie trzeba do tego wysiłku. Wystarczy, że będę znowu robić to, co podpowiadają mi moje wewnętrzne impulsy.

I wiecie co?
I nie mam zamiaru odkładać tego na jutro. Pierwsze co, zaraz napiszę tam, do tych kilku ludzi na fejsie, że im dziekuję. Za to, że właśnie oni dzielą się swoim światełkiem.
A potem na nowo zapalę to moje.

Życzę wam wszystkim, którzy mnie czytacie, pogodnej nocy. I pięknych snów, pełnych radości i dobrej energii.

takie tam zapiski – obrazki wizyjne

Chciałabym móc napisać, że jestem szczęśliwa i że jest max dobrze. Ale to nie do końca byłoby prawdą. Znowu czuję się… dziwnie. Nawet nie umiem dokładnie określić o co to w tym chodzi. Bo to nie jest coś, co można od razu nazwać słowami. Bo jak nazwać subtelne, ale wyraźne uczucie jakiegoś niespełnionego niewiadomo czego.

Dookoła mnie kamienna ściana, tworząca duże okrągłe pomieszczenie. Wieża? Nie widzę sufitu, nie widzę gdzie kończą się te mury. Giną gdzieś u góry w całkowitych ciemnościach. Nie czuję się jak w wiezieniu, bowiem kamienne pomieszczenie jest ogromne. A w murach widzę setki drzwi. Mniejszych i wiekszych. Niektóre znajdują się tam gdzie powinny znajdować sie drzwi, tuż przy podłodze. Ale są też takie, które znajdują się wyżej i jeszcze wyżej. Jak okna. Ale to jednak sa drzwi i czekają na to, bym je otworzyła. Wiele z tych drzwi jest otwartych. Za nimi znajduje się światło i wejście w czyjeś kamienne pomieszczenie. Czasem coś więcej. Barwy. Inne drzwi są jedynie ucholone, za nimi półmrok. Ale są jeszcze takie, które wciąż są zamknięte i kryją za sobą zagatkę. Możę skarb, może nową szansę, może nowe możliwości. Im wyżej tym więcej zamkniętych drzwi. Myślicie, że łatwo otworzyć nowe drzwi? Do każdych potrzebny jest inny klucz. Tym kluczem jestem ja sama, ale za każdym razem potrzeba nowego kodu.
Czuję, że gdzieś nade mną juz jakiś czas temu otwarły się nowe drzwi. Ale wciąż nie mogę do nich dotrzeć, mimo że w drzwiach czasem pojawia się zachęcająca mnie sylwetka „gospodarza”. Widzę uchylone zapraszająco drzwi, za nimi barwy. Z nowymi możliwościami, nowymi szansami, nowymi doznaniami. Nowe i nie nowe. Coś znajomego tam czuję. Coś bardzo znajomego, jak kawałek mnie zamej. Tam u góry, gdzie wciąż nie moge się dostać.

Już nie wiem czy mi się to przyśniło, czy pojawiło się w głowie w formie wizji. Nieistotne. Ale tak dokładnie się czuję.

tu i teraz

Prawdziwe życie jest niesamowicie fascynuyjące i nigdy nie przestanie zadziwiać mnie to, jak wszystko się w nim idealnie układa.
Ale prawdziwe życie jest tylko w TU i TERAZ.
Nasza przeszłość jest już przeszłością. I niczym więcej. To co było już było.
Nasza przyszłość jest przyszłością. Dopiero bęzie. To jaka będzie zależy od naszego TU i Teraz.
Jeśli będziemy myślami ciągle przebywać tam gdzie życie nie istnieje, czyli w przeszłości lub przyszłości, zapominając o tym, że nasza rzeczywistość tworzy się zawsze w Tu i Teraz, stworzymy sobie kolejne iluzje, które staną na drodze do naszego szczęścia.
Bo tak naprawdę jedynie wtedy, gdy w pełni świadomie i z uważnośćią będziemy obserwować nasze Tu i Teraz, dostrzeżemy że Życie zawsze wychodzi nam naprzeciw. Naszym zadaniem jest jedynie być otwartym na to, co nam ono oferuje.

Opowiem wam jak to działa na moim własnym przykładzie. Nieprawdą byłoby jakbym twierdziła, że zawsze moja uwaga skupiona była w Tu i Teraz. Wcale nie. I ja tworzyłam przeróżne iluzje tkwiąc myślami w przeszłości lub przyszłości. Tyle, że najczęściej zbierałam po tym jedynie frustrację. Przy okazji raniąc sama siebie i czasem też innych.
Ale przyszedł taki czas, że wreszcie pojęłam, iż obojętnie co się w moim życiu dzieje, jest doskonałe, nawet jeśli owa doskonałość jest niewidoczna dla oka. To wszystko są doświadczenia, które pomagają mi się Stać się tym, Kim Wybieram Być. A wyborów dokonuje się jedynie Tu i Teraz. Każda nasza myśl, każde słowo czy czyn jest swego rodzaju wyborem.

Jakiś czas temu odeszłam z grupy Uzuliego. Będąc tam w grupie tak naprawdę zamknięta byłam na Tu i Teraz, bo moje myśli ciągle skierowane były na przyszłość lub przeszłość i tworzyły w ten sposob iluzję za iluzją. Zmarnowałam kupę szans, których nawet nie jestem dziś świadoma. Przeoczyłam wiele ludzi. Zignorowałam wiele wołań. Ale to wszystko było doświadczeniem, które sama sobie na jakimś poziomie widocznie wybrałam.
W pierwszym momencie po wyściu z grupy czułam jeszcze złe emocje. Gniew i żal do siebie samej i do nich. Ale to wnet odpadło ode mnie, jak tylko przestałam skupiać na tym uwagę. Dziś nie obwiniam ani siebie, ani nie obwiniam innych. Nie ma tu bowiem przegranych i wygranych.
W momencie kiedy zdedycowałam, że wybaczam, wybrałam dla mnie wolność. I od wtedy moja uwaga pozostała w Tu i Teraz. Wtedy dostrzegłam, że Życie z uśmiechem odpowiada na moje wybory. Zasypuje mnie nowymi możliwościami. Któregoś dnia tak po prostu odkryłam, że drzwiami i oknami przylatują one do mnie. Są jak dary.
Są odpowiedzią na moją Otwartość, która zrodziła się jako naturalna konsekwencja w momencie, kiedy zaczęłam skupiać moją uwagę jedynie w TU i Teraz.

To jest trochę tak jakby bóg, który jest mną, poprzez tę moją otwartość, wysłał w kosmos impus. I ten impuls odebrał ten sam bóg, który jest np. Jackiem i z radością na niego odpowiedział.

I wtedy ja otrzymałam wiadomość od Jacka. Od Jacka, który nic nie wiedział o tym, co się u mnie dzieło, z którym dawno w ogóle nie rozmawiałam. Kilka słow powitania i nagle on przesłał mi coś, co się okazało być najdoskonalszą odpowiedzią. W tamtym akurat momencie. Czytałam i PRZYPOMNIAŁAM sobie na nowo to, co już wiem. Bo ta uniwersalna mądrość zawsze we mnie była i będzie. Tak samo jak jest zawsze w każdym z nas. Przypomniałam sobie w tym jednym magicznym momencie. I jednocześnie dostrzegłam dziesiątki drzwiczek, które stoją otworem. I nie mogłam przestać się uśmiechać.
W tym jednym magicznym momencie dostrzegłam również, że tak jak Jacek akurat w tamtej chwili przyszedł do mnie jako dar, jako odpowiedż na sygnał wysłany przeze mnie, tak samo ja przychodzę do innych.

Nic, absolutnie nic nie dzieje się przypadkiem. Tzw. przypadki nie istnieją. Wszystko jest odpowiedzią na to, co sami każdą swoją myślą wysyłamy w kosmos.
Na tym polega tworzenie naszej rzeczywistości.
Kwestia jedynie tego, czy tworzymy iluzje tkwiąc częścią nas samych w przeszłości lub przyszłości czyli tam gdzie życia nie ma. Czy też tworzymy nasze szczęście przy pomocy naszej pełnej otwartości, skupijąc się tam gdzie życie jedynie jest, czyli w Tu i Teraz.

kwestia zaufania – takie tam refleksje

Wstawiłam obiad.
I tak krojąc mięsko i cebulę zastanawiałam się nad tym, na ile to, jacy sami jesteśmy wpływa na naszą rzeczywistość.
Energie, które wysyłamy na zewnątrz siebie (świadomie lub nie) na pewno mają wpływ na to, co nas spotyka. Ale czy tylko one?

Tak sobie myślę o moim życiu i się zastanawiam nad tym, czy po prostu jestem szczęściarą, czy to ja sama tak sobie to na jakimś poziomie ułożyłam. Pewnie to drugie.

Wiecie, że nikt nigdy mnie nie skrzywdził okłamując mnie w kwestii uczuć. W tej kwestii faceci byli zawsze w stosunku do mnie szczerzy. Ci, którzy mnie nie kochali, byli na tyle w porządku, iż nie wypowiadali słów, które byłyby nieprawdą. Jeśli coś im dawałam, to nie dlatego, że miałam złudzenia lub chciałam coś budować na pustych obietnicach. Nie. Pozostawiali mi wybrór. Faceci nie okłamywali mnie w kwestii uczuć. Żaden.
Nie usłyszałam od wielu słów „kocham cię”. Ci, którzy to powiedzieli, kochają mnie nadal.

Zastanawiałam się czy trafiałam na takich, bo jestem szczęściarą?
Czy to coś we mnie tak działało?

I już wiem.

To kwestia absolutnego zaufania.
Może często jestem naiwna. Nawet bardzo często.
Ale kiedy decyduję się by zaufać, to ufam na całego. Tak bardzo, że nie dopuszczam do siebie żadnych wątpliwości. Nie tylko ich nie dopuszczam. One nie istnieją.
Jak coś przestaje istnieć, to nie może mieć na nas wpływu.
To chyba o to chodzi w tym „wiara przenosi góry’.
Nie o jakąś tak wiarę w żadnego boga, ale w wiarę, która jest całkowitym brakiem jakichkolwiek wątpliwości.
W marzenia, w siebie, w miłość, w czyjeś otwarte serce, w wolność.
W to, że warto, w to, że nic na tym nie tracę, to że nie stanie nam się krzywda.
Jak wierzymy w to absolutnie, całym sobą, bez cienia zwątpienia, to rzeczywistość dopasowuje się do nas. Prędzej czy później.

Takie zaufanie to nie to samo co naiwność.
Naiwność bywa wykorzystywana.
Takie zaufanie nie pozwala się wykorzystać.
Bo ma w sobie siłę, która jest ochroną.

Serio, tak to postrzegam.

o tym jak moj ukochany „Zeszyt Do Wycia” podarował mi Wspaniałego Przyjaciela

Miałam kiedyś taki „Zeszyt do wycia”. Gruby 96 kartkowy zeszyt, który towarzyszył mi we wszystkich młodzieńczych wyprawach. Wędrował ze mną schowany w plecaku, przez góry, niziny, przez pola, bagna i łaki. Towarzyszył mi przez wiele lat. A w nim teksty piosenek śpiewanych przy ogniskach. Obowiązkowo każda z dopisanymi chwytami na gitarę. Między tekstami wpisy wielu ludzi, których poznawałam gdzieś tam na bieszczadzkich czy beskidzkich szlakach. Na obozach harcerskich, na rajdach, na zlotach chorągwianych, na manewrach. A między tym doklejone taśmą klejącą całe mnóstwo wspominkowych zbierackich „pamiątek” i „cudów”. Pukiel włosów Szampani tuż obok jej najbardziej przeze mnie ulubionego zdjęcia, małe trupki komarów, które nas chciały zjeść kiedyś w Wetlinie, zasuszone kwiatki, trawki, znalezione ptasie piórka.
To nie był zwykły zeszyt.
To był zeszyt jak Magia.
Naładowany ciepłą energią moich Przyjaciół.
Jego kartki pachniały dymem z ogniska i zasuszonymi kwiatami z moich wianków. Były wiotkie i aż aksamitne od wsiąkniętych w nie łez wzruszenia, moich i nie tylko moich. Szarawe od dotykania przez tak wiele przyjacielskich dłoni.
Ten „Zeszyt do wycia” znał tajemnicę niejednej Przyjaźni. Wywoływał uśmiech na niejednej twarzy. Powodował, że robiło się ciepło w okolicy niejednego serca.
I ten zeszyt właśnie kiedyś podarował mi wspaniałego Przyjaciela.

Był ’89 rok. Ja miałam niecałe 17 lat. Pakowałam plecak, by znowu wyruszyć na bieszczadzką włóczęgę (po zaledwie 4 dniowej przerwie w domu po poprzednim szwędaniu się po Bieszczadach). Zanim wrzuciłam zeszyt do plecaka dokleiłam na pierwszej stronie moje nowe zdjęcie. Zdjęcie śmiejącej się Bafki, z wiankiem z polnych kwiatów na głowie, zrobione nad jakimś potokiem.
Pod zdjęciem dopisałam:
„To jestem ja, a to jest mój ukochany Zeszyt do wycia.
Jakby się tak zdarzyło, że jakimś dziwnym Przypadkiem bym ten zeszyt zgubiła, a Ty drogi Przyjacielu tym samym dziwnym Przypadkiem byś go odnalazł, to bardzo proszę o oddanie”.
Potem był już mój adres.

I wiecie, to musiała być Magia, że akurat wtedy dopisałam takie właśnie słowa. Bo zaledwie kilka dni później zdarzył się ten dziwny Przypadek. Zgubiłam w Bieszczadach mój ukochany Zeszyt Do Wycia.
Strata była wielka, ale wierzyłam, że się kiedyś odnajdzie.

Mijały miesiące, a mój „Zeszyt do wycia” wędrował po Polsce (świadczyły o tym znalezione w nim później liczne nowe wpisy) w poszukiwaniu mojego Drogiego Przyjaciela. I znalazł Go.

Jakieś pół roku później, w grudniu, znalazłam w skrzynce białą kopertę, a w niej list. Z Tarnobrzegu.

Od Marka.
Odpisałam.
Przyszedł kolejny list, wraz z Zeszytem. Znowu odpisałam. Podpisałam się Bafka, ale moje „f” odczytał jako „j”. I tak zostałam Bajką. Jego Bajką.
Pisaliśmy do siebie listy, o wszystkim. Od niego przychodziły prawie zawsze w białych kopertach, pisane maczkiem, pełne ciepła i takiej nie ubranej w słowa miłości. Kochałam Go. Nie jak faceta, ale jak najlepszego Przyjaciela. Jak Brata. On kochał mnie. Nie jak kobietę, ale jak siostrę. I jak Bajkę. Bo byłam jego bajką. Totalnie byliśmy inni. Dwa całkowite przeciwieństwa. Ja zawsze pełna barw, kolorów, jasności, uśmiechu, wariactwa, szaleństwa, beztroski, naiwności, roztrzepania. I on. Odpowiedzialny, wyważony, zawsze uważny, czujny, nieco mroczny, nieco smutny, ale taki właśnie pełen ciepła. Kochałam go całym sercem. I on kochał mnie.
Pozwalał mi być całkowicie sobą.
Dawał mi całkowitą wolność. Pełną akceptację.
A jednocześnie potrafił upomnieć, stonować gdy trzeba było.

Pisaliśmy do siebie listy.
I kolejne listy.
I kolejne…

Kilka lat póżniej wymyśliłam by do niego pojechać. Tak całkiem na spontana. Ja pierdziu! Był środek zimy a ja wymyśliłam wyprawę do Tarnobrzegu. Bez zapowiedzi. Namówiłam Sztamberka, by pojechała ze mną. Bo miała też tam znajomego. No i pojechałyśmy.
Wyobrażacie sobie jaką miał zdziwioną minę jak stanęłam w jego drzwiach z pęczkiem marchewek zamiast bukietu kwiatów na powitanie.

Niesamowite to wszystko było.
(…)
Bafka – mówiła mi na drugi dzień Sztamberek – Wiesz jak on ciebie kocha. On tu był w pokoju jak ty spałaś. Rozmawialiśmy całą noc. A on cały czas patrzył na ciebie. Tak… nie jak facet.
– A jak?
– Tak jak się patrzy na kochanego przyjaciela.

(…)
Nie dotknął mnie. Ani ja jego. Nie przytulał mnie na pożegnanie. Ale miał w oczach łzy. I ja też.
Tylko jeden jedyny raz się widzieliśmy. Wtedy.
Przez te trzy dni w Tarnobrzegu.
Ale przez te wszystkie lata, nasza Przyjaźń nie zmalała. Ani nasza Miłość.

Nadał pisaliśmy do siebie listy.
Jego w białych kopertach, pisane zawsze maczkiem, pełne ciepła ale wyważone.
I moje w kolorowych kopertach, z rysunkami, doklejonymi pamiątkami, komarami, kartkami z kalendarza, pisane na wielu kartkach, pełne emocji i czasami chaosu.

I nadal go kocham. Bo jest moim Markiem.
I on kocha mnie. Bo wciaż jestem jego Bajką.
Od 24 lat.

Kilka dni temu przyszedł kolejny list.

 

muszę napisać tego wpisa…

… i dedykuje go wszystkim moim Przyjaciołom, którzy właśnie tkwią w ciemnej dupie, lub myślą że tkwią w ciemnej dupie. I nie tylko Przyjaciołom, ale wszystkim tym, którym się to może przydać.

Kochani,
W tym tu matrixowym świecie tak już bywa, że czasem dowala nam z grubej rury. Spadają nam na łeb małe i wielkie problemy, czasem zwyczajnie nie radzimy sobie z własnym ego, które akurat dostaje od kogoś kopa w dupę, albo z jakiś jeszcze innych powodów wpadamy w swego rodzaju doła. Każdy tak czasem ma.
I rozumiem, że każdy potrzebuje się czasem z tego powodu nad sobą troszeczkę poużalać, lub popłakać komuś w rękaw. I dobrze.

Ale porzychodzi czas na to, żeby też wziąć się w garść. Nikt z was nie jest jakaś pizdeczką, która nie ma potencjału, by sie uporać z tym, co akurat stanęło wam na drodze. W życiu nie ma przypadków. I wszystko co się dzieje ma też jakiś sens.
Nawet te chujowe rzeczy. Możecie je traktować jako chujnię z grzybnią, ale możecie również wykorzystać je do tego, by sami się wzmocnić.
Każdy problem taki niby z zewnątrz, tak naprawdę wskazuje na jakiś „problem” w środku was samych. Specjalnie napisałam to w cydzysłowiu. Bo nie o to chodzi, by wam jeszcze dowalać. Każdy z was jest na swój sposób wspaniały. Ale to nie znaczy, że nie możecie być jeszcze wspanialsi.

Zawsze macie wybór co do tego jak chcecie spędzić tutaj swój czas. Zwłaszcza wasz czas wtedy, kiedy właśnie jest wam w jakiś sposób źle i wam dowala.
Możecie sobie pojęczeć, możecie nawet schować się do szafy, możecie się poużalać głośno lub milcząco pokazując jacy jesteście biedni. Ale możecie też pokazać tym dołom fackoffa i zwyczajnie uwierzyć w to, że macie w sobie moc. Nie jesteście dupowatymi pierdołami, ale wojownikami i wojowniczkami. Walczcie zatem o to, by na nowo poczuć w sobie siłę.
Możecie to zrobić na milion sposobów.
Ale najpierw musicie naprawdę to wybrać.


Przytulam was, pisząc te słowa. To nie jest jakiś tam opierdol ani się wymądrzanie, ale moja bafkowa forma wsparcia. Ja w was wierze, więc wy też uwierzcie.
I kocham was.

„najpierw się określ” czyli luźne przemyślenia z wczoraj

Pojawił się taki temat i chociaż to nie ja miałam się określić, sama zaczęłam się zastanawiać czym jest samookreślenie. Po co w ogóle się określać.
Jakie to ma znaczenie…
To jedno słowo zwyczajnie zaczęło mnie gdzieś prowadzić. Gdzieś w środek mnie samej.
Zadałam sobie pytanie jak ja określiłabym siebie. Odpowiedź wcale nie była taka prosta.

„Jestem Bafka i mam lat 39 i pół…” z pewnością nie ma nic tu do rzeczy. Zatem trzeba szukać głębiej.
I pojawia się pytanie: Kim Jestem.

Takie niby proste pytanie. Ale jakże ciężko na nie odpowiedzieć.

Bo nie ma znaczenia kim jestem w jakimś tam innym świecie, kim jestem dla kogoś ani kim jestem z punktu widzenia innych. Znaczenie ma jedynie kim jestem tu i teraz, z mojego punku widzenia. Albo dokładniej z mojego punktu odczuwania.

Wiedziałam kim nie jestem.
Wiedziałam czego chcę, co jest moim najgłębszym pragnieniem.
Wiedziałam co sprawia, że czuję się szczęśliwa, radosna, co mnie wyraża.
Wiedziałam co jest zgodne z moją naturą…

I nagle uświadomiłam sobie, że odpowiedzieć na pytanie Kim Jestem oznacza wybrać.
Bo to nie jest tylko i wyłącznie stwierdzenie jakiegoś faktu, ale decyzja.

Najpierw decyduję Kim Jestem.
A potem moge według tego „wzoru” tworzyć. Tworzyć moje życie. I jeszcze coś więcej.

Takie samookreślenie czyni wszystko bardziej przejrzystym.
To już nie jest tak, że spotykają mnie jakieś doświadczenia, które później w konsekwencji mnie jakoś tam ksztaltują.
Samookreślenie daje mi możliwość bycia o krok do przodu. Przed doświadczeniem. Bo to ja wiedząc Kim Jestem mam możliwość wyboru i kształtowania moich doświadczeń.

Bo na dobrą sprawę moje życie wygląda tak jak wygląda za sprawą mnie samej i w wyniku moich wyborów, które dokonałam lub od których się uchyliłam. (Niepodjęcie decyzji też jest decyzją).
Kwestia tylko taka, czy moje wybory były i są świadome.

Zdecydowałam Kim Jestem. I Kim chcę być. I teraz mogć czynić wszystko co w mojej mocy, by się tym stać.
I to jest dla mnie samookreśleniem.

cudowna szkoła życia

Każda kolejna rozmowa z Ktosiem kryje w sobie jakiś dar. Niby rozmawiamy całkiem zwyczajnie o tym co nas interesuje albo o zwykłych pierdołach. I niby tylko wymieniamy się swoimi przemyśleniami. Ale zawsze uda mu się napisać coś, co skłania mnie do przemyśleń albo zwyczajnie jest swego rodzaju „odkryciem”.

Tak sobie teraz myślę, że chyba właśnie po to w swoim życiu natrafiamy na różnych ludzi. Każdy jest jakąś sposobnością dla nas. Każdy niesie w sobie jakiś dar. Zawsze możemy się czegoś nauczyć. Nawet takie kompletnie „złe” relacje niosą w sumie w sobie jakąś naukę. Kwestia tylko taka, czy ją dostrzeżemy pod zwałami żalu, poczucia krzywdy czy niechęci. Czasem potrzebny jest dystans, bo dopiero z pewnej odległości można ujrzeć kształty, które są przesłaniem.
Tak czy siak myślę sobie, że żadna ludzka relacja nie powstaje tak „bez sensu”. Nie wierzę w przypadki. Tym bardziej w puste przypadki.

Jak tak sobie przemyślę swoje życie, to się okazuje, że zawsze zsyłało mi ono w darze ludzi, którzy na danym etapie byli cudowną szkołą życia, ze wszystkimi jego odcieniami.
Czasem jakieś relacje się kończyły w dość nieprzyjemny sposób, ale chyba właśnie dlatego, by zrobić miejsca nowym. Zwykle owy nieprzyjemny sposób okazywał się być najważniejszą lekcją, którą mogłam dostrzec dopiero z dystansu czasu.

Jak tak o tym myślę, to czuję wdzięczność. Wdzięczność nie tylko za to co było wspaniałe i pozytywne, ale również za to, co było niezbyt miłe i „negatywne”.
Wiele tego „negatywnego” w ostatecznym rozrachunku było bowiem wielkim darem.

I może nie na temat, ale przypomniały mi się Ktosiowe slowa: “Wiesz czemu kurz lubi zbierać się w kotki? Bo wszystko samoistnie dąży do jedności.”

mój Bóg i ja

Właściwie nie chciałam o tym pisać, bo to bardzo dla mnie intymny temat. Bo łatwiej jest mi pisać np o seksie niż o moich relacjach z Bogiem. Jednakże myślę sobie, że jednak jest sens, by się tym z wami podzielić. Bo być może dla kogoś to będzie ważne. Dzielę się tym z wami, bo być może komuś w czymś to pomoże.
I wreszcie dlatego, że nie wstydzę się tego.

Z góry uprzedzam, że jest to dla mnie bardzo osobista notka. Nie chcę by ktoś odbierał to jako narzucanie moich poglądów czy nie szanowanie czyiś. Nie. To moje osobiste doświadczenie. I tak proszę to odbierać. Nie mam zamiaru obrażać niczyich uczuć religijnych.

Wcale nie łatwo mi się pisze. Bo łatwiej się opowiada o ludzkich związkach, niż o związku z Bogiem.
Nie lubię słowa Bóg. Nie lubię, bo mi się bardzo źle kojarzy.

Wychowana byłam tak jak większość z was, w katolickiej rodzinie. Nauczono mnie co niedzielę chodzić do kościoła i modlić się co wieczór przed zaśnęciem.
I przez wiele, wiele lat swojego życia robiłam to.
Chodziłam do kościoła, chodziłam na pielgrzymki, chodziłam do spowiedzi i przyjmowalam komunię.
Modliłam się, choć właściwie jak dzisiaj o tym myślę, to modlitwą to żadną nie było. Wymawiałam słowa, które mnie nauczono, a które dla mnie były niezrozumiałe. Nie miały prawdziwego znaczenia. Bo nie wyrażały tego co naprawdę myślałam, ani tego co czułam.
„Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario”, „Aniele Boży” i „Wieczny odpoczynek”. Zawsze w tej kolejności.
Gdy byłam małą dziewczynką klękałam przy łóżku i wypowiadałam te modlitwy z szacunkiem.
Gdy byłam już dużą dziewczynką leżałam w łóżku i tylko zwyczajnie je myślałam. Ale do modlitewnych myśli wkradały się inne. Wkradały się te o Bogu.
„… i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
Najpóźniej przy tych słowach nie mogłam wytrzymać, wszystko się we mnie buntowało.

No, myślałam sobie, nie ma dziwne, że świat jest taki popierdolony, skoro Bóg jest na nasze podobieństwo, a nie my na podobieństwo jego.

Możliwe, że Biblia jest dla kogoś świętą księgą. Możliwe, że religia jest dla kogoś drogą do Boga. Dla mnie obie stały się czymś, co mnie od Boga całkowiecie odgrodziło.
Bo co to za Bóg, ten z Biblii? Z jednej strony uczy się nas, że jest Bogiem sprawiedliwym, miłosiernym, a z drugiej postępuje On jak zwyczajny kat bez serca. Te wszystkie historie o potopie, o wyjściu Żydów z Egiptu, o królu Dawidzie, o zbawieniu – gdzie tu jest Miłość o jakiej później napisał św. Paweł?

„…Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje…”

Gdzie w tym wszystkim jest miłość Boga?
Bóg, który rości sobie miano Boga miłosiernego, a w rzeczywistości nie zna słowa wybaczenie.
Bóg, który nie unosi się pychą, ale wymaga by przed nim padano na kolana, by go wielbiono, by składano mu hołdy.
Bóg, który rości sobie miano Boga jedynego, a bywa zazdrosny o innych bogów, których niby wcale nie ma.
Bóg, który naucza o miłosierdziu, a zsyła potopy, topi w morzu Egipcjan, powoduje inne plagi, uśmierca tysiące ludzi tylko dlatego, że zwyczajnie … byli ludźmi.
Bóg, który niby daje nam wolną wolę, ale daje też prawo, które całkowicie te wolną wolę wyklucza. Bo co to za wolna wola? Jeśli uczynisz coś przeciw Bogu, jesteś winny. Jesteś potępiony.

Im więcej o tym myślałam, tym bardziej Bóg wydawał mi się być paranoidalnym psychopatą z przerośniętym ego. I jeszcze te brednie o zbawieniu. Że niby tak nas ukochał, iż postanowił syna swojego jedynego poświęcić, by dać nam szansę na zbawienie. Cóż? Nie wiedziałam, że z Miłości trzeba poświecać swoje dziecko. Czyż nie prostsze byłoby zwyczajne wybaczenie? Ale nie. Bo ofiarowanie swego syna było całkiem sprytnym posunięciem, by nas jeszcze bardziej zmanipulować. By wpędzić nas w jeszcze większe poczucie winy. Tak, ty jesteś winny, że mój ukochany syn musiał umrzeć za ciebie na krzyżu.
Cóż za wielkie miłosierdzie!

O nie, biblijny Bóg nie jest zadnym miłosiernym Bogiem. To Bóg, który unosi się gniewem, unosi się pychą, jest wyniosły, zazdrosny, niesprawiedliwy i mściwy.
Nie chciałam mieć z takim zakłamanym Bogiem nic do czynienia.
Bo Bóg wydawał mi się gorszy od samego diabła.

Przestałam więc chodzić do kościoła, przestałam chodzić na pielgrzymki, przestałam chodzić do spowiedzi i przyjmować komunię. Mój kontakt z Bogiem całkowiecie sie urwał.
Tak mi się wydawało…

Tak naprawdę mój kontakt z Bogiem dopiero się zaczynał. W momencie, gdy odrzuciłam wszystko to, co mnie o Bogu nauczyła religia i inni, stałam się gotowa do tego, by móc usłyszeć co o sobie ma mi On sam do powiedzenia.

Bóg kroczył sobie cały czas przy mnie czekając na okazję, kiedy wreszcie będę chciala go usłyszeć.
Bo dopóki myślałam, iż przemawia do mnie jedynie poprzez Biblię, dopóty byłam kompletnie ślepa i głucha na Jego głos.

Byłam w księgarni. I wtedy „przypadkiem” wpadła mi w ręce pierwsza książka, która zmieniła moje życie. No, jeśli wierzyć w przypadki. Regały i stoły z książkami w księgarni stały ciasno jedne przy drugich. Było dużo ludzi i mało miejsca. Przeciskając się, zrzuciłam stos książek ustawionych na krawędzi jednego ze stołu. Schyliłam się by je pozbierać.
„Bóg na Harleyu” – przeczytałam na okładce. Myślicie, że wtedy sama od siebie sięgnęłabym po taką książkę? Już to jedno słowo „Bóg” w tytule wystarczyło, by skutecznie mnie do niej zniechęcić. Zatem bóg musiał mi ją podsunąć pod sam nos, bym zechciała na nią popatrzeć.

Pozbierałam pozrzucane książki z podłogi. Zanim jednak całkowicie je odłożyłam na blat stołu, gdzie było ich miejsce, zdążyłam przeczytać te kilka słów na tylniej stronie okładki:
„Uśmiechnął się wyrozumiale.
– Znam twoje zdanie na temat religii i przyznaję, że w dużej mierze to ja zawiniłem…”
Hyyy????
Nie wiem co to było. Impuls. Ale ja wtedy, w tej jednej sekundzie pomyślałam, że to mówi ktoś do mnie.
Kupiłam tę książkę. Cieniutką książeczkę, powiastkę właściwie. I już wychodząc z księgarni wsadziłam w nią swój nos i naprawdę zaczęłam czytać.

Przede wszystkim Bóg mi powiedział, że wcale nie muszę nazywać go Bogiem, skoro to słowo tak mi się źle kojarzy. Z radością przyjęłam tę propozycję. Dzięki temu mogłam całkowiecie odrzucić wszystkie negatywne skojarzenia. I mogłam otworzyć swoje serce na to, co miał mi do powiedzenia.

Pamiętam, że nie doszłam do domu. Siedziałam na jakieś ławce, czytałam tę książkę i chłonęłam te słowa z taką wdzięcznością, jakbym dostała szklankę źródlanej wody wędrując na pustyni. I co gorsza, ryczałam przy tym jak jakaś stuknięta. Moja dusza po bardzo długim czasie wreszcie na nowo odżywała.

Nie potrafię wam powiedzieć co się we mnie działo, ale działo się bardzo dużo. Ta jedna niepozorna książeczka wystarczyła, bym wreszcie całą sobą pokochała boga. Widzicie, napisałam boga. Napisalam małą literą. On wcale nie wymaga ode mnie bym mówiła do niego Bóg. On wcale nie wymaga bym mówiła bóg. Ustaliliśmy sobie jak mam go nazywać na własny użytek, byśmy się mogli doskonale porozumieć. I od tej pory bóg stał się po raz pierwszy moim towarzyszem.
Nie musiałam się już do niego modlić. Nie musiałam klękać przed nim, ani składać ręce w pokorze. Mogłam z nim rozmawiać kiedy tylko chciałam i o czym tylko chciałam. Nawet siedząc na kiblu i nawet o masturbowaniu.
Cóż za bluźnierstwo, nieprawdaż?

Hahaha, paradoksalnie właśnie te „bluźnierstwo” otworzyło mi serce. Pozwoliło mi nauczyć się kochać. Pomagało mi w każdej sekundzie mojego życia i odpowiadało na każde moje wołanie.
Na tysiące przeróżnych sposobów, bóg odpowiadał.

Gdy byłam gotowa na to, by pojąć więcej, znowu „przypadkiem” podrzucił (dosłownie!) mi w księgarni kolejne książki. Tym razem były to „Rozmowy z Bogiem”. Już się nie dziwiłam, gdy akurat taki tytuł ujrzałam na książkach, które znowu niechcąco strąciłam z regału.
„Ooo – pomyślałam do Niego. – Chcesz mi powiedzieć, że to powinnam przeczytać?”.
Dosłownie słyszałam jak chichocze mi do ucha. I oczywiście kupiłam owe „Rozmowy z Bogiem” tomów trzy. I „Przyjaźń z Bogiem” i „Wspólnotę z Bogiem”. I to były kolejne książki, które jeszcze bardziej odmieniły moje życie.

Od tego czasu przeczytałam je kilka razy.
Od tego czasu wszystko się zmieniło.
Dziś wiem, że żaden Bóg mnie nigdy nie osądzi.
Że nie ma żadnego grzechu.
Że jedynym grzechem jest wierzyć w to, iż jestem grzeszna.
Dziś wiem, że Bóg mnie nie potępia za moje „złe” czyny, bowiem dając mi swobodę w wyrażaniu siebie dał mi prawdziwą wolność. To nie kwestia praw, nakazów czy zakazów jest miernikiem tego jak mam postępować i jak postępuję. To kwestia mojego osobistego wyboru, wyboru z Miłości. Lub też z braku Miłości. I Bóg ten wybór akceptuje.
Dziś wiem, że nie muszę Boga czcić. A mogę go zwyczajnie całą sobą kochać i że nie ma w tym nic złego.
On mnie kocha.
I nigdy mnie nie opuszcza. Nawet jeśli ja nie zawsze o nim pamiętam, On i tak jest tuż obok, na odległość szeptu.
Nię muszę Go przepraszać za to, że czasem uciekam. Nie muszę czuć się winna. Ale mogę zwyczajnie się za każdym razem cieszyć z nowego kontaktu. Tak jak On się cieszy.
Dziś wiem, że jestem nie tylko Jego cząstką, ale jestem Nim. Tak jak i On jest mną.
Nie zawsze naprawdę sobie to uświadamiam, ale ta myśl nie wzbudza wreszcie moich protestów (w stylu: „co za pycha, co za bluźnierstwo”).
Dziś wiem co oznacza iść przez życie i nie czuć się nigdy samotnie. Codziennie, na tysiące sposobów On daje mi dowody swojej Miłości do mnie. Obdarza mnie darami na tyle, na ile jestem gotowa je przyjąć. Codziennie trochę bardziej jest bliższym mi Przyjacielem. Codziennie, trochę bardziej jesteśmy Jednym.

A wszystko zaczęło się od tej niewinnej małej książeczki „Bóg na harleyu”. No cóż, bo prawdziowy Bóg naprawdę jeździ czasem na harleyu i robi kupę zwariowanych rzeczy, o kórych w życiu byście Boga nie podejrzewali.

Życzę Wam wszystkim, tym którzy chcą, byście i Wy odnaleźli Waszego Boga.
Tego, który jest przy Was na odległość szeptu. Tego, który Was kocha takimi jacy jesteście. Tego, który chce i byście Wy się takimi kochali. Tego, przed którym nie trzeba klękać, a można zakląć albo dłubać w nosie.
Tego, który Was nie potępi, ani nie osądzi, a łagodnie nauczy czym jest Miłość.
Tego, przy którym Wasze serce będzie chciało śpiewać, Wasza dusza tańczyć.
Tego, który otrze Wam z oczu każdą łzę, przytuli i wywoła uśmiech.
Bo Bóg naprawdę ma poczucie humoru.
I naprawdę jest zajebistym gościem.
I naprawdę  cudownie jest Go kochać.
Bo to oznacza kochać prawdziwie siebie.
Bo to wy nim jesteście. A on jest wami.

————-

PS. Ten wpis nie ma na celu, by namówić was do przeczytania którejkolwiek ze wspomnianych książek. Pamiętam, że swego czasu chciałam się nimi dzielić. Bo wydawało mi się, że byłoby cudownie gdyby jak najwięcej ludziom udało się odkryć to, co ja odryłam. Chciałam się podzielić te całą Miłością, które te książki sobą niosą. Ale nie wzięłam pod uwagę, iż nie każdy jest na to gotowy. Podarowałam „Boga na harleyu” koleżance, ale się okazało, iż odebrała tę książkę właśnie jako bluźnierczą. Była wręcz urażona, iż taki prezent jej podarowałam. A ja byłam rozczarowana, że ona kompletnie nie zrozumiała o co tam chodziło.
To było kiedyś.

Dziś wiem, że każdy ma swój rytm i swoją drogę do Boga. Moja nie jest lepsza czy gorsza. Jest po prostu jedną z wielu.

u progu cudownego roku 2012

Widzę, że na pingerze i ludziki wokół albo snują plany sylwestrowe, albo poddają się wspomnieniom związanym z kończącym się rokiem. A ja? No cóż…
Sylwestry dawno straciły dla mnie wszelką atrakcyjność. Ten spędzę w domu i dobrze mi z tą wizją.
Jaki był dla mnie ten kończący się rok?
Pełen zmian. Wielkich zmian. Nie gdzieś na zewnątrz, ale zmian we mnie samej.
Z dawnej Bafki, która lubiła się buntować, przemieniłam się w zupełnie inną Bafkę. Nauczyłam się pokory wobec życia. Nauczyłam się co znaczy prawdziwie kochać. Nauczyłam się, że Miłość potrafi uleczyć każdą sytuację.

Nadchodzący rok jest dla mnie rokiem szczególnym. Wiem, iż czeka mnie, jak i was wszystkich, wiele kolejnych zmian. Mam marzenia, ale są one zupełnie inne niż te rok temu.

Życzę Wam wszystkim i sobie samej, by ten nadchodzący rok przemienił w nas to, co negatywne w pozytywne.
Życzę Wam byście nauczyli się prawdziwie kochać samych siebie i innych. Bez potępiania. Bez oceniania. Bez oczekiwań. Tylko tak po prostu, zwyczajnie. Dlatego, że Miłość jest tą siłą, która potrafi przemienić ten świat w raj.

Życzę Wam i sobie samej, by ta umiejętność kochania nigdy w nas nie malała. Ale by rosła z każdą kolejną chwilą, z każdą kolejną próbą.

Życzę Wam i sobie samej, byśmy z każdym dniem stawali się po prostu lepszymi ludźmi. Lepszymi żonami i mężami, siostrami i braćmi, córkami, synami, matkami i ojcami. Lepszymi przyjaciółmi, lepszymi znajomymi. I lepszymi nieznajomymi.

Życzę Wam i sobie samej odwagi i otwartości serca, by zachować wierność sobie samym, a jednocześnie nie ranić innych.

Życzę Wam i sobie samej wiary w swoją własną wspaniałość. Prawdziwej, szczerej wiary w to, iż jesteśmy wspaniałymi istotami, które zasługują na Miłość. Nigdy, przenigdy nie myślcie o sobie, iż nie jesteście godni. Jesteście. Bo każdy z Was nosi w sobie Boskość. Nauczcie się ją dostrzegać. Niech rozświetli Wasze wnętrza. I niech to światełko promieniuje od Was na zewnątrz.

Życzę Wam i sobie samej, byśmy nie odmawiali sobie radości. Radości z cieszenia się życiem w każdej jego chwili. Niech nie powstrzymują nas myśli, że nie wypada lub co pomyślą o nas inni. Jeśli macie ochotę tańczyć boso na deszczu, to tańczcie. Jeśli zapragniecie nagle śpiewać głośno, śpiewajcie. Niech radość życia wypełnia Was po brzegi. Niech dodaje Wam skrzydeł. Niech staje się Waszą przewodniczką, Waszą inspiratorką, Waszą nauczycielką. Życzę Wam i sobie samej, byśmy zawsze mocno trzymali ją za rękę.

Życzę Wam i sobie samej umiejętności rozróżniania. Wnikliwości. Byśmy potrafili dokonywać właściwych wyborów. Nie tylko kiedy stoimy na rozdrożu, ale w każdym momencie. Niech zawsze prowadzi nas wewnętrzna Mądrość.

Życzę wreszcie Wam i sobie samej, by niezależnie od tego co przyniosą nam kolejne dni, tygodnie, miesiące, byśmy zachowali wiarę w dobro. Wiarę w drugiego człowieka. I wiarę w nas samych.
Wszak wszyscy jesteśmy cudownymi istotami. Wystarczy tylko to dostrzec. Nauczcie się dostrzegać te skarby, które nosicie w sobie. A dostrzeżecie je i w innych.

Życzę Wam kochani cudownego roku. Bo to będzie cudowny rok.

niby-poezja-nie-poezja wieczorową porą

Byłam zwykłą babką ze zwykłymi problemami. Tak przynajmniej myślałam. Tak naprawdę nikt nie jest zwykły. Każdy jest na swój sposób jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Każdy jest prawdziwym cudem. Wystarczy sobie to po prostu uświadomić.
Byłam zatem na swój sposób zawsze wyjątkowa. Tylko sobie tego nie uświadamiałam. A może trochę jednak tak?

Aż wreszcie przyszło to do mnie.

Przychodzi w życiu czasem taki moment i się budzisz z takiego jakby snu. Nagle zaczynasz postrzegać wszystko inaczej. Widzisz więcej, rozumiesz więcej, czujesz więcej, wyraźniej, głębiej. Zaczyna wypełniać cię takie trudne do wypowiedzenia uczucie. I wtedy te zwykłe codzienne problemy stają się mniej ważne. Tak na dobrą sprawę one są wciąż takie same, ale to ty zmieniasz swoje do nich nastawienie. To co jeszcze niedawno wydawało się być katastrofą czy tragedią, staje się zwyczajnie doświadczeniem, które uczy. Spoglądasz na te dawne wielkie problemy i śmieszy cię wręcz twoje dawne dramatyzowanie. Problemy bywają różne, ale nigdy nie przerastają naszych możliwości. To, że nie radzimy sobie z nimi, to oznaka naszego do nich przywiązania. Im bardziej się wiążemy emocjonalnie z problemem, który mamy do pokonania, tym trudniej się z nim uporać.
I nagle to wiesz. Tak po prostu.

Nadal mam problemy. Ale nie dominują one mojego życia. Są jedynie dodatkiem. Nie stały się mniejsze. One wciąż sa takie same. Ale to ja mniej się do nich przywiązuję.
Kiedy się pojawiają szukam rozwiązania. Kiedy w swoim wnętrzu znajdę sposób, po prostu wprowadzam go w czyn. A potem ufam, że wszystko będzie dobrze. I… jest dobrze. Nie macie pojęcia jaką potężną moc ma zaufanie. Zaufanie do życia.

listopadowo

Kochani,
Większość z was odwiedza dzisiaj cmentarze i groby waszych bliskich. Niektórzy robią to tylko dlatego, bo tak nakazuje tradycja i tak wypada. Inni rzeczywiście czują potrzebę powspominania zmarłych bliskich i wyrażenia swojej tęsknoty za nimi symbolicznie zapolonym zniczem. Są też tacy, dla których święto to nie ma najmniejszego znaczenia. A jeszcze inni ten dzień wykorzystują tylko i wyłącznie do zarabiania kolejnych pieniędzy.

Ile ludzi, tyle różnych intencji.
Gdybyśce mieli zdolność czytania w ludzkich myślach zdziwilibyście się o jakich rzeczach myśli człowiek odwiedzający dzisiaj cmentarz.
Zaprawdę nie każdy zastanawia się na sensem życia i sesnem przemijania.

Dlaczego tu jesteśmy?
Po co się rodzimy?
Po co toczymy tę walkę zwaną życiem?
Dlaczego umieramy?

Na te pytania każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Wyrośliście wychowywani z narzuconymi prawdami. Tak, tak. Nauczono was o grzechu, o tym, że człowiek jest niedoskonały, o szatanie, o karze, o różnych takich rzeczach. Niektórzy przyjmują to bezkrytycznie, po prostu wierząc, iż skoro tak nas nauczono, to widocznie tak musi być. Inni do prawdy pragną dotrzeć sami.
I rzeczywiście mamy do tego prawo.

Każdy z nas prędzej czy później dotrze do takiego momentu, że będzie zadawał sobie te pytania. Kim jestem? Po co tu jestem?
Odpowiedzi znajdziecie w waszych sercach, bo tam należy ich szukać. Nie na zewnątrz was, nie w tym co mówią inni. Każdy musi znaleźć swoją własną prawdę. I każdy ją prędzej czy później odnajdzie.

Mimo, że ten dzień przywodzi takie właśnie pytania, to jednak myślę, iż nie na przeszłości i tym co przeminęło powinniśmy się skupiać. Ważna jest nasza przyszłość. A tą tworzymy tu i teraz. Każda nasza najmniejsza nawet decyzja, najmniejsza myśl w jakimś stopniu kształtuje naszą przyszłość. I należy mieć tego nieustanną świadomość.

Ale życie składa się nie tylko z doniosłych chwil. Nie tylko ze świadomych decyzji. Nasze ziemskie zycie składa się tez z całego morza mniej lub bardziej chwil mało zauważonych. Takich byle jakich, o których nikt później nie pamięta.
A przecież wcale tak nie musi być.

Dobrze jesli w waszych sercach pamiętacie o waszych zmarłych bliskich.
Ale spójrzcie w tym dniu (i w każdym innym) na waszych żyjących bliskich. Na tych, którzy towarzyszą wam w tej codziennej ziemskiej wędrówce. To nic, że czasem się nie zgadzacie. To nic, że miewacie konflikty. Jednak nie każda chwila musi taka być.

Spójrzcie na waszych bliskich i przytulcie ich. Tak po prostu. Tak od serca. Poczujcie w sobie radość z tego, ze ich macie. Poczujcie wdzięczność za to, że wam towarzyszą.
Poczujcie jak drga w was miłość. Nawet jeśli jest to taka tylko tyci tyci tyci miłość. Nieważne. Pozwólcie jej zaistnieć.

Przytulajcie się. To najprostsza i najbardziej skuteczna forma leczenia duszy. Nawet jedno krótkie przytulenie dziennie poprawi wasze samopoczucie. Nie wyzbywajcie się tej wspaniałej możliwości.
Spójrzcie na waszych żyjących bliskich.
I po prostu przytulajcie się. Każdego dnia. Teraz. Kiedy są. Póki ich macie. Tak po prostu. Bo warto.

Nie robiliście tego już tak dawno? Albo nawet nigdy?
Zawsze możecie zacząć. TO JEST TA CHWILA.

emocjonalna niewola (wpis dedykowany)

Dedykuję ją wszystkim tym, którzy się pogubili.
Dedykuję ją wszystkim tym, którzy pokrzywdzeni, w rozpaczy, krzywdzą samych siebie.
Dedykuję ją wszystkim tym, którzy chcą na nowo znaleźć drogę do harmonii.

„Jeżeli twój dom wygląda jak rozwalone drzewo kasztanowca, to znak, że trzeba go zmienić”.
Kubuś Puchatek był co prawda Misiem o Bardzo Małym Rozumnku, ale za to posiadał w swoim sercu ogromną Mądrość.
Wy też ją posiadacie, tylko nie zawsze chcecie z niej korzystać.

Dziś trochę smutny temat, bowiem moje refleksje będą dotyczyły nienawiści.
Pisałam wam już niejednokrotnie o mocy sprawczej naszych myśli. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, a nawet jeśli zdajemy, to w momentach kiedy dzieje nam się krzywda, mamy skłonność do zapominania o tej znaczącej prawdzie. To nawet naturalne biorąc pod uwagę fakt, jak zostaliśmy wychowani. Nikt w końcu nas nie uczył, że to nasze myśli tworzą naszą rzeczywistość. A może uczył? Tylko niezbyt chcieliśmy tego słuchać.
Ważne zatem, by o tym przypominać.
Każda nasza myśl jest energią, która raz wprawiona w ruch nigdy nie ginie. Energia ta ma konkretną wibrację: wyższą lub niższą, w zależności od tego jakie myśli ją tworzą. Energia ta ma moc spraczą: twórczą lub niszczącą, w zależności od tego, jaka jest jej wibracja.

Każda myśl jest właśnie taką energią. Nawet najbardziej ulotne myśli posiadają w sobie potencjał energetyczny. Im jednak więcej uwagi przykuwa dana myśl, tym jej energia staje się silniejsza.
Słowo jest wzmocnioną myślą. Jest myślą wypowiedzianą. Niejako myślą uformowaną. Dlatego nasze słowa również posiadają energie. Zapominamy o tym tak często, a porzecież na codzień otrzymujemy tego dowody. Słowo może uleczyć, ale może też zranić. Jedno słowo może nas utulić, lub powalić z nóg.
Słowo pisane, jest niejako pieczęcią. Jest energią myśli nie tylko uformowaną, ale wręcz przypieczętowaną. Czy zdajecie sobie sprawę z tego jak wzmacnia się przez to jego potencjał energetyczny?
Pomyślcie sobie o tym przez chwilę.

Pisałam wam już o tym, że jesteśmy jak środek takiej ósemki. Wszystko co od siebie wysyłamy, prędzej czy później do nas powróci. Nie ma przed tym ucieczki. Nie ma od tego wyjątków.
Każda myśl, każde wypowiedziane słowo, każde napisane słowo raz wprawione w ruch, powróci do nas z tą samą wibracją, z jaką je wysłaliśmy. Twórczą lub niszczącą. Jak powróci?
To oczywiste: w postaci DOŚWIADCZENIA.
Bo doświadczenia są najbardziej wyrazistym głosem jakim przemawia do nas Życie. Każde doświadczenie niesie w sobie jakiś skarb w postaci jakieś dla nas nauki. Jeśli nie przyswoimy sobie tego, co powinniśmy, doświadczenie będzie się powtarzać aż do skutku.

Ale co to ma wszystko wspólnego z nienawiścią? Ano bardzo dużo.
W życiu zdarzają się nam różne doświadczenia, które czasami powodują, iż nie rozumiejąc ich, zaczynamy nienawidzić.
Ktoś nas porzucił. Ktoś okłamał. Zdradził. Wyparł się nas. Czujemy się oszukani, skrzywdzeni, rozgoryczeni.
Naturalne jest, iż cierpimy. Trzeba jednak zrozumieć, iż cierpienie nie jest siłą, która uderza w nas z zewnątrz od nie-wiadomo-kogo. W każdym ciepieniu, kryje się energia, którą sami wcześniej wysłaliśmy.
Możemy sobie obwiniać za nasze cierpienie innych, okoliczności zewnętrzne, przypadki i co tam jeszcze będziemy chcieli. Prawda jest jednak taka, że cierpienie jest jedynie konsekwencją naszych własnych wyborów.
Nie zawsze z tego życia.

Tak, jest takie coś jak prawo karmy i niezależnie czy w nie wierzymy, czy też nie, podlegamy mu wszyscy. To nie jest żadna idea oparta na zasadzie kar i nagród. To nie jest tak, że za złe czyny (grzechy) będziemy teraz lub w przyszłym wcieleniu ukarani, a za dobre wynagrodzeni. To nie tak.
Jesteśmy tu po to, by nasza dusza mogła wzrastać. My jesteśmy tą duszą. Każdy nasz wybór niesie ze sobą konsekwencje. Każda konsekwencja niesie w sobie możliwość nauki. Każda nauka to kolejna szansa na wzrastanie. Ot i tyle.

Wracając do naszej przykładowej sytuacji.
Ktoś nas porzucił. Ktoś okłamał. Zdradził. Wyparł się nas. Czujemy się oszukani, skrzywdzeni, rozgoryczeni. Możemy jakoś przepracować w sobie ten żal, co oczywiście wymaga czasu, lub możemy dać się mu zniewolić.

Przepracowanie – da nam wolność. Najskuteczniejszą formą jest akt wybaczenia, ale do tego potrzeba wiele odwagi. No i w zależności od człowieka będziemy potrzebowali na to mniej lub więcej czasu. Być może potrzebować będziemy też zaczepienia w jakieś pozytywnej energii: niech to będą nasze pasje, nasze zainteresowania, cokolwiek, co nas oderwie od tego żalu. Czynimy wielki krok naprzód w momencie, kiedy decydujemy się na owo oderwanie.
Najgorsze co możemy jednak uczynić, to kiedy zamiast oderwania wybieramy niewolę.
Kiedy bez ustanku skupiamy się na żalu w sobie, na poczuciu krzywdy, na goryczy, to jesteśmy na najprostszej drodze do tego, by zacząć nienawidzić.

Nienawiść zakrada się podstępnie. Niby jej nie chcemy, a jednak któregoś dnia ona po prostu jest. Zdziwienie? Przecież podlewaliśmy ją sumiennie, dbaliśmy by wyrosła. „Kiedy?” – zapytacie. Ano właśnie wtedy, kiedy nasze myśli tak intensywnie skupiały się wokół naszego poczucia krzywdy i żalu. Nienawiść jest jak plaga korników, która zeżre nas od środka. Jeśli myślicie, iż pomoże wam się ona uwolnić, od obiektu waszej nienawiści, to jesteście w grubym błędzie.
Nic bardziej nie wiąże jak właśnie nienawiść. Nic bardziej nie niszczy nas samych jak właśnie nienawiść.

Chcecie, żeby on/ona poczuł się nieszczęśliwy. Chcecie, by pożałował.
Jak mógł tak was zostawić, porzucić, okłamać, zdradzić, oszukać?
Jak może po tym co kiedyś was łączyło teraz udawać, że was nie zna?
Jak on/ona tak może? Niech za to też będzie mu źle.
Myślicie tak. Wypowiadacie te myśli. Zapisujecie je nawet może.
Co robicie? Wysyłacie w kosmos ogromną energię o niskiej wibracji, która zwielokrotniona zatoczy swój krąg i do was powróci. Uderzy w was z wielką siłą.
Wasze życzenia, by teraz jemu/jej było źle się nie spełnią. To nie ciemna magia voodooo. Nie wbijaliście szpileczek w kukiełkę czyniąc to bez waszego emocjonalnego przywiązania.
To właśnie wasze emocje wiążą was z waszą „ofiarą” tak bardzo, że owa siła niszcząca zamiast w nich, uderzy w ostateczności w was samych.
Nienawiść nie unieszczęśliwia tego, w kogo jest wymierzona.
Nienawiść unieszczęśliwia tego, kto nienawidzi. Niszczy jego duszę od środka.
Jest jak plaga korników, które wyjadają od środka drzewo.

Decydując się na nienawiść, zakładacie na siebie samych największe kajdany, jakie człowiek może sobie nałożyć.
Decydując się na nienawiść, niszczycie samych siebie. Niszczycie to, co w was dobre, piękne.
Decydując się na nienawiść, skazujecie się na doświadczanie nieszczęścia i samotności.

I jeszcze jedno:
Może to okrutne co teraz napiszę, ale decydując się na nienawiść po prostu pokazujecie, że nigdy nie kochaliście. Pomyliliście miłość z przywiązaniem, z uzależnieniem.
Jeśli wasza miłość zamienia się z jakichkolwiek powodów w nienawiść, miłością nigdy nie była.
Miłość po prostu jest Miłością. Miłość nie zamienia się na coś innego. Miłość nie ginie. Ona jest.

„Jeżeli twój dom wygląda jak rozwalone drzewo kasztanowca, to znak, że trzeba go zmienić”.
Dlaczego pokazuję wam te mądre słowa Puchatka?
Bo nigdy nie jest za późno na to, byśmy zbudowali sobie nowy dom. Nigdy nie jest za późno na to, byśmy uwolnili się z kajdan jakie stwarza nienawiść. Nigdy nie jest za późno na to, by zacząć wysyłać w świat inne energie, które na nowo pomogą nam tworzyć, zamiast niszczyć.

To od was zależy co WYBIERACIE.

Wszystkim tym, którzy cierpią i którzy się pogubili, życzę by jak najszybciej znaleźli w sobie odwagę do tego, by się uwolnić.

uczcie się od swoich dzieci

Wczoraj przed spaniem rozmawiałam z dziećmi o tym, jak można znaleźć odpowiedzi w swoim sercu. O tym jak podejmować ważne i mniej ważne decyzje pytając się o radę swojej wewnętrznej mądrości. Moi chłopcy mają 12 i 13 lat, a czasem mam wrażenie, iz rozumieją dużo więcej niż niejden dorosły.

Czasem zastanawiam się skąd w nas dorosłych przeświadczenie, iż dzieci nic nie rozumieją. Prawda jest taka, że przeciętne dziecko ma dostęp do takiej mądrości, o której my możemy pomarzyć, bowiem oddzieliśmy się od niej na własne życzenie. I nie mam tu na myśli wiedzy, ale mądrość płynącą z naszego własnego wnętrza.

Zamiast uczyć nasze dzieci naszych nie zawsze właściwych reakcji, może powinniśmy się wreszcie naszym dzieciom uważnie przyjrzeć i zacząć się uczyć od nich.

Dziecko, które oddaje z chęcią swoje zabawki i jest to dla niego naturalne.
Dziecko, które uderzone przez rówieśnika, najpierw jest być może zdziwione, a potem prędzej się rozpłacze, niż uderzy w odwecie.
Dlaczego uczymy te dzieci, by zachowywały się tak jak my?
Dlaczego mówimy im, że nie może tak po prostu oddawać swoich zabawek. Że zamiast płakać powinno oddać.
Przykładów można by podawać tysiące.
Dlaczego to wszystko?
By nasze dziecko nie musiało być ofiarą?
By umiało sobie poradzić w tym brutalnym życiu?

A gdyby tak naturalną rzeczą stał się fakt, że można inaczej.
Gdyby wszystkie dzieci uczone były, że można inaczej.
Nie byłoby przyszłych ofiar. Bo może i nie byłoby oprawców.

Utopia?
No cóż. Nie taka znowu utopia.

Obserwowaliście wasze dzieci kiedy się bawią? Przysłuchajcie się uważnie temu co mówią. Wsłuchajcie się z uwagą w ten ich „świat fantazji”. Jeśli będziecie słuchać sercem, odkryjecie wielką mądrość w waszych dzieciach. Uczcie się od nich wrażliwości.
Uczcie się od nich gotowości do przyjęcia zmian. Uczcie się od nich otwartości na miłość.

Ja sama jeszcze kilka lat temu nie byłam taka mądra jak dziś. Kiedy mój Daniel mi opowiedział dawno temu, że widział alien, to się uśmiechałam i myślałam, że ma bujną fantazję. Gdy mi tłumaczył, że był babcią, poprawiałam go, że nie mógł być babcią. Nie rozumiałam tak wiele, z tego, co mi opowiadał.
Gdy mój Oliver widział jako mały chłopiec jakieś demony (???), starałam się mu pomóc, ale nie kapowałam, że mój strach wcale w niczym nie pomaga. Gdy przychodził i się skarżył, że dzieci go krzywdzą, dawałam mu nie takie rady, jakie dałabym mu dzisiaj.

Tak wiele czasu i szans zmarnowaliśmy. Tyle okazji i darów jako matka przegapiłam.
Na szczęście nigdy nie jest za późno, by się zacząć uczyć od swoich dzieci.

Dziś zamiast spędzac czas przed telewizorem leżę wieczorem z moimi synami i rozmawiamy o planetach, drodze mlecznej, galaktykach, atomach.
Rozmawiamy o tych różnych dziecięcych „fantazjach”. Rozmawiamy o tym, jak rozmawiać z własnym sercem. O tym, jak usłyszeć odpowiedzi.
To co dla dorosłych jest zwykła bujdą i „zmyślaniem”, dla dzieci jest wciąż oczywistością.

Czas najwyższy byście zaczęli się uczyć od swoich dzieci.