zapraszam swoją Wściekłość do Tańca

Ci, którzy mnie znają nieco bardziej, doskonale wiedzą, iż zawsze byłam i nadal jestem osobą mocno emocjonalną. Nie uważam bym nie ogarniała swoich emocji, ogarniam, ale dość intensywnie się one u mnie manifestują. Pozwalam im przeze mnie przeplynąć z całą ich mocą. Nie zatrzymuję ich, nie duszę, nie wałkuję, nie rozstrząsam. Przychodzi radość czy smutek, czułość czy wściekłość, zadowolenie czy zlość. Cokolwiek to by nie bylo przechodzi przeze mnie intensywnie, czasem wstrząsając nie tylko mną, ale i otoczeniem, ale równie szybko też odchodzi. W pokoju. Wysłuchane. Bo nawet w największych wybuchach tych wulkanów wewnątrz mnie, potrafię dość szybko zapytać co dana emocja ma mi do powiedzenia. I kiedy przychodzi odpowiedź, oj a jakże często bardzo niewygodna dla mnie odpowiedź, to się nieraz śmiać muszę z samej siebie.
Nie zawsze jest to takie proste. Są emocje, z którymi naprawdę trudno było mi się dogadać. Ba! Nawet je zobaczyć. Ileż to razy bawiłam się więc w kotka i myszkę z moim gniewem, ile razy dałam zaskoczyć poczuciu winy, ile tyrad i dyskusji toczyłam ze wstydem zanim rzeczywiście nauczyłam sie widzieć, słuchać, a przede wszystkim przytulić je w sobie. Jednak to wszystko przyniosło jakieś efekty.
Nadal jestem cholernie emocjonalna. Zbyt emocjonalna jak dla niektórych. A mimo to, nawet i ja, potrafię teraz zupełnie inaczej z tymi emocjami się obchodzić.

Taka sytuacja choćby z dziś.
Rozmawiam z kimś, kto przychodzi mi się wygadać o swoim problemie. Ok. Słucham, rozumiem, w swoim sercu czuję współczucie. Oprócz ewidentnych rozwiązań, które są oczywiste na ten problem i o których nawet nie musimy mówić, wspominam jako dodatek o jeszcze jednym pomyśle, do niczego jednak nie namawiając ani nie przekonując. Ot, zwykłe podanie informacji. Co dostaję w zamian? Rozdrażnienie, pretensje, zarzuty, umniejszanie mnie. Staram się zachować spokój, nie wchodzić w to, jednak z drugiej strony leci już jak po bandzie. Normalnie, jeszcze kilka miesięcy temu, pewnie bym się na maxa wkurzyła.
Dziś czuję jak budzi się moja wścieklość. Czuję jak puka do moich drzwi.
Otwieram je szeroko, wpuszczam ją do środka. „Wchodź” – mówię. No i wchodzi, czerwona, ognista, uśmiechnięta od ucha do ucha. Ma taki prowokujący uśmiech, ale dobrze się już znamy. Mam ochotę wybuchnąć, nagadać temu mojemu rozmówcy, by jeśli jedynie chciał się nad sobą poużalać, to by nie robił to moim kosztem. Ale wiem, że jak zacznę, to poleci o wiele gorsza wiązanka, bo moja wściekłość rozsiadła się już u mnie i nadal szczerzy te swoje zęby w uśmiechu. Patrzę na nią i nagle chce mi się śmiać.
„Skoro już przyszłaś, to nie będziesz tu tak siedzieć bezczynnie.” – mówię do niej, jednocześnie w miarę rozsądnie i spokojnie kończąc rozmowę z moim wcześniejszym rozmówcą i zostawiając go. Jego emocje są jego gośmi, moja wścieklość jest moim gościem i to nią chcę się teraz zająć. Siedzi sobie ona u mnie, czerwona, dym jej prawie idzie z uszu, zęby nadal szczerzy w uśmiechu. W sumie lubię ją. To dobra kumpela i bardzo chętna do pomocy.
Wyciągam mój kijek, tę laskę, którą dostałam od Wierzby Marie. Wściekłość tuż obok robi nieco zdziwioną minę.
„Aż tak????” – pyta nieco zdezorientowana.
„Nie bądż niemądra. Nie mam zamiaru nikomu przywalić. Ale skoro przyszłaś, to możesz mi ofiarować swoją siłę, nie sądzisz?”
Jej uśmiech się rozszerza. Ona chce być zobaczona i doceniona. Wcale nie jest taka zła. Wcale nie jest tylko niszczycielką. Ma w sobie potężną moc twórczą. Moc działania. Jej czerwona energia przebije się przez blokady strachu, zastoju, lenistwa, niechciejstwa, lęków, wstydu, każdego oporu. Wściekłość ma potężną moc i jest szczęśliwa, kiedy pozwolić jej tą mocą działać w tworzeniu dobrego.
Włączyłam muzykę z szamańskimi bębnami. Wyciągnęłam farby: czerwień, magenta, burgunt i czerń.
Popatrzyłam na tę moją Wściekłość jak uradowana podniosła tyłek z fotela gotowa do pomocy, do działania…
Zaprosiłam ją do Tańca.

małe wielkie prywatne oświecenie

Doznałam wczoraj swoistego małego prywatnego (bo dotyczącego mnie) oświecenia.

Opowiem wam o tym jak sama sobie zrobiłam kuku i o tym jak wreszcie się z tego kuku sama uwolniłam. Nie bardzo wiem jak zacząć, by to miało ręce i nogi, ale po prostu napiszę jak mi to popłynie. Powinnam może tu wyjaśnić, że jestem poliamoryczna. A przynajmniej z całą pewnością wiem, że moja miłość nie ogranicza się jedynie do kochania męża, dzieci, mamy czy brata. Kocham moich przyjaciół i czasem takim przyjacielem staje się mężczyzna i wtedy kocham i jego. Kocham zarówno jak Przyjaciela ale i jak Mężczyznę. No i tu zaczynają się schody.
Bo wiadomo jakie są normy i co przez lata wychowania natłuczono mi do głowy: że nie wolno, że jak mam Męża (którego notabene też bardzo kocham i nigdy kochać nie przestałam), to nie powinnam kochać innych facetów. A już na pewno nie jak… facetów. No ale co z tego, skoro ja to zwyczajnie czułam w środku. Ta miłość to nie jakieś tam zakochanie czy zauroczenie. To coś zupełnie innego. To potężna siła, która mnie wypełnia i jest integralną częścią mnie samej. Jak mam przestać kogoś kochać tylko dlatego, że jakieś tam normy mówią mi, iż nie wolno? Nie da się. Bo to tak, jakbym miała uciąć część samej siebie.
Nie godzę się na taką bezsensowną amputację! Najśmiejszniejsze w tym wszystkim jest to, iż wcale nie musiałam jej sobie robić, a jednak prawie zrobiłam. Mój Mąż nie tylko wie o tej mojej poliamoryczności, ale w pełni to akceptuje i świadomie się na to otworzył. Mogłam zatem sobie kochać mojego Przyjaciela Mężczyznę tak jak chciałam. W czym zatem problem?

No i tu się zaczyna historia o robieniu sobie kuku. Było dobrze. Moja miłość płynęła sobie pięknym czystym strumieniem. Kochałam tak jak potrafiłam, całą sobą nie odbierając ani nie dawkując tej miłości komukolwiek z nas. Kochałam przez to też samą siebie. Bo przecież, kiedy ta miłość wypływała z mojego serca, to w pierwszej kolejności obejmowała mnie samą, wypełniała mnie po brzegi, by potem mogła iść dalej. Czułam, że to jestem prawdziwa ja. Czułam się w zgodzie z sobą. Nie obchodziło mnie wcale czy i ile dostaję w zamian, bo nie czułam w sobie braku. Jeśli ci moi Mężczyzni dawali mi coś w zamian to przyjmowałam to jako dar ciesząc się tym zwyczajnie. Bez wyliczania co, kto, na ile. Ktoś potrzebował na jakiś czas się wycofać, pobyć z sobą, to się wycofywał i to było ok. Ktoś protrzebował więcej uwagi to ją ode mnie dostawał i to też było ok. Ja czułam się być w zgodzie z sobą. A potem przyszedł czas, że ktoś tam inny zasiał we mnie maleńkie ziarenko wątpliwości. I to ziarenko zaczęło kiełkować… Na fb pojawiały mi się wpisy o uleczaniu kobiecości i o balansie. O tym, że czasem kochamy za bardzo*, o tym że należy dbać o równowagę tego ile się daje i ile bierze itp itd. Wszystkie te przeczytane przeze mnie wpisy jakoś tak krok po kroczku spowodowały, że wydało mi się, iż powinnam wyznaczyć granice. Tak! Super genijalnym pomysłem mi się to wydało wtedy, a tak naprawdę było największym kuku jakie sobie sama zrobiłam.

W imię dbania o równowagę między tym co daję i dostaję nagle podświadomie (a jakże! jakby to było w pełni świadomie to bym tego sobie nie zrobiła), sprowadziłam miłość to towaru wymiennego. A to spowodowało, że nagle zaczęłam mieć oczekiwania, których prędzej nie miałam. Wariactwo totalne i dziwię się sama sobie, iż tego nie zauważyłam. A jednak nagle zaczęłam chcieć dostawać więcej. I kiedy nie dostawałam, to ustawiałam granice na to, ile ja mogę dać. A nazywając to innymi słowy dokręcałam kureczek tej miłości, która ze mnie płynęła. No ja pierdziu! To się nie stało tak od razu. To były maleńkie tyci tyci kroczki, ale coraz bardziej robiły mi większe kuku. Zakręcałam kureczek odrobinkę i płynęło mniejszym strumieniem. I skoro to musiało przepłynąć najpierw przeze mnie, bo nie mogę dać komuś czego nie mam sama, to i ja dostawałam mniej. I wyraźnie odczułam tę różnicę. Pojawiło się uczucie jakiegoś niedostatku. Błąd polega na tym, że odebrałam ten niedostatek właśnie jako brak balansu między tym co dostaję, a daję i właśnie chciałam dostać. Ale nie mogłam dostać. A nawet jak dostawałam, to nie widziałam tego i moje poczucie braku niedostatku się nie zmniejszało. Więc pojawiły się jeszcze większe oczekiwania, powodując we mnie jeszcze większy brak, co z kolei powodowało, że ja jeszcze bardziej dokręcałam kureczek. Istne wariactwo, tyle że ja wtedy naprawdę nie wiedziałam, że to tak działa.

Przyszedł taki moment, iż nie tylko nie czułam się już pełna, ale czułam jakby mnie coś zatrzymywało. Moje oczekiwania wobec mojego Przyjaciela powodowały jakby poczucie ciągłego głodu, więc wydedukowałam sobie, iż w jakiś sposób się od niego uzależniłam. Że to uzależnienie zatrzymuje mnie, nie pozwala iść do przodu, ogranicza mój rozwój. Nie umiem tego ująć inaczej w słowa, ale ja dosłownie czułam to zatrzymanie, więzy. Bardzo chciałam się uwolnić. Bardzo bardzo bardzo. Czułam, że jeśli tego nie zrobię, to jakaś część mnie samej uschnie.
No więc zaczęłam działać. Szukać rozwiązania, odpowiedzi, wskazówek, sposobów. To poprowadziło mnie poprzez regresingi, odczyty z Kronik Akaszy, do moich rozmów z Kamieniami.
Energia naprawdę na nowo zaczęła krążyć, poczułam jak dostaję skrzydeł, a raczej łapię na nowo wiatr w żagle. Znowu płynęła przeze mnie milość. Zaczęło się luzować. Puszczać. Płynąć. Poczułam się wolna.
Tyle, że w swoim braku zrozumienia co się NAPRAWDĘ zadziało, znowu wyznaczyłam nowe granice. I znowu miały one coś wspólnego z ograniczeniem miłości.

No i przyszła ta ostatnia sobota. Rozmawiałam z moim Przyjacielem i nagle zauważam moment, kiedy ja sama przekroczyć chcę granicę, którą sobie i jemu wyznaczyłam. Bum! Burza mózgu. Potem chaos. Jedna część mnie chciała tak bardzo iść w tą stronę. Druga sama siebie opierdalała. Czułam przy sobie obecność mojego zwierzęcia mocy, mojego Tygrysa. Dosłownie widziałam jak obnaża kły prychając w moją stronę. Wyciągnęłam zniewłaściwe wnioski, iż on przypomina mi o pilnowaniu własnych granic. Obok byl Fyonn. Czułam jak pomagał mi spalić coś, co miało odejść. Wyciągnęłam znowu niewlaściwe wnioski, sądząc iż pomaga mi spalić moje własne oczekiwania czy pragnienia.
Miotałam się. Chaos, wir, chaos, tortnado. To ja byłam tym chaosem. I mój Przyjaciel w samym środku tego zamieszania. Przyjaciel, który wtedy po prostu był. Niewzruszenie, jak skała, wytrwał w tym wirze. Nie krytykował, nie próbował nawet zrozumieć. Jedyne co, to po prostu był i tą swoją obecnością i mi pomógł wreszcie być.

Oczyszczało się całą sobotę.
Całą niedzielę ukladało na nowo.
W poniedziałek musiałam odespać.
Wczoraj dopiero z całą wyrazistością pokazało mi się co się zadziało.

To nie uzależnienie od mojego Przyjaciela mnie zatrzymywało. To moje własne granice mnie zatrzymały.
To nie miłość do mojego Przyjaciela stworzyła brak balansu. To moje dokręcenie / ograniczenie miłości ten brak balansu wytworzyło.
To nie do pilnowania tych moich granic nawoływał mnie Tygrys swoim prychaniem, a do tego bym wreszcie je rozpieprzyła w pierony.
To nie moje pragnienia i oczekiwania miały się spalić, i uzależnienie od Przyjaciela, ale moje przekonania co do tego, że miłość potrzebuje balansu.

Z pewnością jest prawdą, że ważne by dbać o balans między tym ile się daje i ile bierze. Ale to nie jest do końca moja prawda. Moją prawdą jest, że to dbanie o ten balans obejmuje czas, pracę, uwagę i wszystko inne, ale nie miłość. Miłość po prostu jest. I jedyne o co mam dbać, to o to, by mogła ona ze mnie płynąć. Bez ograniczeń. Bez granic. Bez jakiś durnych przekonań, że mam coś dostać w zamian albo że mi nie wolno. Moja prawda jest taka, że jeśli kocham, to kocham. I to kochanie obejmuje również mnie. A to oznacza, że ani nie ślepnę, ale też nie ograniczam. Jeśli kogoś kocham, to kocham go taki jaki jest, bez chęci zmieniania go. I mam szacunek do jego przestrzeni, jego świętości, jego jestestwa, jego prawa do okazywania miłości jak i prawa do braku jej okazywania. By kochać, nie potrzebuję nic w nim zmieniać. Ale to nie oznacza, że mam przestać kochać siebie. Jeśli więc kocham, mam taki sam szacunek do mojej przestrzeni, mojej świętości, mojego jestestwa i mojego prawa do okazywania miłości czy jej nieokazywania. Ten szacunek powoduje, że czasem trzeba powiedzieć: Kochanie, kocham cię, ale nie pozwalam ci pluć mi w moją świetą przestrzeń. Nie pozwalam ci. Proszę wyjdź. Lecz to nie znaczy że przestaję cię kochać.
Ale ten szacunek też powoduje, że i ja nie pluję w twoją przestrzeń. Bądź jaki chcesz być.

Potrafię tak kochać jednak tylko wtedy, jak nie zakręcam sobie sama przepływu we mnie. Jak nie robię sobie żadnego kuku w imię dbania o balans w miłości. Miłość sama sobie balans znajduje, jeśli jej pozwalam płynąć tak jak chce.

słowa – żywe istoty

Układałam dziś w takiej szufadzie, w której trzymam różne rzeczy do podarowania. I chociaż zaglądam do niej często, to chyba pierwszy raz od bardzo dawna wyjęłam z niej wszystko, by zrobić nowy porządek. I wtedy zobaczyłam całkiem z tylu, na jej dnie woreczek, a w nim jakieś kartki i koperty. Sama musiałam ten pakuneczek tam kiedyś włożyć i leżał zapomniany, by właśnie dziś zaskoczyć mnie totalnie swoją zawartością.

W środku znalazłam list. List napisany do mnie 05 grudnia 2013 przez kogoś, kto w dobie internetu, zadziwiony sam sobą, że to robi, pisał swój pierwszy (i jedyny) w życiu prawdziwy list. Kartka papieru w kratkę, drobniutkie pismo kreślone męską ręką. I słowa pełne miłości i wdzięczności. Nawet naklejki z serduszkami, kiczowate i infantylne, ale jakże wymowne, bo przecież wiem, że musiał je ekstra w tym celu wybrać w sklepie…

Rozczuliłam się na maxa. Literki ulepione w słowa. Słowa, które wciąż są żywe. Nieważne, że minęły lata, nieważne że my dwoje pewnie spotkamy się dopiero w następnym wcieleniu. Tamte słowa, napisane z miłością w grudniowy dzień, wciąż są jak żywa istota. Wzruszły mnie do łez, do szybszego drżenia każdej komórki we mnie, do takiego wewnętrznego otwarcia, które dawno nie było tak szerokie.

Słowa – żywe istoty. Jeszcze bardziej namacalne i bardziej wibrujące przez te literki, nie wystukane na klawiaturze, ale napisane ręcznie. Każda z tych literek jest puzzelkiem dodatkowej opowieści. List napisany na kratkowanej kartce, wciąż mający swój charakterystyczny zapach. Gdy przyłożę nos wciąż mogę go wyczuć, po tylu latach. Ten zapach to też dodatkowa opowieść. Ten zapach wzrusza mnie także…
Literki, zapach, kolor koperty, brak znaczka, naklejki – wszystko to opowiada dodatkową historię, przywołuje szczegóły wspomnień. Porusza sercem…

I przypomniały mi się te wszystkie listy, które sama ręcznie tak kochałam pisać. I również te, które przychodziły do mnie. Wciąż mam je w wielkim kartonie. Posegregowane według nadawców. Przewiązane wstążeczkami. Kilkanaście, a może dwadzieście kilka takich pakuneczków. Setki listów. Większość w białych kopertach, ale są i takie w każdym kolorze tęczy. I chociaż wydawałoby się, iż zapomniane, upchnięte w kartonie, to przecież wciąż je mam. Wciąż mogę do nich zaglądać, dotykać je, wąchać, wzruszać się…

Nie robię tego już od dawna, ale poczulam, iż chcę znowu pisać listy. Takie właśnie na papierze. Piórem. Z charakterystycznych dla mnie literek lepić słowa. Słowa – żywe istoty.

 

po prostu płynie

Dużo się zmieniło od mojej sesji regresingowej (team Calo). Malowanie, ale w ogóle tworzenie nabrało jakby zupełnie innej jakości. Wiem czemu to zawdzięczam i niby nie powinnam być zadziwiona, a jednak jestem. W pozytywnym sensie. Tzn. zadziwia (ale i raduje) mnie właśnie owa zmiana, którą wyraźnie odczuwam. Bo dopiero w trakcie malowania w pełni poczułam jak ta energia twórcza w pełni sobie teraz płynie przez mnie niczym niezakłócana czy nijak niezamieniana na coś, z czym akurat mi nie po drodze. I wcale nie ogranicza się ona tylko do malowania. Znowu z wielkim entuzjazmem i radością eksperymentuję w kuchni, piekę serniki, gotuję dobre obiadki, na sztalugach powstają obrazy, przy stole powstają mniejsze obrazki na notatnikach, no i jeszcze kilka innych rzeczy. Ot, taka obfitość w tworzeniu.

moja galeria – W pokłonie dla Joni

„W pokłonie dla Joni” (2018), akryl na płótnie 50 x 50 cm

W akcie szacunku, wdzięczności, uzdrowienia dla mojej wewnętrznej Lilith, mojej kobiecości,seksualności, kobiety która byłam, jestem i jeszcze kiedykolwiek będę.
Ten proces jeszcze się dzieje. Ten obraz może jest dopiero pierwszym. Nie wiem.

Ale wiem, że nikt inny nie zrobi tego za mnie.
Jestem CUDem. A to oznacza, że czas również w CUDzie wziąć odpowiedzialność i moc w swoje rece.
Kocham.
Dziękuję.
Ufam.

nowy początek

Tak dawno nie pisałam tu (ani nigdzie indziej) czegoś takiego mojego, że właściwie teraz, kiedy to robię, można by uznać, iż to swego rodzaju nowy początek. Określenie tym trafniejsze, że jak pomyślę o tej mnie sprzed powiedzmy kilku miesięcy, a tej mnie z dziś, to naprawdę widzę wielką różnicę. No dobra, nie znowu taką wielką, bo nadal ważę ponad sto kilo, nadal mam siwe odrosty i nadal reumatyzm napierdziela mi w kolanie, ale przynajmniej wewnętrznie wypiękniałam i odmłodniałam. Ja to wiem.

W sumie to obudziłam się dziś w nocy i różne mądre myśli pojawiały mi się w głowie, albo raczej przepływały przez nią tak, jakby mi ktoś czytał z jakieś mądrej księgi. I miałam wrażenie oczywiście, że to nie jakiś tam nieokreślony ktoś, ale ja we własnej osobie albo raczej moja duszyczka kochana. No szkoda tylko, że moje ciało o 3-ciej w nocy okazało się być zbyt rozleniwione bym wstała i sobie to wszystko zapisała. Tym samym uleciało mi większość z owej wspaniałej nocnej błyskotliwości i pamiętam jedynie jakieś mgliste resztki. Ale najważniejsze gdzieś tam mi się zakodowało. I po pierwsze, wiem że każdy nawet najmniejszy kroczek jest jak kolejny kamyczek, który uruchamia lawinę. Znaczy jeśli chcę wielkich, spektakularnych zmian (a chcę), to zacząć mogę choćby od tych najmniejszych. Ważne by się naprawdę do nich stawić. I wytrwać. Wytrwać tak długo, aż utworzą nowe synapsy w moim mózgu, staną się nowym przyzwyczajeniem, nowym fajnym moim ja. Po drugie, idę kupić dziś ładny zeszyt. Koniecznie w grubej twardej okładce. Po co mi? Chcę znowu porozmawiać sobie z Bogiem (postępy: napisałam ten wyraz dużą literą), albo z Joe, albo z moją Duszą. Właściwie nie ma znaczenia jak to nazwać. Ważne, że potrzebuję. Chcę. Cieszę się na to nowe ponowne spotkanie.

tęcza

Ha! A to ci piękną niespodziankę od Wrzechświata na ten nowy rok dostałam. Tęcza. Tak, tak tęcza w środku zimy. Tzn zimy teoretycznej, bo u mnie dziś deszcz i prawdziwa wichura. I jedynie na chwilkę pojawilo się słoneczko, a wraz nim i tęcza. Co ciekawe pojawiła się z zupełnie innej strony niż zwykle u mnie widać tęcze. Nie zrobilam jej jednak zdjęcia, bo nim wpadłam na pomysł, by w ogóle poszukać aparat, tęcza już zniknęła. Ale co się zobaczyło, to moje. A dla mnie to był taki cudowny znak od Wrzechświata.  Znak, że niezależnie od tego co Życie mi przyniesie, zawsze mam przy sobie całe mnóstwo wsparcia mocy światła. Czyż to nie cudowna wiadomość?

I jakby na potwierdzenie już wieczorem pojawiła się pierwsza trudność, pierwsze wyzwanie do przejścia. Sytuacja standard. Z potencjałem do wielkiego konfliktu między mną i mężem. Taka, która powoduje smutek i łzy. I owszem, ten smutek i łzy pojawiły się na chwilę, ale nie zdominowały naszych serc. Nie rozgościły się na dobre. Nie zrobily nawet miejśca dla żalu, wyrzów czy kłótni. Raczej pomogły otworzyć się na całkiem inną, szczerą rozmowę. Tak jakby Wrzechświat pomógł nam obojgu przejść przez ten mały konflikt zupełnie jak po tęczy. Taki mały-wielki cud.

deszczowy dzień

Dopiero teraz, kilka dni temu zabrałam się za czytanie „Biegnącej z wilkami”. Powoli mi idzie, ale nie o książce chciałam pisać. Tylko o tym, że znowu zadziwia mnie (w znaczeniu nie, że się dziwię, ale w znaczeniu że dostrzegam, odkrywam odpowiedzi i jestem wdzięczna za nie), jak Wrzechświat / Bóg / Źródełko / Wielki Duch w cudowny sposób daje mi znać, że: „Hej Basiu, jestem tu obok i wspieram cię „. Tak, tak, mniej więcej tak to się dzieje.
Idę sobie deszczową ulicą na zakupy, trochę sobie po cichu płaczę, bo akurat trochę więcej się zwaliło, mam doła i w ogóle jakaś taka dupiowato bezsilna się czuję. Idę zatem w tym deszczu, łzy mi lecą, choć można by uznać, że to taki mój wewnętrzny deszcz, więc jak najbardziej jest akurat na czasie. No i wypływa ze mnie ten smutek, lęk i to uczucie bezsilności, powolutku jakby znikają i jakaś taka pustka w mojej głowie się pojawia. Nie pytam już co dalej, jak dalej, nie pytam dlaczego, ani nawet nie próbuję zrozumieć co akurat się dzieje. A tu ni stąd ni zowąd „puk, puk” – akurat teraz przypomina mi się co tam wyczytałam w tej „Biegnącej z wilkami” kilka dni temu. I tak jakby zaczyna mi świtać w głowie: „puk, puk, hallo, to ja, inicjacja do nowego, a nie jakiś tam problem”. Nie do końca świadomie tak to rejestruję, bo nie jest to jakaś myśl przejrzysta, ale bardziej jak coś, co się pojawia na krawędzi mojej świadomości. Tak jakbym dostrzegła to zaledwie kątem oka. Ot mignęło, ale jednak „zobaczyłam”. I z miejsca czuję się lepiej. Łzy już chyba przestały lecieć, jakaś taka silniejsza się czuję, jakaś bardziej sklejona w środku. Nawet mam ochotę się uśmiechnąć. „Oj boziu, fajnie że ze mną jesteś.” Prawie słyszę jak Wrzechświat się uśmiecha . „Ty to zawsze znajdziesz jakiś sposób by poklepać po ramieniu i wesprzeć. Dzięki”. I w odpowiedzi słyszę nagle piękny śpiew ptaka. „Co za ptak śpiewa w czasie grudniowego deszczu?” dziwię się jeszcze przez sekundę. Ale jednocześnie wiem, że to jest śpiew dla mnie. Taki znak od Wrzechświata. Wielki Duch jest przy mnie. Bozia jest przy mnie. Joe jest przy mnie. We mnie, wokół mnie, ja jestem w nim. Wcale się nie muszę bać, smucić, martwić. Wcale nie muszę wielce dawać rady. Mam zaufać. No to ufam.
 
Od razu mi lepiej.

ufam Życiu

Odebrałam dwa dni temu Olivera ze szpitala. Czeka go teraz oczywiście terapia, wiele wizyt u lekarzy, nas przy tym załatwianie wielu papierów, by jak najszybciej przyznano mu grupę inwalidzką, a potem kilku jeszcze ważnych spraw. A przy tym wszystkim święta już za tydzień. W tym roku będą dla nas one pewnie nieco mniej świąteczne, przynajmniej jeśli chodzi o te wszystkie przygotowania, tradycyjne potrawy itp. Ale czy to jest ważne? Dla mnie świętem i radością jest to, że jesteśmy razem, że się wspieramy, że mimo wszystkich tych trudnych chwil i doświadczeń, zawsze jest miejce i czas na miłość. Zarówno dla nas jak i dla innych. I to się prawdziwie liczy.
 
Niekórzy z was pytali mnie jak ja daję sobie radę, skąd biorę tę pogodę ducha by wobec tej choroby syna i wielu trudności, które przez to zwałiły nam się na głowę, nie tylko nie załamywać się, ale wciąż widzieć to piękno i doskonołaść w tym co przychodzi. Nie wiem, ale wydaje mi się że po części leży to w mojej naturze, a po części pomogła mi huna. Może mam to szczęście, że urodziłam się pod takimi gwiazdami, które wyposażyły mnie w nieco więcej optymizmu i ufności do życia. To nie jest jedynie naiwność, to jest prawdziwa wiara w to, że będzie dobrze. Dlatego, że tak naprawdę nic nie jest tylko takie, jakie być się wydaje. I tu pojawia się huna, która parę lat temu zawitała do mojego życiu, albo raczej ja zawędrowałam na jej ścieżki. I wszystko się zaczęło zmieniać. Walka zamieniła się w akceptację. Bezsilność w ufność, która napełnia odwagą, daje siłę i moc. Zawziętość lub poczucie krzywdy zamieniły się w pokorę i wybaczenie. I wreszcie to co najważniejsze, owe uczucie wdzięczności połączone z otwartością serca. I gotowość do miłości. Mimo wszystko. To nie jest naiwność. To jest siła.
 
I pisząc te słowa naprawdę absolutnie wierzę w to, że nie ma takiej rzeczy, której milość nie może uleczyć. Nie chodzi mi jedynie o dosłowne choroby, ale praktycznie o wszystko. O relacje nasze z innymi, o relacje nasze z samym sobą, czy bogiem. Nie zawsze wszystko musi być idealne, takie jak chcemy, czy sobie wyobrażamy. Życie to rytm, a rytm to rytm. Raz jest dzień, a raz noc, raz lato, a raz zima, raz lepiej, a raz gorzej. Ale zawsze jest możliwość wyboru. Mogę się lękać albo mogę zaufać. Tyle wspaniałych narzędzi mamy w sobie. Każdy z nas. I jeśli się o tym wie, jeśli się ma odwagę po nie sięgać, wtedy zaufanie po prostu staje się. Tak, staje się, bo i ja stawiam się do Życia. I ufam, że to Życie dba o mnie i dba o moich bliskich. Życie, Wrzećhświat, Źródło, Bóg – nazwa nie ma znaczenia.
 
  Aloha Mahalo
 
Kochani,
Wszystkim Wam życzę zaufania do Życia i cudownego czasu. Magii nie tylko tej świątecznej, ale codziennej. Niech Miłość i Wdzięczność Was prowadzą, a złoty deszcz błogosławieństwa niech towarzyszy wszystkim Waszym ścieżkom.

stawiam się

Padł mi komp więc na razie nie bardzo mam jak tutaj pisać. A tyle się dzieje. Tyle w głowie pojawia się przemyśleń, tyle w duszy poruszeń, tyle wizji nowych, nawet snów. No i nowe odkrycia. A właściwie stara mądrość, która na nowo się do mnie przebiła. To co od zawsze jakoś czułam w sobie, ale pod wpływem różnych emocji, ego, czasem lenistwa czy buntu niekoniecznie zawsze chciałam o tym pamiętać.

A Miłość po prostu jest.

I tak jak już wiele lat temu, tak samo i dziś wciąż takich samych udziela odpowiedzi. Bo kiedy nie wiesz jak, to zapytaj samego siebie: co uczyniłaby teraz Miłość? I będziesz wiedzieć.

I kiedy czasem przyjdzie mi po cichu jakiś impuls, o którym w środku serca wiem, że przyszedł z głębi mojej duszy, a potem wkradają się wątpliwości umysłu, bo „po co”, „nie warto”, „nie powinnaś”, „nie wypada”, czy jakieś jeszcze inne „nie”, to najpierw często jeszcze uciekam. Chowam w sobie ten impuls udając, że go nie było. Ale on był. I ja to wiem. I nie da się oszukać samej siebie, cokolwiek udając. Nie da się uciec od siebie, odkladając to coś na nieokreślone kiedyś. Tzn, może się da. Ale ja już nie chcę. I w zasadzie chyba nigdy nie chciałam, ale nie zawsze miałam od razu odwagę wybrać to, co wiedziałam, że w gruncie rzeczy jest dla mnie naturalne, bo wypływa z najbardziej prawdziwej części mnie samej. I nawet nie muszę pytać ” co zrobiłaby teraz Miłość” bo przecież znam odpowiedź. Ona przychodzi w postaci tego impulsu jeszcze zanim zapytam. Tylko teraz, wreszcie mam coraz więcej odwagi do tego, by prawdziwie stawić się. Nie tylko wybrać, ale prawdziwie stawić się do te tego, co zrobiłaby Miłość.

Bo przychodzi taki moment, kiedy już nie sposób uciekać czy odsuwać od siebie odpowiedzialność. Wiesz. Wybierasz. Stawiasz się.

I nieważne jak się potoczy. Ważne jest owe stawienie się. Owe pójście za tym wewnętrznym najbardziej prawdziwym impulsem. Owo wybranie prawidziwie samego siebie.

Tym jest dla mnie owa pasja życia.

jazda bez trzymanki

Chciałam tu napisać wpisa, nawet kilka, ale jak to czasem bywa, rzeczywistość układa się w zupełnie innym kierunku. Dzieją się takie rzeczy, że nic już nie jesteśmy w stanie kontrolować i jedynie co możemy, to po prostu zaufać i się temu poddać. I właśnie coś takiego właśnie doświadczam.
Niby – tak patrząc na to wszystko z zewnątrz – nie dzieje się nic jakiegoś spektakularnego, ani nawet wielkiego. Ale kiedy patrzę na to z mojej wewnętrznej perspektywy, to mogę jedynie pochylić głowę w pokorze i jednoczesnym zachwycie.

Ostatnie 2 miesiące były i nadal są (bo nadal jestem w tym procesie) w pewien sposób niesamowicie uwalniające. Oczyszczające. Tyle rzeczy się zadziało, które wszystkie razem pokazują mi, iż powrót do samego siebie, odkrycie swojej duszy, tego cudu którym jestem, którym jest bez wyjątku każdy z nas, to najcudowniejsze co może być. Najlepsza przygoda i najwspanialsza podróż. I właściwie po to tu jestem.
I kiedy już się jest raz na tej drodze, to w którymś momencie przechodzimy przez taki etap, z którego już nie sposób się wycofać. Wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

We wrześniu weszłam w nową wibrację. Wtedy nawet nie wiedziałam że coś takiego jest, że co roku wchodzimy w nowe. W każdym razie ja właśnie przechodziłam z 9 na 1. I nawet jeśli wtedy jeszcze nie miałam o tym pojecia, to i tak wszystko co się właśnie „zadziewa” (wiem, że to kwiatek gramatyczny, ale bardzo mi się podoba), to niejako potwierdza. Już w sierpniu pojawiły się sytuacje, doświadczenia i taka rzeczywistość, która niejako powodowala, iż zamykałam pewne etapy w moim życiu. Zakończyła się też moja znajomość z kimś dla mnie do tej pory ważnym. I chociaż wtedy nie było to zbyt miłe doświadczenie, to dzisiaj wiem, że bylo (przynajmniej dla mnie) bardzo potrzebne. Bo po prostu wypełnilo się między nami to, co miało się wypełnić. Tak czuję. I dzisiaj, mogę napisać, że jestem tej osobie naprawdę wdzięczna. Przez długi czas była ważną częścią mojego życia. Z pewnością wiele razy mi pomogła, wiele razy mnie inspirowała, wiele razy pomagała mi się podnieść z kolan nawet nie wiedząc o tym, że tak pomaga. Za to wszystko jestem jej wdzięczna, bo nie zapomniałam o tym. Mimo to teraz nadszedł właśnie czas na rozstanie, czas kiedy byłam gotowa pójść dalej. Po to bym mogła dalej się rozwijąć. I to się zadziało.

Pojawili się nagle na mojej ścieżce nowi ludzie. Może nie znam ich osobiście czy prywatnie, może oni nawet nie wiedzą o moim istnieniu, ale bardzo mocno to, czym sami promieniują na zewnątrz na mnie zadziałało. Przyciągnęło mnie. Coś w środku mnie aż wołało „to jest to”. Odsłuchałam tyle filmików. Płakałam słuchając ich. Plakalam z radości i z totalnego wzruszenia. Bo każda z tych osób, które tak jakby pozwolily mi wejść w ich pole miłości coś jakby we mnie samej uzdrawiała. I dziękuję im wszystkim. Dziękuję za to że są i promieniują, tym czym promieniują, dziękuję z całego serca za wszystko czym się dzielą, bo wszystko to pomogło mi wreszcie wyruszyć w pełni na spotkanie mojej własnej Duszy.

Tak żeby było jeszcze bardziej synchronicznie, to – patrząc z perspektywy Tzolkiena – akurat wchodziłam w moje Drzewo Życia. I w czasie kiedy trwała jeszcze tracena Burzy przyszły do mnie takie sny i takie bardzo silne odczucia, że wprost nie mogłam się skupić na niczym innym. Wiedziałam, że aby zakończyć ten mój etap 9, potrzebuję jeszcze coś w sobie na nowo ułożyć. Niby stara historia, mocno karmiczna w dodatku, ale tak bardzo obecna we mnie. Poczułam, że muszę wreszcie to zapisać. I kiedy zdecydowałam się na ten krok, wiedziałam, że będzie to dla mnie bardzo ważna podróż. Podroż w głąb siebie. Po to, by we mnie nowe wzory i nowa droga się mogły wyświetlić.

Tutaj chcę podziękować tym, którzy mi w tej podróży towarzyszyli. Wiem, że bez was nie uzdrowiłabym tego co uzdrowiłam. Bez was nie rozpoznałam bym tego, co było jeszcze do rozpoznania. Dziękuję Marioli, Darii, Iwonce, Agniesi i Weronice. Dziękuję Wam dziewczyny za wasze zaufanie, za każdy napisany do mnie meil, odnośnik, każdy szczególik, każdą uwagę, każde zwierzenie. Za rozmowy głosowe, pisane, za czas, który mi poświęciłyście. Za waszą cudowną kojącą obecność, uważność, za waszą Milość. Dziękuję Wam Siostry za to że jesteście.

Ten czas, jest dla mnie czasem podarków. Tak, na ten czas moich duchowych urodzin Wrzechświat zesłał mi tyle cudownych darów. Zesłał ziemskich aniolów, znaki, podpowiedzi. Wszystko po to, abym mogła odnaleźć cząsteczkę samej siebie. Cząsteczkę do tej pory wypartą, nieakceptowaną. Teraz wreszcie mogę ją na nowo w sobie ukochać, przytulić, poczuć i wyśpiewać. Bo to własnie jestem ja.

Dziękuję. Za to co było, co jest i co będzie.

Aloha Mahalo.

na niebie tęcza

To zdjęcie z wczoraj.
Był taki czas w moim życiu, już wiele lat temu, kiedy to tęcza stala się dla mnie szczególnym znakiem od Wrzechświata. Moje najpiękniejsze przeżycie duchowe, takie swoiste dotknięcie niznanego, pobłogosławione zostało podwójną tęczą albo raczej kilkoma tęczami. Od tego czasu traktuję pojawienie się tęczy w mojej przestrzeni jako taki bardzo osobisty komunikat od Wrzechświata. I chociaż znaków dostaję całe mnóstwo, to tęczy na niebie nie widziałam już dawno. Naprawdę.
Ale pojawiła się wczoraj. Kolejny Dar, w morzu obfitości jaki do mnie spływa. Dziękuję Ci Wrzechświecie!

proś, a będzie ci dane

Magia to nie tylko czary czy jakieś rytuały. Magia to przede wszystkim sposób życia. Przynajmniej ja tak to postrzegam. Niemniej przyznaję, iż czasem sobie dopomagam czarami, których się nauczyłam od mojej najulubieńszej widźmy Anny (kto wie, ten wie). I co? Ano, to naprawdę działa!
Nawet jeśli były we mnie jakieś okruszki sceptycyzmu, to ulotniły się one jak dym.

Prosiłam o obfitość i Wrzechświat obdarzył mnie obfitością. I to w formie, w której się w ogóle nie spodziewałam. I nie, nie jest to obfitość w tyłku i innych częściach ciała, bo tej mam aż zanadto od lat, więc o więcej bym nie prosiła. Obfitość przyszła w formie cudownych ludzi, którzy wkroczyli do mojego zycia. W formie cudownych spotkań, znaków, przekazów. To również jest obfitość. I to jakże cenna.

Prosiłam o Bratnie Dusze i powrócili starzy-nowi Przyjaciele. Pomimo wszystkiego co kiedyś nas podzieliło, odczułam teraz radość, szczerość i taką zwyczajną prostotę w tych spotkaniach. Jest we mnie tyle wdzieczności za te wszystkie wspaniałe dary. Za te spokania, za te piosenki od serca. Spacer, rozmowa, usmiech – małe wielkie gesty. Piosenki prosto z serca.

 

coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego

Już dawno odkryłam w sobie taką skłonność do zbytniego przywiązywania się do pewnych ludzi. Do swego rodzaju uzależniania się od nich nawet w pewien sposób. Bo kiedy zaczynam pytać ich mądrości zamiast zapytać swojej, kiedy liczę się z ich opiniami, a nie ufam własnym, to jest to pewien rodzaj uzależnienia. I właśnie według takiego wzoru co jakiś czas wpadam w tego typu relacje. I kiedy po długich okresach własnej ślepoty udaje mi się wreszcie z tego uwolnić, za każdym razem wydaje mi się iż teraz jestem już odrobinę mądrzejsza. I że następnym razem już mi się nic takiego nie przydarzy. A tu się okazuje, że guzik z petelką. Same wiedzenie o czymś nie wystarcza. Potrzebna jest jeszcze wielka uważność, by nie przeoczyć sygnałów, które się przecież pojawiają. Mało tego, potrzeba widząc te sygnały, wybierać świadomie.

Po raz kolejny nie byłam uważna. Mimo, że dostrzegałam owe sygnały, to łatwiej mi było o nich po prostu zapomnieć, udawać że ich nie dostrzegłam, niż zadbać o swoją przestrzeń, o swoje terytorium. Nie wiem ile razy Wrzechświat w swojej miłości do mnie będzie mi jeszcze ssyłał tę lekcję, zanim naprawdę ją sobie przyswoję. Zanim naprawdę nauczę się być o krok do przodu. Ale chociaż niejednorkrotnie trudne są to lekcje, to jestem za nie wdzięczna. I tak samo jestem wdzięczna za to moje ostatnie w tym temacie doświadczenie. Było znacznie mniej emocjonalne niż wcześniejsze jemu podobne, ale wciąż w jakiś sposób bardzo dla mnie intensywne. Jednak tym razem czułam wyraźnie przy sobie opiekę. Mój Tygrys był przy mnie. Nie musiał mi niczego już tłumaczyć, niczego pokazywać. Wystarczyła jego cicha obecność bym wiedziała co należy zrobić jednocześnie pilnując ognia we mnie, by nie wymknął się spod kontroli i sie nie rozszalał. Dziękuję Ci Tygrysie za Twoją opiekę i twoja obecność.

Z dzisiejszej perspektywy, tych kilku dni, dostrzegam jednak cudowność całego tego doświadczenia. Bo chociaż pewna relacja dobiegla końca i to w niekoniecznie najmilszy ze sposobów, to przecież wszystko to, co było dobrego nie utraciło na wartości. I mam nadal w sobie wdzięczność dla tej Duszy za to, że tak wiele mnie nauczyła i tyle razy była mi wsparciem. Był czas kiedy nasze ścieżki, moja i jej biegły w tym samym kierunku. I to był całkiem dobry wspólny czas. Pełen pięknych, wspaniałych i ubogacających wewnętrznie chwil. I za każdą z nich dziękuję. Tobie i sobie również.
Teraz jednak nadszedł taki moment, kiedy nasze ścieżki się musiały rozejść. I chociaż na pozór nie było to miłe rozstanie, to również w pewien sposób ubogacilo. I za nie również dziękuję Tobie i sobie.

Bo jedno wiem, coś się kończy po to, by zrobić miejsce dla czegoś nowego. Zawsze tak jest. I tylko trzeba się na to nowe otworzyć. Nie ma co trzymać się kurczowo przeszłości. Przyszłość po prostu już była. A teraz jest teraz i to ono kryje w sobie cały potencjał. Moment mocy jest teraz. A więc podążam dalej. Tam gdzie prowadzi mnie moje serce i moja piosenka. I bardzo, ale to bardzo raduje mnie ta nowa wolność. I ta wielka obfitość nowego, która się pojawia. W każdym cudownym nowym Teraz. Dziękuję Ci Wrzechświecie.♥

pogadać sobie z Mrówkami

Rozmawiałam z Mrówkami.
Wiem jak to brzmi, ale wiem również, że w świecie ducha wszystko jest możliwe. Przesłania tej rozmowy zaskoczyły mnie totalnie. Rezultaty w rzeczywistości (w rzeczywistym zachowaniu mrówek) nie tylko zadziwiły mnie jeszcze bardziej, ale też wypełniły jeszcze większą pokorą, zachwytem, a przede wszystkim szacunkeim do cudowności Całości.
Każde takie doświadczenie zwyczajnie uświadcza mnie w przekonaniu, że Wrzechświat nas wspiera. I ma też zajebiste poczucie humoru.

Mamy 2 balkony. Jeden jest otwarty, z kwiatkami, ziołkami i taki bardziej mój. Drugi z kolei jest zamknięty dodatkowymi oknami i bardziej służy Kapslowi jako palarnia. Dlatego też mało kiedy wchodzę na ten balkon, bo zwyczajnie nie lubię tych palarnianych zapachów.
Kilka dni temu Kapsel mi powiedział, iż na tym jego balkonie pojawiły się mrówki. Że przychodzą właściwie od wielu dni, a z każdym dniem jest ich coraz więcej. Kapsel oczywiście jak to facet wypowiedział mrówkom wojnę i zwyczajnie je zabijał. Ale było ich coraz więcej i zaczął zastanawiać się głośno nad zakupem jakieś trutki.
Kiedy mi o tym opowiedział poprosiłam go aby zaprzestał zabijania tych mrówek, bo ja chcę z nimi porozmawiać. Ot, po prostu to przyszło do mnie od razu, jak tylko o nich usłyszłam.
Pomyślałam, iż poproszę je aby przeniosły swoje ścieżki gdzieś poza nasze mieszkanie i nasz balkon.
Nie będę tu opisywać całości, co i jak, ale wczoraj rzeczywiście udałam się na ten balkon, by z nimi porozmawiać. Z szacunkiem i respektem wobec nich. I może nie do końca wierzyłam, że się wyprowadzą, ale byłam absolutnie przekonana o sensie tej rozmowy. Wydała mi się ona bowiem czymś całkowicie naturalnym, oczywistym i … najwłaściwszym pod słońcem.
Ku mojemu zdziwieniu dostałam od Mrówek natychmiastową odpowiedź. Opowiedziały mi, że tak naprawdę przyszły DO MNIE. Po to by pomóc mi wprowadzić w moje życie ważne zmiany. Wprowadzić strukturę. I przede wszystkim nauczyć mnie samodyscypliny. Powiedziały mi, iż jeśli pragnę posunąć się dalej w moim rozwoju, to owa samodyscyplina jest konieczna. Powiem tak:
z jednej strony totalnie mnie to zadziwiło, z drugiej było takie… jak swego rodzaju objawienie, jak takie przyslowiowe odkrycie Ameryki. Bo rzeczywiście samodyscyplina to coś, w czym mam wielkie braki. A tu oto dostaję tak wspaniały prezent, pomoc od maleńkich mrówek.
One, w taki najbardziej pasowny dla mnie sposób chca mnie nauczyć tego, czego akurat najbardziej potrzebuję. Po to, by pomóc mi wprowadzić ważne zmiany. By pomóc mi ruszyć do przodu.

Nie będę tu wszystkiego opisywać, ale od razu dostałam zadania. Tak, nie jedno zadanie, ale zadania. Kilka. I wiem, że będą kolejne. Na początek mam uhonorować 8. Może i brzmi to dość tajemniczo, ale dla mnie było od razu zrozumiałe o co w tym chodzi.

Po całej rozmowie byłam pod takim wrażeniem, że poszłam na długi spacer, żeby to wszystko mogło się we mnie poukładać. Właściwie ten spacer to część zadania. Cały przekaz był tak zaskakujący i wpasowujący się w moją obecną sytuację, albo w etap na którym jestem, że nie mogłam się nadziwić. Z jednej strony poczułam się trochę tak, jakbym zawarła jakąś umowę z Mrówkami. Z drugiej, jakbym dostała najwspanialszy i najbardziej użyteczny prezent i wciąż nie mogla do końca uwierzyć w swoje szczęście.

Powiedzialam jednako Kapslowi, by na razie zostawil mrowki na balkonie w spokoju i dał im kilka dni czasu. Zgodził się na góra 3 dni, ale powiedział, że jak zobaczy, iż wchodzą nam już z balkonu do mieszkania, to będzie bezlitosny. To było wczoraj.
Dziś rano Kapsel poszedł na balkon i bardzo się zdziwił. Nie było ani jednej mrówki. Sprawdzał balkon w ciągu dnia jeszcze kilkanaście razy. Nadal nic. Tam gdzie jeszcze przedwczoraj chodziły ich całe wojska, dziś nie ma już ani jednej.
A ja w środku poczułam, że teraz już nie ma jaj, że mam zadanie do wykonania. I to nie jakieś tam byle jakie zadanie, które mogę zignorować, ale długotrwałe zadanie. Bo chociaż Mrówki w rzeczywistości fizycznej się przeniosły ze swoimi ścieżkami gdzieś indziej, to czuję je całkiem wyraźnie tuż obok na poziomie duchowym.
I wiecie co? To jest najlepszy kop w tyłek jaki mogłam dostać: Mrówki wcieliły mnie do swego rodzaju wojska, by nauczyć mnie samodyscypliny.

I kiedy to sobie uświadomiłam, poczułam się jakby Wrzechświat puścił do mnie oko. A jednocześnie wiem, że to najlepsza szkoła samodyscypliny jaka mogła mi się zdarzyć. Tak więc moje nauki w tej szkole właśnie się zaczęły.

Dziękuję Wam Mrówki ♥
Dziękuję Ci Wrzechświecie ♥

śpiewak na dachu

Taki ci u mnie śpiewak.

Codziennie przylatuje mniej więcej o tej samej porze, późnym popołudniem. Siada na dachu i śpiewa, że aż serce rośnie. A ja tak dla towarzystwa siadam z herbatką na balkonie i jestem jego wierną słuchaczką. Jak tu nie cieszyć się na taki darmowy cudowny koncert.

 

szczekający pies na niebie

Mam akurat dość trudny dla mnie czas. Już nawet nie ze względu na zewnętrzne okoliczności, bo one są jakie są. Ale dlatego, że tak całkiem po ludzku reaguję na owe okoliczności nie do końca tak, jak moje serce i wewnętrzna mądrość mi podpowiadają. I gdybym jeszcze mogła powiedzieć, że to własnie mam taką świadomość, że na takim etapie jestem. Ale nie mogę, bo to nieprawda. Bowiem doskonale WIEM, że to właśnie moje uczucia i emocje są powodem dlaczego sama cierpię, a nie okoliczność sama w sobie. I wiem również, że MIŁOŚĆ jest w gruncie rzeczy prosta. Dlatego właśnie bo jest naturalną częścią mnie samej. I moje serce, moja dusza chce kochać. Tak wyraźnie czuję i słyszę ich głos. A mimo to, jak w jakimś masochistycznym zwidzie tkwię w tej blokadzie, którą sama sobie stworzyłam zamknięciem – wbrew swemu sercu, wbrew sobie.
A Wrzechświat w swej ogromnej miłości i wsparciu wysłał mi znak. Siedziałam nadąsana na balkonie, z zamkniętym sercem pełnym żalu. I oto tuż przed moim nosem na niebie pokazał mi się anioł z chmur. Czyż można dostać wyraźniejszy znak?
Od razu go zauważyłam, ale mimo to NIE POSŁUCHAŁAM. Nadal wolałam się kulić w moim poczuciu krzywdy i żalu. No to przemówił Wrzechświat do mnie inaczej. Anioł na niebie rozwiał się po chwili, a chmury ułożyły się w zupełnie inny obraz.

Nie chciałam posłuchać anioła, to może posłucham szczekającego psa? Hahaha, Wrzechświat ma naprawdę poczucie humoru.
A ja jestem czasem uparta jak… nie, nie jak osioł. Ale jak głupi ludzie właśnie czasem uparci bywają. No coż, najwyższy czas posłuchać szczekającego psa. Wszak to też anioł, tylko taki bardziej zakamuflowany. I musiał mnie ugryźć w tyłek na opamiętanie.

Dziękuję Ci Wrzechświecie.

krucza ścieżka

Mieszkam na osiedlu, na którym mieszkam już od ponad 20 lat. Jest tu naprawdę dużo drzew i zieleni, zatem na osiedlu żyje też całe mnóstwo różnych zwierząt. Od lat widuję tu więc króliki, jeże, wiewiórki, szczury, myszki, ostatnio nawet lisa, no i przeróżne ptaki. Mimo że tych ptaków zawsze bywało tu prawdziwe urozmaicenie, od mistrzów lotników jeżyków napoczynając, poprzez kosy, wróble, liczne sroki, szpaki, gołębie, skowronki, słowiki, kaczki, gęsi i inne, a na wizytach czapli, sów, i jastrzębi koncząc. Co ciekawe mało kiedy pojawialy się wrony, choć mają swoje siedzisko całkiem niedaleko. No a kruki już całkiem bywały rzadkością. W tym roku jednak właśnie kruki wybrały sobie drzewa naprzeciw mojego bloku za swój domek. Pierwszy kruk pojawił się wczesną wiosną i mogłam codziennie obserwować jego poranne tańce i śpiewy. Najwyraźniej zabiegał o swoją panią. Od tej pory codzinnie słyszę krucze nawoływania, obserwuję jak para czasem przegania jastrzębia albo jak latają ze zdobyczami w swoich czarnych dziobach. Wiem, że kruki pojawily się w tym roku w moim pobliżu nie przypadkiem. Na dobrą sprawę w jakiś sposób czuję się zaszczycona ich wkroczeniem w moje życie. Bowiem stały mi się nie tylko sąsiadami, ale wyraźnie odczuwam kruczą obecność przy mnie też w tej duchowej przestrzeni. I jestem wdzięczna wobec nich i Wrzechświata za to, że w ten sposób mnie wspiera


Dzisiaj rano kruk po raz pierwszy zrobił coś takiego, że przeszły mnie ciarki. Sprawdza mnie, czy jestem gotowa. Może jeszcze nie jestem. Ale jestem już na kruczej ścieżce.

od Wszechświata znak

Byliśmy wczoraj na spacerku. Ja z moim mężem i Grażką. Wzięłam ze sobą aparat i jeszcze z początku przyszło mi na myśl, byśmy kliknęli sobie fotki pod krzaczkiem kwitnących forstycji. Spojrzałam potem na te dwa zdjęcia w aparacie i … „o jejciu, jaka ja jestem gruba” – pomyślałam sobie nieco zdołowana. Nie żebym nie wiedziała prędzej o tej mojej grubocie, przecież mam w domu lustro obejmujące całą sylwetkę, ale jakoś tak na zdjęciu wyglądało to znacznie gorzej niż w lustrze w domu. A przynajmniej tak mi się wydało. Mam sporą nadwagę (a właściwie otyłość) już od wielu lat i na codzień zbytnio się nią nie przejmuję, jednak od czasu do czasu dopada mnie jeszcze to takie krótkotrwałe poczucie braku akceptacji samej siebie. Tak też stalo się i na tym spacerze. Mimo że nic głośno w tym temacie nie powiedziałam, to jednak tak w środku, to krótkie „luknięcie” na te fotki jakoś mnie zdołowało.

Jednak Wszechświat jest piękny i kocha nas bezwarunkowo. Od razu mnie przytulił i otoczył swoją miłością.
Poszliśmy sobie bowiem na tym spacerku dalej i po kilku minutach spotkaliśmy łabędzia. A nawet dwa. Łabędź niby wcale nierzadki gość, a jednak we Frankfurcie nie pojawia się często. A przynajmniej nie w mojej okolicy. I tak spojrzałam na te dwa łabądki pływające w bajorku na starym lotnisku i z miejsca wiedziałam o czym chcą mi powiedzieć. Wszak to właśnie labędź przywraca nam nasze wewnętrzne piękno, wdzięk i wrażliwość. Uczy nas cieszyć się samym sobą i prawdziwie siebie kochać, dzęki czemu i my sami i nasza rzeczywistość nabiera coraz większego blasku.

I właśnie wtedy, kiedy kilka minut prędzej zdołowałam się z powodu swojego wyglądu, zapominając o swoim pięknym wnętrzu, Wszechświat zeslał mi łabędzia. Czyż to nie jest najcudowniejsza miłość?
Wzruszylam się i podziękowałam. I przestałam się zamartwiać swoją grubotą, a cieszyć tym co mam i dziękować za to, że mogę tu po prostu być, rozwijać się i kochać.

A jakby tego bylo mało, to mój Kapsel, który jak na faceta ma naprawdę dobrą intuicję i widocznie wyczuł moje wcześniejsze huśtawki, po spacerku, kiedy byliśmy już sami powiedział mi tyle ciepłych i wspaniałych słów zapewniając o swojej miłości. Nie musiał tego mówić, bo wiem, że naprawdę mnie bardzo kocha, ale wiadomo jestem kobietą, a każda kobieta uwielbia takie słowa usłyszeć od swojego mężczyzny.
No i aż mi się oczy spociły ze wzruszenia i pomyśłałam, że durnotą było dołować się z powodu jakieś tam nadwagi. Wszak Wrzechświat mnie kocha, mój facet mnie kocha i ja sama siebie kocham. Ot i co!

A łabądek cudowny.

w poszukiwaniu swojego cienia

W ciagu ostatnich dni, a nawet tygodni przeszłam pewien proces uzdrawiania jednego ze swoich cieni. Wszystko związane było z Anią Ś. Nie chcę tu opisywać całej historii, bowiem jest ona dość osobista i nie o to mi chodzi. Chciałam jednak podzielić się z Wami częścią tego mojego doświadczenia, bo chcę wam przez to opowiedzieć jak cudownie wspomagają nas zwierzęta mocy, jeśli mamy odwagę ich słuchać.

No więc (wiem, iż nie zaczyna się zdania od więc, ale lubię) wracając do tej relacji mojej z Anią, wystarczy że powiem, iż nie było między nami za dobrze. Niby każda z nas szła swoją ścieżką, zajmowała się swoim życiem i tym co akurat się w nim pojawiało, ale na jakimś głębokim poziomie, o którym ja przynajmniej naprawdę nie miałam pojęcia obie byłyśmy ze sobą związane. Związane energią oporu jaki nawzajem wobec siebie czułyśmy. I owszem, ową energię oporu czułam bardzo wyraźnie i doskonale wiedziałam, że czuje ją również Ania. Jednak przegapiłam fakt, że właśnie ten opór tworzy swego rodzaju więzy między nami. Powinnam to wiedzieć, ile razy to już bowiem przerabiałam. Ale teoria, a życie to czasem, a nawet często dwie różne bajki. Tym samym trwał sobie ten stan rzeczy jakiś czas i przyciągał rezonujące z nim małe „wydarzenia”. Któreś z nich walnęło mnie energią jak obuchem w łeb i chyba to był ten moment, od którego zaczęło się zmieniać. A przynajmniej ten moment, w którym uświadomiłam sobie owe więzy oraz fakt, iż chcę się z nich uwolnić.
Jak się do tego zabrać oczywiście w tamtym momencie nie wiedziałam, ale podpowiedziały mi dwa ludzkie anioły: Agniesia i Iwonka, pisząc mi każda coś o sobie, ale takie coś, co niezwykle mnie poruszyło i wskazało mi kierunek. Agnieszka uświadomiła mi, że energia oporu, którą czułam w związku z Anią, pochodzi nie tylko z jej strony, ale też jest we mnie.  To we mnie jest jakiś cień, który niejako tworzy między nami więzy. Iwonka, pomogła mi otworzyć na nowo moje serce. Nie od razu to się stało, nie w jednej chwili. Potrzebowałam czasu, by zagłębić się w siebie. Wrzechświat wsparł mnie w tym procesie zsyłając nam akurat wtedy 10-dniową awarię netu. Miałam zatem czas, by w ciszy spotkać się z samą sobą. By pobyć ze swoimi uczuciami, emocjami, przyjrzeć im się, wysłuchać, pozwolić im odejść.
A kiedy emocje już odeszły, byłam gotowa na krok następny. Wtedy przyszedł do mnie czarny Wąż.
Przyśnil mi się w śnie (tu).

Wiedzialam, że przyszedl czas na poszukanie swojego cienia. Nie gdzieś tam, ale we mnie samej. To nie jest proste zadanie. Czarny Wąż mimo że przyśnił mi się w śnie, pozostał przy mnie jeszcze przez jeden dzień. Czułam jego obecność, która mi przypominała o tym, co mi powiedział. Odwlekałam tę chwilę, bojąc się zajrzeć ponownie w siebie. Odwlekałam, choć czułam, iż nie chcę od tego uciekać. Jeden pełny dzień Wąż pozostał przy mnie niepokojąc mnie i dodając odwagi jednocześnie. Odszedł gdy uznał, że jestem już gotowa na spotkanie z innym wężem. Z wężem w sobie.

Jednak kiedy obudziałam się następnego dnia i poczułam, że Czarnego Węża nie ma już obok, kiedy poczułam się taka silna i pełna energii, uznałam, że spotkanie z tym wężem we mnie mogę sobie jeszcze trochę odwlec. W zasadzie nie uznałam tego nawet jakoś świadomie, ot obudziłam się i nie czując przy sobie żadnego niepokoju, a za to dużo nowej energii, zwyczajnie zanurkowalam w nowy dzień. Prałam, żartowałam z moimi chłopakami, gotowałam, piekłam ciasteczka, a wieczorem zabrałam się za malowanie. No właśnie. Malowałam obraz, który pojawił się we mnie już dawno. Nie będę teraz za wiele o nim opowiadać. Powiem tylko, że obraz jest związany z Mariolą i jej Jaguarem.

No i tu zdarzyło się coś, co było dla mnie totalną niespodzianką. Mam bardzo wielki szacunek do zwierząt mocy. Wiem, że kiedy pojawiają się w moim życiu, chociażby w postaci obrazu, który mam namalować dla kogoś (czy też dla siebie, kto wie), to w pierwszej kolejności i tak przynoszą jakieś osobiste przesłanie dla mnie. Za każdym razem kiedy malowalam któreś ze zwierząt mocy jego przesłanie dla mnie pojawiało się w trakcie malowania, rodziło się jakby we mnie wraz z jego obrazem na płótnie. I nigdy prędzej nie czułam obecności owego zwierzęcia tak mocno tuż obok, jeszcze zanim się pojawił chociażby jego zarys malowany pędzlem. Tymczasem teraz było zupełnie inaczej.

Malowałam wciąż tło z obrazu, kiedy poczułam, że Jaguar jest obok. Nie potrafię wam opisać tego co bezgłośnie, samą swoją obecnością mi powieział. Ale to było tak, jakby przyszedł mi powiedzieć, iż TERAZ jest czas. Nie pojawi się na obrazie dopóki nie udam się na spotkanie ze swoim cieniem. Przybył by w pierwszej kolejności poprowadzić mnie przez ścieżki uczuć i niejasności do mnie samej. To mój czas na spotkanie z moim wężem. Jeśli chcę poczekać i to odkładać, to dobrze, ale wtedy i on Jaguar poczeka. Jest cierpliwy. I czekał. Nie pozwolil się namlować na obrazie.

Aż znalazłam w sobie odwagę, by spojrzeć w oczy mojego wewnętrznego węża. Spojrzeć w oczy i uznać, że tak: czułam się lepsza od Ani. Odkrycie tego wcale nie było dla mnie łatwe. Nie będę pisać, że mi za to wstyd, albo że mam wyrzuty sumienia. Bo nie mam. Gdyby było mi wstyd to znaczyłoby, że wypieram się nadal tej ciemnej części mnie. Nie da się uleczyć cokolwiek wypierając to. Zatem nie wypieram się. On po prostu był we mnie. Mój wewnętrzny wąż. Chciał się wreszcie uwolnić, tak jak ja chciałam uwolnić się z więzów, które czułam. By mogło się to dokonać, musiałam najpierw go zaakceptować, się z nim pogodzić, spojrzeć mu w oczy, zapytać dlaczego, wysłuchać co ma mi do powiedzenia, bez osądzania, bez wypierania, bez zamykania się na niego. Przytulić go na koniec i po tym wszystkim pozwolić mu odejść.

I tutaj na koniec tej opowieści, dziękuję.
Dziękuję Agniesi i Iwonce za to, że w tym procesie wskazały mi kierunek.
Dziękuję Marioli za to, że wyrażając zgodę na namalowanie obrazu otworzyła ścieżkę, po której przyszedł do mnie Jaguar.
Pełna szacunku dziekuję owym dwom zwierzętom mocy: Czarnemu Wężowi, który przybył do mnie jako totem wiadomości i Jaguarowi, który jako totem podróży towarzyszył mi w końcowym etapie tej ścieżki.
I wreszcie dziękuję Ani. Za to, że była takim mocnym silnym lustrem.

wędrując między światami

Mam ostatnio znowu bardzo jasne sny. Znaczy takie, w których śnię wszystko z masą szczegółów, odbierając wszystkimi zmysłami. I kiedy się budzę, to nie tylko to pamiętam z najmniejszymi szczegółami, ale nawet wydaje mi się, że w realnym życiu moje zmysły odbierają znacznie słabiej. Bo w śnie wszystko jest takie intensywne. Kolory nasączone jakby bardziej barwami i światłem, zapachy mocniejsze, smaki wyrazistsze i dotyk jakiś bardziej wyczulony. Wanilia pachnie w śnie bardziej waniliowo, sól jest bardziej słona, a słodkie owoce bardziej słodkie i soczyste. Dotykam w śnie przedmiotów i czuję pod palcami ich powierzchnie zupełnie inaczej. Gładkość stolu na przykład wcale nie jest tak gładka jak w realnym świecie. Gładkość stołu w śnie jest inna, jest gładkością powstałą z jakieś idealnej harmonii między ciupeńką chropowatością, porowatością, puszystością, miękkością, zimnem i ciepłem, suchym i mokrym. Nie umiem nawet tego opowiedzieć. Albo taki kurz. Wycieram w śnie kurz spod szafki i czuję go. To nie jest jedynie jakiś niemiły brud, to jest coś, co żyje. Wyraźnie to czuję. Wycieram kurz, ale robię to jakby inaczej. Nie jedynie usuwając go, ale prosząc go o współpracę. Wszystko jest takie inne, tak bardzo intensywne. I jakby trochę wymieszane. Zapachy mają kolor, kolory mają strukturę, smaki pachną, powierzchnie pod palcami lekko pulsują, są żywe. Rozmowy w śnie (raczej telepatyczne niż głosowe) są też zupełnie inne. Są takie bez słów, a jednak tak autentyczne jakoś. A kiedy w śnie dotykam drugiego człowieka, albo on dotyka mnie, choć nie zdarza sie to często, to ów dotyk za każdym razem powoduje całą eksplożję doznań. To nie jest coś, co tylko czuję pod dłonią lub w miejscu dotknięcia. To jest wibracja, która przechodzi przez całą mnie. Intensywne odczuwanie na każdej czakrze, w każdym zakamarku mojego ja. Odczucie tak inensywne, że ciężko to ubrać w jakiekolwiek słowa.

Budzę się po takich snach i ciężko mi się przestawić. Nie żebym miała problem w rozeznaniu co jest realne, a co nie. Choć po takiej inensywności odczuć z tamtej strony, to nie tamten, a ten świat wydaje się czasem mniej realny. Dokładnie jednak rozróżniam co jest czym. Ale pamięć tamtego, bo pamiętam, powduje, że czasem nachodzą mnie jakby tęsknoty. Za tym właśnie bardziej, wyraźniej, intensywniej. Bo to oznacza, że tam też delikatność jest bardziej delikatna, czułość bardziej czuła, zmysłowość bardziej zmysłowa, męstwo bardziej mężne, odwaga odważniejsza. I nawet jeśli strach też jakby bardziej naznaczony strachem, to za to Miłość tak wielka, że nie ma na to nawet słów.

życzę wam…

Kochani,
W tym roku nie wysłałam ani jednej kartki świątecznej. Nie dlatego, że zapomniałam, ale dlatego, że tym razem chcę napisać życzenia tu.
Święta Bożego Narodzenia oraz wejście w Nowy Rok to szczególny czas, ale tak naprawdę szczególne są i będą wszystkie dni, tygodnie, miesiące. Bo po prostu zawsze takie są: każdy na swój sposób jest wyjątkowy.  Z pewnością czeka nas wszystkich mnóstwo niesamowitych wrażeń, może zmian. Coś jak Święto Narodzenia – narodzenia nas wszystkich na nowo.
Nic nie dzieje się przypadkiem, wszystko zmierza we właściwym kierunku. Pozwólcie rzeczom się dziać.

wallpaper-828053Życzę Wam wszystkim i sobie samej, by ten nadchodzący czas przemienił w nas to, co negatywne w pozytywne.
Życzę Wam byście mieli odwagę prawdziwie kochać samych siebie i innych. Bez potępiania. Bez oceniania. Bez oczekiwań. Tylko tak po prostu, zwyczajnie. Dlatego, że Miłość jest tą siłą, która potrafi przemienić ten świat w raj.

wallpaper-1425084

Życzę Wam i sobie samej, by ta umiejętność kochania nigdy w nas nie malała. Ale by rosła z każdą kolejną chwilą, z każdą kolejną próbą.

Życzę Wam i sobie samej uważności i otwartości serca, byśmy z każdym dniem stawali się po prostu lepszymi wersjami samych siebie. A przy tym również lepszymi żonami i mężami, siostrami i braćmi, córkami, synami, matkami i ojcami. Lepszymi przyjaciółmi, lepszymi patrnerami, lepszymi znajomymi. I lepszymi nieznajomymi.

handchenhalten
Życzę Wam i sobie samej wiele, wiele radości. Radości z cieszenia się życiem w każdej jego chwili. Niech już nie powstrzymują nas myśli, że coś nie wypada lub co pomyślą o nas inni. Niech radość życia wypełnia Was po brzegi. Niech dodaje Wam skrzydeł. Niech staje się Waszą przewodniczką, Waszą inspiratorką, Waszą nauczycielką. Życzę Wam i sobie samej, byśmy zawsze mocno trzymali ją za rękę.
wallpaper-2454768
Życzę Wam i sobie samej wiary w swoją własną wspaniałość. Prawdziwej, szczerej wiary w to, iż jesteśmy wspaniałymi istotami, które zasługują na Miłość i na prawdziwą, realną Wolność. Nigdy już, przenigdy nie myślcie o sobie, iż nie jesteście godni. Jesteście. Wszak wszyscy jesteśmy cudownymi istotami.
wallpaper-1982232
Życzę Wam i sobie samej entuzjazmu i odwagi do bycia prawdziwie sobą. Niech nic nie powstrzymuje nas od tego, by wyjść z tłumu i szczerze wyrażać to, co jest cześcią nas samych.
405117_125693847585546_2113381653_n
I nie wiem już co jeszcze mogę Wam życzyć.
Niech po prostu Moc będzie z wami.
Niech towarzyszy Wam każdego dnia
Radość
Wolność
Entuzjazm
Siła
o przede wszystkim Miłość
wallpaper-800727

tworzyć z odpowiedzialnością

Tak jakoś pojawił sie ten temat i od razu mnie naszło, by podzielić się tutaj moimi przemyśleniami, albo odczuciami w tej kwestii.
Sama tworzę tak wiele i to od tylu już lat. A jednak nie od razu zwracałam uwagę na to, jakie energie do moich dzieł „przyklejam”. Kiedy np zaczęłam malować, to na początku często robiłam to w ramach sharmonizowania samej siebie. Kiedy było mi smutno, albo źle, kiedy nie umiałam sobie poradzić z jakimiś emocjami i potrzebowałam wyciszenia, to właśnie malowanie pomagało mi ten spokój w sobie na nowo osiągnąć. Było dla mnie jak taka medytacja, jak taki sposób dotarcia do samej siebie. I nie był ważny dla mnie sam obraz jaki powstał, ale sam proces malowania, tworzenia. Bo to był mój sposób na odnajdywanie wewnętrznego światła, na nawiązywanie kontaktu ze Źródłem. I nadal tak jest.

Ale jednak dzisiaj zwracam już uwagę na to jakie energie „przyklejam” do moich dzieł. Oczywiście nie stało się tak od razu, z dnia na dzień. Wymagało ode mnie uważności i dokładnego przyjrzenia się temu, co przecież naprawdę sama czułam. Bo czułam. Jeśli przestawałam gadać, przestawałam pędzić gdzieś, tylko zatrzymalam się choćby na chwilę wsłuchując się sama w siebie, to wyraźnie czułam, że np niektóre moje obrazy mają w sobie coś … zakłócającego. Coś, co mi w nich przeszkadza. I nie mialo to nic wspólnego z tym, co same sobą przedstawiały. Przecież podobały mi się wizualnie na tyle, że pozawieszałam je w naszym mieszkanku. A jednak było w nich coś, czego nie umiałam nazwać słowami, coś nieuchwytnego okiem, a co wyraźnie mnie samą uwierało. Nie musialam się długo zastanawiać co to jest, bowiem na jakimś poziomie wiedziałam od razu. Tylko nie od razu sama przed sobą potrafiłam się przyznać do tego, że oto namalowałam obraz, który mimo że wizualnie jest pełen barw i piękny, to promieniuje taką kanciastą, kłującą, dysharmonizującą energią. Czasami to kłucie było bardzo delikatne, ledwie odczuwalne. Ale jednak było.

Mogłam to olać i udawać, że nie ma problemu. Bo przecież nikt inny oprócz mnie go nie dostrzegał. Ale takie olanie jakoś niekoresponduje z moim wewnętrznym poczuciem uczciwości. Dlatego wiedzialam, że powinnam coś zrobić. Najpierw przyjrzałam się owym obrazom. Nie temu co przedstawiały, ale ich energii. Przypomniałam sobie w jakim byłam stanie kiedy je malowałam. Czy zasiadajac do sztalug przed jeszcze czystym płótnem bylam smutna, czy może czymś wzburzona, rozczarowana, zagniewana, rozżalona? Czy też od samego początku malowałam je będąc w harmonni sama z sobą? I co odkryłam? Że właśnie te wszystkie obrazy, które jakoś mnie uwierały zaczęly powstawać kiedy we mnie owej pełnej harmonii jeszcze nie było. Ich malowanie było dla mnie wtedy jak oczyszczanie. Tak jakbym z każdym pociągnięciem pędzla coraz bardziej uwalniała siebie z tych niefajnych emocji.  A jednak na jakimś poziomie przyklejałam te brudy właśnie do obrazu. Tak to przynajmniej odczułam. I one tam byly, pod warstwami farby, okruszki moich dawnych smutków, moich żalów, mojego gniewu, mojej niecierpliwości, mojego niepokoju, bólu. Wszystko to w jakieś maleńkiej mierze nieświadomie tam przykleiłam. Czy więc jest coś dziwnego, że w domu, w którym takie obrazy wiszą na ścianie, na nowo pojawiają się smutki, żale, gniew, niepokój? Raczej dziwne by było, gdyby tak się nie działo. I nie ma znaczenia, że niby inni tego nie czują. Też czują, tylko nieuświadamiają sobie tego. Cóż więc należało zrobić? Zadbać o to, by to co powstało z „przyklejonymi” dysharmonijnymi energiami oczyścić światłem.

I zadbać o to, by moje kolejne dzieła miały przyklejone już jedynie harmonizujące energie miłości, radości, ciepła, szacunku i pokoju.  Dlatego też staram się unikać tworzenia w stanach kiedy nie ma we mnie harmonii, albo co gorsza jest mi źle. Staram się unikać tworzenia jeśli jest we mnie chaos emocji, brakuje wewnętrznego spokoju. A już na pewno absolutnie nie tworzę wtedy dla kogoś. Malowanie nadal jest dla mnie swego rodzaju medytacją, sposobem nawiązania kontaktu ze Źródłem i moją duszą, ale chcę by bylo od pierwszego maźnięcia pędzla czyste. Bez przyklejania do nich czegokolwiek negatywnego.

A jeśli nawet zdarzy mi się stworzyć coś z tęsknotą albo jakimś smutkiem, niecierpliwością lub niepokojem, to z szacunku dla siebie samej i dla wszystkich, którzy by mieli mieć z owym dziełem kiedykolwiek styczność, zadbam o to by oczyścić je szałwią i przede wszystkim światłem.

I to jest dla mnie odpowiedzialnym tworzeniem. Bo chcę by moje dzieła były piękne nie tylko dla oka, ale i dla duszy.

magiczna chwila rozpoznania

Czasami zdarza się tak, że np akurat leci sobie w radio jakaś „przypadkowa” piosenka, albo akurat czytamy powieść z serii „o dupie maryny” czyli na luzaka, a jakieś jedno usłyszane lub wyczatane zdanie, w połączeniu z czymś co usłyszeliśmy i wyczataliśmy i co zakodowało się w naszej świadomości już dużo prędzej, spowoduje całą lawinę wewnętrznych odkryć. Jakby nagle otworzyły się tam w środku nas samych jakieś drzwiczki i doznajemy jakiegoś ważnego rozpoznania, które z kolei prowadzi do kolejnych drzwiczek i kolejnego wewnętrznego rozpoznania. I następnego. I jeszcze jednego. I wchodzimy tak coraz głębiej w siebie, a wszystko to dzieje się jak w takiej reakcji łancuchowej. Jedno prowadzi do drugiego, a JEDNOCZESNIE i bardzo wyraźnie czujemy owo jednocześnie, wszystko dzieje się w jednym ułamku sekundy. W takim bardzo magicznym TERAZ, które choć trwa właśnie teraz, to obejmuje swoim zasięgiem całe nasze życie. I jest tak, jakby wszystko to, co do tej pory było, wiele różnych naszych przeżyć, doznań i doświadczeń, przyprowadzilo nas do tej właśnie chwili rozpoznania, a ono samo pokazuje nam doświadczenia naszego życia z zupełnie inną jakością. To tak jakbyśmy dotąd oglądali wiele razy jakiś film dla głuchoniemych. Znalibyśmy każdy jego szczegół, każdy momencik i każdy obraz, ale w niektórych sprawach moglibyśmy się tylko domyślać lub zgadywać o co chodzi. Aż nagle jakby za sprawą jednego przycisku dołączył nam się dźwięk do filmu i widzimy niby to samo, a jednak z zupełnie innym zrozumieniem, zupełnie inną jakością.
I łzy nam sie cisną do oczu z natłoku wewnętrznych emocji.

Taką właśnie chwilę doznałam dzisiejszej nocy.

kolorowy miłości szept

Miałam bardzo intensywne dni.Nie wszystko „zmajstrowałam” tak jak nalezy, a właściwie tak jak myślałam , że już potrafię. Wciąż mam wiele do zakotwiczenia w sobie, bo teoria a praktyka to zupełnie inna bajka.Mój mężu jest mi najlepszym nauczycielem choć czasem bardzo ciężkie są to nauki. Ale najważniejsza jest miłość. We wszystkich swoich odmianach, a więc w odmianie pogody ducha i pasji twórczych również.

I tak w tzw. międzyczasie kupiłam takie drewienka. Na zasadzie spontana pt „O, jakie ładne te drewniane krążki”.

p1000182

Okazały się być świerkowe. I co tu z nimi zrobić? Oczywiście, że wiem co, bo ledwo je w domu rozpakowałam już snuły mi się w głowie różne wizje.
Ale musiałam najpierw poprosić o pomoc męża.”Zrobisz mi dziurki?” No i zrobił chłop dziurki jakie chciałam. A ja, no cóż ja mogłam wymyśleć? Farby wyciągnęłam…

p1000183

I tak ani się obejrzałam jak mi zaczęły zwierzątka się pojawiać. A każde ze swoim przecież przesłaniem. Z nauką dla mnie. No, nie tylko dla mnie, ale kiedy akurat skupiam się na malowaniu owego zwierzątka, to wtedy dla mnie. I z pewnymi darami jak się chce je zauważyć. I jak tu nie być wdzięcznym? I jak tu nie radować się z takich znaków? Jak się nie uczyć, nie wzrastać, nie starać się, nie kochać? No nie da się. Najważniejsza jest miłość, a ona znajduje czasem przedziwne sposoby by do nas przemówić. Uwielbiam ten jej kolorowy szept, jakim przemawia do mnie

p1000207.

życiowe lekcje

Ostatnie dni były dla mnie swoistymi próbami ognia. Przyniosły mi wyzwania, trudne, wymagajace wiele duchowej siły. Dzisiaj, kiedy już mogę odetchnąć, czuję wdzięczność. Tak, jestem wdzięczna Życiu za te ciężkie wyzwania, bo właśnie one pomagają mi ugruntować w sobie naprawdę te zmiany, które we mnie zaszły. Bo prawdziwe zmiany choć zaczynają się na poziomie świadomości, to całkowicie mogą się zakotwiczyć dopiero wtedy, gdy zweryfikują się w czynie. Czasem się bowiem nam wydaje, że już coś zrozumieliśmy, a potem się okazuje, iż kiedy spotka nas życiowa próba, to jednak nie zaliczyliśmy lekcji.
Tak samo i ja otrzymałam od Zycia wskazówki nad czym jeszcze muszę popracować. I że wcale nie jestem już tak daleko jak mi się wydawało. Ale dostałam również ogromne wsparcie od moich zwierząt mocy. A za nimi przecież stoi moja dusza. Wystarczy tylko uważnie słuchać jej głosu.
Jestem ogromnie wdzięczna za te trudne lekcje. Bo choć kosztaowały mnie wiele łez, to w ostateczności dały oderobinę więcej mocy, odrobinę więcej siły i mądrosści tygrysa. Moje lekcje. .

fazy twórcze

Mam wiele pasji, wszystkie są dla mnie istotne, bowiem sprawiają mi wiele radości. Ale obserwuję, że przychodzą do mnie fazowo. Niby nigdy nie odstawiam innych, by zająć się tylko jedną, ale w pewnych okresach jakaś jedna zdecydowanie dominuje.

Były takie lata, kiedy moja twórczość realizowała się głównie w kuchni. 41 - malinowa fantazja-tileBył rok, kiedy z zapałem i namiętnością zajmowałam się dekopażem i tworzyłam moje skrzyneczki. P1080147-tile

Był okres czytania i powstawania zakładek do książek. delfin 1-tileAlbo tygodnie plecenia koszyczków z papierowej wikliny. P1170601-tileByły pojedyńcze dni, kiedy cały mój entuzjazm i serce wkładałam w robienie kartek urodzinowych z suszonymi kwiatami… P1140566-tile… albo tworzenie pięknych naszyjników z kamieni. P1210156-tileTen rok od początku zdecydowanie zdominowało malowanie. Pasja zdecydowanie najdroższa, zarówno w sensie materialnym jak i duchowym. Ale to dzięki obrazom otwarły się przede mną nowe przestrzenie, wkroczyli do mojego życia nowi ludzie i najbardziej zmieniłam samą siebie. UnbenanntWciąż jednak kocham każdy inny sposób tworzenia. Wciąż każdy z nich daje mi radość, pobudza mój entuzjazm, jest sposobem na spotkanie z samą sobą przy jednoczesnym uzewnętrznianiu mojej radości życia i miłośći. No i dodatkowo mogę przy okazji wyczarowywać coś pięknego i od serca dla innych.
Jakoś nie potrafię nawet sobie wyobrazić mojego życia bez tworzenia. Choć w zasadzie wszystko jest tworzeniem. Każdy nasz uśmiech, każdy gest, każda myśl. Dobrze jest mieć tego świadomość, wtedy wszystko nabiera zupełnie innego znaczenia. I zupełnie inaczej w obliczu różnych sytuacji się reaguje.

Dziś jest kolejny dzień kiedy mogę dołożyć moją kolejną maleńką cegiełkę do tego, by tworzyć wokół piękno. Obraz, obiad, uśmiech, pozdrowienie, ciepłe słowo, cisza…

jeszcze jeden krok

Życie to rytm i w owym rytmie kryje się jego tajemnica. To zarówno radości i smutki, wzloty i upadki, uczucie szczęścia i rozpaczy, zwycięstwa i porażki. Jedno bez drugiego nie mialoby szansy zaistnieć, tak samo jak dzień nie istniałby, gdyby nie było nocy. Nie wiedzielibyśmy jakie znaczenia ma cisza, gdybyśmy nie poznali halasu. Nie docenilibyśmy pokoju, gdyby nie bylo wojen, nie potrafilibyśmy rozpoznać, iż coś jest miłością, gdyby nie istniało jej przeciwieństwo. Wszystko to należy do życia. Bo życie jest podróżą, którą czasami przebywamy w świetle, a czasem w mroku.

I kiedy czasem przychodzi nam zmierzyć się z życiowymi burzami, kiedy na naszej drodze pojawiają się trudności, spadają na nas smutki i cierpienie, małe i wielkie tragedie, to chociaż jest w nas strach, chęć poddania się i chęć ucieczki od tego wszystkiego, to jest również i siła stawieniu temu czoła. Każdy z nas obok słabości ma w sobie również siłę, ponieważ uosabiają one owy dualizm życia.

Kiedy spotykają nas te trudne dla nas doświadczenia, kiedy smutek zamieszkuje w naszym sercu, kiedy ktoś nas być może skrzywdził albo dzieje się jakieś nieszczęście to trudno nam w tych chwilach dostrzec coś pozytywnego. A jednak dzieją się one nie po to by nas powalić i złamać, ale by nas wzmocnić. Każda bowiem burza, każda trudność i przeszkoda,niesie w sobie potencjał nauczenia nas jak być silnym.

I nie chodzi o to, że nie wolno nam się poddawać rozpaczy, nie wolno użalać się nad sobą, cierpieć, płakać czy jakkolwiek inaczej być słabym. Wolno nam. Ale przychodzi moment, kedy nasze lzy na chwilę przestają lecieć, kiedy może nie mamy sił by walczyć, kiedy nie mamy chęci by więcej obcować z naszym żalem, wtedy zawsze możemy spojrzeć na nasze cierpienie, na nasz ból i tą całą życiową burzę z nieco innej perspektywy i zapytać naszej duszy, czego mieliśmy się przez to nauczyć. I jeśli będziemy szczerzy z samym sobą, z pewnościa usłyszymy odpowiedź.

Przychodzi taki moment, że nawet wobec najgorszego sztormu pojawi się w nas iskierka siły, by postawić jeszcze jeden krok do przodu. To może być ten decydujący krok i nawet jeśli byłby on najsłabszy i tak jest naszym zwycięstwem.

I podobnie jak po burza w przyrodzie przynosi z sobą pewne zmiany, tak i nasze życiowe burze takie zmiany ze sobą niosą. Ale czyż nie zachwyca nas rzeźkość powietrza po burzy? Intensywność zieleni, wracający świergot ptaków? Tak samo i po naszych życiowych zawieruchach może się okazać że owszem poraniło i polamało nas tu i tam, ale przy okazji wymiotło z naszego życia też to, co nam nie służuło i nam szkodziło.

Dlatego warto jest uchwycić się tej iskierki w nas, która daje nam siłę. I razem z nią wstać z kolan i postawić ten jeszcze jeden krok do przodu. Na horyzoncie prędzej czy później znowu pojawi się słońce.

o (duchowych) warsztatach słów kilka – notka przemyśleniowa

W nawiązaniu do notki o doskonaleniu, guru, duchowości i aniołach, którą napisałam już dwa lata temu, nachodzą mnie jeszcze pewne przemyślenia na temat tak zwanych (duchowych) warsztatów. Namnożyło się ich ostatnio całkiem sporo i chociaż same w sobie mają one całkiem pozytywny potencjał, to osobiście mam do nich nieco sceptyczne nastawienie. Nie chcę tutaj powiedzieć, iż są one złe, bowiem wcale tak nie uważam. Dostrzegam jednak pewne związane z nimi „zagrożenie”, które bynajmniej nie wypływa z samych warsztatów, a jedynie jego uczestnicy mogą niechcący je sobie zafundować. Wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem albo raczej w jakim celu chcemy w takich warsztatach uczestniczyć.

Przyjrzyjmy się najpierw kto najczęściej w tego typu warsztatach bierze udział. Z reguły są to kobiety (najczęściej), które mają w sobie ogromy potencjał, dbają o swój rozwój duchowy i całą sobą pragną coraz bardziej wzrastać. I oczywiście warsztaty mogą być tutaj niezwykle pomocne, ale tylko wtedy, jeśli traktujemy je jak zabawę, jak sposób szerszego poznania, a nie jak kolejny szczebel na drodze naszego rozwoju. To bardzo ważne, by sobie to uświadomić.

W momencie kiedy pojawią nam się w głowie myśli, iż MUSIMY pojechać na jakiś warsztat, bo pomoże nam on w naszym duchowym rozwoju, sami zaczynamy nastawiać na siebie pułapkę. Bo zauważcie co się dzieje. Myśl, że coś spoza nas jest nam potrzebne do rozwoju, tak naprawdę jest ukrytą myślą o tym, że sami nie potrafimy. Innymi słowy, jest wyrazem naszych własnych wątpliwości co do mocy naszej własnej duszy.

To jest bardzo krytyczny moment i jeśli umknie naszej uważności, możemy wpaść w wielką iluzję. Jeśli bowiem jesteśmy gotowi do tego, by słuchać swojej własnej duszy, to żadne warsztaty świata nas bardziej do tego nie przybliżą. A już na pewno nie, jeśli będziemy w to właśnie wierzyć, że mogą to uczynić. Wręcz odwrotnie, mogą spowodować, iż zaczniemy myśleć, że do dalszego rozwoju potrzebujemy kolejnych warsztatów. I kolejnych. Rozumiecie co się zaczyna dziać? Zaczynamy gonić swój własny ogon, nakręcając tym coraz bardziej spiralę oddalania się od samego siebie, a jednocześnie utwierdzania nas w iluzji, że jest dokładnie na odwrót, że się przybliżamy.

Jeśli natomiast jedziemy na takie warsztaty na zasadzie dobrej zabawy, bez jakichkolwiek oczekiwań (zwłaszcza tych duchowych) i co najwyżej z otwartością na jakieś nowe poznanie, to wtedy jak najbardziej warsztaty nam służą.

Niech będą one dla nas sposobnością, jaką sobie wybrała nasza dusza na kontaktowanie się z nami, a nie szczeblem do dalszego rozwoju. Bo jeśli będziemy je jako szczebel traktować, to z dużym prawdopodobieństwem zamiast nas przybliźyć samemu sobie, jedynie nas oddalą. Życzę wam uważności w obserowaniu siebie oraz uważności w kwestii waszego podejścia do warsztatów.

 

dbanie o swoją przestrzeń

Nie mam sama pojęcia kiedy po raz pierwszy przeczytałam o dbaniu o swoją przestrzeń. Pisała o tym, któraś z was, drogie mądre kobiety. I od tego pierwszego razu potem jeszcze wiele. wiele razy i na wiele sposóbów docierała ta nauka do mnie. Ale co z tego, kiedy tak naprawdę nie rozumialam o co chodzi. No, oczywiście zdawało mi się, iż wszystko pojmuję, że doskonale wiem, iż to nie chodzi jedynie o przestrzeń na zewnątrz, ale bardziej o tą wewnątrz nas i wydawało mi się nawet, że nie mam z tym problemu. Ale tak naprawdę pojąć tę lekcję można tylko duszą i aby ją w sobie zintegrować nie wystarczy, że rozum wie o co chodzi. Nie wystarczy wiedzieć. Trzeba jeszcze wybrać.

Byłam nieuważna. Docieralo do mnie tak wiele łagodnych sygnałów na tak wiele sposobów o tej lekcji, by mi łagodnie przypomnieć, a ja niby wiedziałam, ale szybko zapominałam. Zapominałam i nie wybierałam. Prawie tak, jakbym działała na zasadzie, że po co takiej niereformowalnej optymistce jak ja, dodatkowo dbanie o jakąś tam swoją przestrzeń. Tymczasem życie okazało się cierpliwym nauczycielem i skoro nie przyjmowałam pewnych lekcji łagodnie, to zesłało mi nieco mniej łagodne doświadczenia. I oczywiście cierpiałam. Wylałam wiele łez zanim w ogóle dotarlo do mnie, że tak naprawdę sama sobie te doświadczenia zafundowałam. Dziś jestem wdzięczna Życiu za te przelane łzy, bo to one właśnie ułatwiły mi zatrzymanie się w sobie i zapytanie mojej duszy o co chodzi. Czego miałam się nauczyć? Odpowiedź przyszła właściwie od razu, wyraźnie i tak intensywnie. I nagle, chyba po raz pierwszy zrozumiałam naprawdę, tak na poziomie duszy, co oznacza dbrać o swoją przestrzeń. Oznacza to, że trzeba umieć powiedzieć „stop”, powiedzieć „nie”. Sobie i komuś.

Monia ujęła to tak pięknie w słowa:

Uwalniam się od przymusu słuchania innych osób.
Słuchanie innych osób jest wyrazem mojej dobrej woli.
Mam prawo odmówić innym osobom i nie wysłuchać tego, co chcą powiedzieć.
Mam prawo postawić granice każdej osobie, która zamęcza mnie swoim marudzeniem, narzekaniem, pesymizmem, negatywizmem lub narcyzmem.
Mam prawo powiedzieć, że w tym momencie nie jestem gotów kogoś wysłuchać.
Słuchanie innych ludzi jest darem. Obdarowuję nim tych, których sama/sam wybiorę ♥♥♥

To takie ważne. Tak bardzo istotne nauczyć stawiać sobie i innym te granice. Nie robić ze swojej przestrzeni energetycznego śmietnika dla innych. I odwrotnie, nie zaśmiecać pola energetycznego innych, szanować ich przestrzeń. Słowo jest energią. Słowo to myśl wprawiona w ruch.

Chcę dbać o to, by moje słowa nie naruszały granic innych. By ich nie raniły, nie wprowadzały chaosu w ich przestrzeni, nie wylewały tam negatywnych energii. Muszę jednak być równie odpowiedzialna za siebie samą i dbać o swoje granice. O moją przestrzeń.

Jestem wdzięczna życiu za to, że zesłało mi owe przykre doświadczenia, które pomogły mi wreszcie zrozumieć tą lekcję.
Jestem wdzięczna tym osobom, które wykonały przy tym ową czarną robotę.
I jestem wdzięczna Moniczce, że tak pięknie tę lekcję ujęła w słowa.

I proszę moją duszę o to, by od teraz pomogła mi właściwie wybierać.