pytanie

Zobaczyłam jedynie jakieś nagie skały, tak jakby szczyt granitowej góry. Potem zobaczyłam, jak ten szczyt się zacząl kruszyć i skała potoczyła się w dół. Nie widzsiałam obrazów, ale wiedziałam, że pociągnęła za sobą lawinę. Lawinę pod która ginęli jacyś ludzie.
Potem zobaczyłam z wielkiej oddali postacie ludzkie, różne. Było ich wiele. I niektóre z nich zaczęły zwyczajnie znikać. Tak jakby się rozpuszczały w powietrzu.

Potem widziałam pociągi pełne pasażerów. Odjeżdżały gdzieś. Daleko. Znikały.

Wszystko się przewijało przed moimi oczami jak jakiś film. Nie bałam się. Nie czułam emocji. Obserwowałam jedynie.

Znowu byłam jakby na skale. I jakiś głos zapytał mnie, czy jestem gotowa.

Przez ułamek sekundy moje myśli chciały odgadnąć co to znaczy. Potem pomyślałam o nich…

Byłam gotowa.

 

cudowna szkoła życia

Każda kolejna rozmowa z Ktosiem kryje w sobie jakiś dar. Niby rozmawiamy całkiem zwyczajnie o tym co nas interesuje albo o zwykłych pierdołach. I niby tylko wymieniamy się swoimi przemyśleniami. Ale zawsze uda mu się napisać coś, co skłania mnie do przemyśleń albo zwyczajnie jest swego rodzaju „odkryciem”.

Tak sobie teraz myślę, że chyba właśnie po to w swoim życiu natrafiamy na różnych ludzi. Każdy jest jakąś sposobnością dla nas. Każdy niesie w sobie jakiś dar. Zawsze możemy się czegoś nauczyć. Nawet takie kompletnie „złe” relacje niosą w sumie w sobie jakąś naukę. Kwestia tylko taka, czy ją dostrzeżemy pod zwałami żalu, poczucia krzywdy czy niechęci. Czasem potrzebny jest dystans, bo dopiero z pewnej odległości można ujrzeć kształty, które są przesłaniem.
Tak czy siak myślę sobie, że żadna ludzka relacja nie powstaje tak „bez sensu”. Nie wierzę w przypadki. Tym bardziej w puste przypadki.

Jak tak sobie przemyślę swoje życie, to się okazuje, że zawsze zsyłało mi ono w darze ludzi, którzy na danym etapie byli cudowną szkołą życia, ze wszystkimi jego odcieniami.
Czasem jakieś relacje się kończyły w dość nieprzyjemny sposób, ale chyba właśnie dlatego, by zrobić miejsca nowym. Zwykle owy nieprzyjemny sposób okazywał się być najważniejszą lekcją, którą mogłam dostrzec dopiero z dystansu czasu.

Jak tak o tym myślę, to czuję wdzięczność. Wdzięczność nie tylko za to co było wspaniałe i pozytywne, ale również za to, co było niezbyt miłe i „negatywne”.
Wiele tego „negatywnego” w ostatecznym rozrachunku było bowiem wielkim darem.

I może nie na temat, ale przypomniały mi się Ktosiowe slowa: “Wiesz czemu kurz lubi zbierać się w kotki? Bo wszystko samoistnie dąży do jedności.”

mój Bóg i ja

Właściwie nie chciałam o tym pisać, bo to bardzo dla mnie intymny temat. Bo łatwiej jest mi pisać np o seksie niż o moich relacjach z Bogiem. Jednakże myślę sobie, że jednak jest sens, by się tym z wami podzielić. Bo być może dla kogoś to będzie ważne. Dzielę się tym z wami, bo być może komuś w czymś to pomoże.
I wreszcie dlatego, że nie wstydzę się tego.

Z góry uprzedzam, że jest to dla mnie bardzo osobista notka. Nie chcę by ktoś odbierał to jako narzucanie moich poglądów czy nie szanowanie czyiś. Nie. To moje osobiste doświadczenie. I tak proszę to odbierać. Nie mam zamiaru obrażać niczyich uczuć religijnych.

Wcale nie łatwo mi się pisze. Bo łatwiej się opowiada o ludzkich związkach, niż o związku z Bogiem.
Nie lubię słowa Bóg. Nie lubię, bo mi się bardzo źle kojarzy.

Wychowana byłam tak jak większość z was, w katolickiej rodzinie. Nauczono mnie co niedzielę chodzić do kościoła i modlić się co wieczór przed zaśnęciem.
I przez wiele, wiele lat swojego życia robiłam to.
Chodziłam do kościoła, chodziłam na pielgrzymki, chodziłam do spowiedzi i przyjmowalam komunię.
Modliłam się, choć właściwie jak dzisiaj o tym myślę, to modlitwą to żadną nie było. Wymawiałam słowa, które mnie nauczono, a które dla mnie były niezrozumiałe. Nie miały prawdziwego znaczenia. Bo nie wyrażały tego co naprawdę myślałam, ani tego co czułam.
„Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario”, „Aniele Boży” i „Wieczny odpoczynek”. Zawsze w tej kolejności.
Gdy byłam małą dziewczynką klękałam przy łóżku i wypowiadałam te modlitwy z szacunkiem.
Gdy byłam już dużą dziewczynką leżałam w łóżku i tylko zwyczajnie je myślałam. Ale do modlitewnych myśli wkradały się inne. Wkradały się te o Bogu.
„… i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom”.
Najpóźniej przy tych słowach nie mogłam wytrzymać, wszystko się we mnie buntowało.

No, myślałam sobie, nie ma dziwne, że świat jest taki popierdolony, skoro Bóg jest na nasze podobieństwo, a nie my na podobieństwo jego.

Możliwe, że Biblia jest dla kogoś świętą księgą. Możliwe, że religia jest dla kogoś drogą do Boga. Dla mnie obie stały się czymś, co mnie od Boga całkowiecie odgrodziło.
Bo co to za Bóg, ten z Biblii? Z jednej strony uczy się nas, że jest Bogiem sprawiedliwym, miłosiernym, a z drugiej postępuje On jak zwyczajny kat bez serca. Te wszystkie historie o potopie, o wyjściu Żydów z Egiptu, o królu Dawidzie, o zbawieniu – gdzie tu jest Miłość o jakiej później napisał św. Paweł?

„…Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje…”

Gdzie w tym wszystkim jest miłość Boga?
Bóg, który rości sobie miano Boga miłosiernego, a w rzeczywistości nie zna słowa wybaczenie.
Bóg, który nie unosi się pychą, ale wymaga by przed nim padano na kolana, by go wielbiono, by składano mu hołdy.
Bóg, który rości sobie miano Boga jedynego, a bywa zazdrosny o innych bogów, których niby wcale nie ma.
Bóg, który naucza o miłosierdziu, a zsyła potopy, topi w morzu Egipcjan, powoduje inne plagi, uśmierca tysiące ludzi tylko dlatego, że zwyczajnie … byli ludźmi.
Bóg, który niby daje nam wolną wolę, ale daje też prawo, które całkowicie te wolną wolę wyklucza. Bo co to za wolna wola? Jeśli uczynisz coś przeciw Bogu, jesteś winny. Jesteś potępiony.

Im więcej o tym myślałam, tym bardziej Bóg wydawał mi się być paranoidalnym psychopatą z przerośniętym ego. I jeszcze te brednie o zbawieniu. Że niby tak nas ukochał, iż postanowił syna swojego jedynego poświęcić, by dać nam szansę na zbawienie. Cóż? Nie wiedziałam, że z Miłości trzeba poświecać swoje dziecko. Czyż nie prostsze byłoby zwyczajne wybaczenie? Ale nie. Bo ofiarowanie swego syna było całkiem sprytnym posunięciem, by nas jeszcze bardziej zmanipulować. By wpędzić nas w jeszcze większe poczucie winy. Tak, ty jesteś winny, że mój ukochany syn musiał umrzeć za ciebie na krzyżu.
Cóż za wielkie miłosierdzie!

O nie, biblijny Bóg nie jest zadnym miłosiernym Bogiem. To Bóg, który unosi się gniewem, unosi się pychą, jest wyniosły, zazdrosny, niesprawiedliwy i mściwy.
Nie chciałam mieć z takim zakłamanym Bogiem nic do czynienia.
Bo Bóg wydawał mi się gorszy od samego diabła.

Przestałam więc chodzić do kościoła, przestałam chodzić na pielgrzymki, przestałam chodzić do spowiedzi i przyjmować komunię. Mój kontakt z Bogiem całkowiecie sie urwał.
Tak mi się wydawało…

Tak naprawdę mój kontakt z Bogiem dopiero się zaczynał. W momencie, gdy odrzuciłam wszystko to, co mnie o Bogu nauczyła religia i inni, stałam się gotowa do tego, by móc usłyszeć co o sobie ma mi On sam do powiedzenia.

Bóg kroczył sobie cały czas przy mnie czekając na okazję, kiedy wreszcie będę chciala go usłyszeć.
Bo dopóki myślałam, iż przemawia do mnie jedynie poprzez Biblię, dopóty byłam kompletnie ślepa i głucha na Jego głos.

Byłam w księgarni. I wtedy „przypadkiem” wpadła mi w ręce pierwsza książka, która zmieniła moje życie. No, jeśli wierzyć w przypadki. Regały i stoły z książkami w księgarni stały ciasno jedne przy drugich. Było dużo ludzi i mało miejsca. Przeciskając się, zrzuciłam stos książek ustawionych na krawędzi jednego ze stołu. Schyliłam się by je pozbierać.
„Bóg na Harleyu” – przeczytałam na okładce. Myślicie, że wtedy sama od siebie sięgnęłabym po taką książkę? Już to jedno słowo „Bóg” w tytule wystarczyło, by skutecznie mnie do niej zniechęcić. Zatem bóg musiał mi ją podsunąć pod sam nos, bym zechciała na nią popatrzeć.

Pozbierałam pozrzucane książki z podłogi. Zanim jednak całkowicie je odłożyłam na blat stołu, gdzie było ich miejsce, zdążyłam przeczytać te kilka słów na tylniej stronie okładki:
„Uśmiechnął się wyrozumiale.
– Znam twoje zdanie na temat religii i przyznaję, że w dużej mierze to ja zawiniłem…”
Hyyy????
Nie wiem co to było. Impuls. Ale ja wtedy, w tej jednej sekundzie pomyślałam, że to mówi ktoś do mnie.
Kupiłam tę książkę. Cieniutką książeczkę, powiastkę właściwie. I już wychodząc z księgarni wsadziłam w nią swój nos i naprawdę zaczęłam czytać.

Przede wszystkim Bóg mi powiedział, że wcale nie muszę nazywać go Bogiem, skoro to słowo tak mi się źle kojarzy. Z radością przyjęłam tę propozycję. Dzięki temu mogłam całkowiecie odrzucić wszystkie negatywne skojarzenia. I mogłam otworzyć swoje serce na to, co miał mi do powiedzenia.

Pamiętam, że nie doszłam do domu. Siedziałam na jakieś ławce, czytałam tę książkę i chłonęłam te słowa z taką wdzięcznością, jakbym dostała szklankę źródlanej wody wędrując na pustyni. I co gorsza, ryczałam przy tym jak jakaś stuknięta. Moja dusza po bardzo długim czasie wreszcie na nowo odżywała.

Nie potrafię wam powiedzieć co się we mnie działo, ale działo się bardzo dużo. Ta jedna niepozorna książeczka wystarczyła, bym wreszcie całą sobą pokochała boga. Widzicie, napisałam boga. Napisalam małą literą. On wcale nie wymaga ode mnie bym mówiła do niego Bóg. On wcale nie wymaga bym mówiła bóg. Ustaliliśmy sobie jak mam go nazywać na własny użytek, byśmy się mogli doskonale porozumieć. I od tej pory bóg stał się po raz pierwszy moim towarzyszem.
Nie musiałam się już do niego modlić. Nie musiałam klękać przed nim, ani składać ręce w pokorze. Mogłam z nim rozmawiać kiedy tylko chciałam i o czym tylko chciałam. Nawet siedząc na kiblu i nawet o masturbowaniu.
Cóż za bluźnierstwo, nieprawdaż?

Hahaha, paradoksalnie właśnie te „bluźnierstwo” otworzyło mi serce. Pozwoliło mi nauczyć się kochać. Pomagało mi w każdej sekundzie mojego życia i odpowiadało na każde moje wołanie.
Na tysiące przeróżnych sposobów, bóg odpowiadał.

Gdy byłam gotowa na to, by pojąć więcej, znowu „przypadkiem” podrzucił (dosłownie!) mi w księgarni kolejne książki. Tym razem były to „Rozmowy z Bogiem”. Już się nie dziwiłam, gdy akurat taki tytuł ujrzałam na książkach, które znowu niechcąco strąciłam z regału.
„Ooo – pomyślałam do Niego. – Chcesz mi powiedzieć, że to powinnam przeczytać?”.
Dosłownie słyszałam jak chichocze mi do ucha. I oczywiście kupiłam owe „Rozmowy z Bogiem” tomów trzy. I „Przyjaźń z Bogiem” i „Wspólnotę z Bogiem”. I to były kolejne książki, które jeszcze bardziej odmieniły moje życie.

Od tego czasu przeczytałam je kilka razy.
Od tego czasu wszystko się zmieniło.
Dziś wiem, że żaden Bóg mnie nigdy nie osądzi.
Że nie ma żadnego grzechu.
Że jedynym grzechem jest wierzyć w to, iż jestem grzeszna.
Dziś wiem, że Bóg mnie nie potępia za moje „złe” czyny, bowiem dając mi swobodę w wyrażaniu siebie dał mi prawdziwą wolność. To nie kwestia praw, nakazów czy zakazów jest miernikiem tego jak mam postępować i jak postępuję. To kwestia mojego osobistego wyboru, wyboru z Miłości. Lub też z braku Miłości. I Bóg ten wybór akceptuje.
Dziś wiem, że nie muszę Boga czcić. A mogę go zwyczajnie całą sobą kochać i że nie ma w tym nic złego.
On mnie kocha.
I nigdy mnie nie opuszcza. Nawet jeśli ja nie zawsze o nim pamiętam, On i tak jest tuż obok, na odległość szeptu.
Nię muszę Go przepraszać za to, że czasem uciekam. Nie muszę czuć się winna. Ale mogę zwyczajnie się za każdym razem cieszyć z nowego kontaktu. Tak jak On się cieszy.
Dziś wiem, że jestem nie tylko Jego cząstką, ale jestem Nim. Tak jak i On jest mną.
Nie zawsze naprawdę sobie to uświadamiam, ale ta myśl nie wzbudza wreszcie moich protestów (w stylu: „co za pycha, co za bluźnierstwo”).
Dziś wiem co oznacza iść przez życie i nie czuć się nigdy samotnie. Codziennie, na tysiące sposobów On daje mi dowody swojej Miłości do mnie. Obdarza mnie darami na tyle, na ile jestem gotowa je przyjąć. Codziennie trochę bardziej jest bliższym mi Przyjacielem. Codziennie, trochę bardziej jesteśmy Jednym.

A wszystko zaczęło się od tej niewinnej małej książeczki „Bóg na harleyu”. No cóż, bo prawdziowy Bóg naprawdę jeździ czasem na harleyu i robi kupę zwariowanych rzeczy, o kórych w życiu byście Boga nie podejrzewali.

Życzę Wam wszystkim, tym którzy chcą, byście i Wy odnaleźli Waszego Boga.
Tego, który jest przy Was na odległość szeptu. Tego, który Was kocha takimi jacy jesteście. Tego, który chce i byście Wy się takimi kochali. Tego, przed którym nie trzeba klękać, a można zakląć albo dłubać w nosie.
Tego, który Was nie potępi, ani nie osądzi, a łagodnie nauczy czym jest Miłość.
Tego, przy którym Wasze serce będzie chciało śpiewać, Wasza dusza tańczyć.
Tego, który otrze Wam z oczu każdą łzę, przytuli i wywoła uśmiech.
Bo Bóg naprawdę ma poczucie humoru.
I naprawdę jest zajebistym gościem.
I naprawdę  cudownie jest Go kochać.
Bo to oznacza kochać prawdziwie siebie.
Bo to wy nim jesteście. A on jest wami.

————-

PS. Ten wpis nie ma na celu, by namówić was do przeczytania którejkolwiek ze wspomnianych książek. Pamiętam, że swego czasu chciałam się nimi dzielić. Bo wydawało mi się, że byłoby cudownie gdyby jak najwięcej ludziom udało się odkryć to, co ja odryłam. Chciałam się podzielić te całą Miłością, które te książki sobą niosą. Ale nie wzięłam pod uwagę, iż nie każdy jest na to gotowy. Podarowałam „Boga na harleyu” koleżance, ale się okazało, iż odebrała tę książkę właśnie jako bluźnierczą. Była wręcz urażona, iż taki prezent jej podarowałam. A ja byłam rozczarowana, że ona kompletnie nie zrozumiała o co tam chodziło.
To było kiedyś.

Dziś wiem, że każdy ma swój rytm i swoją drogę do Boga. Moja nie jest lepsza czy gorsza. Jest po prostu jedną z wielu.

u progu cudownego roku 2012

Widzę, że na pingerze i ludziki wokół albo snują plany sylwestrowe, albo poddają się wspomnieniom związanym z kończącym się rokiem. A ja? No cóż…
Sylwestry dawno straciły dla mnie wszelką atrakcyjność. Ten spędzę w domu i dobrze mi z tą wizją.
Jaki był dla mnie ten kończący się rok?
Pełen zmian. Wielkich zmian. Nie gdzieś na zewnątrz, ale zmian we mnie samej.
Z dawnej Bafki, która lubiła się buntować, przemieniłam się w zupełnie inną Bafkę. Nauczyłam się pokory wobec życia. Nauczyłam się co znaczy prawdziwie kochać. Nauczyłam się, że Miłość potrafi uleczyć każdą sytuację.

Nadchodzący rok jest dla mnie rokiem szczególnym. Wiem, iż czeka mnie, jak i was wszystkich, wiele kolejnych zmian. Mam marzenia, ale są one zupełnie inne niż te rok temu.

Życzę Wam wszystkim i sobie samej, by ten nadchodzący rok przemienił w nas to, co negatywne w pozytywne.
Życzę Wam byście nauczyli się prawdziwie kochać samych siebie i innych. Bez potępiania. Bez oceniania. Bez oczekiwań. Tylko tak po prostu, zwyczajnie. Dlatego, że Miłość jest tą siłą, która potrafi przemienić ten świat w raj.

Życzę Wam i sobie samej, by ta umiejętność kochania nigdy w nas nie malała. Ale by rosła z każdą kolejną chwilą, z każdą kolejną próbą.

Życzę Wam i sobie samej, byśmy z każdym dniem stawali się po prostu lepszymi ludźmi. Lepszymi żonami i mężami, siostrami i braćmi, córkami, synami, matkami i ojcami. Lepszymi przyjaciółmi, lepszymi znajomymi. I lepszymi nieznajomymi.

Życzę Wam i sobie samej odwagi i otwartości serca, by zachować wierność sobie samym, a jednocześnie nie ranić innych.

Życzę Wam i sobie samej wiary w swoją własną wspaniałość. Prawdziwej, szczerej wiary w to, iż jesteśmy wspaniałymi istotami, które zasługują na Miłość. Nigdy, przenigdy nie myślcie o sobie, iż nie jesteście godni. Jesteście. Bo każdy z Was nosi w sobie Boskość. Nauczcie się ją dostrzegać. Niech rozświetli Wasze wnętrza. I niech to światełko promieniuje od Was na zewnątrz.

Życzę Wam i sobie samej, byśmy nie odmawiali sobie radości. Radości z cieszenia się życiem w każdej jego chwili. Niech nie powstrzymują nas myśli, że nie wypada lub co pomyślą o nas inni. Jeśli macie ochotę tańczyć boso na deszczu, to tańczcie. Jeśli zapragniecie nagle śpiewać głośno, śpiewajcie. Niech radość życia wypełnia Was po brzegi. Niech dodaje Wam skrzydeł. Niech staje się Waszą przewodniczką, Waszą inspiratorką, Waszą nauczycielką. Życzę Wam i sobie samej, byśmy zawsze mocno trzymali ją za rękę.

Życzę Wam i sobie samej umiejętności rozróżniania. Wnikliwości. Byśmy potrafili dokonywać właściwych wyborów. Nie tylko kiedy stoimy na rozdrożu, ale w każdym momencie. Niech zawsze prowadzi nas wewnętrzna Mądrość.

Życzę wreszcie Wam i sobie samej, by niezależnie od tego co przyniosą nam kolejne dni, tygodnie, miesiące, byśmy zachowali wiarę w dobro. Wiarę w drugiego człowieka. I wiarę w nas samych.
Wszak wszyscy jesteśmy cudownymi istotami. Wystarczy tylko to dostrzec. Nauczcie się dostrzegać te skarby, które nosicie w sobie. A dostrzeżecie je i w innych.

Życzę Wam kochani cudownego roku. Bo to będzie cudowny rok.

niby-poezja-nie-poezja wieczorową porą

Byłam zwykłą babką ze zwykłymi problemami. Tak przynajmniej myślałam. Tak naprawdę nikt nie jest zwykły. Każdy jest na swój sposób jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Każdy jest prawdziwym cudem. Wystarczy sobie to po prostu uświadomić.
Byłam zatem na swój sposób zawsze wyjątkowa. Tylko sobie tego nie uświadamiałam. A może trochę jednak tak?

Aż wreszcie przyszło to do mnie.

Przychodzi w życiu czasem taki moment i się budzisz z takiego jakby snu. Nagle zaczynasz postrzegać wszystko inaczej. Widzisz więcej, rozumiesz więcej, czujesz więcej, wyraźniej, głębiej. Zaczyna wypełniać cię takie trudne do wypowiedzenia uczucie. I wtedy te zwykłe codzienne problemy stają się mniej ważne. Tak na dobrą sprawę one są wciąż takie same, ale to ty zmieniasz swoje do nich nastawienie. To co jeszcze niedawno wydawało się być katastrofą czy tragedią, staje się zwyczajnie doświadczeniem, które uczy. Spoglądasz na te dawne wielkie problemy i śmieszy cię wręcz twoje dawne dramatyzowanie. Problemy bywają różne, ale nigdy nie przerastają naszych możliwości. To, że nie radzimy sobie z nimi, to oznaka naszego do nich przywiązania. Im bardziej się wiążemy emocjonalnie z problemem, który mamy do pokonania, tym trudniej się z nim uporać.
I nagle to wiesz. Tak po prostu.

Nadal mam problemy. Ale nie dominują one mojego życia. Są jedynie dodatkiem. Nie stały się mniejsze. One wciąż sa takie same. Ale to ja mniej się do nich przywiązuję.
Kiedy się pojawiają szukam rozwiązania. Kiedy w swoim wnętrzu znajdę sposób, po prostu wprowadzam go w czyn. A potem ufam, że wszystko będzie dobrze. I… jest dobrze. Nie macie pojęcia jaką potężną moc ma zaufanie. Zaufanie do życia.

listopadowo

Kochani,
Większość z was odwiedza dzisiaj cmentarze i groby waszych bliskich. Niektórzy robią to tylko dlatego, bo tak nakazuje tradycja i tak wypada. Inni rzeczywiście czują potrzebę powspominania zmarłych bliskich i wyrażenia swojej tęsknoty za nimi symbolicznie zapolonym zniczem. Są też tacy, dla których święto to nie ma najmniejszego znaczenia. A jeszcze inni ten dzień wykorzystują tylko i wyłącznie do zarabiania kolejnych pieniędzy.

Ile ludzi, tyle różnych intencji.
Gdybyśce mieli zdolność czytania w ludzkich myślach zdziwilibyście się o jakich rzeczach myśli człowiek odwiedzający dzisiaj cmentarz.
Zaprawdę nie każdy zastanawia się na sensem życia i sesnem przemijania.

Dlaczego tu jesteśmy?
Po co się rodzimy?
Po co toczymy tę walkę zwaną życiem?
Dlaczego umieramy?

Na te pytania każdy musi odpowiedzieć sobie sam.
Wyrośliście wychowywani z narzuconymi prawdami. Tak, tak. Nauczono was o grzechu, o tym, że człowiek jest niedoskonały, o szatanie, o karze, o różnych takich rzeczach. Niektórzy przyjmują to bezkrytycznie, po prostu wierząc, iż skoro tak nas nauczono, to widocznie tak musi być. Inni do prawdy pragną dotrzeć sami.
I rzeczywiście mamy do tego prawo.

Każdy z nas prędzej czy później dotrze do takiego momentu, że będzie zadawał sobie te pytania. Kim jestem? Po co tu jestem?
Odpowiedzi znajdziecie w waszych sercach, bo tam należy ich szukać. Nie na zewnątrz was, nie w tym co mówią inni. Każdy musi znaleźć swoją własną prawdę. I każdy ją prędzej czy później odnajdzie.

Mimo, że ten dzień przywodzi takie właśnie pytania, to jednak myślę, iż nie na przeszłości i tym co przeminęło powinniśmy się skupiać. Ważna jest nasza przyszłość. A tą tworzymy tu i teraz. Każda nasza najmniejsza nawet decyzja, najmniejsza myśl w jakimś stopniu kształtuje naszą przyszłość. I należy mieć tego nieustanną świadomość.

Ale życie składa się nie tylko z doniosłych chwil. Nie tylko ze świadomych decyzji. Nasze ziemskie zycie składa się tez z całego morza mniej lub bardziej chwil mało zauważonych. Takich byle jakich, o których nikt później nie pamięta.
A przecież wcale tak nie musi być.

Dobrze jesli w waszych sercach pamiętacie o waszych zmarłych bliskich.
Ale spójrzcie w tym dniu (i w każdym innym) na waszych żyjących bliskich. Na tych, którzy towarzyszą wam w tej codziennej ziemskiej wędrówce. To nic, że czasem się nie zgadzacie. To nic, że miewacie konflikty. Jednak nie każda chwila musi taka być.

Spójrzcie na waszych bliskich i przytulcie ich. Tak po prostu. Tak od serca. Poczujcie w sobie radość z tego, ze ich macie. Poczujcie wdzięczność za to, że wam towarzyszą.
Poczujcie jak drga w was miłość. Nawet jeśli jest to taka tylko tyci tyci tyci miłość. Nieważne. Pozwólcie jej zaistnieć.

Przytulajcie się. To najprostsza i najbardziej skuteczna forma leczenia duszy. Nawet jedno krótkie przytulenie dziennie poprawi wasze samopoczucie. Nie wyzbywajcie się tej wspaniałej możliwości.
Spójrzcie na waszych żyjących bliskich.
I po prostu przytulajcie się. Każdego dnia. Teraz. Kiedy są. Póki ich macie. Tak po prostu. Bo warto.

Nie robiliście tego już tak dawno? Albo nawet nigdy?
Zawsze możecie zacząć. TO JEST TA CHWILA.

emocjonalna niewola (wpis dedykowany)

Dedykuję ją wszystkim tym, którzy się pogubili.
Dedykuję ją wszystkim tym, którzy pokrzywdzeni, w rozpaczy, krzywdzą samych siebie.
Dedykuję ją wszystkim tym, którzy chcą na nowo znaleźć drogę do harmonii.

„Jeżeli twój dom wygląda jak rozwalone drzewo kasztanowca, to znak, że trzeba go zmienić”.
Kubuś Puchatek był co prawda Misiem o Bardzo Małym Rozumnku, ale za to posiadał w swoim sercu ogromną Mądrość.
Wy też ją posiadacie, tylko nie zawsze chcecie z niej korzystać.

Dziś trochę smutny temat, bowiem moje refleksje będą dotyczyły nienawiści.
Pisałam wam już niejednokrotnie o mocy sprawczej naszych myśli. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, a nawet jeśli zdajemy, to w momentach kiedy dzieje nam się krzywda, mamy skłonność do zapominania o tej znaczącej prawdzie. To nawet naturalne biorąc pod uwagę fakt, jak zostaliśmy wychowani. Nikt w końcu nas nie uczył, że to nasze myśli tworzą naszą rzeczywistość. A może uczył? Tylko niezbyt chcieliśmy tego słuchać.
Ważne zatem, by o tym przypominać.
Każda nasza myśl jest energią, która raz wprawiona w ruch nigdy nie ginie. Energia ta ma konkretną wibrację: wyższą lub niższą, w zależności od tego jakie myśli ją tworzą. Energia ta ma moc spraczą: twórczą lub niszczącą, w zależności od tego, jaka jest jej wibracja.

Każda myśl jest właśnie taką energią. Nawet najbardziej ulotne myśli posiadają w sobie potencjał energetyczny. Im jednak więcej uwagi przykuwa dana myśl, tym jej energia staje się silniejsza.
Słowo jest wzmocnioną myślą. Jest myślą wypowiedzianą. Niejako myślą uformowaną. Dlatego nasze słowa również posiadają energie. Zapominamy o tym tak często, a porzecież na codzień otrzymujemy tego dowody. Słowo może uleczyć, ale może też zranić. Jedno słowo może nas utulić, lub powalić z nóg.
Słowo pisane, jest niejako pieczęcią. Jest energią myśli nie tylko uformowaną, ale wręcz przypieczętowaną. Czy zdajecie sobie sprawę z tego jak wzmacnia się przez to jego potencjał energetyczny?
Pomyślcie sobie o tym przez chwilę.

Pisałam wam już o tym, że jesteśmy jak środek takiej ósemki. Wszystko co od siebie wysyłamy, prędzej czy później do nas powróci. Nie ma przed tym ucieczki. Nie ma od tego wyjątków.
Każda myśl, każde wypowiedziane słowo, każde napisane słowo raz wprawione w ruch, powróci do nas z tą samą wibracją, z jaką je wysłaliśmy. Twórczą lub niszczącą. Jak powróci?
To oczywiste: w postaci DOŚWIADCZENIA.
Bo doświadczenia są najbardziej wyrazistym głosem jakim przemawia do nas Życie. Każde doświadczenie niesie w sobie jakiś skarb w postaci jakieś dla nas nauki. Jeśli nie przyswoimy sobie tego, co powinniśmy, doświadczenie będzie się powtarzać aż do skutku.

Ale co to ma wszystko wspólnego z nienawiścią? Ano bardzo dużo.
W życiu zdarzają się nam różne doświadczenia, które czasami powodują, iż nie rozumiejąc ich, zaczynamy nienawidzić.
Ktoś nas porzucił. Ktoś okłamał. Zdradził. Wyparł się nas. Czujemy się oszukani, skrzywdzeni, rozgoryczeni.
Naturalne jest, iż cierpimy. Trzeba jednak zrozumieć, iż cierpienie nie jest siłą, która uderza w nas z zewnątrz od nie-wiadomo-kogo. W każdym ciepieniu, kryje się energia, którą sami wcześniej wysłaliśmy.
Możemy sobie obwiniać za nasze cierpienie innych, okoliczności zewnętrzne, przypadki i co tam jeszcze będziemy chcieli. Prawda jest jednak taka, że cierpienie jest jedynie konsekwencją naszych własnych wyborów.
Nie zawsze z tego życia.

Tak, jest takie coś jak prawo karmy i niezależnie czy w nie wierzymy, czy też nie, podlegamy mu wszyscy. To nie jest żadna idea oparta na zasadzie kar i nagród. To nie jest tak, że za złe czyny (grzechy) będziemy teraz lub w przyszłym wcieleniu ukarani, a za dobre wynagrodzeni. To nie tak.
Jesteśmy tu po to, by nasza dusza mogła wzrastać. My jesteśmy tą duszą. Każdy nasz wybór niesie ze sobą konsekwencje. Każda konsekwencja niesie w sobie możliwość nauki. Każda nauka to kolejna szansa na wzrastanie. Ot i tyle.

Wracając do naszej przykładowej sytuacji.
Ktoś nas porzucił. Ktoś okłamał. Zdradził. Wyparł się nas. Czujemy się oszukani, skrzywdzeni, rozgoryczeni. Możemy jakoś przepracować w sobie ten żal, co oczywiście wymaga czasu, lub możemy dać się mu zniewolić.

Przepracowanie – da nam wolność. Najskuteczniejszą formą jest akt wybaczenia, ale do tego potrzeba wiele odwagi. No i w zależności od człowieka będziemy potrzebowali na to mniej lub więcej czasu. Być może potrzebować będziemy też zaczepienia w jakieś pozytywnej energii: niech to będą nasze pasje, nasze zainteresowania, cokolwiek, co nas oderwie od tego żalu. Czynimy wielki krok naprzód w momencie, kiedy decydujemy się na owo oderwanie.
Najgorsze co możemy jednak uczynić, to kiedy zamiast oderwania wybieramy niewolę.
Kiedy bez ustanku skupiamy się na żalu w sobie, na poczuciu krzywdy, na goryczy, to jesteśmy na najprostszej drodze do tego, by zacząć nienawidzić.

Nienawiść zakrada się podstępnie. Niby jej nie chcemy, a jednak któregoś dnia ona po prostu jest. Zdziwienie? Przecież podlewaliśmy ją sumiennie, dbaliśmy by wyrosła. „Kiedy?” – zapytacie. Ano właśnie wtedy, kiedy nasze myśli tak intensywnie skupiały się wokół naszego poczucia krzywdy i żalu. Nienawiść jest jak plaga korników, która zeżre nas od środka. Jeśli myślicie, iż pomoże wam się ona uwolnić, od obiektu waszej nienawiści, to jesteście w grubym błędzie.
Nic bardziej nie wiąże jak właśnie nienawiść. Nic bardziej nie niszczy nas samych jak właśnie nienawiść.

Chcecie, żeby on/ona poczuł się nieszczęśliwy. Chcecie, by pożałował.
Jak mógł tak was zostawić, porzucić, okłamać, zdradzić, oszukać?
Jak może po tym co kiedyś was łączyło teraz udawać, że was nie zna?
Jak on/ona tak może? Niech za to też będzie mu źle.
Myślicie tak. Wypowiadacie te myśli. Zapisujecie je nawet może.
Co robicie? Wysyłacie w kosmos ogromną energię o niskiej wibracji, która zwielokrotniona zatoczy swój krąg i do was powróci. Uderzy w was z wielką siłą.
Wasze życzenia, by teraz jemu/jej było źle się nie spełnią. To nie ciemna magia voodooo. Nie wbijaliście szpileczek w kukiełkę czyniąc to bez waszego emocjonalnego przywiązania.
To właśnie wasze emocje wiążą was z waszą „ofiarą” tak bardzo, że owa siła niszcząca zamiast w nich, uderzy w ostateczności w was samych.
Nienawiść nie unieszczęśliwia tego, w kogo jest wymierzona.
Nienawiść unieszczęśliwia tego, kto nienawidzi. Niszczy jego duszę od środka.
Jest jak plaga korników, które wyjadają od środka drzewo.

Decydując się na nienawiść, zakładacie na siebie samych największe kajdany, jakie człowiek może sobie nałożyć.
Decydując się na nienawiść, niszczycie samych siebie. Niszczycie to, co w was dobre, piękne.
Decydując się na nienawiść, skazujecie się na doświadczanie nieszczęścia i samotności.

I jeszcze jedno:
Może to okrutne co teraz napiszę, ale decydując się na nienawiść po prostu pokazujecie, że nigdy nie kochaliście. Pomyliliście miłość z przywiązaniem, z uzależnieniem.
Jeśli wasza miłość zamienia się z jakichkolwiek powodów w nienawiść, miłością nigdy nie była.
Miłość po prostu jest Miłością. Miłość nie zamienia się na coś innego. Miłość nie ginie. Ona jest.

„Jeżeli twój dom wygląda jak rozwalone drzewo kasztanowca, to znak, że trzeba go zmienić”.
Dlaczego pokazuję wam te mądre słowa Puchatka?
Bo nigdy nie jest za późno na to, byśmy zbudowali sobie nowy dom. Nigdy nie jest za późno na to, byśmy uwolnili się z kajdan jakie stwarza nienawiść. Nigdy nie jest za późno na to, by zacząć wysyłać w świat inne energie, które na nowo pomogą nam tworzyć, zamiast niszczyć.

To od was zależy co WYBIERACIE.

Wszystkim tym, którzy cierpią i którzy się pogubili, życzę by jak najszybciej znaleźli w sobie odwagę do tego, by się uwolnić.

uczcie się od swoich dzieci

Wczoraj przed spaniem rozmawiałam z dziećmi o tym, jak można znaleźć odpowiedzi w swoim sercu. O tym jak podejmować ważne i mniej ważne decyzje pytając się o radę swojej wewnętrznej mądrości. Moi chłopcy mają 12 i 13 lat, a czasem mam wrażenie, iz rozumieją dużo więcej niż niejden dorosły.

Czasem zastanawiam się skąd w nas dorosłych przeświadczenie, iż dzieci nic nie rozumieją. Prawda jest taka, że przeciętne dziecko ma dostęp do takiej mądrości, o której my możemy pomarzyć, bowiem oddzieliśmy się od niej na własne życzenie. I nie mam tu na myśli wiedzy, ale mądrość płynącą z naszego własnego wnętrza.

Zamiast uczyć nasze dzieci naszych nie zawsze właściwych reakcji, może powinniśmy się wreszcie naszym dzieciom uważnie przyjrzeć i zacząć się uczyć od nich.

Dziecko, które oddaje z chęcią swoje zabawki i jest to dla niego naturalne.
Dziecko, które uderzone przez rówieśnika, najpierw jest być może zdziwione, a potem prędzej się rozpłacze, niż uderzy w odwecie.
Dlaczego uczymy te dzieci, by zachowywały się tak jak my?
Dlaczego mówimy im, że nie może tak po prostu oddawać swoich zabawek. Że zamiast płakać powinno oddać.
Przykładów można by podawać tysiące.
Dlaczego to wszystko?
By nasze dziecko nie musiało być ofiarą?
By umiało sobie poradzić w tym brutalnym życiu?

A gdyby tak naturalną rzeczą stał się fakt, że można inaczej.
Gdyby wszystkie dzieci uczone były, że można inaczej.
Nie byłoby przyszłych ofiar. Bo może i nie byłoby oprawców.

Utopia?
No cóż. Nie taka znowu utopia.

Obserwowaliście wasze dzieci kiedy się bawią? Przysłuchajcie się uważnie temu co mówią. Wsłuchajcie się z uwagą w ten ich „świat fantazji”. Jeśli będziecie słuchać sercem, odkryjecie wielką mądrość w waszych dzieciach. Uczcie się od nich wrażliwości.
Uczcie się od nich gotowości do przyjęcia zmian. Uczcie się od nich otwartości na miłość.

Ja sama jeszcze kilka lat temu nie byłam taka mądra jak dziś. Kiedy mój Daniel mi opowiedział dawno temu, że widział alien, to się uśmiechałam i myślałam, że ma bujną fantazję. Gdy mi tłumaczył, że był babcią, poprawiałam go, że nie mógł być babcią. Nie rozumiałam tak wiele, z tego, co mi opowiadał.
Gdy mój Oliver widział jako mały chłopiec jakieś demony (???), starałam się mu pomóc, ale nie kapowałam, że mój strach wcale w niczym nie pomaga. Gdy przychodził i się skarżył, że dzieci go krzywdzą, dawałam mu nie takie rady, jakie dałabym mu dzisiaj.

Tak wiele czasu i szans zmarnowaliśmy. Tyle okazji i darów jako matka przegapiłam.
Na szczęście nigdy nie jest za późno, by się zacząć uczyć od swoich dzieci.

Dziś zamiast spędzac czas przed telewizorem leżę wieczorem z moimi synami i rozmawiamy o planetach, drodze mlecznej, galaktykach, atomach.
Rozmawiamy o tych różnych dziecięcych „fantazjach”. Rozmawiamy o tym, jak rozmawiać z własnym sercem. O tym, jak usłyszeć odpowiedzi.
To co dla dorosłych jest zwykła bujdą i „zmyślaniem”, dla dzieci jest wciąż oczywistością.

Czas najwyższy byście zaczęli się uczyć od swoich dzieci.

otacza cię Miłość, czyli jak ja to widzę

Na samym początku chciałabym zaznaczyć, że ten wpis nie ma celu by przekonywać kogokolwiek z was do moich przekonań o życiu. Ot, to jest moje spojrzenie, moja Prawda. Każdy z Was ma swoją i bynajmniej nie o to chodzi, byśmy nawzajem udowadniali sobie na siłę kto ma rację. Chodzi bardziej o to, że każdy z nas w jakiś sposób się rozwija, zmienia się. Jední szybciej, inni wolniej, ale ten proces jest nieunikniony.
I nawet jeśli w to nie wierzycie, to nic nie dzieje się przypadkiem. Moje notki też nim nie są.
Jeśli moje pisanie kiedykolwiek komuś w czymś pomogło, to dobrze. O to właśnie chodzi, by jeśli czujecie coś swoim sercem, by korzystać z tych rzeczy.
Jeśli moje pisanie ktoś uznał za jedynie bredzenie nawiedzonej, to też dobrze. O to właśnie chodzi, by każdy szedł swoim rytmem. Moje prawdy nie muszą być waszymi.

Dziś chciałam napisać co nieco o Miłości. Spotykam się bowiem tak często na pingerze i w życiu realnym ze stwierdzeniem, że prawdziwej miłości nie ma. Za każdym razem kiedy to słyszę, moje serce chce protestować. Chciałabym zawołać: „ależ jak to, przecież Miłość jest, na wyciągnięcie ręki”.
Paradoks polega jednak na tym, że im bardziej za nią gonimy, im bardziej za nią tęsknimy, im mocniej staramy się ją zatrzymać, im usilniej jej szukamy, tym bardziej jesteśmy na nią ślepi. Dzieje się tak dlatego, że nie zdając sobie sprawy z potęgi naszych myśli, nieświadomie sami siebie unieszczęśliwiamy.

Powtarzałam już nie raz, że nasze myśli mają potężną moc twórczą. To one stwarzają naszą rzeczywistość. Wiem, że większość ludzi, nie zdaje sobie z tego sprawy. A nawet nie chce spróbować choć raz pomyśleć inaczej. Jednak fakt, że w to nie wierzą, nie powoduje, iż ich myśli tracą cokolwiek ze swej mocy twórczej.

Jak to się ma do miłości? Zwyczajnie. Kiedy zaczynamy myśleć, że miłość jest czymś, co dopiero musimy znaleźć, co dopiero musi nam się przytrafić, czymś co jest poza nami, wysyłamy niejako życiu sygnały, że mamy jej brak. I to właśnie owe poczucie braku jest tu decydującym czynnikiem. Bowiem odpowiedzią życia na stwierdzenie braku poprzez nasze myśli, nie będzie danie nam tego, czego nam brakuje. Otrzymamy właśnie doświadczenie braku w naszej rzeczywistości.
I odwrotnie: jeśli nasze myśli będą przekonane, że coś już mamy (miłość, szczęście, spokój, radość itp), to odpowiedzią na to, będzie doświadczenie obfitości.
I tak funkcjonuje cała potęga myśli.
Brzmi to skomplikowanie, dlatego postaram się wytłumaczyć to jeszcze inaczej.

Hmmmmmmm…

Nasze myśli są energiami, które raz wprawione w ruch, nie giną. To trochę tak, jak powiedzmy fale radiowe. Nawet gdy nasze odbiorniki radiowe mamy wyłączone z prądu, fale radiowe wciąż są obecne i przekazują informacje.
Może porównanie jest niezbyt superaśne, ale wyobraźcie sobie, iż jesteście takim radiem, wasze myśli są falami radiowymi, a wasze życiowe doświadczenia to nic innego jak poszczególne stacje, które potem odbieracie w waszym odbiorniku. W zależności od tego, na jaką częstotliwość fal nastawimy nasze radio, taką będziemy potem słuchać muzykę. Takie, a nie inne odbierać informacje i przekazy. To, że słuchamy jedynie jedną, wybraną przez nas stację, nie znaczy, że inne nie istnieją.
I kiedy ta jedna przestaje nam się podobać, musimy pokręcić nieco gałeczką w naszym odbiorniku, byśmy mogli zacząć odbierać inną.

Dokładnie tak funkcjonuje nasze doświadczenie miłości. Miłość nie jest czymś, co nie istnieje. Ona otacza nas cały czas. To my musimy na nowo przestawić się na częstotliwości, na których ona ma szanse do nas dotrzeć.

Spotykają nas w życiu mniejsze lub większe rozczarowania i zawody miłosne. Nasz facet przestaje nas kochać, nasza kobieta znajduje sobie innego. Czujemy się odrzuceni, niekochani, nieszczęśliwi, samotni. Nie potrafimy zrozumieć dlaczego się tak stało. I wciąż próbując znaleźć odpowiedzi, coraz bardziej skupiamy się na rozczarowaniu, na poczuciu krzywdy, niesprawiedliwości, osamotnienia. Co to powoduje? Posługując się naszym radiowym przykładem po prostu dostrajamy sami siebie na to, by odbierać podobne doświadczenia, niejako potwierdzające nasze myślenie, że miłość to tylko filmowa fikcja. Nie rozumiemy, że sami siebie od niej oddalamy, sami siebie czynimy na nią głusi i ślepi. Rozumiecie?

Naprawdę powiadam wam, że każdy z was ma w sobie taką moc, by odwrócić te przykre doświadczenia. To od was zależy jaka będzie wasza rzeczywistość. Od was zależy jaką stację zaczniecie odbierać, na jakie częstotliwości się nastawicie.
Wiem, że to trudne. Ale uwierzcie, że trudne bywa tylko na samym początku.
Jeżeli raz znajdziecie w sobie tyle odwagi, by wbrew temu co was spotyka, uwierzyć w to, że możecie to zmienić, zobaczycie że każdy kolejny krok będzie prostszy i radośniejszy.
Jeżeli choć raz zdecydujecie się na to, by wbrew temu co was spotyka, spróbować patrzeć na życie inaczej, z czasem odkryjecie że Miłość jest dookoła was. Otacza was szczelnie i jedynie czeka byście się otworzyli na to, by mogła do was dotrzeć.

Czym jest ta Miłość? I gdzie ona?
To dziesiątki tzw „przypadków”, które różnymi sposobami chcą poruszyć waszym sercem. To te wszystkie małe chwile, kiedy po prostu czujecie w waszym wnętrzu radość, dobroć, piękno. Miłość objawia się na tysiące sposobów. Wypatrując tylko jednego, przegapiacie setki innych.

Jeżeli nauczycie się dostrzegać w różnych przejawach życia okruchy miłości, które was otaczają, przestaniecie czuć się samotni i niekochani. Ta uniwersalna Miłość przenika całe stworzenie i nieustannie śpiewa do nas swoją pieśń. Nie jesteście sami, nie jesteście nieważni, nie jesteście niekochani. Ktoś się o was martwi. Ktoś się o was troszczy. Ktoś bezustannie się wami opiekuje. Ktoś po prostu was kocha.

O czym ty bredzisz Bafka, zapytacie. O Bogu? Tak, mówię o tym, co jedni nazywają Bogiem, a inni uniwersalną energią miłości. Nasze ludzkie pojmowanie nie jest w stanie zrozumieć całej doskonałości tej wspaniałej machinerii jaką jest życie. Ale dlatego obdarzeni zostaliśmy też sercem, by zamiast rozumieć, po prostu zacząć naprawdę czuć.

Im więcej miłości będziemy zauważali wokół nas, tym bardziej będzie ona obecna w naszych doświadczeniach. Tak jakbyśmy przestawiali nasze antenki by właśnie ją odbierać.
Zapytacie: cóż nam po miłości boskiej, skoro tęsknimy do zwykłej miłości ludzkiej.
Co nam po tym, że kocha nas jakiś tam abstrakcyjny Bóg, kiedy zasypiamy w samotności tęskniąc za bliskością drugiego człowieka.
Co nam po świadomości, że otoczeni jesteśmy opieką jakiegoś tam boga, skoro nasze ciało tęskni za jak najbardziej fizycznymi ramionami, dotykiem.

No cóż… Powiem tak. W momencie kiedy posiądziecie świadomość, że Miłość jest wokół was, że cały czas was otacza, dostrzeżecie dosłownie również czekające na was fizyczne ramiona. Dostrzeżecie dosłownie wpatrzone w was oczy. Nie będziecie przegapiać już miłości, która stoi wam na drodze. Nie będziecie się więcej o nią potykać, myśląc, że to „przypadek”.
Będziecie po prostu bez zakłóceń odbierać jej przekazy.

Dobrze mi gadać. Ale jak zacząć?
Zwyczajnie. Od pierwszego kroku.
Spójrzcie na dzisiejszy dzień i pomyślcie co spotkało was dobrego? Nie spotkało was nic dobrego? To może wczoraj.

Pomyślcie za co jesteście wdzięczni.
Za to, że budzicie się w kraju bez wojny.
Za to, że może wasz kot mruczy siadając wam na kolanach.
Za to, że październik podarował wam kolejny słoneczny dzień.
Za to, że kawa była dziś wyjątkowo smaczna.
Za to, że możecie marzyć, czasem spełniać wasze marzenia.
Za to, że zawsze na waszej drodze stawiani są ludzie, którzy jednak się o was martwią.
Za to, że możecie na własnych nogach pójść na spacer.
Za to, że możecie oglądać piękne rzeczy.
Za to, że możecie czytać mądre słowa.
Za to, że w radio puścili akurat waszą ulubioną piosenkę.
Za to, że możecie być tu na pingerze.
Za to, że…

Na razie będzie tego niewiele, ale jeżeli będziecie sobie zadawać te pytania każdego dnia, zaczniecie z czasem zauważać cuda, jakimi wciąż jesteście obdarowywani.
„Co spotkało mnie dobrego? Za co jestem wdzięczny?
To działa jak magia.

Im więcej dostrzeżecie, tym bardziej będziecie się dostrajali do częstotliwości, na której nadaje Miłość. Im więcej zauważycie, tym bardziej otworzycie swoje serca. W miejscu, gdzie teraz siedzi smutek, żal, poczucie krzywdy, osamotnienie, zamieszka wdzięczność.
A wdzięczność, no cóż. Ona zawsze trzyma Miłość mocno za rękę.

Zatem moi drodzy, czas odpowiedzieć sobie na pytanie, czy przypadkiem nie macie ochoty na zmienienie stacji, której słuchacie. Czy przypadkiem ta, którą odbieraliście do tej pory już wam się nie znudziła.
Jeśli tak, to nie bójcie się uczynić pierwszego kroku. On jest naprawdę mniej trudny, niż to się może wydawać.

jedna godzinka dla siebie

Kiedy piszę notki o tym, jak to bywa u mnie w domu, można odnieść wrażenie, że mam idealnego faceta, super dom i ogólnie naprawdę beztroskie szczęśliwe życie.
W jakieś mierze tak jest, bo moje życie naprawdę jest szczęśliwe. Bo ja tak się czuję.
Mimo wszystko wbrew pozorom wcale nie jest u mnie tak idealnie. Borykam się z trudnościami częściej niż to by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać. Mam swoje troski, swoje zmartwienia, swoje smutki, swoje problemy.
Nasz dom wcale nie jest zawsze spokojnym domem, a ja wcale nie zawsze chodzę uśmiechnięta. Wiem jak smakują łzy, wiem jak smakuje rozpacz i znam to uczucie, kiedy ogarnia nas całkowita bezradność i nie wiemy co dalej.

Nie piszę o tym. Przynajmiej staram się nie pisać, choć oczywiście czasami się zdarzy.
Myślę sobie, że pisanie o tych wszystkich negatywnych, przykrych rzeczach niejako mnie z nimi jeszcze bardziej wiąże. Mentalnie. Cóż zresztą pomoże narzekanie, głośne rozpaczanie, czy rozpamiętywanie? Raczej nic.
Mam wrażenie, że tylko bardziej zatrzyma mnie w miejscu.
Gdy za rok czy więcej znowu poczytam na blogu swoje stare notki, chcę czytać o tych chwilach, gdy było dobrze. O tych momentach radości i małego szczęścia. Nie chcę zapamiętywać złych rzeczy. Wolę się uwolnić od żalu, od smutku, od strachu. Każde przykre doświadczenie jest dla mnie jakąś wskazówka na to, co powinnam zmienić w sobie. Jest swego rodzaju nauką. Zmieniam się. Jestm inna niż byłam rok temu. Jestem inna niz byłam kilka miesięcy temu. Nawet nieco inna niż wczoraj.
I tak powinno być.

Gdy jest mi źle, to zamiast godzinami się nad sobą użalać, wolę zrobić coś, co wywoła w moim sercu uśmiech. Zawsze coś takiego się znajdzie, co potrafi mnie uspokoić i wypełnić choć odrobiną radości.
Gdy nie jest mi źle, też to robię.
Godzinka dla mnie.
To w sumie tak niewiele, ale potrafi zdziałać cuda.

Spróbujcie i wy. Zastanówcie się nad tym co sprawia wam radość. Co sprawia, że poprawia wam się humor, że czujecie się młodsi, spokojniejsi, weselsi. Co dodaje wam skrzydeł i wiary w siebie. Na pewno znajdziecie sporo takich rzeczy.
A potem zacznijcie je robić.
Każdego dnia. Choć trochę.
Poświęćcie jedną godzinkę dla was samych.
Niech stanie się to waszym przyzwyczajeniem. Zobaczycie jak bardzo wasze życie zmieni kolory na pogodniejsze.
Nauczcie się na nowo samych siebie kochać.
Krok po kroku.
Przecież naprawdę zasługujecie na prawdziwą miłość.

z życia wzięte

Ileś lat temu spędzałam moje dnie opiekując się dziećmi i ciągle czekając na Kapsla.
Pamiętam późne popołudnia, kiedy dzieci co chwila przyklejały do szyb swoje małe noski, wypatrując powrotu taty. Ale tata nie wracał. Nie dzwonił z przeprosinami, że się spóźni, nie odbierał telefonów. Mijały godziny. Dzieci kładły się spać kolejny dzień nie widząc taty. Ja czekałam. Często przy oknie. Często do późnej nocy. Czekałam, klęłam i martwiłam się jednocześnie.
Wracał zwykle zawiany. Czasem bardziej, czasem mniej. Nie obchodziły go ani moje zmartwienia, ani awantury jakie mu urządzałam.
Ileś lat temu mój facet, mimo że był mężem i ojcem, wciąż był przede wszystkim dużym, niedojrzałym chłopcem, dla którego najważniejsi byli koledzy, alkohol i telewizor.
Wiecie jakie to upokarzające mieć świadomość, że jest się mniej ważnym nawet od telewizora.

Ileś lat temu miałam wszystkiego dość. Nasz dom nie był ciepłym domem, bo byłam kobietą sfrustrowaną, przemęczoną i pozostawioną samą sobie. Czułam się niechciana, niepotrzebna, niekochana. Czułam się źle.
Mój żal wyładowywałam właśnie na Kapslu urządzając mu awantury i ciągle krytykując.

Ileś lat temu nasz dom był pełen smutku, gniewu, żalu i samych negatywnych emocji. Nie mieliśmy szacunku do siebie nawzajem. Nie mieliśmy poczucia bezpieczeństwa. Oboje tkwiliśmy w takim cholernym zamkniętym kole ze złych energii. Z czasem nie zauważaliśmy swojego własnego wkładu w to piekło. Widzieliśmy tylko co złego robi to drugie z nas.
Ileś lat temu oboje byliśmy kompletnie ślepi na życie. I zmarnowaliśmy tak wiele lat.

Mimo, że staraliśmy się rozmawiać, to tak naprawdę wszystkie rozmowy kończyły się na kłótniach. Nie było między nami dialogu. Dawno zapomnieliśmy co znaczy słowo „razem”. Żyliśmy obok siebie. Obok. Tak bardzo samotni. Oboje.

Pamiętam jak był u mnie mój Brat i pokłóciliśmy się. Ja z nim. O Kapsla właśnie. O to, że ciągle urządzałam mu awantury, że się na niego darłam i go krytykowałam. Możliwe, iż mój Brat nie znał wtedy całej sytuacji, ale dostrzegał coś, czego ja nie widziałam. Pokłóciliśmy się wtedy tak bardzo, że spakował się i pojechał do Polski.
Wtedy miałam do Marcina nawet żal. Dziś jestem mu za tą kłótnię wdzięczna. Za to, że jako Brat, nie oszczędzając mnie, nazwał rzeczy po imieniu.
Bo chyba dopiero potem analizując sobie wielokrotnie całą zaistniałą sytuację, dostrzegłam po raz pierwszy mój wkład w to piekło.
To właśnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że nie mogę obwiniać tylko Kapsla za to, że pił, że nie dawał mi wsparcia, że nasz dom był pełen chaosu. To wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że jestem w tej samej mierze odpowiedzialna za to, co się z nami działo.
I chciałam to zmienić.

Nie od razu się wszystko udało. Te wszystkie lata, w których żyliśmy obok zamiast razem, pozostawiły swój ślad. Nazbierało się dużo żalu. Jeszcze więcej negatywnej karmy, którą oboje musieliśmy przepracować.
Jednak wiedziałam już wtedy, że jeśli chcę, by moje życie stało się lepsze, muszę zmienić przede wszystkim siebie.

Upadałam, wiele razy. Najbardziej bolesne było zderzenie z brakiem poczucia własnej wartości. Musiałam na nowo nauczyć się kochać samą siebie. Miłość do siebie oznacza również wybaczenie sobie błędów. To było chyba najtrudniejsze, ale i najważniejsze ze wszystkiego. Dopiero kiedy wybaczyłam sama sobie wszystkie błędy, dopiero wtedy naprawdę poczułam się wolna. I mogłam wreszcie prawdziwie poczuć i ją – Miłość we mnie.

Dlaczego wam teraz o tym opowiadam?
Bo chcę wam pokazać, że ja wcale nie jestem idealna. Że moje życie też nie zawsze było cudowne i pełne harmonii. Że zmagałam się z podobnymi problemami jak wielu z was. I tak samo jak wielu z was czułam się nieszczęśliwa, niekochana, nieważna, niepotrzebna, samotna. Obwiniałam za tą sytuację głównie mojego Kapsla, bo nie rozumiałam, że to ja sama a nie on, byłam i jestem odpowiedzialna za swoje poczucie szczęścia.

Żałuję, że tak wiele czasu zmarnowałam żyjąc w nieświadomości. Myślałam, że moje szczęście zależy od innych. Tymczasem prawda jest taka, że TYLKO ja sama jestem odpowiedzialna za poczucie szczęścia i za to jakie jest i będzie moje życie.
Tak samo wy sami jesteście odpowiedzialni za wasze szczęście. Tylko wy i nikt inny.

Można tkwić latami w nieświadomości, popełniać głupie błędy, tylko dlatego, że nie ma się odwagi, by dostrzec własny udział. Dużo łatwiej jest obarczać winą za wszystko kogoś innego, użalać się nad sobą, pielęgnować w sobie poczucie krzywdy, żalu i gniewu, niż zacząć naprawdę coś zmieniać.

„Jeśli wasze życie z jakiś powodów wam nie odpowiada, jeśli czujecie się samotni, niekochani, pozostawieni samym sobie, skrzywdzeni – zacznijcie to zmieniać. Nie macie mocy, by zmienić kogoś. Jedyną osobą, którą jesteście w stanie zmienić, jesteście wy sami.”

Zacznijcie zmiany od siebie samego.
Zacznijcie od wybaczenia.
Wybaczcie sobie to wszystko, co było złe. Wybaczcie sobie wszystkie krzywdy, które wyrządziliście innym i sobie samym.
Wybaczcie sobie wasze błędy i potknięcia.
Wybaczcie sobie i spojrzyjcie na siebie łagodnie. Odkryjcie w waszym sercu światło.
Jeśli trzeba to płaczcie. Łzy przynoszą ukojenie, oczyszczają duszę. Płaczcie.
A potem uśmiechnijcie się i zacznijcie na nowo kochać samych siebie.

Tylko nauczywszy się kochać siebie, będziecie umieli naprawdę kochać i innych.
„Miłość do kogoś nie oznacza, że należy zapomnieć o miłości do siebie.”
Nie można dać komuś czegoś, czego nie mamy.

Poczujcie tę Miłość. Otwórzcie wasze serca. Pozwólcie sobie na wzruszenia.
Pozwólcie sobie na to, by naprawdę czuć. Zobaczycie jak wasze życie zacznie się zmieniać.
Nie wszystko od razu stanie się lepsze. Nie jest łatwo. Ale naprawdę warto. Kochani, naprawdę warto. To od was zależy jakie będzie wasze życie.

Pamiętajcie, że każda wasza myśl, każde wypowiedziane czy napisane słowo, każdy uczynek jest wysyłaną w kosmos energią. Energią, którą wprawiacie w ruch i która nie ginie. Ona powróci do was. Prędzej czy później, z tej czy innej strony. Ale powróci.

Wiecie jak wygląda ósemka? Ta liczba ma taki cudowny symbol: 8. W matematyce przewrócona 8 symbolizuje nieskończoność. Nieprzypadkowo.
Wyobraźcie sobie, że jesteście taką ósemką. Tam, gdzie przecinają sie linie jest wasze Ja. Wyobraźcie sobie, że to jesteście wy sami. Po tych liniach, które się przecinają krąży to, co od siebie wysyłacie. Te energie, które wprawiliście w ruch. Po drodze przyciągają do siebie podobne i wracają do was. Prędzej czy później, z tej czy innej strony. Ale zawsze wracają.

Jeśli chcecie, by wasze doświadczenia stały się radosne, szczęśliwe, przynoszące ciepło, miłość i piękno, musicie to samo wysyłać od siebie.
Naiwnie jest sądzić, że otrzymamy dobro, jeśli sami tworzymy zamęt.

Jeśli chcecie, by was szanowano, zacznijcie naprawdę szanować samych siebie i innych.
Jeśli chcecie, by się o was troszczono, zacznijcie troszczyć się o siebie i innych.
Jeśli chcecie, by was akceptowano, sami zacznijcie się akceptować i akceptujcie również innych.
Jeśli chcecie, by was kochano, zacznijcie sami naprawdę kochać. Siebie i innych.

Dostrzeżcie wasz wkład w to, co się z wami dzieje.
Dostrzeżcie wielką moc jaką macie. Moc tworzenia.

Pewnie, że nie wszystko stanie się łatwe. Jeszcze setki razy zdarzą się sytuacje, w których nie będziecie wiedzieli co dalej. Będziecie czuli smutek, żal, gniew, rozczarowanie.
Ale nie poddawajcie się.

Jeśli przyjdzie taka chwila, wtedy spróbujcie znaleźć chwilę ciszy. I zadajcie sobie jedno, bardzo ważne pytanie: Co zrobiłaby teraz Miłość?
A potem wsłuchajcie się w siebie, a usłyszycie odpowiedź. W waszym własnym wnętrzu. Tą pierwszą myśl. Nie lękajcie się pójść jej śladem. Ja wiem, że często wtedy do głosu pcha się ego, pcha się nasza urażona duma, chęć odegrania się. Nie słuchajcie ich. One nie bywają dobrami doradcami. Posłuchajcie głosu waszego serca. I nie bójcie się pojść za tym głosem.

Zapytacie: A co jeśli te zmiany nic nie dają?
Dają. Zapeniam was, że każda zmiana na lepsze w was, przyniesie małą zmianę na lepsze w waszym życiu.
Wraz ze zmianą w was samych, zmienią się i wasze doświadczenia.
Czasem zmienią się i inni. Nie dlatego, że wy ich zmienicie. Tylko dlatego, że oni sami zechcą to zrobić, patrząc na zmiany w was.

Życzę wam kochani, byście nie odkładali zmian na później. Nigdy nie wiecie czy owo „później” będzie miało szansę jeszcze kiedykolwiek zaistnieć. Zacznijcie już teraz. Dziś.
To dziś jest ten dzień, w którym możecie zacząć tworzyć wasze życie szczęśliwszym.
To dziś jest ten dzień, w którym możecie zacząć na nowo się nauczyć kochać. Siebie samych. A poprzez to i innych.
Otoczcie się opieką.
Otulcie się łagodnością.
Otwórzcie wasze serca.
Wasze życie nabierze barw.

Nie marnujcie czasu, nie marnujcie niepotrzebnie dni, tygodni, miesięcy i lat, jak ja kiedyś zmarnowałam.

Wysyłam wam same ciepłe myśli.

Wasza Bafka

o facetach, tygrysach, a właściwie o związkach damsko – męskich

A tak odnośnie facetów, to jakoś nie mogę się powstrzymać, by też coś napisać.

Hmmmm… Faceci wcale nie są tacy źli, jak się to niektórym kobietom wydaje. Zadziwia mnie u kobiet często kompletny brak sensownego rozumowania w ocenianiu relacji z mężczyznami.
Otóż, nie wiadomo skąd mają one (nie wszystkie, ale wiele z nich) przekonanie, że skoro facet się na nas nie żali, nie płacze w rękaw, nie robi fochów, to jest mu najwidoczniej po prostu dobrze.
No przecież ma nas. Więc powinien być szczęśliwy. Ba! Mało tego. Taki facet powinien:
-) nas zawsze kochać
-) okazywać nam swoją wdzięczność
-) okazywać nam szacunek
-) starać się nas zrozumieć
-) być z nami szczery
-) spełniać nasze zachcianki
-) no i wiele podobnych rzeczy, których wymienienie tu zajęłoby mi pewnie jeszcze godzinę.

I wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy my zaspokojały te same potrzeby im, facetom. To nieprawda, że facet do szczęścia potrzebuje tylko sexu, żarcia i piwa. Gdyby tak było, faceci nie decydowali by się na związki z nami. Wystarczyły by im wtedy burdele i knajpy. Ale nie to cieszy faceta.
Każdy normalny mężczyzna, potrzebuje tak jak i my Miłości. A miłość to okazywanie sobie szacunku, zrozumienia, wdzięczności, czułości…

To, że faceci są duzi, silni i twardzi, nie oznacza, że nie potrzebują być kochani.
Oni tak samo za tym tęsknią jak my.

Chcemy okazywania miłości. Wiem, że kobiety potrzebują tego, by mężczyźni o miłości mówili. Choć raz na jakiś czas. Ale nie każdy mężczyzna potrafi o tym mówić. Ci, którzy nie potrafią zapewnią nas o swej miłości na milion innych sposobów. I nie chodzi o bukiety kwiatów, klękanie na kolana i pierścionki z brylantami. Ale o zwykłe życie.

Chłop naprawi cieknący kran, wywierci dziurę w ścianie na obrazek, pójdzie na zakupy, odkurzy mieszkanie, pozmywa naczynia…
Powiecie, phi! Cóż to takiego wielkiego. Przecież my kobiety dziennie to robimy. A jednak to nie jest to samo. Nie dlatego, że nasza praca się mniej liczy. Ale dlatego, że faceci (przynajmniej znaczna ich część) uważają czyny za bardziej wymowne od słów. I cóż z tego, że wy będziecie chciały, aby on wam mówił, że was kocha. On i tak gdzieś tam w środku będzie myślał, że skoro wywiercił wam w ścianie dziurę bo prosiłyście, skoro sam od siebie poszedł na zakupy, skoro pamiętał o tym by kupić proszek do prania, skoro zrobił wam kawę na dzień dobry, to to wszystko jest właśnie o wiele wymowniejsze. Jest jego sposobem na to, by powiedzieć wam, jak bardzo was kocha i jak bardzo mu na was zależy.

Problem w tym, że wiele kobiet o tym nie wie, nie rozumie. I co robią? Krytykują.
Bo niedokładnie poodkurzał. Bo zmywając nachlapał na podłogę. Bo ścielając łóżko nie wygładził prześcieradła. Bo robiąc nam kanapki zostawił brudny nóż i deskę na blacie. Bo mógłby wreszcie zapamiętać, że tych czekoladek nie lubimy. Bo, bo, bo …

Okuzujmy sobie więcej zrozumienia.
Także w sprawach łóżkowych. Dlaczego kobiety mają często przekonanie, że facet, skoro nas kocha, powinien mieć zawsze ochotę, kiedy my chcemy. A jeśli on nie ma tej ochoty, to co? Zaraz jakieś podejrzenia. Boże kochany! przeciez faceci to też tylko ludzie, żadne tam konie rozpłodowe. Nawet jeśli czasem zachowują się jakby nimi byli.

Okazujmy sobie więcej wdzięczności.
Nie docenia nas. Tego wszystkiego, co dla niego robimy. Pierzemy jego brudne skarpetki. Stoimy przy garach. Robimy ulubioną sałatkę. Ale on nas nie docenia. Nie dostrzega naszego wyrzeczenia i poświęcenia.
A my? Czy doceniamy to, co robi dla nas on? Każdego dnia. Jedzie do pracy, użera się z klientami, z szefem, z czym tam jeszcze. Pewno że dla siebie, dla swojej satysfakcji faceta spełnionego. Ale również dla nas. Bo może myśli o tym, żeby następnym razem zabrać nas gdzieś na urlop, albo do kina, albo jeszcze coś innego.

Te wszystkie rzeczy, które na codzień wydają się zwykłą szarą codziennością, mogą być jedynie zwykłą szarą codziennością, ale mogą być też czymś szczególnym. Wystarczy spojrzeć na to jak na małe codzienne okazy miłości.
Okazujmy sobie więcej wdzięczności.
Nie traktujmy wszystkiego jak oczywistość.

Okazujmy sobie więcej szacunku.
Kiedy my krytykujemy, albo mówimy co nas boli lub co nam się nie podoba, to po prostu mówimy o tym, co nas boli lub co nam się nie podoba.
Kiedy dokładnie to samo mówi nasz facet, to się nazywa, że wydarł na nas mordę.
??????
I gdzie tu szacunek???

Nie zapominajmy o szacunku do siebie.
I o odrobinie łagodności.
Ja sama jestem nerwusem i mam bardzo choleryczny charakter, ale zapewniam was, że nawet z usposobieniem choleryka można mówić bez obrażania, bez wiecznego krytykowania, bez ciągłych pretensji.

Lubicie komplementy? Jasne, że lubicie. Każda kobieta lubi komplementy. To one sprawiają, że rozkwitamy, stajemy się pewniejsze siebie, piękniejsze…
Z naszymi facetami jest dokładnie to samo. Tyle, że na nich tak samo działaja pochwały. Wiem, że czasem może wam się wydawać idiotyczne, chwalenie za coś, co jest naturalne. Ale założę się, że facetom nieraz też wydaje sie idiotyczne komplementowanie czegoś, co jest naturalne.
Jeśli wasz chłop nagle sam od siebie pościeli łóżko, to zamiast go skrytykować, po prostu go pochwalcie. Tak zwyczajnie.
Pochwały i komplementy mają cholernie pozytywną moc. Głupotą by było nie chcieć z tego korzystać.

Nasze życie domowe może naprawdę stać sie całkiem inne, piękniejsze, wypełnione harmonią. Ale musimy zacząć zmiany od siebie. Nie da się wywalczyć szacunku czy zrozumienia, jeśli sami go nie okazujemy. Naiwnością jest sądzić, że zdobędziemy miłość, jeśli same o niej zapominamy.
Negatywe rzeczy zwalczyć możemy tylko dobrem.

A to się rozpisałam. A Kubuś Puchatek wszystko tak ładnie upchał w dwu zdaniach:

“To, że zwierzę jest duże, nie oznacza, że nie potrzebuje czułości. Jakkolwiek duży Tygrys się wydaje, potrzebuje tyle czułości, ile Maleństwo.”

Życzę Wam Dziewczyny, byście potrafiły okazywać więcej czułości Waszym Tygrysom, a wtedy i oni okażą tej czułości więcej Wam.
Nie ma naprawdę złych Tygrysów. Są tylko za mało kochane.

o cebulach w nas

Jak to było? Co mówił Shrek? Że ogry mają warstwy i są jak cebula. Jakoś tak.
Myślę sobie właśnie, że właściwie cały świat tak wygląda, a każdy z nas też pod tym względem jest nieco jak Shrek. Mamy warstwy.

Nic nie jest tylko takie jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.
A jednak tak łatwo nam przychodzi osądzanie, ocenianie i przylepianie etykietek na podstawie tej pierwszej warstwy.
A to wcale nie tak…

I nie chodzi o to, że cebula, kiedy się ściągnie górną warstwę stanie się nagle czosnkiem lub pomidorem. Wcale nie. Jest nadal cebulą. Tylko… hmmm czasem można nieco więcej zrozumieć dlaczego jest właśnie TAKĄ cebulą. Bo cebule bywają różne, niby każda podobna do drugiej, a jednak każda jest nieco inna.

Tak samo różne bywają problemy. Bo różni bywamy my. Pod powłoką naszych słów, naszych myśli i naszych czynów, gdzieś tam są odpowiedzi na pytania dlaczego właśnie tak.
Bo w różnych wyrastaliśmy domach, bo różne mieliśmy doświadczenia, bo jednych kochano mocniej, a innych wcale. Bo różne mieliśmy w życiu szanse, możliwości i wreszcie różna jest nasza odwaga do korzystania z tych szans.

To co widzimy na zewnątrz, niekoniecznie jest odzwierciedleniem tego, co naprawdę jest w środku. Zwykle właśnie nie jest.

I nie chodzi o to, by z buciorami się pchać do cudzego życia i rządzić. Chodzi o to, by starać się zrozumieć dlaczego. I może jeszcze o to, że jeśli widzimy w tej pierwszej zewnętrznej powłoce coś, co niekoniecznie nam się podoba, zanim zaczniemy osądzać, oceniać i wygłaszać swoje mądrości, może warto czasem sięgnąć nieco w głąb. Albo jedynie posłuchać.

Zwykle przy obieraniu cebuli pojawiają się łzy.
Przy sięganiu w głąb pojawiają się emocje. Dotykamy swojego własnego człowieczeństwa.
Warto czasami przyjrzeć się temu, co jest w środku. Ale trzeba to robić z odpowiedzialnością. Zewnętrzne powłoki bywają zahartowane. Te w środku są zwykle delikatne.
Im więcej włożymy wrażliwości w nasze dłonie, myśli i słowa, tym mniej będzie łez. A czasem pojawi się nawet prawdziwy uśmiech.

Nic nie jest tylko takie, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

jedyne oczekiwanie / jedyny warunek wobec Przyjaźni

Bardzo przeżywam wszystkie konflikty / niedomówienia / spięcia / nieporozumienia z tymi, na których mi zależy. Nawet jeśli staram się tego po sobie nie pokazywać, to jednak potem przez długi czas czuję w sobie jakiś taki smutek, który zwyczajnie mnie przygnębia.
Próbuję zrozumieć, ale samemu nie zawsze to wychodzi.

Zdaję sobie sprawę, iż z jednej strony sama przyczyniłam się do owej sytuacji. Że może powiedziałam coś za dużo, że może lepiej było zachować swoje uwagi i przemyślenia dla siebie. Ale przecież miałam dobre intencje i wcale nie chodziło mi o to, by na siłę w kimś coś zmieniać. Zwyczajnie zareagowałam na wysłaną do mnie wcześniej prośbę.
Prośbę o szczerość.

Tylko tu właśnie zaczyna się problem.
Nie umiem udawać.

Jeśli kogoś traktuję za Przyjaciela, to jest to równoznaczne z tym, iż mam do tego kogoś zaufanie. Zaufanie do tego, by móc z tym Kimś być całkowicie szczerą. Bez udawania, bez ważenia słów i zastanawiania się nad tym jak opakowywać to co chcę powiedzieć, by było najbardziej podobne do tego, co owy Ktoś chce usłyszeć.
Nie umiem tak.
Nie umiem się bawić w takie gry.
Nie umiem udawać szczerości.

Jeśli ktoś chce być moim Przyjacielem, musi się liczyć z tym, że będę szczera naprawdę.

I oczekuję tego samego.
Jeśli jest we mnie coś, co Ty Przyjacielu nie pochwalasz, co Ci się we mnie nie podoba, co Cię drażni, męczy, przeszkadza, ogranicza itp, to po prostu szczerze mi to powiedz. Niekoniecznie się zaraz z tobą zgodzę, ale przynajmniej przemyślę, zastanowię się nad tym, czy przypadkiem nie masz racji. Nie wiem czy będę chciała i umiała owe coś w sobie zmienić, ale przynajmniej możemy szczerze o tym porozmawiać. To nam pomoże lepiej się zrozumieć. Takie rozmowy uważam za swego rodzaju dar dla mnie, bo pomagają mi dostrzec moje błędy, pomagają mi też lepiej zrozumieć i Ciebie.

Kiedy pojawiają się konflikty / niedomówienia / spięcia / nieporozumienia to znak, że nie do końca się zrozumieliśmy. To znak, że tutaj właśnie jest miejsce dla naszej całkowitej szczerości. Nie oznacza to, że mamy sobie ustępować, czy ulegać. Nie znaczy, że jedno ma drugiemu odebrać wolność bycia sobą. Zawsze można znaleźć drogę by pozostać sobą, ale jednocześnie nie zatracić w sobie wrażliwości na innych.

Nie oczekuję od moich Przyjaciół tego, byśmy we wszystkim się zgadzali. Byśmy mieli te same poglądy, zachowania, czy cokolwiek innego. Każdy mój Przyjaciel ma prawo do tego, by być całkowicie sobą, taki jaki naprawdę jest. Akceptuję i kocham go właśnie takiego. Nie oczekuję wzajemności uczuć, ani nawet uwagi i czasu, które ma mi poświęcać.

Jedyne czego oczekuję to właśnie szczerości. I tego, by i mi dano wolność bycia całkowicie szczerą.
Bez tego jedynego Przyjaźń dla mnie nie istnieje.

Jeśli ktoś ofiarowuje mi swoją Przyjaźń, musi ofiarować mi również wolność do bycia szczerą. Tak jak ja taką samą wolność Przyjacielowi daruję.
Jeśli darujemy sobie nawzajem ową wolność do szczerości, należy być za nią odpowiedzialnym i mieć do niej szacunek. Inaczej to wszystko nie ma sensu.
Inaczej możemy być tylko po prostu przyjaciółmi albo znajomymi.

PS. Zawsze jest dobra chwila do tego, by ze swoim Przyjacielem nadrobić szczerość.

są znajomi, są Przyjaciele i są po prostu przyjaciele – nauczcie się ich rozróżniać, a unikniecie wielu smutnych chwil

Przeczytałam pewną notkę na pewnym blogu i tak sobie właśnie dumam nad moimi różnymi znajomymi. Bliższymi i dalszymi.

Bo w życiu są i znajomi i są po prostu przyjaciele. I czasami, kiedy mamy szczęście, są jeszcze Przyjaciele.
A teraz tak całkiem swobodnie rozwinę sobie tę myśl.

Możliwe, iż mam nieco inne podejście do ludzi ogólnie.
Możliwe, iż właśnie dlatego inne są nieco moje z nimi relacje.
Opowiem wam zatem jak to jest ze mną.
Opowiem wam jaki jest świat według Bafki.

Poznałam w na swojej życiowej ścieżce wielu ludzi. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach, w różnych okresach mojego życia.
Z jednymi spędziłam mnóstwo czasu i przegadałam mnóstwo godzin, a mimo to pozostali jedynie znajomymi. Z innymi, spędziłam dużo mniej czasu i przegadałam dużo mniej godzin, a mimo to od samego początku byli i są Przyjaciółmi.

Po czym poznać czy ktoś jest tylko znajomym, a ktoś inny Przyjacielem? Właściwie to nie potrafię tego określić słowami. To się po prostu wie.

Tak sobie myślę, że nie czas ani uwaga jaką sobie nawzajem poświęciliśmy (lub też nie poświęciliśmy) jest miernikiem naszej przyjaźni.
To coś zupełnie innego.

Jakieś 20 i więcej lat temu, za czasów ogólniaka byłam w drużynie harcerskiej. Równoczenie miałam przecież swoich klasowych kolegów i koleżanki. Jedni od samego początku byli po prostu tylko kolegami, koleżankami, znajomymi. Inni od samego początku stali się Przyjaciółmi. I są nimi do dzisiaj. Mimo tylu lat.

Jak to się dzieje?

Poznajesz kogoś i już po pierwszej rozmowie wiesz, że to nie będzie taka zwykła znajomość.
Myślę sobie tak po bafkowemu, że człowiek jako istota troista, składająca się nie tylko z ciała, ale i ducha, odbiera po prostu pewne niewidzialne dla oka energie. Każdy z nas wysyła w kosmos swoje energie. Robimy to nieustannie. Każdym oddechem, każdą myślą, każdą emocją.
Jeśli spotkacie na swojej życiowej ścieżce Przyjaciela, od razu będziecie wiedzieli, że to On. Bo to się właśnie wie. W środku.

hmmmm …
Wyobraźcie sobie, że nie jesteście tylko waszym ciałem, ale że jesteście jeszcze takim ciałem energetycznym/eterycznym/duchowym, które ma dużo większy wgląd w Rzeczywistość niż wasz umysł. I wyobraźcie sobie jeszcze, że każdy napotkany człowiek też jest dodatkowo takim właśnie energetycznym/eterycznym/duchowym ciałem.
I nagle spotykacie się gdzieś. Gdziekowiek.
Podczas gdy wasze cielesne ciała sobie robią co tam robią, rozmawiają o dupie maryni czy czymkolwiek innym, to te ciała energetyczne zaczynają się ze sobą lepiej poznawać. One mają taką moc, że poznają się ze sobą nawet wtedy, gdy wasze ciała fizyczne mają się nawzajem w dupie. Wystarczy, że jesteście gdzieś w tym samym miejscu. Gdziekolwiek.
Jeśli się zdarzy, że te wasze energetyczne/eteryczne/duchowe ciała wyjątkowo do siebie pasują, jak to się mówi „nadawają na tych samych falach”, wtedy BACH! Ta energia będzie taka mocna, że na pewno ją poczujecie.
To właśnie w tym momencie zdarza wam się coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia.
Albo jeszcze lepiej Przyjaźń od pierwszego wejrzenia.
I już po prostu nie ma na to mocnych.

Możecie przeżyć ze sobą bardzo wiele, lub dużo, dużo mniej.
Możecie ze sobą wiele rozmawiać lub razem po prostu milczeć.
Możecie z powodu różnych zakrętów życiowych stracić ze sobą kontakt. Nawet i na sto lat.
A potem, gdy któreś z was zapyta nagle tego drugiego: „co dziś jadłeś na śniadanie?”, to będzie tak, jakby tego milczenia pomiędzy nigdy nie było.
Wasze serce zrobi fikołka z radości.
Wasza dusza będzie śpiewać.
Wasze ramiona się otworzą.
Bo dla waszego Przyjaciela nieistotny jest czas, który dzielił. Istotna jest jedynie TA CHWILA.

Bo gdy spotkacie Przyjaciela nie potrzebujecie od niego NIC. Cieszycie się, że po prostu jest. Dajecie mu Wolność. Wolność polega również na tym, że on NIC wobec was NIE MUSI. Jeśli ma ochotę zamilknąć na parę nawet lat, to pozwalacie mu zamilknąć. Tak po prostu. A kiedy się znowu pojawi, witacie go z otwartymi ramionami i prawdziwą radością w sercu. I tak samo on traktuje was. Bo prawdziwi Przyjaciele kochają się nie ZA, ale POMIMO. Prawdziwi Przyjaciele nie potrzebują zapewnień, sms-ów z życzeniami, telefonów, pamięci. Bo wiedzą, że ta pamięć ZAWSZE jest. W sercu. Skąd wiedzą? Bo to się wie.

Jeśli relacja wygląda inaczej, wtedy spotkaliście zapewne po prostu przyjaciół. Po prostu przyjaciele różnią się nieco od Prawdziwych Przyjaciół. Różnią się tym, że o po prostu przyjaciół trzeba po prostu dbać. Jak o kwiat.
Po prostu przyjaciele potrzebują by podlewać tę przyjażń. Potrzebują wspólnie spędzonego czasu, wspólnych rozmów, wzajemnej pamięci. Gdy czegoś długo brakuje, wtedy w sercu pojawia się smutek. Zaczynacie więc walczyć z tym smutkiem, próbujecie naprawić coś, przywołać na nowo. Czasem się udaje, a czasem nie. I wtedy pojawia się w sercu żal.
Gdy żal zagości do was choć raz, wtedy wiadomo, że po prostu przyjaciele mają już bardzo małe szanse nadal być po prostu przyjaciółmi.
Jeśli pójdzie bardzo źle i żalu w waszych sercach jest bardzo dużo, wtedy zatrzaskują się drzwi i nikt już nie otwiera okna.
Jeśli dobrze pójdzie i gdy żalu jest mało, po prostu przyjaciele zamieniają się w znajomych.

Ze znajomymi to całkiem inna bajka. Niektórzy są nimi od zawsze. Inni zmieniają się w nich z nieznajomych lub z po prostu przyjaciół. Ze znajomymi wszystko jest prostsze. Kiedy są, to się cieszymy, że są. Lub nie. Kiedy znikają na krócej lub dłużej, to za nimi tęsknimy. Lub nie.
Znajomy wyśle wam kartkę na święta i miło mu będzie, jeśli dostanie taką i od was. Ale nie będzie rozpaczał gdy jej nie dostanie. Ucieszy się jeśli będziecie pamiętać o jego urodzinach, ale jeśli zapomnicie, to też mu się nic nie stanie.
Znajomy zgłosi się do was o pomoc, gdy będzie jej potrzebował. Ale niekoniecznie będzie chciał wam pomóc, gdy potrzebować będziecie go wy.
Znajomy będzie się z wami spotykał z różnych dziwnych powodów:
– przez tzw. „przypadek”
– z obowiązku
– bo tak wypada
– bo macie wspólne interesy
– bo macie podobne hobby
– żeby wam nie było przykro
– z nudów
– żeby sobie wypić
– żeby sobie pogadać
– czasem z wdzięczności
Ale nigdy z potrzeby serca.

Jeśli znajomy zacznie chcieć się z wami spotykać z potrzeby serca, wtedy prawdopodobnie staje się po prostu przyjacielem.

I tak oto wygląda świat według Bafki.

Życzę wam, byście mieli dystans do waszych znajomych, dbali o waszych po prostu przyjaciół i by na waszej życiowej drodze pojawił się choć jeden Przyjaciel.
By go rozpoznać musicie jednak patrzeć sercem.

I jeszcze jedno. By móc w ogóle mieć Przyjaciela, trzeba najpierw samemu się nim stać.

tu i teraz

Za oknem znowu leje. Ale jakoś tak ze swego rodzaju sympatią patrzę na ten deszcz. Pościągałam pranie z balkonu. O dziwo mimo tej wilgoci wyschło bez problemów.
Potem był telefon. Wiadomość o śmierci kogoś, kogo bardzo lubiłam.
Jakoś tak trochę smutno się zrobiło. Ale tylko trochę, bo wierzę, że teraz ten ktoś jest – tam gdzie jest – szczęśliwy.

I tak sobie tylko rozmyślam jakie to życie jest. Ludzie mają marzenia, snują plany, a tu jedna chwila i człowieka nie ma. Nie ma sensu odkładać rzeczy na później. Na szczególny dzień kiedyś tam. Bo ten szczególny dzień nigdy może nie nastąpić.

Dziś jest dzień szczególny. To właśnie ta chwila, która jest magiczna. To TU i TERAZ i waśnie na tym należy się skupić. Bo jutro może będzie, a może i nie będzie.

Czasem owo tu i teraz wydaje sie być zwykłe, szare, nudne, do dupy. Ale tak sobie myślę, że to od nas zależy jakie ono będzie. Mogę przecież uczynić je na swój sposób pięknym. Wystarczy włożyć nieco ciepłych myśli w to, co akurat muszę zrobić. I nieco wdzięczności za to, co mam. I nieco serca, by podać to dalej.
Tak sobie myślę.

I zamierzam dziś te myśli przełożyć na czyn.
Ale najpierw muszę komuś powiedzieć, że go kocham.

czasem warto „zmarnować” nieco czasu

Pytano mnie nie raz i nie dwa o to, jak ja na wszystko znajduję czas. Za każdym razem te pytanie wywoływało we mnie leciutkie zdziwienie. Bo na dobrą sprawę to nie zastanawiałam się nigdy nad tym, że „mam czas”.

Prawda jest taka, że nie pracuję na co dzień zawodowo. Tzn. pracuję, ale tylko od czasu do czasu, a to oznacza, ze każdego dnia mam te kilka godzin więcej.

Prawda jest też taka, że mam wspaniałych facetów, którzy pomagają mi w obowiązkach domowych (już choćby z zakupami czy sprzątaniem), co również zaoszczędza czasu. Chyba w ostatecznym rozrachunku nam wszystkim.

I wreszcie – moim zdaniem najważniejsze – myślę, że to kwestia ustawienia sobie priorerytetów w życiu.
Kiedy wyszłam za Kapsla i zamieszkałam razem z nim, to wzorem moich szwagierek chciałam być oczywiście doskonałą żoną i panią domu. I w gruncie rzeczy marnowałam mnóstwo czasu i energii na sprzątanie. Na codzienne odkurzanie, mycie podłóg i łazienek. Dochodziło do tego zajmowanie się małymi dziećmi i kiedy pod wieczór mogłabym mieć czas, to byłam zbyt zmęczona, by się nim naprawdę cieszyć. Pamiętam, że wtedy byłam ciągle niezadowolona i przemęczona. Jednym słowem żona jędza.

Dopiero dużo później odkryłam, że kiedyś nikt się nie będzie mnie pytał o to, czy zawsze miałam czyste okna, wyprane firanki i wypucowane na glanz mieszkanie. Ba! Nikt nie będzie o tym nawet pamiętał. Bo to są rzeczy, które w tworzeniu domu naprawdę nie są najważniejsze.
Zrozumiałam, że o wiele bardziej istotne od czystych okien czy podłóg są godziny, które spędziliśmy prawdziwie razem. Opowiadając sobie opowieści, grając razem w jakieś gry przy jednym stole, czy choćby łaskocząc się nawzajem na jednym łóżku.
Bliskość ma szansę powstać tylko wtedy, jeśli ma się na nią czas.

Zrozumiałam także, że każdy człowiek by być szczęśliwy, potrzebuje także odrobiny wolności. Choćby w kwestii wyrażania siebie. Pasje są swego rodzaju akumulatorem, który pozwala naładować wewnętrzne baterie. Uskrzydlają.
Podarowaliśmy sobie z Kapslem tą wolność, która pozwala nam realizować nasze pasje. Bo Miłość to niekoniecznie robienie wszystkiego razem. Miłość to również wspólne kochanie całkiem innych rzeczy. To wsparcie, jakie możemy sobie nawzajem dać, patrząc w zupełnie innych kierunkach.
Szacunek do tego, że ta druga osoba może dbać o swoje „ja”.
Tego samego uczymy naszych chłopców i staramy się im to umożliwić.

I jeśli mam wybierać np pomiędzy jakimkolwiek domowym obowiązkiem, a spędzeniem godziny na wspólnym leniwym leżeniu do góry brzuchem, kiedy któryś z moich facetów z błyskiem w oczach opowiada o swoich pasjach, swoich radościach, swoich zainteresowaniach, czy swoich problemach, to wierzcie mi, wybieram zawsze to drugie.
I żadna plama na podłodze, sterty niewyprasowanego prania, brudne od miejskiego smogu okna, kropki z wody na zlewie nie będą więcej w stanie okraść mojej rodziny z czasu, który możemy spędzić razem.
Dlaczego? Bo nie są tego warte.

Bo gdy kiedyś przyjdzie mi umierać, to i tak nie zabiorę ze sobą w kolejne życie ani medalów za czystość, ani mojego konta z banku, ani zawartości mojej szafy czy czegokolwiek innego. Jedyną rzeczą jaką będę mogła zabrać, to moją umiejętność kochania.

Kiedy choć raz pozwolicie sobie „zmarnować czas” na takie proste rzeczy, na to by przystanąć i zająć się tym, co daje radość, wtedy odkryjecie jak wiele tego czasu naprawdę macie.
Bo z czasem jest trochę tak, jak z Miłością.
Im więcej się go daje innym, tym więcej się go ma.
Im więcej dacie go dla innych, tym więcej będziecie mieli go dla siebie.
Paradoks? Wcale nie. Z czasem wszystko wyda się wam naturalne. I proste.

robić Nic to ważna sprawa

Zrobiłam sobie totalny dzień lenia. Dwa dni bolał mnie coś żołądek, do tego bóle głowy i okres. Mieszanka niezbyt przyjemna. Stwierdziłam zatem, że dziś:
– nie gotuję
– nie sprzątam
– nie robię nic.

Sprzątanie olaliśmy wszyscy radośnie, uznając że jak komuś się nie podoba, to nie musi do nas przychodzić, nam nie przeszkadza. Zresztą, cały nasz bałagan ogranicza się jedynie do kurzu i oczywiście ćwirkowych piórek. Zatem da się żyć.

Gotowanie moi faceci zamienili na przygotowanie gotowych sklepowych frytek i pizzy. Niezbyt zdrowe, niezbyt smaczne, ale od czasu do czasu można.

A Nie-Robienie-Nic jest zajebiście cudownym zajęciem i każdemu się czasem należy. O czym już wiedział i bębnił pewien bardzo mądry Kubuś Puchatek:
„Nie bagatelizuj wartości Niczego. Robić Nic to ważna sprawa, bo można chodzić sobie i przysłuchiwać się wszystkiemu, co można usłyszeć, i o nic się nie martwić.”

I wiecie co? Niesamowita mądrość kryje się w tych słowach. Ja sobie też tak dzisiaj chodzę po domu, czasem przysiądę tu czy tam, czasem coś poczytam, czasem szmyrgnę pędzlem, a nade wszystko Nie Robię Nic, tylko przysłuchuję się temu, co można uslyszeć.

sen o Tygrysie, lekcja trzecia

Znajdowałam się na klatce jakieś starej, dużej kamienicy. Klatka była chłodna, z szerokimi schodami i podłogą z kafli ułożynch w mozaikę. Stałam tak gdzieś na półpiętrze między parterem, a 1-szym pietrem. W pewnym momencie nagle wiedziałam, że do kamienicy wszedł Tygrys. Jeszcze go nie widziałam, ale czułam jego obecność. Wiedziałam, że po prostu jest tam na dole. Przez ułamek sekundy chciałam  uciec, schować się w mieszkaniu, jednak nie mogłam tego zrobić. Wiedziałam, iż ten Tygrys przyszedł tam do mnie. Powoli, schodek po schodku, schodziłam w dół. Sąsiedzi obserwowali mnie za lekko uchylonych drzwi, jednak panowała absolutna cisza. Kiedy zeszłam  na dół, zobaczyłam go jak stał zaraz u wejścia do kamienicy, oświetlony wpadającymi przez otwartą szeroko bramę promieniami jasnego światła. Był w kolorze żołtej  ochry, ogromny, majestatyczny i niesamowicie piękny. Patrzyliśmy na siebie oddaleni  od siebie na długość korytarza. Nagle wiedzialam, co mam zrobić. Podeszłam do wiszących na ścianie obok mnie skrzynek na listy. Otwarłam jedną, może moją i wyjęłam z niej mały pakunek. Była to niewielka paczuszka owinięta w ciemny aksamit i przewiązana zwykłym sznurkiem. Odwinęłam zawiniątko. W środku znajdowały się jakieś dziwne patyczki, czy raczej rurki oraz liście. Wyglądały jak małe kawałeczki bambusa, liście również wyglądały na bambusowe. Tygrys przysiadł i nie spuszczał ze mnie oka. Obserwował każdy mój ruch, ale wiedziałam już, że nie muszę się go bać. Czyłam ogromny respekt, szacunek, ale i milość. Podeszłam do niego i przyklękłam w przysiadzie naprzeciw niego. Spojrzałam na niego, był taki duży. Czułam się jakbym siedziała na przeciw ogromnej potęgi, ale jednocześnie czułości. Nagle pojawiła się między nami malutka gliniana miseczka. Wrzuciłam do niej listki. Bambusowe rureczki trzymałam w otwartej aksamitnej szmatce. Wyciągnęłam dłonie w stronę Tygrysa ofiarowując mu ten prezent. Z szacunkiem skłoniłam przed nim głową. Na pewno nie potrzebował ode mnie żadnych darów, ani tych listków ani bambusowych rureczek. Ale to nie o nie chodziło, a o gest, o szacunek, o zaufanie i o świętość między nami. Tygrys się uśmiechnął. Naprawdę. Uśmiechnął się. Potem skłonił głowę w moją stronę. Mój ukłon, jego ukłon. Listki w miseczce zamienily się w jakiś napój. Ja upiłam łyk i on upił łyk. Mój ukłon i jego uklon. Jak jakaś komunia między nami. Jak połączenie serc. Ufałam mu najbardziej jak się da. Był przy mnie. Wiedziałam, że przyjdzie, kiedy będę go potrzebować.

refleksje tuż po, czyli po co są problemy

Jak czasem niektóre spadające mi na głowę problemy potrafią mnie totalnie zwalić z nóg i wpadam w doła większego niż Rów Mariański (czy jakoś tak), to równie szybko potrafię się jednak pozbierać.

W dużej mierze to dzięki wam, dzięki moim dzieciom wspaniałym i też dzięki Kapslowi, który mimo wszystko wciąż jest najlepszym facetem, jaki mi się mógł trafić.
W dużej mierze jest to jednak też zasługa mojej własnej natury. Zawsze porafiłam dostrzec pozytywne rzeczy wokół mnie. Takie światełka w tunelu. A z wiekiem ta zdolność przerodziła się nawet w nieco inne postrzeganie trudności, które napotykam na swojej życiowej drodze.

Jestem emocjonalną osobą i przeżywam wszystko dość barwnie. Powinnam napisać: wybuchowo. Tak też wobec problemów zawsze jest spektakularnie jeśli chodzi o emocje: gniew, wściekłość, rozpacz, foch, chęć zemsty, wewnętrzne opieprzanie się za tak idiotyczny pomysł (odn. zemsty), potem płacz, potem znów foch, znów gniew, znów złość, żal, obojętność, płacz, foch … i tak w kółko. Aż do swego rodzaju wyczerpania, kiedy przychodzi wreszcie jakiś taki spokój i mogę zacząć racjonalnie myśleć. I przede wszystkim, kiedy do głosu dochodzi również Miłość, która jest we mnie. Miłość do mnie samej przede wszystkim. Bo dobrze wiem, że jakiekolwiek zemsty, fochy, urażona duma itp zawsze bardziej niszczą mnie samą, niż tego kogoś, wobec kogo są wymierzone. Dawno nauczyłam się, iż to najidiotyczniejsze sposoby radzenia sobie z problemami.

Kiedy więc się wreszcie uspokoję, wtedy potrafię spojrzeć na moje problemy również z dystansu.
I wiecie co?
Dostrzegam w nich nie tylko złe rzeczy. Ale również okruchy dobra. Bo problemy przychodzą po to, by wskazać mi drogę. Jeśli spojrzę na nie nie jak na oprawcę, ale jak na nauczyciela, wtedy potrafię dostrzec to, co chcą mi unaocznić. Coś, nad czym sama powinnam popracować.

Bo nie na tym polega uszczęśliwianie swojego życia, żeby zmieniać innych. Jedyną osobą, którą mogę zmienić, jestem ja sama. Czasami, dzięki zmianom we mnie, zmieniają się i inni. Nie dlatego, że ja tak chcę. Ale dlatego, że oni sami chcą.

Z perspektywy czasu potrafię spojrzeć na moje problemy i trudności przychylnym okiem. To takie kamienie na drodze do pełniejszego, bardziej świadomego życia.

Jeśli się uspokoję i spojrzę z dystansu i bez buntu na te niby złe rzeczy, które mnie spotykają, potrafię dostrzec w nich dar.
Bo na dobrą sprawę, to właśnie dzięki nim moje późniejsze radości są większe. I bardziej potrafię się cieszyć z tego co dobre, miłe, piękne.
Każde doświadczenie niesie dla nas pewną naukę. Jeśli jej nie przyswoimy, doświadczenie będzie się powtarzać w podobnej formie aż do skutku.
Im szybciej nauczymy się tego, czego powinniśmy, tym lepiej dla nas.

Jak to powiedział kiedyś ks. J. Twardowski?
„…Spadają z obłoków małe-wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.

I właśnie tak jest.

Odkryłam to, czego powinnam się tym razem nauczyć. Odkryłam w sobie. I … jestem na nowo szczęśliwą Bafką.

kilka słów o dzieciach i wychowaniu

Czytam sobie czasem na pingu różne notki różnych nastolatków, jak i wszelkiej maści rodziców. Czasem przeraża mnie fakt, jak mało miłości jest w tych relacjach dziecko – rodzic.
Paradoksalnie, bo przecież większość dzieci rodzi się jako owoc miłości.

Wiecie o czym pomyślałam? Że jednak ja z moimi synami mam super kontakt. Wiem, że są oni jeszcze stosunkowo młodzi (12, 13 lat), ale jednak nie sądzę by jakoś drastycznie miało się między nami popsuć.
Oczywiście mamy sprzeczki i kłótnie. I nam czasem puszczają nerwy. Ale jakoś nigdy nie trakuję chłopców na zasadzie: „ja jestem rodzic, to mi wolno”. Staram się, by traktować ich jak równych sobie partnerów. Jeśli ja w nerwach wyjadę z pyskiem i powiem kilka słów za dużo, to oczywistością dla mnie jest, by własne dziecko przeprosić. Tak samo przecież przeprosiłabym dorosłego. Tej jednej rzeczy nie było nigdy u mnie w domu, kiedy ja byłam dzieckiem. I – po latach jeszcze – nieco bolało.

Tak samo w dyskusjach staram się zawsze wysłuchać wszystkich argumentów chłopców. Mimo, że często ostateczne decyzje podejmujemy ja czy Kapsel jako rodzice, to jednak zawsze pozwalam, by chłopcy mieli szanse przedstawienia swoich racji. A kiedy nasze racje nie zgadzają się z ich racjami, to wtedy tłumaczymy dlaczego i staramy się znaleźć jakiś sensowny kompromis. Często słyszane u innych rodzicielskie teksty do dziecka w stylu: „Dlaczego? bo tak i koniec” mnie śmieszą. Wydają mi się być jedynie wykorzystywaniem rodzicielskiej władzy dla samej władzy. To poważny błąd. Nie powinno się wykorzystywać władzy rodzicielskiej np zmuszając dziecko do czegoś wbrew jego woli. W dłuższej perspektywie czasowej ma to bowiem fatalne skutki.

Jeśli dochodzi do konfliktów między nami i naszym dzieckiem, powinniśmy szukać „błędu” również u siebie, nie tylko u niego. Być może my sami najwięcej przyczyniliśmy się do danej sytuacji. Na przykład byliśmy niekonsekwentni, nasze przekazy niejasne, może byliśmy nie dość wyrozumiali albo nie poświęciliśmy naszemu dziecku dość czasu.
Każde dziecko natury jest pełne miłości i chce tę miłość nam przekazać. Musimy tylko jako rodzice mu to mądrze umożliwić.

Myślę sobie, że decydującą sprawą w wychowaniu jest miłość i szacunek. Tak, szacunek wobec dziecka, tak często niestety bagatelizowany, ma tutaj naprawdę bardzo wielkie znaczenie.
To setki małych rzeczy, które przynosi nam codzienność. Niby drobnostki, ale niezwykle istotne.
Dlatego np ważne jest, by przed wejściem do pokoju naszego dziecka najpierw zapukać, zwłaszcza gdy jest to już dziecko starsze. Ważne jest by np omawiać z naszymi córkami czy synami problemy w ten sposób, jak gdybyśmy i my mogli się czegoś od nich nauczyć.
Ważne, by pytać ich o zdanie w kwestiach, które dotyczą poniekąd całej rodziny.
To takie różne drobne rzeczy, ale to one uczą nasze dzieci od początku traktować innych z miłością i szacunkiem.
Bowiem celem wychowania jest charakter.

Oczywiście bycie rodzicem nie jest wcale łatwe. Ale z reguły trudności pojawiają się z powodu naszych – rodzicielskich błędów, a nie błędów dziecka. Traktujmy zatem te trudności jako sygnał, że to my powinniśmy się najpierw czegoś nauczyć. Kiedy coś nie wychodzi, spróbujmy odkryć jaki błąd popełniliśmy sami. Dopiero po zbadaniu swojego udziału, można zająć się udziałem dziecka w zaistnialym problemie.
Niech dzieci będą dla nas bodźcem do lepszego poznania samego siebie.

I jeszcze jedno. Nie porównujmy naszych dzieci. Nie wolno nam nawet przez ułamek sekundy myśleć, że jedno jest gorsze, a drugie lepsze. Każdy człowiek jest inny i każdego trzeba traktować indywidualnie. Decydująca jest miłość z jaką podchodzimy do naszych dzieci, a nie różnica między nimi.
„Miłość nie polega na zrównywaniu, lecz na dostrzeganiu i szanowaniu odmienności drugiego człowieka.”

I wreszcie na koniec najważniejsze. Musimy pamiętać, że dzieci przychodzą na świat z własną karmą. Muszą one żyć własnym życiem. Powinniśmy im pomóc, ale nie możemy żyć za nie. Wskażmy im kierunek, ale pozwólmy by wędrowały swoją ścieżką. Możemy być dla nich przykładem, przyjacielem, ale nie ich panem. DZIECI NIE SĄ NASZĄ WLASNOŚCIĄ. Nie podcinajmy im skrzydeł, zamiast ich dodawać. Nie mylmy naszej miłości ze ślepotą. Prawdziwa miłość to najlepszy środek pokonujący trudności i problemy. Ale prawdziwa miłość pozostawia wolność. To jej sila i jej istota.

sen o Tygrysie, lekcja druga

Szłam z kimś przez las. Nie pamiętam z kim. Nieistotne. W pewnym momencie zobaczyliśmy, że naprzeciw nam biegną różne zwierzęta. Lamy, wielbłądy, antylopy, bawoły, sarny – różniste. Stanęliśmy więc zdziwieni i tym, że były to naprawdę różne zwierzaki, jak i tym, że nagle pojawiły się w takiej ilości. Biegly coraz szybciej, mijając nas i nie zwracając na nas w ogóle uwagi. Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, iż te zwierzęta przed czymś uciekają. Nie mieliśmy pojęcia przed czym, ale zrozumieliśmy w mig, że widocznie i my znajdujemy się w niebezpieczeństwie. Nie było więcej czasu do stracenia. Zaczęliśmy również uciekać.
I nagle wiedziałam, że gonią nas jakieś drapieżniki. W tej szaleńczej gonitwie przez las, ja i moi towarzysze, jakoś postanowiliśmy się rozdzielić. Od tej pory byłam zdana na siebie. Biegłam jeszcze przez chwilę, ale wszystko nagle ucichło. Nie słyszałam, ani nie widziałam już pędzących obok zwierząt. Las wydał mi się na powrót zwyczajnym, bezpiecznym lasem. Wciąż czułam jeszcze niepokój, ale nie była to już ta bezsensowna panika sprzed chwili. Przystanęłam. Znajdowałam się na jakieś polanie, na środku której leżał duży pień drzewa, wydrążony w środku. Całe to miejsce jakoś promieniało spokojem. I kiedy tak stałam, nie rozumiejąc jeszcze do końca całej tej sytuacji, nagle zobaczyłam biegnące między drzewami dwa ogromne tygrysy. Biegły prosto w moim kierunku. Były już tuż, tuż… W ułamku sekundy wrócił mój strach. Chciałam uciekać, ale wiedziałam, że nie mam najmniejszych szans. Z drugiej strony miałam takie poczucie, iż powinnam zostać. Że ta polana jest tym miejscem, które może mi dać bezpieczeństwo. W panice rozejrzałam się dookoła. Mój wzrok padł na leżący pusty pień drzewa. Wiele się nie namyślając wpełzłam do środka.
A potem wszystko jakby zwołniło tempa, jakby czas się dziwnie rozciągnął. Leżałam w środku drzewa, które nagle stało sie jakby przeźroczyste. Mogłam wyraźnie widzieć wszystko co jest poza nim. I patrzylam jak biegnące dwa tygrysy stapiają się w jednego pięknego białego Tygrysa. Był coraz bliżej i skoro ja moglam go zobaczyć, to i on mógł widzieć mnie. Zatrzymał się. I powoli, majestatycznie podchodził do mnie coraz bliżej. Nadal się bałam i z tego strachu zrobiłm coś zupełnie irracjonalnego. Nie wiem skąd miałam nagle w dłoni białe owoce śnieguliczki. Rzuciłam nimi w stonę Tygrysa, a on jakby uśmiechnąl się. Białe kuleczki zamieniały się w mięciutkie płatki śniegu. I nagle wiedziałam, iż żadna walka nie ma sensu. Jedyne co mogę zrobić, to po prostu poddać się. ZAUFAĆ i poddać się.

Zamknęłam oczy i to był znak. Na moje przyzwolenie. Na moją pokorę i gotowość. Tygrys podszedl do mnie cichutko i delikatnie się położył na tym przeźroczystym drzewie, w którym leżałam. Widziałam dokladnie jego wielkie ciało nade mną, jego białe piękne futro, każdy szczególik. A potem drzewo jakby zmienilo konsystencję, było już jedynie jakąś delikatną powłoką energii. I poczułam ciepło bijące od Tygrysa. Poczułam jak bije jego serce, które prawie przylegało do mojego serca. Nie było już żadnego strachu, żadnego lęku, żadnej wątpliwości. Było jedynie zaufanie i poczucie bezpieczeństwa i tego, iż jestem otoczona cudowną opieką.

A potem z nieba zaczęły spadać kuleczki śnieguliczki, które zamieniały się w mięciutkie płatki śniegu. Powoli zapadała noc. Tygrys ogrzewał mnie swoim ciałem. Otulał mnie swoją opieką. Zasnęłam….


…. po to by w rzeczywistym świecie się obudzić.

nieco inna opowieść o miłości

Moje małżeństwo z Kapselm nie zawsze miało takie kolory jak dzisiaj. Na dobrą sprawę żyliśmy przez wiele lat bardziej obok siebie, niż ze sobą. Łączyły nas dzieci, mieszkanie, poczucie obowiązku i może strach przed samotnością. I łączyła nas Przyjaźń.

Miłość? Upchnęliśmy ją gdzieś w zakamarkach swoich dusz, czasem tylko pozwalając jej wychodzić na światło dzienne. Była. Zawsze była, ale przygnieciona codziennymi problemami. Tak po prostu wpadliśmy w rutynę. Daliśmy oboje się złapać szarości. Nie takie to znowu dziwne, bo na dobrą sprawę codziennie spotyka tysiące małżeństw. Mieściliśmy się zatem w tzw normie. A jednak norma nie daje poczucia szczęścia. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli nieszczęśliwi ze sobą, ale z pewnością też nie byliśmy szczęśliwi. Poczucie obowiązku to za mało, by być szczęśliwym.

Nauczyliśmy się jednak z tym żyć. Do tego stopnia, iż chyba oboje uwierzyliśmy w to, że tak wygląda normalność i tak powinno wygądać małżeństwo. Ale gdzieś tam w zakamarkach naszych dusz, wepchana tam miłość dopominała się, by ją wypuścić.

Życie co rusz stawiało przed nami nowe szanse, ale byliśmy ślepi, albo głusi, by odebrać je właśnie jako szanse. To co widzieliśmy było jedynie kolejnymi problemami.
Raniliśmy się. Często nie zdając sobie z tego sprawy. Z przyzwyczajenia do normalności wciąż coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy. Jedyne co nas trzymało razem to dzieci, poczucie obowiązku i … Przyjaźń. Ta nasza Przyjaźń – takie koło ratunkowe, które całymi latami trzymało nas na powierzchni, nie pozwoliło utonąć.

Byliśmy i nadal jesteśmy tacy inni. Nie jak ogień i woda, ale jak leniwie płynący potok i wodospad. Albo jak ciche ognisko i wulkan. Nasza istota była taka sama, ale zamiast ją wydobyć i na niej zbudować prawdziwy dom, skupiliśmy się na wytykaniu sobie różnic. W konsekwencji dzieliło nas więcej niż łączyło. Wulkan wciąż był wulkanem, ognisko coraz słabiej się tliło…

Ale przecież tam w środku wciąż mieszkała miłość. Cicha, bez prawa głosu, ale wciąż była. Życie jest najcudowniejszym reżyserem. Zesłało nam kolejną szansę w postaci prawdziwych prób. Zrobiło się prawdziwie burzowo, wstrząsnęło naszym domem. Po raz pierwszy dostrzegliśmy w tym co się działo nie tylko trudności, ale naszą szansę. Ostatnią szansę. Potoczyło się lawinowo. Przebudzenie było bardzo bolesne dla nas obu. Wydobyło na światło dzienne tak wiele bolesnych emocji, tyle ran które latami powstawały.

Nie zawsze starczało sił do walki. Bywały chwile, że oboje poddawaliśmy się rezygnacji. Jeden pan bóg wie ile strachu i łez przysporzyliśmy przy tym naszym dzieciom, opowiadając im o tym, że jednak zdecydowaliśmy się rozstać.
Nasze kochane dzieci… To chyba one potrafiły wydobyć z nas wtedy tę Przyjaźń, która zawsze była naszą siłą. Ta Przyjaźń, która znowu jak koło ratunkowe nie pozwalała nam utonąć.

Przez ostatnie 10 lat wypłakaliśmy mniej łez, niż w ciągu ostatniego roku. Ale te łzy były oczyszczeniem. Wreszcie nasze dusze zostały odkurzone z kurzu, z rutyny, z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku… Odkryliśmy na ich dnie właśnie miłość. I pozwoliśmy wreszcie by wypełnila nas po brzegi.

Zmieniło się tak wiele. Może nie widać tego z zewnątrz, ale widać tak bardzo od środka. Za każdym razem kiedy to sobie na nowo uświadamiam, ogarnia mnie jakieś takie wzruszenie. I wdzięczność.

Zmienił się sposób w jaki na siebie patrzymy. Zmienił się sposób w jaki się dotykamy.
To niesamowite ile miłości może przekazać jedno spojrzenie. Nie mówię o pożądaniu, ani o pragnieniu. Mówię o Miłości, której nie są w stanie wypowiedzieć żadne słowa.
I niesamowite ile czułości może przekazać jeden dotyk wypełnionej Miłością dłoni…

Łapię się na tym coraz częściej, że nie tylko nie nudzą mnie, ale wręcz fascynują upływające leniwie minuty na wpatrywaniu się w jego twarz.
Nie mogę się powstrzymać, by go nie dotknąć. Opuszkami palców. Mały, niewinny gest, ale wypełniony czułością. Te same gesty z jego strony nagle stały się naszą codziennością.

I wiecie co, nie ma w nich nic nudnego. Za każdym razem potrafią mnie tak samo wzruszyć, za każdym razem potrafią tak samo tajemniczo wydobyć ze mnie niewyobrażone pokłady czułości. Nie wiedziałam, że tyle tego w sobie mam. I nie wiedziałam, że on ma. Znam jego dłoń na pamięć, znam każdy zakamarek, każde zgrubienie, każde pękniecie skóry, każdą krostkę, odcisk czy zmarszczę. A jednak jest to dla mnie najbardziej fascynująca dłoń na świecie.
Niewypowiedzianie wielka czułość potrafi być zaklęta w jednej dłoni.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak właśnie teraz.

jest czas na Miłość i jest czas na brak jej okazywania

I jeszcze jedno.
Warto zrozumieć także to, że wolność ta polega również na tym, że pozostawiamy drugiej osobie prawo wyboru, czy i kiedy chce swą Miłość nam okazywać.

Nie okazywanie Miłości jest darem, który życie wam ofiaruje po to, byście mogli dostrzec kiedy Miłość Jest i czym ona jest.
Świat w którym żyjemy opiera się na dualiźmie. A przeciwieństwa istnieją po to, by dane rzeczy miały w ogóle szansę zaistnieć.
Gdyby nie było nocy, nie wiedzielibyśmy czym jest dzień. Gdyby nie było smutku, nie rozumielibyśmy czym jest radość. Jedno bowiem nie może zaistnieć bez drugiego.
Grube i szczupłe, smutne i radosne, głupie i mądre, dobre i złe, zimne i ciepłe. Tak samo Miłość ma szansę zaistnieć tylko wobec braku miłości, choćby braku pozornego.

Dlatego traktujcie przerwy w okazywaniu Miłości przez waszego partnera czy partnerkę nie jako przekleństwo, ale raczej jak błogosławieństwo. Oczywiście nie mówię teraz o związkach toksycznych, ani takich, w których prawdziwej Miłości nie ma. Mówię o normalnych zdrowych związkach, opartych na prawdziwym uczuciu.

To wszystko bowiem jest naprawdę fikuśnie urządzone. Związki, zwłaszcza damsko – męskie, by nie traciły na ekspresji i atrakcyjności muszą funkcjonować w oparciu o zasadę: daje i odbiera.
Potrzebujemy przeciwieństw, byśmy mogli zatęsknić i by nie zeżarła nas nuda.

Miłość też potrzebuje przerw w jej okazywaniu. Nie znaczy to, iż mamy przestać kochać lub właśnie przestaliśmy być kochani. Wcale nie.

Możemy w tym czasie zająć się sobą, otoczyć opieką tę właśnie niepowtarzalną cząsteczkę nas. Tego wyjątkowego Ktosia. Byśmy nie utracili nigdy tego miejsca w nas, do którego możemy wracać.

Nie musimy uciekać, nie musimy się oddalać. Wystarczy być, ale być obok. W ten sposób i my i nasz partner/partnerka ma szansę pielęgnować w sobie to, co stanowi nasze Ja.

Jest czas na sianie i na zbieranie. Tak samo jest czas na Miłość i na brak jej okazywania.
Spójrzcie na to jak na dar, jaki daje wam życie. I cieszcie się i delektujcie potem czasem, kiedy Miłość znowu się objawia

miłość daje wolność

Obserwując niektóre wpisy na pingerze, a także „związki” niektórych ludzi, nie mogę wyjść czasami ze zdziwienia nad tym, jak bardzo niektórzy z powodu „miłości” się od Miłości oddalają.

Te wszystkie bajki o dwóch pasujących do siebie połówkach pomarańczy wprowadziły tu niezłe zamieszanie. I myślę sobie, że są poniekąd przyczyną tego, że tak wielu ludzi goniąc za ową połówką, coraz bardziej się od niej oddala i ją traci.

Trzeba bowiem zrozumieć jedną rzecz:

sekret udanego związku nie polega na tym, by się nawzajem dopełniać, ale na tym, by się dzielić swoją pełnią.

Co mam na myśli?
Wyobraźcie sobie początek każdego związku. On i ona (lub też on i on, lub ona i ona) poznają się. Wśród setek innych ludzi zwracają uwagę właśnie na siebie. Dlaczego? Bo jest coś, co nas przyciąga. Mówimy o chemii, a tak naprawdę składa się na to milion maleńkich cząsteczek, które stanowią nasze Ja. Kiedy zakochujemy się to dlatego, że fascynuje nas i pociąga to coś, co stanowi odrębność tej drugiej osoby. Jej wyjątkowość, jej niepowtarzalność, jej odmienność, jej szczególność – te wszystkie cechy, które dla nas wyróżniają ją z tłumu.
Zakochujemy się i chcemy ze sobą być.

I tu następuje moment, w którym wielu ludzi się gubi. Dlaczego? Bo jest w nich lęk. I są oczekiwania. A prawda jest taka, że nic nie oddala nas bardziej od Miłości niż strach, że możemy ją stracić. „Przyciągasz to, czego się boisz”. Bo Miłość albo jest, albo jej nie ma. Jeśli ktoś nas pokochał, to kocha nas takim jakimi jesteśmy. Nie musimy na siłę udowadniać, że jesteśmy „lepsi”. To nic nie pomoże, a bardzo wiele zniszczy.

Najbardziej szaleńczą formą naiwności jest sądzić, że poświecając się w imię miłości, tę Miłość zatrzymamy. Tymczasem prawda jest taka, że przecieknie nam ona przez palce szybciej niż sobie myślimy. Poświęcenie – nie cierpię tego słowa, chociaż być może ma ono jakieś górnolotne znaczenie. Nie wiem jakie filozofie, religie, czy ideologie natłukły ludziom do głów to idiotyczne przekonanie, iż poświęcenie w imię miłości jest dobre dla związku. Nic bardziej mylnego.

Ja rozumiem, że kochając mamy oczekiwania i rozumiem, że kochając chcemy spędzać z tą drugą osobą jak najwięcej czasu.
Rezygnujemy więc z siebie, właśnie po to, by móc osiągnąć to co chcemy: a mianowicie bliskość. By być bliżej tej drugiej osoby, częściej, dłużej, intensywniej…
W pewnym momencie przeradza się to w poświęcenie, a co za tym idzie wyrzekanie się siebie samego. Nagle nasze pasje schodzą na plan dalszy. Nasze zainteresowania, nasza kreatywność, często nawet nasze obowiązki i tym samym nasza odpowiedzialność. I tak krok po kroczku zatracamy w sobie to, co właśnie stanowiło naszą odrębność, wyjątkowość i szczególność. Zatracamy to coś, co było tym magnesikiem, który przyciągał i fascynował. Zatracamy naszą największą szansę.

Szaleństwem jest sądzić, że w ten sposób zatrzymamy Miłość.
A jeszcze większym szaleństwem jest sądzić, że zatrzymamy ją tym bardziej, jeśli i nasz partner/partnerka zaczną się poświęcać. By być bliżej nas. Częściej, dłużej, intensywniej.

Jeden zwariowany krok powoduje kolejny. Zaczynamy być zazdrośni.
O czas. O każdą minutę, którą ta druga osoba nie spędza z nami. To w tym miejscu zaczyna się kontrolowanie. Świadome lub nie. Kontrolowanie może przybrać przeróżne formy, od prawdziwego sprawdzania, poprzez np szantaże emocjonalne, a na milczących wyrzutach kończąc. Okazywanie komuś ciągle naszego uzależnienia od niego, też jest formą kontrolowania. Zakamuflowaną, ale jednak.

Zachowujemy się jak bluszcz, który oplótł piękne drzewo.
A potem jeszcze jesteśmy potwornie zdziwieni widząc, że drzewo traci liście i szarzeje.
Gorzej! Budujemy złote klatki i tam wkładamy tych, których kochamy. W imie miłości.

Rozumiecie?

Nie da się tak zatrzymać Miłości, nie da się w ten sposób jej zwiększyć, nie da się jej przybliżyć. Jedyne co się da, to ją zniszczyć. Bo jakie drzewo chce być duszone? Bo jaki ptak chce przebywać w klatce?

Istotą Miłości jest wolność.
„Jeśli kogoś kochamy powinniśmy mu dać całkowitą swobodę bycia tym, kim jest.
Wyzbądźmy się przekonania, że nasze szczęście zależy od czynników wobec nas zewnętrznych. Zrozummy, że w Miłości nie chodzi o to, co otrzymujemy w zamian za to, co dajemy.
Rozstańmy się z roszczeniami co do czasu, sił lub intensywności miłości drugiej osoby.
Pozwólmy jej kochać nas tak, by nie musiała wyrzekać się siebie.
I sami tego też nie róbmy, bo w ten sposób wyzbywamy się tylko naszej szansy na Miłość.

Miłość jest albo jej nie ma.
Nie da się jej przybliżyć, powiększyć, zatrzymać narzucając pęta lub rezygnując z siebie.
Jeśli ktoś w imię miłości tego od was wymaga, to nie jest to żadna miłość, a jedynie jej marna namiastka. Nie wyrzekajcie się własnej godności, godząc się na namiastki i kiepskie imitacje.”

Prawdziwa Miłość daje wolność.

w głąb ziemi, w głąb siebie – sen o Tygrysie, pierwsza lekcja

Znajdowaliśmy się w jakieś dziwnej krainie, która wyglądała trochę jak dżungla, tyle że rozciągała się nie w poziomie, a w pionie. Byłam tam z moimi dziećmi, które byly we śnie jeszcze całkiem małe, może miały ze 2 lata. Resztę moich towarzyszy stanowiły zwierzęta: suczka rasy labrador o pięknym złotawym umaszczeniu i dwa malutkie kociaki: lwiątko oraz tygrysiątko. Wędrowaliśmy w tym śnie w głąb dżungli, schodząc jakby coraz głębiej w ziemię. Trudno to opisać, ale kraina wyglądała tak, jakby rozciągała się na wielu poziomach, czy też tarasach. I my po prostu schodziliśmy coraz niżej. Suczka wzięła na siebie rolę przewodniczki. To ona zawsze biegła nieco z przodu, ona sprawdzała najpierw teren, ona wybierała najlepsze miejsca do zejścia. Potem zawracała dając mi znać abym z wszystkimi dziećmi poszla za nią. Wtedy ja brałam moje dzieci za rączki i razem wędrowaliśmy. Kocie maluchy biegły same, doskonale dając sobie radę, ale trzeba je było nieco pilnować, czasem pomóc skądś zeskoczyć. Suczka w tej podróży pomagała pilnować wszystkie te dzieci, zarówno moje, jak i te zwierzęce. Była taką pełną mądrości, miłości i cierpliwości psią opiekunką i przewodniczką. Najczęściej nasze zejście z tarasu na taras wyglądało tak, iż najpierw schodziła na dół właśnie ona. Potem czekała, aż jakoś podam jej kociaki lub pomogę im zeskoczyć i w końcu schodziłam sama z moimi własnymi dziećmi pod pachą. Po jakimś czasie suczka wyraźnie jakby podzieliła role. I teraz ja opiekowałam się bardziej moim starszym synem oraz tygryskiem, ona zaś bardziej moim młodszym synem i lwiątkiem.

Jednak to nie było tylko takie bezsensowne wędrowanie. Każdy głębszy poziom powodował jakby wejście w głębszy poziom nas samych. A jednocześnie jakieś dojrzewanie. Na zewnątrz pokazywało się to tak, że moi synowie na każdym poziomie stawali się jakby więksi, starsi, bardziej samodzielni. To samo działo się z lwiątkiem i tygryskiem.  Ja sama zaś czułam jakbym z każdym poziomem otrzymywała  jakąś ważną wiedzę,  chociaż na razie nie miałam pojęcia o jaką wiedzę chodzi.

Nie wiem ile poziomów tak schodziliśmy w głąb ziemi, ale przyszedł moment, kiedy mieliśmy odpocząć. Zatrzymaliśmy się na tarasie z cudownym widokiem na zachodzące słońce. Tam zamierzaliśmy spędzić noc. Moi synowie, młody lew oraz suczka byli zajęci swoim towarzystwem. Nie chciałam im przeszkadzać i poszukałam dla siebie miejsca nieco za nimi. Obok mnie usadowił się tygrys. Nie był jeszcze zupełnie doroslym tygrysem, ale miał już całkiem spore rozmiary. Najpierw leżałam koło niego całkiem naturalnie, tak jakby jego obecność była dla mnie czymś oczywistym. Ale w miarę jak na horyzoncie gasly ostatnie promienie słońca i robiło się ciemniej, zaczęły mi się wkradać do głowy wątpliwości i lęki. „To nie jakiś tam domowy kot, ale prawdziwy tygrys” – myślalam. Wreszcie, w którymś momencie naprawdę zaczęłam się go bać. A on doskonale wiedział o tym co się we mnie dzieje i na mój strach odpowiedział tym, że się nagle wyprostował, urósł, obnażył kły. Był teraz ogromny, dziki, groźny, przerażający. I stał tak nade mną patrząc na mnie i czekając. Przez ułamek sekundy byłam przerażona, gotowa uwierzyć, iż zaraz mnie zaatakuje. Jednocześnie wiedzialam, iż gdyby się tak stało, to nie mam z nim żadnych szans. I wtedy poddałam się. Pomyślałam sobie, że zamiast marnować te ostatnie chwile na ten ogromny strach, to lepiej jeśli zamknę oczy i spróbuję mu zaufać. Przecież na dobrą sprawę znałam go od małego, a on mnie. Razem przeszliśmy taką drogę. Wspieraliśmy się, opiekowałam się nim, więc dlaczego miałby chcieć mnie teraz nagle atakować. I kiedy tak pomyślałam usłyszałam jak mruczy łagodnie tuż nad moim uchem. Otworzyłam oczy i leżał znowu obok mnie, na nowo łagodny, piękny, spokojny. Odrobinę większy niż wtedy kiedy kładliśmy się spać. Patrzyłam na niego i jeszcze nie do końca ufałam, jeszcze nie do końca. Więc chociaż nie obnażał już kłów, warknąl znowu i patrzył. Czekał. I ja też popatrzyłam. I uśmiechnęłam się. Zrozumiałam bowiem dokładnie tę lekcję. Już całkiem spokojna i w poczuciu bezpieczeństwa zamknęłam oczy. Już nie musiałam się opiekować dłużej tygrysem. Teraz on opiekował się mną. Ja miałam mu tylko ufać.


Zrozumienie przekazu ze snu wcale nie oznacza, że od razu potrafi się coś wprowadzic w życie. Ale zawsze jest to jakiś ważny krok do przodu. Tak więc jestem niezwykle wdzięczna za tę lekcję.

magiczne chwile są w zasięgu naszych rąk

Mam masę wspaniałych wspomnień, do których chętnie wracam. W moim życiu spotkałam wiele cudownych ludzi, dzięki którym przeżyłam magiczne chwile. Każda z tych osób ma swoje miejsce w moim sercu, czasem maleńkie, czasem większe. Wiem, że do końca swych dni będę pamiętać te chwile, bo są jak prawdziwe perełki na moim życiowym sznureczku.
Nie wiem na ile sama się przyczyniłam do tego, że miałam takie a nie inne życie, że mam takie a nie inne wspomnienia. Ale wiem jedno: dopóki jestem wierna sama sobie, dopóki nie boję się ufać ludziom i w nich wierzyć, dopóki stać mnie na szczerość, na zachwyt i na entuzjazm, dopóty moje życie będzie obfitowało w kolejne takie chwile.

Nie trzeba bowiem wielkich wydarzeń, nie trzeba niesamowitych przeżyć. Wystarczy prawdziwość uczuć i szczerość w podejściu do życia, do drugiego człowieka i siebie samego. Wystarczy otwarte serce i oczy i uszy. A każdy dzień może stać się przygodą.
Wystarczy jedynie nieco odwagi, by nie bać się przekształcać naszą codzienność w coś wyjątkowego.

Wierzę w ludzi. Wierzę w przyjaźń. Wierzę w sens tego co mnie spotyka, niezależnie od tego jakie te doświadczenia są.
Nie wierzę w przypadki.

Każdy tzw przypadek jest szansą na to, by zwykłe rzeczy przekształcić w coś magicznego, coś pięknego i niezapomnianego. Wystaczy poczuć i uwierzyć, że się ma taką moc. I zaufać jej.

I tego wam życzę.

to ode mnie zależy jakie będzie moje jutro

Prawo Karmy, czyli prawo przyczyny i skutku jest dla przeciętnego człowieka Zachodu mało zrozumiałe, może nawet zupełnie nieznane. A przecież właśnie to prawo rządzi naszym życiem…

Cały wszechświat jest przejawem energi. Jest ona w nieustannym ruchu, w ciągłej przemianie. Prawo Karmy jest duchowym odpowiednikiem trzeciego prawa Newtona, która mówi, że każdej akcji towarzyszy odpowiednia reakcja.

„Co posiejesz to zbierzesz” – mówi stare porzekadło. I tak właśnie jest. Możemy być pewni, że każdy okruch miłości jaki wysłaliśmy, wróci do nas. Tak samo jak wróci każde z cierpień, które zadaliśmy. Z tej samej lub najprawdopodobniej z innej strony, prędzej czy później, w tym lub w przyszłym życiu. Ale wszystko to wróci. Innymi słowy, jakiekolwiek emocje wzbudzam u innych, ostatecznie staną się one moim doświadczeniem.

Nie chcę tu rozpisywać się nad teoriami. Nie moim zamiarem jest wyjaśnianie czy polemizowanie na temat Karmy. Jeśli ktoś poczuje się zainteresowany, może poczytać na ten temat dużo więcej. W necie znajduje się wystarczająco wiele artykułów.
Tak tylko sama dla siebie sobie głośno rozmyślam…

Kiedy przyglądam się swemu życiu, to skutki działania prawa karmy widzę na każdym kroku. O ileż mniej bolesnym byłyby moje doświadczenia, gdybym dokonywała częściej bardziej świadomie swoich wyborów.

Moje obecne doświadczenia są jedynie konsekwencją moich wczorajaszych wyborów. Jest mi źle, jestem smutna, dzieje się coś nie tak – to konsekwencja tego, że ja sprawiłam wcześniej komuś smutek. Nie patrzę na to jak na karę za grzech. W świecie duchowym nie ma grzechu ani tym bardziej nie ma kar. Są jedynie nieodpowiednie wybory i ich konsekwencje. Po co to?
Byśmy nauczyli się prawidziwe kochać. Byśmy urzeczywistnili siebie jako Miłość.
Tylko po to tu jesteśmy.
Wszystko co wybieram dziś – każda myśl, każde słowo, każdy czyn – wszystko to kształtuje moje doświadczenia w dniu jutrzejszym.

Żyć świadomie to właśnie wybierać świadomie. Daleko mi do tej doskonałości, jednak uczę się tego, każdego dnia trochę więcej…

Nadal jestem bardzo emocjonalną Bafką, popełniającą wiele, wiele błędów. Ale przyglądam się sobie. I uczę się świadomie żyć.
Jest we mnie mniej buntu, a więcej akceptacji. Jest we mnie mniej dumy, a więcej pokory.
Jest we mnie mniej pretensji, mniej poczucia krzywdy, mniej gniewu, a więcej zrozumienia i dystansu…

Uczę się tego każdego dnia. Niektóre lekcje muszę przerabiać po kilka razy, zanim naprawdę do mnie dotrze prawdziwe ich znaczenie.
Mimo wszystko wiem, że to co mnie spotyka, jest tylko odzwierciedleniem energii, które ja sama wprawiłam w ruch.

Uświadomienie sobie własnego wkładu bywa oczyszczające. Pozwala uwolnić się od żalu do innych, pozwala wybaczyć.

Chcesz i ty, by twoje jutro było bardziej świetliste niż twoje wczoraj?
Stań się świecą, już teraz.

 

 

pokochać siebie

Ostatnio zbyt często zdarzało mi się znowu wpadać w jakieś kompleksy. Wynajdowałam w sobie dziesiątki niedoskonałości i upatrywałam w nich przyczyny tego, że coś tam mi się nie układa. Bo przecież niby jestem za nudna, za stara, za gruba, za beznadziejna, za mało interesująca i co tam jeszcze.
Teraz sobie myślę, jaki to absurd.
Moje problemy nie wzięły się z tego, że jestm niedoskonała czy nieciekawa. Wzięły się z tego, że sama siebie przestałam kochać.

Obarczałam się różnego rodzaju wyrzutami sumienia, obwinianiem za to czy za tamto, ganieniem za to co nie wyszło. A ani razu sama się nie pochwaliłam. Za to co dobre, co mi się udało, za to co zrobiłam fajnego.

Dlaczego ogólnie jesteśmy dla siebie tacy surowi?
Zamiast dążyć za wszelką cenę do doskonałości, czas chyba najwyższy odkryć na nowo swoją niepowtarzalność. Docenić w sobie to, co jest w nas odrębnego, innego, co różni nas od innych. Przecież każdy z nas ma na ziemi swoją rolę do spełnienia. Kiedy zbyt często się krytykujemy, może się zdarzyć, iż nie dostrzegamy tej roli.

Tak sobie myślę, co z tego, że zdarzały mi się błędy i niewłaściwe wybory. Pomyłki są stopniami prowadzącymi do celu. Po co więc się za nie karać? Czyż nie lepiej łagodnie się im przygladnąć i odczytać ja jako nauki.

Koniec z negatywnymi myślami pod swoim adresem. Zasługuję na szacunek i miłość. Od siebie samej przede wszystkim. Jestem super babką i mam cudowne narzędzia, którymi obdarzył mnie Bóg. Mam dwie ręce i umysł. I mam serce. I mogę z tym zrobić bardzo wiele.

To ode mnie zależy jak będę spędzać na ziemi swój czas.

o wdzięczności

 

Czasami zadajemy sobie pytanie na jakim etapie rozwoju jesteśmy. W gruncie rzeczy to bardzo istotne pytanie. Zastanawiamy się np jak wykorzystaliśmy dany nam czas.
Tak sobie myślę, że miernikiem naszego duchowego rozwoju jest po prostu wdzięczność.

W codziennym życiu, zwłaszcza w dzisiejszej gonitwe za pieniądzem, za tym żeby ciągle więcej mieć, tak łatwo zapominamy o tym, co robią dla nas inni. Ciągle jest nam mało i mało. I ciągle jesteśmy niezadowoleni.
Tymczasem wystarczy zmienić nasze wewnętrzne nastawienie, by poczuć płynące w nas szczęście. Wdzięczność jest tu decydującym narzędziem. Bo wdzięczność i zadowolenie z życia są ze sobą nierozerwalnie połączone.

Mąż naprawił nam cieknący kran, albo po prostu wrócił zmęczony z pracy. Traktujemy to jako oczywistość. W końcu obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, czy też naprawienie małych usterek domowych. W końcu po to jest facetem.
Żona ugotowała nam obiad, wyprała i wyprasowała nasze ciuchy. To też oczywistość. Do tego stopnia, że nawet nie zauważamy, iż kryje się za tym czyjaś praca. Rano, kiedy ubieramy czyste skarpety, one zawsze tam po prostu w szafie są… Ale to przecież babska robota i babskie obowiązki. I nie ma się tu dużo co rozczulać.

I chcemy więcej.
Chcemy by mąż był wyrozumiały i czuły. By nie spał po obiedzie, tylko wysłuchiwał naszych relacji z dnia. By nie siedział godzinami przed telewizorem, tylko zajał się dziećmi albo pomógł nam zmywać gary.
Chcemy, by żona była zawsze sexy i z fantazją. By nas intrygowała i pociągała. Nie nudziła domowymi pierdołami i nie miewała migreny kiedy my mamy ochotę na łóżkowe igraszki. By tolerowała nasze wypady z kumplami i wieczorki przy piwie.

Czyż nie lepiej przystanąć na chwilę i zastanowić się ile dla nas codziennie robi ten mąż czy ta żona. Odczujmy wdzięczność za to, co każdego dnia dostajemy. Mąż naprawił kran? Powiedziałyśmy mu za to „dziękuję”? Gdyby to obcy facet dla nas zrobił, na pewno nie zapomniałybyśmy o podziękowaniu. Żona ugotowała obiad?  Co z tego, że może nie lubimy tej przystawki. Gdyby to obca kobieta zaprosiła nas na obiad z pewnością byśmy nie marudzili. Podziękowalibyśmy z uśmiechem.

Nie chodzi o to, byśmy żyli w poczuciu zadłużenia u kogoś, albo byśmy wypowiadali zawsze za wszystko dziękuję. Chodzi raczej o to, byśmy to czuli, wdzięczność w sercu. Bo dzięki niej nasze życie nabierze innych kolorów, a nasze związki zyskają na jakości.

Bądźmy więc wdzięczni partnerowi za to, że dzieli z nami życie.
Bądźmy wdzięczni naszym dzieciom za ich miłość i doświadczenia, które dzięki nim przeżywamy. Bądźmy wdzięczni rodzicom za to, że dali nam życie. Za wszystko co dla nas robią lub robili, tylko dlatego, iż są naszymi rodzicami.
Bądźmy wdzięczni przyjaciołom za to, że są naszym wsparciem.
Bądźmy wdzięczni wreszcie Bogu. Bo to On niejako jest tym wszystkim.

Wdzięczność i zadowolenie są ściśle ze sobą powiązane. Prawdziwa wdzięczność zawsze idzie w parze z zadowoleniem. Zadowolenie, ze swej strony, otwiera drzwi wdzięczności.
Kiedy pozwolimy wdzięczności towarzyszyć naszemu życiu, automatycznie będziemy mniej krytykować. Również samego siebie. Tak sobie myślę, że wdzięczność potrafi rozjaśnić szarości naszego życia. Nadać im barw, światła, kontrastów i fantastycznych kształtów. Dzięki niej obraz naszego życia staje się czymś fascynującym i ciekawym. Czymś, w czym dostrzegamy piękno i harmonię.

I tego wam życzę.