jedyne oczekiwanie / jedyny warunek wobec Przyjaźni

Bardzo przeżywam wszystkie konflikty / niedomówienia / spięcia / nieporozumienia z tymi, na których mi zależy. Nawet jeśli staram się tego po sobie nie pokazywać, to jednak potem przez długi czas czuję w sobie jakiś taki smutek, który zwyczajnie mnie przygnębia.
Próbuję zrozumieć, ale samemu nie zawsze to wychodzi.

Zdaję sobie sprawę, iż z jednej strony sama przyczyniłam się do owej sytuacji. Że może powiedziałam coś za dużo, że może lepiej było zachować swoje uwagi i przemyślenia dla siebie. Ale przecież miałam dobre intencje i wcale nie chodziło mi o to, by na siłę w kimś coś zmieniać. Zwyczajnie zareagowałam na wysłaną do mnie wcześniej prośbę.
Prośbę o szczerość.

Tylko tu właśnie zaczyna się problem.
Nie umiem udawać.

Jeśli kogoś traktuję za Przyjaciela, to jest to równoznaczne z tym, iż mam do tego kogoś zaufanie. Zaufanie do tego, by móc z tym Kimś być całkowicie szczerą. Bez udawania, bez ważenia słów i zastanawiania się nad tym jak opakowywać to co chcę powiedzieć, by było najbardziej podobne do tego, co owy Ktoś chce usłyszeć.
Nie umiem tak.
Nie umiem się bawić w takie gry.
Nie umiem udawać szczerości.

Jeśli ktoś chce być moim Przyjacielem, musi się liczyć z tym, że będę szczera naprawdę.

I oczekuję tego samego.
Jeśli jest we mnie coś, co Ty Przyjacielu nie pochwalasz, co Ci się we mnie nie podoba, co Cię drażni, męczy, przeszkadza, ogranicza itp, to po prostu szczerze mi to powiedz. Niekoniecznie się zaraz z tobą zgodzę, ale przynajmniej przemyślę, zastanowię się nad tym, czy przypadkiem nie masz racji. Nie wiem czy będę chciała i umiała owe coś w sobie zmienić, ale przynajmniej możemy szczerze o tym porozmawiać. To nam pomoże lepiej się zrozumieć. Takie rozmowy uważam za swego rodzaju dar dla mnie, bo pomagają mi dostrzec moje błędy, pomagają mi też lepiej zrozumieć i Ciebie.

Kiedy pojawiają się konflikty / niedomówienia / spięcia / nieporozumienia to znak, że nie do końca się zrozumieliśmy. To znak, że tutaj właśnie jest miejsce dla naszej całkowitej szczerości. Nie oznacza to, że mamy sobie ustępować, czy ulegać. Nie znaczy, że jedno ma drugiemu odebrać wolność bycia sobą. Zawsze można znaleźć drogę by pozostać sobą, ale jednocześnie nie zatracić w sobie wrażliwości na innych.

Nie oczekuję od moich Przyjaciół tego, byśmy we wszystkim się zgadzali. Byśmy mieli te same poglądy, zachowania, czy cokolwiek innego. Każdy mój Przyjaciel ma prawo do tego, by być całkowicie sobą, taki jaki naprawdę jest. Akceptuję i kocham go właśnie takiego. Nie oczekuję wzajemności uczuć, ani nawet uwagi i czasu, które ma mi poświęcać.

Jedyne czego oczekuję to właśnie szczerości. I tego, by i mi dano wolność bycia całkowicie szczerą.
Bez tego jedynego Przyjaźń dla mnie nie istnieje.

Jeśli ktoś ofiarowuje mi swoją Przyjaźń, musi ofiarować mi również wolność do bycia szczerą. Tak jak ja taką samą wolność Przyjacielowi daruję.
Jeśli darujemy sobie nawzajem ową wolność do szczerości, należy być za nią odpowiedzialnym i mieć do niej szacunek. Inaczej to wszystko nie ma sensu.
Inaczej możemy być tylko po prostu przyjaciółmi albo znajomymi.

PS. Zawsze jest dobra chwila do tego, by ze swoim Przyjacielem nadrobić szczerość.

są znajomi, są Przyjaciele i są po prostu przyjaciele – nauczcie się ich rozróżniać, a unikniecie wielu smutnych chwil

Przeczytałam pewną notkę na pewnym blogu i tak sobie właśnie dumam nad moimi różnymi znajomymi. Bliższymi i dalszymi.

Bo w życiu są i znajomi i są po prostu przyjaciele. I czasami, kiedy mamy szczęście, są jeszcze Przyjaciele.
A teraz tak całkiem swobodnie rozwinę sobie tę myśl.

Możliwe, iż mam nieco inne podejście do ludzi ogólnie.
Możliwe, iż właśnie dlatego inne są nieco moje z nimi relacje.
Opowiem wam zatem jak to jest ze mną.
Opowiem wam jaki jest świat według Bafki.

Poznałam w na swojej życiowej ścieżce wielu ludzi. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach, w różnych okresach mojego życia.
Z jednymi spędziłam mnóstwo czasu i przegadałam mnóstwo godzin, a mimo to pozostali jedynie znajomymi. Z innymi, spędziłam dużo mniej czasu i przegadałam dużo mniej godzin, a mimo to od samego początku byli i są Przyjaciółmi.

Po czym poznać czy ktoś jest tylko znajomym, a ktoś inny Przyjacielem? Właściwie to nie potrafię tego określić słowami. To się po prostu wie.

Tak sobie myślę, że nie czas ani uwaga jaką sobie nawzajem poświęciliśmy (lub też nie poświęciliśmy) jest miernikiem naszej przyjaźni.
To coś zupełnie innego.

Jakieś 20 i więcej lat temu, za czasów ogólniaka byłam w drużynie harcerskiej. Równoczenie miałam przecież swoich klasowych kolegów i koleżanki. Jedni od samego początku byli po prostu tylko kolegami, koleżankami, znajomymi. Inni od samego początku stali się Przyjaciółmi. I są nimi do dzisiaj. Mimo tylu lat.

Jak to się dzieje?

Poznajesz kogoś i już po pierwszej rozmowie wiesz, że to nie będzie taka zwykła znajomość.
Myślę sobie tak po bafkowemu, że człowiek jako istota troista, składająca się nie tylko z ciała, ale i ducha, odbiera po prostu pewne niewidzialne dla oka energie. Każdy z nas wysyła w kosmos swoje energie. Robimy to nieustannie. Każdym oddechem, każdą myślą, każdą emocją.
Jeśli spotkacie na swojej życiowej ścieżce Przyjaciela, od razu będziecie wiedzieli, że to On. Bo to się właśnie wie. W środku.

hmmmm …
Wyobraźcie sobie, że nie jesteście tylko waszym ciałem, ale że jesteście jeszcze takim ciałem energetycznym/eterycznym/duchowym, które ma dużo większy wgląd w Rzeczywistość niż wasz umysł. I wyobraźcie sobie jeszcze, że każdy napotkany człowiek też jest dodatkowo takim właśnie energetycznym/eterycznym/duchowym ciałem.
I nagle spotykacie się gdzieś. Gdziekowiek.
Podczas gdy wasze cielesne ciała sobie robią co tam robią, rozmawiają o dupie maryni czy czymkolwiek innym, to te ciała energetyczne zaczynają się ze sobą lepiej poznawać. One mają taką moc, że poznają się ze sobą nawet wtedy, gdy wasze ciała fizyczne mają się nawzajem w dupie. Wystarczy, że jesteście gdzieś w tym samym miejscu. Gdziekolwiek.
Jeśli się zdarzy, że te wasze energetyczne/eteryczne/duchowe ciała wyjątkowo do siebie pasują, jak to się mówi „nadawają na tych samych falach”, wtedy BACH! Ta energia będzie taka mocna, że na pewno ją poczujecie.
To właśnie w tym momencie zdarza wam się coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia.
Albo jeszcze lepiej Przyjaźń od pierwszego wejrzenia.
I już po prostu nie ma na to mocnych.

Możecie przeżyć ze sobą bardzo wiele, lub dużo, dużo mniej.
Możecie ze sobą wiele rozmawiać lub razem po prostu milczeć.
Możecie z powodu różnych zakrętów życiowych stracić ze sobą kontakt. Nawet i na sto lat.
A potem, gdy któreś z was zapyta nagle tego drugiego: „co dziś jadłeś na śniadanie?”, to będzie tak, jakby tego milczenia pomiędzy nigdy nie było.
Wasze serce zrobi fikołka z radości.
Wasza dusza będzie śpiewać.
Wasze ramiona się otworzą.
Bo dla waszego Przyjaciela nieistotny jest czas, który dzielił. Istotna jest jedynie TA CHWILA.

Bo gdy spotkacie Przyjaciela nie potrzebujecie od niego NIC. Cieszycie się, że po prostu jest. Dajecie mu Wolność. Wolność polega również na tym, że on NIC wobec was NIE MUSI. Jeśli ma ochotę zamilknąć na parę nawet lat, to pozwalacie mu zamilknąć. Tak po prostu. A kiedy się znowu pojawi, witacie go z otwartymi ramionami i prawdziwą radością w sercu. I tak samo on traktuje was. Bo prawdziwi Przyjaciele kochają się nie ZA, ale POMIMO. Prawdziwi Przyjaciele nie potrzebują zapewnień, sms-ów z życzeniami, telefonów, pamięci. Bo wiedzą, że ta pamięć ZAWSZE jest. W sercu. Skąd wiedzą? Bo to się wie.

Jeśli relacja wygląda inaczej, wtedy spotkaliście zapewne po prostu przyjaciół. Po prostu przyjaciele różnią się nieco od Prawdziwych Przyjaciół. Różnią się tym, że o po prostu przyjaciół trzeba po prostu dbać. Jak o kwiat.
Po prostu przyjaciele potrzebują by podlewać tę przyjażń. Potrzebują wspólnie spędzonego czasu, wspólnych rozmów, wzajemnej pamięci. Gdy czegoś długo brakuje, wtedy w sercu pojawia się smutek. Zaczynacie więc walczyć z tym smutkiem, próbujecie naprawić coś, przywołać na nowo. Czasem się udaje, a czasem nie. I wtedy pojawia się w sercu żal.
Gdy żal zagości do was choć raz, wtedy wiadomo, że po prostu przyjaciele mają już bardzo małe szanse nadal być po prostu przyjaciółmi.
Jeśli pójdzie bardzo źle i żalu w waszych sercach jest bardzo dużo, wtedy zatrzaskują się drzwi i nikt już nie otwiera okna.
Jeśli dobrze pójdzie i gdy żalu jest mało, po prostu przyjaciele zamieniają się w znajomych.

Ze znajomymi to całkiem inna bajka. Niektórzy są nimi od zawsze. Inni zmieniają się w nich z nieznajomych lub z po prostu przyjaciół. Ze znajomymi wszystko jest prostsze. Kiedy są, to się cieszymy, że są. Lub nie. Kiedy znikają na krócej lub dłużej, to za nimi tęsknimy. Lub nie.
Znajomy wyśle wam kartkę na święta i miło mu będzie, jeśli dostanie taką i od was. Ale nie będzie rozpaczał gdy jej nie dostanie. Ucieszy się jeśli będziecie pamiętać o jego urodzinach, ale jeśli zapomnicie, to też mu się nic nie stanie.
Znajomy zgłosi się do was o pomoc, gdy będzie jej potrzebował. Ale niekoniecznie będzie chciał wam pomóc, gdy potrzebować będziecie go wy.
Znajomy będzie się z wami spotykał z różnych dziwnych powodów:
– przez tzw. „przypadek”
– z obowiązku
– bo tak wypada
– bo macie wspólne interesy
– bo macie podobne hobby
– żeby wam nie było przykro
– z nudów
– żeby sobie wypić
– żeby sobie pogadać
– czasem z wdzięczności
Ale nigdy z potrzeby serca.

Jeśli znajomy zacznie chcieć się z wami spotykać z potrzeby serca, wtedy prawdopodobnie staje się po prostu przyjacielem.

I tak oto wygląda świat według Bafki.

Życzę wam, byście mieli dystans do waszych znajomych, dbali o waszych po prostu przyjaciół i by na waszej życiowej drodze pojawił się choć jeden Przyjaciel.
By go rozpoznać musicie jednak patrzeć sercem.

I jeszcze jedno. By móc w ogóle mieć Przyjaciela, trzeba najpierw samemu się nim stać.

tu i teraz

Za oknem znowu leje. Ale jakoś tak ze swego rodzaju sympatią patrzę na ten deszcz. Pościągałam pranie z balkonu. O dziwo mimo tej wilgoci wyschło bez problemów.
Potem był telefon. Wiadomość o śmierci kogoś, kogo bardzo lubiłam.
Jakoś tak trochę smutno się zrobiło. Ale tylko trochę, bo wierzę, że teraz ten ktoś jest – tam gdzie jest – szczęśliwy.

I tak sobie tylko rozmyślam jakie to życie jest. Ludzie mają marzenia, snują plany, a tu jedna chwila i człowieka nie ma. Nie ma sensu odkładać rzeczy na później. Na szczególny dzień kiedyś tam. Bo ten szczególny dzień nigdy może nie nastąpić.

Dziś jest dzień szczególny. To właśnie ta chwila, która jest magiczna. To TU i TERAZ i waśnie na tym należy się skupić. Bo jutro może będzie, a może i nie będzie.

Czasem owo tu i teraz wydaje sie być zwykłe, szare, nudne, do dupy. Ale tak sobie myślę, że to od nas zależy jakie ono będzie. Mogę przecież uczynić je na swój sposób pięknym. Wystarczy włożyć nieco ciepłych myśli w to, co akurat muszę zrobić. I nieco wdzięczności za to, co mam. I nieco serca, by podać to dalej.
Tak sobie myślę.

I zamierzam dziś te myśli przełożyć na czyn.
Ale najpierw muszę komuś powiedzieć, że go kocham.

czasem warto „zmarnować” nieco czasu

Pytano mnie nie raz i nie dwa o to, jak ja na wszystko znajduję czas. Za każdym razem te pytanie wywoływało we mnie leciutkie zdziwienie. Bo na dobrą sprawę to nie zastanawiałam się nigdy nad tym, że „mam czas”.

Prawda jest taka, że nie pracuję na co dzień zawodowo. Tzn. pracuję, ale tylko od czasu do czasu, a to oznacza, ze każdego dnia mam te kilka godzin więcej.

Prawda jest też taka, że mam wspaniałych facetów, którzy pomagają mi w obowiązkach domowych (już choćby z zakupami czy sprzątaniem), co również zaoszczędza czasu. Chyba w ostatecznym rozrachunku nam wszystkim.

I wreszcie – moim zdaniem najważniejsze – myślę, że to kwestia ustawienia sobie priorerytetów w życiu.
Kiedy wyszłam za Kapsla i zamieszkałam razem z nim, to wzorem moich szwagierek chciałam być oczywiście doskonałą żoną i panią domu. I w gruncie rzeczy marnowałam mnóstwo czasu i energii na sprzątanie. Na codzienne odkurzanie, mycie podłóg i łazienek. Dochodziło do tego zajmowanie się małymi dziećmi i kiedy pod wieczór mogłabym mieć czas, to byłam zbyt zmęczona, by się nim naprawdę cieszyć. Pamiętam, że wtedy byłam ciągle niezadowolona i przemęczona. Jednym słowem żona jędza.

Dopiero dużo później odkryłam, że kiedyś nikt się nie będzie mnie pytał o to, czy zawsze miałam czyste okna, wyprane firanki i wypucowane na glanz mieszkanie. Ba! Nikt nie będzie o tym nawet pamiętał. Bo to są rzeczy, które w tworzeniu domu naprawdę nie są najważniejsze.
Zrozumiałam, że o wiele bardziej istotne od czystych okien czy podłóg są godziny, które spędziliśmy prawdziwie razem. Opowiadając sobie opowieści, grając razem w jakieś gry przy jednym stole, czy choćby łaskocząc się nawzajem na jednym łóżku.
Bliskość ma szansę powstać tylko wtedy, jeśli ma się na nią czas.

Zrozumiałam także, że każdy człowiek by być szczęśliwy, potrzebuje także odrobiny wolności. Choćby w kwestii wyrażania siebie. Pasje są swego rodzaju akumulatorem, który pozwala naładować wewnętrzne baterie. Uskrzydlają.
Podarowaliśmy sobie z Kapslem tą wolność, która pozwala nam realizować nasze pasje. Bo Miłość to niekoniecznie robienie wszystkiego razem. Miłość to również wspólne kochanie całkiem innych rzeczy. To wsparcie, jakie możemy sobie nawzajem dać, patrząc w zupełnie innych kierunkach.
Szacunek do tego, że ta druga osoba może dbać o swoje „ja”.
Tego samego uczymy naszych chłopców i staramy się im to umożliwić.

I jeśli mam wybierać np pomiędzy jakimkolwiek domowym obowiązkiem, a spędzeniem godziny na wspólnym leniwym leżeniu do góry brzuchem, kiedy któryś z moich facetów z błyskiem w oczach opowiada o swoich pasjach, swoich radościach, swoich zainteresowaniach, czy swoich problemach, to wierzcie mi, wybieram zawsze to drugie.
I żadna plama na podłodze, sterty niewyprasowanego prania, brudne od miejskiego smogu okna, kropki z wody na zlewie nie będą więcej w stanie okraść mojej rodziny z czasu, który możemy spędzić razem.
Dlaczego? Bo nie są tego warte.

Bo gdy kiedyś przyjdzie mi umierać, to i tak nie zabiorę ze sobą w kolejne życie ani medalów za czystość, ani mojego konta z banku, ani zawartości mojej szafy czy czegokolwiek innego. Jedyną rzeczą jaką będę mogła zabrać, to moją umiejętność kochania.

Kiedy choć raz pozwolicie sobie „zmarnować czas” na takie proste rzeczy, na to by przystanąć i zająć się tym, co daje radość, wtedy odkryjecie jak wiele tego czasu naprawdę macie.
Bo z czasem jest trochę tak, jak z Miłością.
Im więcej się go daje innym, tym więcej się go ma.
Im więcej dacie go dla innych, tym więcej będziecie mieli go dla siebie.
Paradoks? Wcale nie. Z czasem wszystko wyda się wam naturalne. I proste.

robić Nic to ważna sprawa

Zrobiłam sobie totalny dzień lenia. Dwa dni bolał mnie coś żołądek, do tego bóle głowy i okres. Mieszanka niezbyt przyjemna. Stwierdziłam zatem, że dziś:
– nie gotuję
– nie sprzątam
– nie robię nic.

Sprzątanie olaliśmy wszyscy radośnie, uznając że jak komuś się nie podoba, to nie musi do nas przychodzić, nam nie przeszkadza. Zresztą, cały nasz bałagan ogranicza się jedynie do kurzu i oczywiście ćwirkowych piórek. Zatem da się żyć.

Gotowanie moi faceci zamienili na przygotowanie gotowych sklepowych frytek i pizzy. Niezbyt zdrowe, niezbyt smaczne, ale od czasu do czasu można.

A Nie-Robienie-Nic jest zajebiście cudownym zajęciem i każdemu się czasem należy. O czym już wiedział i bębnił pewien bardzo mądry Kubuś Puchatek:
„Nie bagatelizuj wartości Niczego. Robić Nic to ważna sprawa, bo można chodzić sobie i przysłuchiwać się wszystkiemu, co można usłyszeć, i o nic się nie martwić.”

I wiecie co? Niesamowita mądrość kryje się w tych słowach. Ja sobie też tak dzisiaj chodzę po domu, czasem przysiądę tu czy tam, czasem coś poczytam, czasem szmyrgnę pędzlem, a nade wszystko Nie Robię Nic, tylko przysłuchuję się temu, co można uslyszeć.

refleksje tuż po, czyli po co są problemy

Jak czasem niektóre spadające mi na głowę problemy potrafią mnie totalnie zwalić z nóg i wpadam w doła większego niż Rów Mariański (czy jakoś tak), to równie szybko potrafię się jednak pozbierać.

W dużej mierze to dzięki wam, dzięki moim dzieciom wspaniałym i też dzięki Kapslowi, który mimo wszystko wciąż jest najlepszym facetem, jaki mi się mógł trafić.
W dużej mierze jest to jednak też zasługa mojej własnej natury. Zawsze porafiłam dostrzec pozytywne rzeczy wokół mnie. Takie światełka w tunelu. A z wiekiem ta zdolność przerodziła się nawet w nieco inne postrzeganie trudności, które napotykam na swojej życiowej drodze.

Jestem emocjonalną osobą i przeżywam wszystko dość barwnie. Powinnam napisać: wybuchowo. Tak też wobec problemów zawsze jest spektakularnie jeśli chodzi o emocje: gniew, wściekłość, rozpacz, foch, chęć zemsty, wewnętrzne opieprzanie się za tak idiotyczny pomysł (odn. zemsty), potem płacz, potem znów foch, znów gniew, znów złość, żal, obojętność, płacz, foch … i tak w kółko. Aż do swego rodzaju wyczerpania, kiedy przychodzi wreszcie jakiś taki spokój i mogę zacząć racjonalnie myśleć. I przede wszystkim, kiedy do głosu dochodzi również Miłość, która jest we mnie. Miłość do mnie samej przede wszystkim. Bo dobrze wiem, że jakiekolwiek zemsty, fochy, urażona duma itp zawsze bardziej niszczą mnie samą, niż tego kogoś, wobec kogo są wymierzone. Dawno nauczyłam się, iż to najidiotyczniejsze sposoby radzenia sobie z problemami.

Kiedy więc się wreszcie uspokoję, wtedy potrafię spojrzeć na moje problemy również z dystansu.
I wiecie co?
Dostrzegam w nich nie tylko złe rzeczy. Ale również okruchy dobra. Bo problemy przychodzą po to, by wskazać mi drogę. Jeśli spojrzę na nie nie jak na oprawcę, ale jak na nauczyciela, wtedy potrafię dostrzec to, co chcą mi unaocznić. Coś, nad czym sama powinnam popracować.

Bo nie na tym polega uszczęśliwianie swojego życia, żeby zmieniać innych. Jedyną osobą, którą mogę zmienić, jestem ja sama. Czasami, dzięki zmianom we mnie, zmieniają się i inni. Nie dlatego, że ja tak chcę. Ale dlatego, że oni sami chcą.

Z perspektywy czasu potrafię spojrzeć na moje problemy i trudności przychylnym okiem. To takie kamienie na drodze do pełniejszego, bardziej świadomego życia.

Jeśli się uspokoję i spojrzę z dystansu i bez buntu na te niby złe rzeczy, które mnie spotykają, potrafię dostrzec w nich dar.
Bo na dobrą sprawę, to właśnie dzięki nim moje późniejsze radości są większe. I bardziej potrafię się cieszyć z tego co dobre, miłe, piękne.
Każde doświadczenie niesie dla nas pewną naukę. Jeśli jej nie przyswoimy, doświadczenie będzie się powtarzać w podobnej formie aż do skutku.
Im szybciej nauczymy się tego, czego powinniśmy, tym lepiej dla nas.

Jak to powiedział kiedyś ks. J. Twardowski?
„…Spadają z obłoków małe-wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.

I właśnie tak jest.

Odkryłam to, czego powinnam się tym razem nauczyć. Odkryłam w sobie. I … jestem na nowo szczęśliwą Bafką.

kilka słów o dzieciach i wychowaniu

Czytam sobie czasem na pingu różne notki różnych nastolatków, jak i wszelkiej maści rodziców. Czasem przeraża mnie fakt, jak mało miłości jest w tych relacjach dziecko – rodzic.
Paradoksalnie, bo przecież większość dzieci rodzi się jako owoc miłości.

Wiecie o czym pomyślałam? Że jednak ja z moimi synami mam super kontakt. Wiem, że są oni jeszcze stosunkowo młodzi (12, 13 lat), ale jednak nie sądzę by jakoś drastycznie miało się między nami popsuć.
Oczywiście mamy sprzeczki i kłótnie. I nam czasem puszczają nerwy. Ale jakoś nigdy nie trakuję chłopców na zasadzie: „ja jestem rodzic, to mi wolno”. Staram się, by traktować ich jak równych sobie partnerów. Jeśli ja w nerwach wyjadę z pyskiem i powiem kilka słów za dużo, to oczywistością dla mnie jest, by własne dziecko przeprosić. Tak samo przecież przeprosiłabym dorosłego. Tej jednej rzeczy nie było nigdy u mnie w domu, kiedy ja byłam dzieckiem. I – po latach jeszcze – nieco bolało.

Tak samo w dyskusjach staram się zawsze wysłuchać wszystkich argumentów chłopców. Mimo, że często ostateczne decyzje podejmujemy ja czy Kapsel jako rodzice, to jednak zawsze pozwalam, by chłopcy mieli szanse przedstawienia swoich racji. A kiedy nasze racje nie zgadzają się z ich racjami, to wtedy tłumaczymy dlaczego i staramy się znaleźć jakiś sensowny kompromis. Często słyszane u innych rodzicielskie teksty do dziecka w stylu: „Dlaczego? bo tak i koniec” mnie śmieszą. Wydają mi się być jedynie wykorzystywaniem rodzicielskiej władzy dla samej władzy. To poważny błąd. Nie powinno się wykorzystywać władzy rodzicielskiej np zmuszając dziecko do czegoś wbrew jego woli. W dłuższej perspektywie czasowej ma to bowiem fatalne skutki.

Jeśli dochodzi do konfliktów między nami i naszym dzieckiem, powinniśmy szukać „błędu” również u siebie, nie tylko u niego. Być może my sami najwięcej przyczyniliśmy się do danej sytuacji. Na przykład byliśmy niekonsekwentni, nasze przekazy niejasne, może byliśmy nie dość wyrozumiali albo nie poświęciliśmy naszemu dziecku dość czasu.
Każde dziecko natury jest pełne miłości i chce tę miłość nam przekazać. Musimy tylko jako rodzice mu to mądrze umożliwić.

Myślę sobie, że decydującą sprawą w wychowaniu jest miłość i szacunek. Tak, szacunek wobec dziecka, tak często niestety bagatelizowany, ma tutaj naprawdę bardzo wielkie znaczenie.
To setki małych rzeczy, które przynosi nam codzienność. Niby drobnostki, ale niezwykle istotne.
Dlatego np ważne jest, by przed wejściem do pokoju naszego dziecka najpierw zapukać, zwłaszcza gdy jest to już dziecko starsze. Ważne jest by np omawiać z naszymi córkami czy synami problemy w ten sposób, jak gdybyśmy i my mogli się czegoś od nich nauczyć.
Ważne, by pytać ich o zdanie w kwestiach, które dotyczą poniekąd całej rodziny.
To takie różne drobne rzeczy, ale to one uczą nasze dzieci od początku traktować innych z miłością i szacunkiem.
Bowiem celem wychowania jest charakter.

Oczywiście bycie rodzicem nie jest wcale łatwe. Ale z reguły trudności pojawiają się z powodu naszych – rodzicielskich błędów, a nie błędów dziecka. Traktujmy zatem te trudności jako sygnał, że to my powinniśmy się najpierw czegoś nauczyć. Kiedy coś nie wychodzi, spróbujmy odkryć jaki błąd popełniliśmy sami. Dopiero po zbadaniu swojego udziału, można zająć się udziałem dziecka w zaistnialym problemie.
Niech dzieci będą dla nas bodźcem do lepszego poznania samego siebie.

I jeszcze jedno. Nie porównujmy naszych dzieci. Nie wolno nam nawet przez ułamek sekundy myśleć, że jedno jest gorsze, a drugie lepsze. Każdy człowiek jest inny i każdego trzeba traktować indywidualnie. Decydująca jest miłość z jaką podchodzimy do naszych dzieci, a nie różnica między nimi.
„Miłość nie polega na zrównywaniu, lecz na dostrzeganiu i szanowaniu odmienności drugiego człowieka.”

I wreszcie na koniec najważniejsze. Musimy pamiętać, że dzieci przychodzą na świat z własną karmą. Muszą one żyć własnym życiem. Powinniśmy im pomóc, ale nie możemy żyć za nie. Wskażmy im kierunek, ale pozwólmy by wędrowały swoją ścieżką. Możemy być dla nich przykładem, przyjacielem, ale nie ich panem. DZIECI NIE SĄ NASZĄ WLASNOŚCIĄ. Nie podcinajmy im skrzydeł, zamiast ich dodawać. Nie mylmy naszej miłości ze ślepotą. Prawdziwa miłość to najlepszy środek pokonujący trudności i problemy. Ale prawdziwa miłość pozostawia wolność. To jej sila i jej istota.

nieco inna opowieść o miłości

Moje małżeństwo z Kapselm nie zawsze miało takie kolory jak dzisiaj. Na dobrą sprawę żyliśmy przez wiele lat bardziej obok siebie, niż ze sobą. Łączyły nas dzieci, mieszkanie, poczucie obowiązku i może strach przed samotnością. I łączyła nas Przyjaźń.

Miłość? Upchnęliśmy ją gdzieś w zakamarkach swoich dusz, czasem tylko pozwalając jej wychodzić na światło dzienne. Była. Zawsze była, ale przygnieciona codziennymi problemami. Tak po prostu wpadliśmy w rutynę. Daliśmy oboje się złapać szarości. Nie takie to znowu dziwne, bo na dobrą sprawę codziennie spotyka tysiące małżeństw. Mieściliśmy się zatem w tzw normie. A jednak norma nie daje poczucia szczęścia. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli nieszczęśliwi ze sobą, ale z pewnością też nie byliśmy szczęśliwi. Poczucie obowiązku to za mało, by być szczęśliwym.

Nauczyliśmy się jednak z tym żyć. Do tego stopnia, iż chyba oboje uwierzyliśmy w to, że tak wygląda normalność i tak powinno wygądać małżeństwo. Ale gdzieś tam w zakamarkach naszych dusz, wepchana tam miłość dopominała się, by ją wypuścić.

Życie co rusz stawiało przed nami nowe szanse, ale byliśmy ślepi, albo głusi, by odebrać je właśnie jako szanse. To co widzieliśmy było jedynie kolejnymi problemami.
Raniliśmy się. Często nie zdając sobie z tego sprawy. Z przyzwyczajenia do normalności wciąż coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy. Jedyne co nas trzymało razem to dzieci, poczucie obowiązku i … Przyjaźń. Ta nasza Przyjaźń – takie koło ratunkowe, które całymi latami trzymało nas na powierzchni, nie pozwoliło utonąć.

Byliśmy i nadal jesteśmy tacy inni. Nie jak ogień i woda, ale jak leniwie płynący potok i wodospad. Albo jak ciche ognisko i wulkan. Nasza istota była taka sama, ale zamiast ją wydobyć i na niej zbudować prawdziwy dom, skupiliśmy się na wytykaniu sobie różnic. W konsekwencji dzieliło nas więcej niż łączyło. Wulkan wciąż był wulkanem, ognisko coraz słabiej się tliło…

Ale przecież tam w środku wciąż mieszkała miłość. Cicha, bez prawa głosu, ale wciąż była. Życie jest najcudowniejszym reżyserem. Zesłało nam kolejną szansę w postaci prawdziwych prób. Zrobiło się prawdziwie burzowo, wstrząsnęło naszym domem. Po raz pierwszy dostrzegliśmy w tym co się działo nie tylko trudności, ale naszą szansę. Ostatnią szansę. Potoczyło się lawinowo. Przebudzenie było bardzo bolesne dla nas obu. Wydobyło na światło dzienne tak wiele bolesnych emocji, tyle ran które latami powstawały.

Nie zawsze starczało sił do walki. Bywały chwile, że oboje poddawaliśmy się rezygnacji. Jeden pan bóg wie ile strachu i łez przysporzyliśmy przy tym naszym dzieciom, opowiadając im o tym, że jednak zdecydowaliśmy się rozstać.
Nasze kochane dzieci… To chyba one potrafiły wydobyć z nas wtedy tę Przyjaźń, która zawsze była naszą siłą. Ta Przyjaźń, która znowu jak koło ratunkowe nie pozwalała nam utonąć.

Przez ostatnie 10 lat wypłakaliśmy mniej łez, niż w ciągu ostatniego roku. Ale te łzy były oczyszczeniem. Wreszcie nasze dusze zostały odkurzone z kurzu, z rutyny, z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku… Odkryliśmy na ich dnie właśnie miłość. I pozwoliśmy wreszcie by wypełnila nas po brzegi.

Zmieniło się tak wiele. Może nie widać tego z zewnątrz, ale widać tak bardzo od środka. Za każdym razem kiedy to sobie na nowo uświadamiam, ogarnia mnie jakieś takie wzruszenie. I wdzięczność.

Zmienił się sposób w jaki na siebie patrzymy. Zmienił się sposób w jaki się dotykamy.
To niesamowite ile miłości może przekazać jedno spojrzenie. Nie mówię o pożądaniu, ani o pragnieniu. Mówię o Miłości, której nie są w stanie wypowiedzieć żadne słowa.
I niesamowite ile czułości może przekazać jeden dotyk wypełnionej Miłością dłoni…

Łapię się na tym coraz częściej, że nie tylko nie nudzą mnie, ale wręcz fascynują upływające leniwie minuty na wpatrywaniu się w jego twarz.
Nie mogę się powstrzymać, by go nie dotknąć. Opuszkami palców. Mały, niewinny gest, ale wypełniony czułością. Te same gesty z jego strony nagle stały się naszą codziennością.

I wiecie co, nie ma w nich nic nudnego. Za każdym razem potrafią mnie tak samo wzruszyć, za każdym razem potrafią tak samo tajemniczo wydobyć ze mnie niewyobrażone pokłady czułości. Nie wiedziałam, że tyle tego w sobie mam. I nie wiedziałam, że on ma. Znam jego dłoń na pamięć, znam każdy zakamarek, każde zgrubienie, każde pękniecie skóry, każdą krostkę, odcisk czy zmarszczę. A jednak jest to dla mnie najbardziej fascynująca dłoń na świecie.
Niewypowiedzianie wielka czułość potrafi być zaklęta w jednej dłoni.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak właśnie teraz.

jest czas na Miłość i jest czas na brak jej okazywania

I jeszcze jedno.
Warto zrozumieć także to, że wolność ta polega również na tym, że pozostawiamy drugiej osobie prawo wyboru, czy i kiedy chce swą Miłość nam okazywać.

Nie okazywanie Miłości jest darem, który życie wam ofiaruje po to, byście mogli dostrzec kiedy Miłość Jest i czym ona jest.
Świat w którym żyjemy opiera się na dualiźmie. A przeciwieństwa istnieją po to, by dane rzeczy miały w ogóle szansę zaistnieć.
Gdyby nie było nocy, nie wiedzielibyśmy czym jest dzień. Gdyby nie było smutku, nie rozumielibyśmy czym jest radość. Jedno bowiem nie może zaistnieć bez drugiego.
Grube i szczupłe, smutne i radosne, głupie i mądre, dobre i złe, zimne i ciepłe. Tak samo Miłość ma szansę zaistnieć tylko wobec braku miłości, choćby braku pozornego.

Dlatego traktujcie przerwy w okazywaniu Miłości przez waszego partnera czy partnerkę nie jako przekleństwo, ale raczej jak błogosławieństwo. Oczywiście nie mówię teraz o związkach toksycznych, ani takich, w których prawdziwej Miłości nie ma. Mówię o normalnych zdrowych związkach, opartych na prawdziwym uczuciu.

To wszystko bowiem jest naprawdę fikuśnie urządzone. Związki, zwłaszcza damsko – męskie, by nie traciły na ekspresji i atrakcyjności muszą funkcjonować w oparciu o zasadę: daje i odbiera.
Potrzebujemy przeciwieństw, byśmy mogli zatęsknić i by nie zeżarła nas nuda.

Miłość też potrzebuje przerw w jej okazywaniu. Nie znaczy to, iż mamy przestać kochać lub właśnie przestaliśmy być kochani. Wcale nie.

Możemy w tym czasie zająć się sobą, otoczyć opieką tę właśnie niepowtarzalną cząsteczkę nas. Tego wyjątkowego Ktosia. Byśmy nie utracili nigdy tego miejsca w nas, do którego możemy wracać.

Nie musimy uciekać, nie musimy się oddalać. Wystarczy być, ale być obok. W ten sposób i my i nasz partner/partnerka ma szansę pielęgnować w sobie to, co stanowi nasze Ja.

Jest czas na sianie i na zbieranie. Tak samo jest czas na Miłość i na brak jej okazywania.
Spójrzcie na to jak na dar, jaki daje wam życie. I cieszcie się i delektujcie potem czasem, kiedy Miłość znowu się objawia

miłość daje wolność

Obserwując niektóre wpisy na pingerze, a także „związki” niektórych ludzi, nie mogę wyjść czasami ze zdziwienia nad tym, jak bardzo niektórzy z powodu „miłości” się od Miłości oddalają.

Te wszystkie bajki o dwóch pasujących do siebie połówkach pomarańczy wprowadziły tu niezłe zamieszanie. I myślę sobie, że są poniekąd przyczyną tego, że tak wielu ludzi goniąc za ową połówką, coraz bardziej się od niej oddala i ją traci.

Trzeba bowiem zrozumieć jedną rzecz:

sekret udanego związku nie polega na tym, by się nawzajem dopełniać, ale na tym, by się dzielić swoją pełnią.

Co mam na myśli?
Wyobraźcie sobie początek każdego związku. On i ona (lub też on i on, lub ona i ona) poznają się. Wśród setek innych ludzi zwracają uwagę właśnie na siebie. Dlaczego? Bo jest coś, co nas przyciąga. Mówimy o chemii, a tak naprawdę składa się na to milion maleńkich cząsteczek, które stanowią nasze Ja. Kiedy zakochujemy się to dlatego, że fascynuje nas i pociąga to coś, co stanowi odrębność tej drugiej osoby. Jej wyjątkowość, jej niepowtarzalność, jej odmienność, jej szczególność – te wszystkie cechy, które dla nas wyróżniają ją z tłumu.
Zakochujemy się i chcemy ze sobą być.

I tu następuje moment, w którym wielu ludzi się gubi. Dlaczego? Bo jest w nich lęk. I są oczekiwania. A prawda jest taka, że nic nie oddala nas bardziej od Miłości niż strach, że możemy ją stracić. „Przyciągasz to, czego się boisz”. Bo Miłość albo jest, albo jej nie ma. Jeśli ktoś nas pokochał, to kocha nas takim jakimi jesteśmy. Nie musimy na siłę udowadniać, że jesteśmy „lepsi”. To nic nie pomoże, a bardzo wiele zniszczy.

Najbardziej szaleńczą formą naiwności jest sądzić, że poświecając się w imię miłości, tę Miłość zatrzymamy. Tymczasem prawda jest taka, że przecieknie nam ona przez palce szybciej niż sobie myślimy. Poświęcenie – nie cierpię tego słowa, chociaż być może ma ono jakieś górnolotne znaczenie. Nie wiem jakie filozofie, religie, czy ideologie natłukły ludziom do głów to idiotyczne przekonanie, iż poświęcenie w imię miłości jest dobre dla związku. Nic bardziej mylnego.

Ja rozumiem, że kochając mamy oczekiwania i rozumiem, że kochając chcemy spędzać z tą drugą osobą jak najwięcej czasu.
Rezygnujemy więc z siebie, właśnie po to, by móc osiągnąć to co chcemy: a mianowicie bliskość. By być bliżej tej drugiej osoby, częściej, dłużej, intensywniej…
W pewnym momencie przeradza się to w poświęcenie, a co za tym idzie wyrzekanie się siebie samego. Nagle nasze pasje schodzą na plan dalszy. Nasze zainteresowania, nasza kreatywność, często nawet nasze obowiązki i tym samym nasza odpowiedzialność. I tak krok po kroczku zatracamy w sobie to, co właśnie stanowiło naszą odrębność, wyjątkowość i szczególność. Zatracamy to coś, co było tym magnesikiem, który przyciągał i fascynował. Zatracamy naszą największą szansę.

Szaleństwem jest sądzić, że w ten sposób zatrzymamy Miłość.
A jeszcze większym szaleństwem jest sądzić, że zatrzymamy ją tym bardziej, jeśli i nasz partner/partnerka zaczną się poświęcać. By być bliżej nas. Częściej, dłużej, intensywniej.

Jeden zwariowany krok powoduje kolejny. Zaczynamy być zazdrośni.
O czas. O każdą minutę, którą ta druga osoba nie spędza z nami. To w tym miejscu zaczyna się kontrolowanie. Świadome lub nie. Kontrolowanie może przybrać przeróżne formy, od prawdziwego sprawdzania, poprzez np szantaże emocjonalne, a na milczących wyrzutach kończąc. Okazywanie komuś ciągle naszego uzależnienia od niego, też jest formą kontrolowania. Zakamuflowaną, ale jednak.

Zachowujemy się jak bluszcz, który oplótł piękne drzewo.
A potem jeszcze jesteśmy potwornie zdziwieni widząc, że drzewo traci liście i szarzeje.
Gorzej! Budujemy złote klatki i tam wkładamy tych, których kochamy. W imie miłości.

Rozumiecie?

Nie da się tak zatrzymać Miłości, nie da się w ten sposób jej zwiększyć, nie da się jej przybliżyć. Jedyne co się da, to ją zniszczyć. Bo jakie drzewo chce być duszone? Bo jaki ptak chce przebywać w klatce?

Istotą Miłości jest wolność.
„Jeśli kogoś kochamy powinniśmy mu dać całkowitą swobodę bycia tym, kim jest.
Wyzbądźmy się przekonania, że nasze szczęście zależy od czynników wobec nas zewnętrznych. Zrozummy, że w Miłości nie chodzi o to, co otrzymujemy w zamian za to, co dajemy.
Rozstańmy się z roszczeniami co do czasu, sił lub intensywności miłości drugiej osoby.
Pozwólmy jej kochać nas tak, by nie musiała wyrzekać się siebie.
I sami tego też nie róbmy, bo w ten sposób wyzbywamy się tylko naszej szansy na Miłość.

Miłość jest albo jej nie ma.
Nie da się jej przybliżyć, powiększyć, zatrzymać narzucając pęta lub rezygnując z siebie.
Jeśli ktoś w imię miłości tego od was wymaga, to nie jest to żadna miłość, a jedynie jej marna namiastka. Nie wyrzekajcie się własnej godności, godząc się na namiastki i kiepskie imitacje.”

Prawdziwa Miłość daje wolność.

magiczne chwile są w zasięgu naszych rąk

Mam masę wspaniałych wspomnień, do których chętnie wracam. W moim życiu spotkałam wiele cudownych ludzi, dzięki którym przeżyłam magiczne chwile. Każda z tych osób ma swoje miejsce w moim sercu, czasem maleńkie, czasem większe. Wiem, że do końca swych dni będę pamiętać te chwile, bo są jak prawdziwe perełki na moim życiowym sznureczku.
Nie wiem na ile sama się przyczyniłam do tego, że miałam takie a nie inne życie, że mam takie a nie inne wspomnienia. Ale wiem jedno: dopóki jestem wierna sama sobie, dopóki nie boję się ufać ludziom i w nich wierzyć, dopóki stać mnie na szczerość, na zachwyt i na entuzjazm, dopóty moje życie będzie obfitowało w kolejne takie chwile.

Nie trzeba bowiem wielkich wydarzeń, nie trzeba niesamowitych przeżyć. Wystarczy prawdziwość uczuć i szczerość w podejściu do życia, do drugiego człowieka i siebie samego. Wystarczy otwarte serce i oczy i uszy. A każdy dzień może stać się przygodą.
Wystarczy jedynie nieco odwagi, by nie bać się przekształcać naszą codzienność w coś wyjątkowego.

Wierzę w ludzi. Wierzę w przyjaźń. Wierzę w sens tego co mnie spotyka, niezależnie od tego jakie te doświadczenia są.
Nie wierzę w przypadki.

Każdy tzw przypadek jest szansą na to, by zwykłe rzeczy przekształcić w coś magicznego, coś pięknego i niezapomnianego. Wystaczy poczuć i uwierzyć, że się ma taką moc. I zaufać jej.

I tego wam życzę.

to ode mnie zależy jakie będzie moje jutro

Prawo Karmy, czyli prawo przyczyny i skutku jest dla przeciętnego człowieka Zachodu mało zrozumiałe, może nawet zupełnie nieznane. A przecież właśnie to prawo rządzi naszym życiem…

Cały wszechświat jest przejawem energi. Jest ona w nieustannym ruchu, w ciągłej przemianie. Prawo Karmy jest duchowym odpowiednikiem trzeciego prawa Newtona, która mówi, że każdej akcji towarzyszy odpowiednia reakcja.

„Co posiejesz to zbierzesz” – mówi stare porzekadło. I tak właśnie jest. Możemy być pewni, że każdy okruch miłości jaki wysłaliśmy, wróci do nas. Tak samo jak wróci każde z cierpień, które zadaliśmy. Z tej samej lub najprawdopodobniej z innej strony, prędzej czy później, w tym lub w przyszłym życiu. Ale wszystko to wróci. Innymi słowy, jakiekolwiek emocje wzbudzam u innych, ostatecznie staną się one moim doświadczeniem.

Nie chcę tu rozpisywać się nad teoriami. Nie moim zamiarem jest wyjaśnianie czy polemizowanie na temat Karmy. Jeśli ktoś poczuje się zainteresowany, może poczytać na ten temat dużo więcej. W necie znajduje się wystarczająco wiele artykułów.
Tak tylko sama dla siebie sobie głośno rozmyślam…

Kiedy przyglądam się swemu życiu, to skutki działania prawa karmy widzę na każdym kroku. O ileż mniej bolesnym byłyby moje doświadczenia, gdybym dokonywała częściej bardziej świadomie swoich wyborów.

Moje obecne doświadczenia są jedynie konsekwencją moich wczorajaszych wyborów. Jest mi źle, jestem smutna, dzieje się coś nie tak – to konsekwencja tego, że ja sprawiłam wcześniej komuś smutek. Nie patrzę na to jak na karę za grzech. W świecie duchowym nie ma grzechu ani tym bardziej nie ma kar. Są jedynie nieodpowiednie wybory i ich konsekwencje. Po co to?
Byśmy nauczyli się prawidziwe kochać. Byśmy urzeczywistnili siebie jako Miłość.
Tylko po to tu jesteśmy.
Wszystko co wybieram dziś – każda myśl, każde słowo, każdy czyn – wszystko to kształtuje moje doświadczenia w dniu jutrzejszym.

Żyć świadomie to właśnie wybierać świadomie. Daleko mi do tej doskonałości, jednak uczę się tego, każdego dnia trochę więcej…

Nadal jestem bardzo emocjonalną Bafką, popełniającą wiele, wiele błędów. Ale przyglądam się sobie. I uczę się świadomie żyć.
Jest we mnie mniej buntu, a więcej akceptacji. Jest we mnie mniej dumy, a więcej pokory.
Jest we mnie mniej pretensji, mniej poczucia krzywdy, mniej gniewu, a więcej zrozumienia i dystansu…

Uczę się tego każdego dnia. Niektóre lekcje muszę przerabiać po kilka razy, zanim naprawdę do mnie dotrze prawdziwe ich znaczenie.
Mimo wszystko wiem, że to co mnie spotyka, jest tylko odzwierciedleniem energii, które ja sama wprawiłam w ruch.

Uświadomienie sobie własnego wkładu bywa oczyszczające. Pozwala uwolnić się od żalu do innych, pozwala wybaczyć.

Chcesz i ty, by twoje jutro było bardziej świetliste niż twoje wczoraj?
Stań się świecą, już teraz.

 

 

pokochać siebie

Ostatnio zbyt często zdarzało mi się znowu wpadać w jakieś kompleksy. Wynajdowałam w sobie dziesiątki niedoskonałości i upatrywałam w nich przyczyny tego, że coś tam mi się nie układa. Bo przecież niby jestem za nudna, za stara, za gruba, za beznadziejna, za mało interesująca i co tam jeszcze.
Teraz sobie myślę, jaki to absurd.
Moje problemy nie wzięły się z tego, że jestm niedoskonała czy nieciekawa. Wzięły się z tego, że sama siebie przestałam kochać.

Obarczałam się różnego rodzaju wyrzutami sumienia, obwinianiem za to czy za tamto, ganieniem za to co nie wyszło. A ani razu sama się nie pochwaliłam. Za to co dobre, co mi się udało, za to co zrobiłam fajnego.

Dlaczego ogólnie jesteśmy dla siebie tacy surowi?
Zamiast dążyć za wszelką cenę do doskonałości, czas chyba najwyższy odkryć na nowo swoją niepowtarzalność. Docenić w sobie to, co jest w nas odrębnego, innego, co różni nas od innych. Przecież każdy z nas ma na ziemi swoją rolę do spełnienia. Kiedy zbyt często się krytykujemy, może się zdarzyć, iż nie dostrzegamy tej roli.

Tak sobie myślę, co z tego, że zdarzały mi się błędy i niewłaściwe wybory. Pomyłki są stopniami prowadzącymi do celu. Po co więc się za nie karać? Czyż nie lepiej łagodnie się im przygladnąć i odczytać ja jako nauki.

Koniec z negatywnymi myślami pod swoim adresem. Zasługuję na szacunek i miłość. Od siebie samej przede wszystkim. Jestem super babką i mam cudowne narzędzia, którymi obdarzył mnie Bóg. Mam dwie ręce i umysł. I mam serce. I mogę z tym zrobić bardzo wiele.

To ode mnie zależy jak będę spędzać na ziemi swój czas.

o wdzięczności

 

Czasami zadajemy sobie pytanie na jakim etapie rozwoju jesteśmy. W gruncie rzeczy to bardzo istotne pytanie. Zastanawiamy się np jak wykorzystaliśmy dany nam czas.
Tak sobie myślę, że miernikiem naszego duchowego rozwoju jest po prostu wdzięczność.

W codziennym życiu, zwłaszcza w dzisiejszej gonitwe za pieniądzem, za tym żeby ciągle więcej mieć, tak łatwo zapominamy o tym, co robią dla nas inni. Ciągle jest nam mało i mało. I ciągle jesteśmy niezadowoleni.
Tymczasem wystarczy zmienić nasze wewnętrzne nastawienie, by poczuć płynące w nas szczęście. Wdzięczność jest tu decydującym narzędziem. Bo wdzięczność i zadowolenie z życia są ze sobą nierozerwalnie połączone.

Mąż naprawił nam cieknący kran, albo po prostu wrócił zmęczony z pracy. Traktujemy to jako oczywistość. W końcu obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, czy też naprawienie małych usterek domowych. W końcu po to jest facetem.
Żona ugotowała nam obiad, wyprała i wyprasowała nasze ciuchy. To też oczywistość. Do tego stopnia, że nawet nie zauważamy, iż kryje się za tym czyjaś praca. Rano, kiedy ubieramy czyste skarpety, one zawsze tam po prostu w szafie są… Ale to przecież babska robota i babskie obowiązki. I nie ma się tu dużo co rozczulać.

I chcemy więcej.
Chcemy by mąż był wyrozumiały i czuły. By nie spał po obiedzie, tylko wysłuchiwał naszych relacji z dnia. By nie siedział godzinami przed telewizorem, tylko zajał się dziećmi albo pomógł nam zmywać gary.
Chcemy, by żona była zawsze sexy i z fantazją. By nas intrygowała i pociągała. Nie nudziła domowymi pierdołami i nie miewała migreny kiedy my mamy ochotę na łóżkowe igraszki. By tolerowała nasze wypady z kumplami i wieczorki przy piwie.

Czyż nie lepiej przystanąć na chwilę i zastanowić się ile dla nas codziennie robi ten mąż czy ta żona. Odczujmy wdzięczność za to, co każdego dnia dostajemy. Mąż naprawił kran? Powiedziałyśmy mu za to „dziękuję”? Gdyby to obcy facet dla nas zrobił, na pewno nie zapomniałybyśmy o podziękowaniu. Żona ugotowała obiad?  Co z tego, że może nie lubimy tej przystawki. Gdyby to obca kobieta zaprosiła nas na obiad z pewnością byśmy nie marudzili. Podziękowalibyśmy z uśmiechem.

Nie chodzi o to, byśmy żyli w poczuciu zadłużenia u kogoś, albo byśmy wypowiadali zawsze za wszystko dziękuję. Chodzi raczej o to, byśmy to czuli, wdzięczność w sercu. Bo dzięki niej nasze życie nabierze innych kolorów, a nasze związki zyskają na jakości.

Bądźmy więc wdzięczni partnerowi za to, że dzieli z nami życie.
Bądźmy wdzięczni naszym dzieciom za ich miłość i doświadczenia, które dzięki nim przeżywamy. Bądźmy wdzięczni rodzicom za to, że dali nam życie. Za wszystko co dla nas robią lub robili, tylko dlatego, iż są naszymi rodzicami.
Bądźmy wdzięczni przyjaciołom za to, że są naszym wsparciem.
Bądźmy wdzięczni wreszcie Bogu. Bo to On niejako jest tym wszystkim.

Wdzięczność i zadowolenie są ściśle ze sobą powiązane. Prawdziwa wdzięczność zawsze idzie w parze z zadowoleniem. Zadowolenie, ze swej strony, otwiera drzwi wdzięczności.
Kiedy pozwolimy wdzięczności towarzyszyć naszemu życiu, automatycznie będziemy mniej krytykować. Również samego siebie. Tak sobie myślę, że wdzięczność potrafi rozjaśnić szarości naszego życia. Nadać im barw, światła, kontrastów i fantastycznych kształtów. Dzięki niej obraz naszego życia staje się czymś fascynującym i ciekawym. Czymś, w czym dostrzegamy piękno i harmonię.

I tego wam życzę.

 

 

myśli wieczorne

Nie wiem co się ze mną dzieje. Jestem jakaś taka rozdrażniona i smutna jednocześnie. A może jeszcze co innego, sama bowiem nie potrafię określić tego, co we mnie jest.
Czytam wpisy na pingerze i chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jacy ludzie ogólnie są dziś nieszczęśliwi. Niby żyjemy w czasach łatwiejszych do życia, w krajach bez wojen, bez głodu, niby jest lepiej, niby… A jakoś mam wrażenie jakby coraz mniej było szczęśliwych ludzi.
Na każdym kroku samotność.
Samotność w pojedynkę i samotność we dwoje.

Spojrzałam nagle inaczej na moje własne życie i na moje problemy.
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, iż mój mąż mnie olewa, że życie przelatuje mi przez palce, że problemy przywalają mnie do ziemi.
Jeszcze niedawno wierzyłam w przyjaciół, w sens wszystkiego co się dzieje…
Nadal wierzę, mimo że przyjaciele odchodzą i mimo, iż nie zawsze potrafię dostrzec sensu w cierpieniu.
Ale może właśnie taka jest jego rola, bym dzięki temu doceniła to, co mam.
Bo przecież słodycz może zaistnieć tylko wtedy, gdy dane nam będzie doświadczyć i goryczy. Noc i dzień, radość i smutek, szczęście i samotność, miłość i strach…

Wydawało mi się zawsze, że posiadłam jakąś tam życiową mądrość. A jednak wciąż byłam małym głuptaskiem. Widziałam tak wiele, a tego co najbliżej nie dostrzegałam.
No, może nie tak do końca. Dostrzegałam, ale nie w pełni.
Przecież ja to wiem, że wdzięczność ma potężną moc sprawczą. Dlaczego więc jestem tak mało wdzięczna najbliższym, za to że są, że mnie kochają.
Jak to łatwo zapomnieć się… Traktuję coś jako oczywistość, jak coś co po prostu jest. A przecież nic nie jest tak o po prostu…

Chyba mam wiele do nadrobienia.

czary

Jeszcze kilka godzin temu myślałam, że moje życie zrobiło się całkiem poplątane i skomplikowane. Od kilku tygodni w mojej głowie i sercu panował trudny do opanowania chaos.
Przegapiłam tym samym wiele cudownych chwil.

A tymczasem życie bombardowało mnie z nieba mnóstwem znaków, których nie chciałam zauważać. Przechodziłam obok tych chwil kompletnie ich nie rozumiejąc, nie widząc i nie słysząc. A one mówiły do mnie, wołały…

Dopiero dziś odkryłam.
Zawsze jak dzieje się coś niesamowitego, coś niezwykłego, nieco innego, to znak.
Znak, że powinnam przystanąć i otworzyć oczy, uszy i serce. Pomyśleć. Pierwsza myśl z reguły daje odpowiedzi.

Zmiany jakie się dzieją w moim życiu, dzieją się dlatego, żeby było mi lepiej. Powinnam więc się ich nie bać, nie uciekać przed nimi, a nauczyć się nimi właściwie kierować. A przeżyję mnóstwo szczęśliwych chwil.

Że też nie dostrzegłam tego prędzej. Że też przegapiłam tyle cudnych znaków, tyle chwil….
Ale to nic, nigdy nie jest za późno.

Mam zamiar wziąć życie w swoje ręce i na nowo je zaczarować. Wszak mam w sobie potencjał czarodziejki.

 

miłość po prostu jest

Zawsze myślałam, że miłość jest prosta. Że po prostu jest. Czujesz ją w sobie i nie potrzeba do tego rozumu, ani wiele mądrości. Wystarczy zaufać.

Tymczasem chyba nie pasuję do przyjętych mitów i ogólnie panującego przekonania o miłości. Gorzej, mało kto pasuje, ale jeszcze mniej z nas ma odwagę się do tego przyznać.

I pewnie stąd tyle cierpienia i smutku. Tylu nieszczęśliwych ludzi. Bo narzucamy sobie ograniczenia, bo mamy oczekiwania, bo mamy wymagania. Bo nasza miłość tak naprawdę jest namiastką prawdziwej miłości. Bo ta prawdziwa, ani nie stawia wymagań, ani niczego nie oczekuje, ani nie ogranicza. Daje pełną wolność.

Wybory. Do nas należą wybory. Bywają one trudne. Ale z drugiej strony, są takie oczywiste…
Jak to kiedyś napisał Szekspir?
„Sobie wiernym bądź, a stanie się jak po nocy dzień, iż drugiemu się nie sprzeniewierzysz.”

Takie proste…

Myślałam, że miłość jest prosta, a tymczasem wszystko się poplątało. Mimo wszystko jak się wsłucham w siebie, znajdę wszystkie odpowiedzi.

Muszę tylko mieć odwagę iść za tym właśnie głosem.

emocjonalne zawirowania i co z tego wynikło

Wczoraj przeżyłam swego rodzaju burzę emocjonalną. Znowu zaskoczyłam się swoimi własnymi reakcjami. No cóż, życie jednak bywa zaskakujące.
Choć niby sami je tworzymy. Każdą chwilą. Każdą decyzją, każdym słowem, myślą, czynem. Każda chwila to przecież jakiś wybór. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, ale przecież tak jest. Nasze TERAZ stanowi odzwierciedlenie naszych wczorajszych wyborów. A nasze dzisiejsze decyzje kształtują nasze jutro.
Nie podejmowanie decyzji, też niejednokrotnie
jest decyzją.

I myli się ktoś, kto sądzi, że same myśli nic nie znaczą. Myśli mają moc twórczą. I nie ważne czy się w to wierzy, czy nie, to tak jest.
Myślenie to z jednej strony wielki skarb. Z drugiej stanowi jeszcze większe niebezpieczenstwo. Myślenie jako zdolność rozróżniania to wielki dar. Jeśli należycie go wykorzystamy, właściwie nim kierujemy, uświęca to jakoś nasze zycie. Nie mam na myśli tu nic religijnego.
Nie jestem religijna. I nie identyfikuję się z żadną religią. Ale nie zmienia to faktu, iż mam świadomość boskości w nas wszystkich. W jakieś cząstce w każdym z nas. W każdej istocie, w każdej formie życia.

Ale to nie był temat tej notki.
Bo było o myśleniu. Ha! No właśnie, dlaczego moje myślenie działa przeciwko mnie samej?
A nawet nie tak. Bo przecież moje myślenie, jako zdolność rozróżniania doskonale mi mówi co i jak, co powinnam, a co nie, co jest dla mnie dobre, a co nie jest. Dla mnie, dla mojego własnego rozwoju. Mimo to, dokonuję potem niewłaściwych wyborów.

O ile kiedyś, po podjęciu niewłaściwych decyzji, zadręczałam się wyrzutami sumienia, o tyle teraz – o dziwo – nic takiego się nie dzieje. Zatraciłam własne sumienie?
Zwał jak zwał. Jednak któregoś dnia, w Momencie Nieoczekiwanego Odkrycia, przyszło mi do głowy, że poczucie winy nie jest najlepszą nauczycielką.
I absolutnie nie wpływa dobrze na mnie samą. Więc spoglądam z większą życzliwością względem siebie. I z większą łagodnością. Nie osądzam się tak jak kiedyś i nie potępiam.
Staram się podchodzić do siebie samej z łagodnością. Więcej potrafię zrozumieć i więcej wyciągnąć wniosków na przyszłość.

Trochę to takie pasywne spojrzenie na własną ścieżkę rozwoju. Trochę na zasadzie, że nic nie robię, a zrobi się za mnie.
Z drugiej strony myślę, że to nie brak inicjatywy i aktywności, ale dystans, którego powoli się uczę.
Jako zodiakalny Strzelec z natury jestem bardzo optymistyczna. Wielu spraw nie biorę tak poważnie.
Pozwalam życiu płynąć swoim biegiem. Tak po prostu. Nie jestem zawzięta w podejściu do życia. Nie wszystko musi być na siłę. Nie wszystko musi być, bo musi. Nie wszystko musi być, bo mam takie oczekiwania. Nie. Jeśli nie jest, to też jest dobrze. Przyglądam się czasem z boku własnemu życiu. I doprawdy, choć nieraz sama się zadziwiam, to jednak spojrzenie z dystansu przynosi swego rodzaju lekkość.

„Poruszaj sie giętko w biegu wydarzeń”.
Pojawia się od czasu do czasu moment, w którym należy jednak wykazać się charakterem i płynąć pod prąd lub stać jak skała w kipieli.
Wiem, że potrafię. Dzięki skorpioniastej części mnie.
Każdego jednak dnia doskonalę po trochu umiejętność płynięcia z życiem. Po to, bym mogła go brać w swoje ręce.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Od łagodnego uwalniania, po zazdrość, od miłości po złość. Rozczarowania i uniesienia, lekkość i ciężar trosk, zaufanie i strach, poczucie tracenia i poczucie posiadania…
Takie różne dziwne przeciwieństwa. W między czasie wydarzyło się jeszcze więcej.
Ale otrzymałam także jeszcze więcej szans, by wszystko zrozumieć. By spojrzeć inaczej.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Dziś mam łagodność. I spokój.

Dziekuję ci za to, Joe.

takie tam moje rozmyślania o orgazmach…

Zapytacie co robi na takim blogu notka o orgazmach. Ha!
Tak jakoś się złożyło, że rozmawialiśmy ostatnio o orgazmach. My, tzn ja z kilkoma znajomymi. I właśnie pod wpływem tej rozmowy chyba ta notka.

Orgazm jak każdy wie, to cudowne przeżycie. W jakimś sensie wręcz niewypowiedzianie cudowne. Ale oprócz tych typowych orgazmów związanych z seksem, są jeszcze inne.

Najwspanialszym, a z drugiej strony chyba najbardziej intymnym, jest jak ja go nazywam orgazm duchowy.
Nie potrafię nawet tego słowami opisać. To taki moment, kiedy przepływa przez ciebie strumień tak potężnej pozytywnej energii, że odczuwasz niewypowiedzianą radość i szczęście, przekładające się na przeżycie również cielesne. Choć to nie tak, że to tylko radość. To uczucie bezgranicznej Miłości, które cię otacza szczelnie, otula dokładnie. Czujesz się tak, jakby ten strumień Miłości był w tobie, a jednocześnie był tobą. Miłość, nie do jednej konkretnej osoby. Ale Miłość jako siła, jako potężna energia. Miłość uniwersalna. Do wszystkich, do całego świata, a przede wszystkim do siebie samego.
Jest to tak głębokie przeżycie, że przekłada się również na doznania cielesne. Mrowienie, rozlewające się ciepło. Uczucie, jakby wypełniało cię radosne, oczyszczające światło. Może tylko z ta różnicą, iż wszystko bardziej się kumuluje w okolicy serca. Przy czakrze serca, a nie czakrze drugiej, związanej z płciowością. Na dobrą sprawę nie potrafię tego nawet opisać. Ale wiem, że to najpiękniejsze przeżycie.
Najlepsze w tym orgaźmie duchowym jest to, że aby go przeżyć, wcale nie potrzebujemy partnera. Wrzechświat i Stwórca naszykował to wszystko tak,
że to najwspanialsze doznanie możemy przeżyć po prostu, sami ze sobą. Jeśli tylko przyjdzie taki moment, że całkowicie otworzymy się na boską energię.
I nie ma to nic wspólnego z religią. Choć myślę sobie, iż można odczuć coś takiego w wyniku religijnych uniesień. Ale równie dobrze można odczuć to podczas cudownego sexu ze swoim partnerem/partnerką. Wtedy oczywiście doznania są jeszcze lepsze, jeśli orgazm cielesny, fizyczny, seksualny pokrywa się właśnie z tym orgazmem serca, orgazmem duchowym.
Szkoda tylko, że tak rzadko się to zdarza…

Wiecie o czym mówię? Nie?
Ale za to orgazmy muzyczne na pewno są wam dobrze znane.
Któż tego nie doświadczył.
Myślę sobie nawet, że orgazm muzyczny jest właśnie takim małym orgazmem duchowym.
Słuchamy czegoś, czegoś co akurat wpływa na nas tak, że wybucha w nas eksplozja emocji.
Odczuwamy ją bardzo wyraźnie, czasem płaczemy. Choć łzy są tu z reguły łzami totalnego wzruszenia. Na jakiś czas muzyka właśnie pozwala nam się połączyć z tą boską energią, z boskością w nas samych. Muzyka udrażnia nasze najczulsze odbiorniki miłości i jedności. Nie ma szans, byśmy się nie wzruszyli tak do głębi. I odczuwamy to również aż na płaszczyźnie fizycznej. Znowu w okolicy serca. Czujemy wyraźnie jak ono tam jest. Jak przepływa przez niego ten strumień, te wibracje. I zawsze jest to zajebiście fajne przeżycie.

Są jeszcze orgazmy słoneczne, choć są one cielesne, fizyczne i mało wspólnego mają z duchowością. Nie mniej jednak należą również do całkiem fajnych doznań, które po prostu przynosi nam w darze życie.
Nie wiem czy wam się zdarzyło coś takiego. Mi się zdarzyły. W upalne dni. W różnych miejscach: na basenie, na przystanku…
To jest wtedy, kiedy siedzicie lub leżycie sobie totalnie rozluźnieni, a promienie słońca zaczynają zabawę z waszym ciałem. Ha, uśmiecham się kiedy to piszę. To naprawdę fajne uczucie. Oczywiście nie przychodzi to za każdym razem, kiedy jesteśmy wystawieni na słońce. Czasem bywa tak, iż gorąco nas irytuje, męczy, wkurwia. Ale bywa też tak, że staje się pieszczotą. Dosłownie. Często przychodzi zupełnie niespodziewanie. Czujemy najpierw lekkie zaskoczenie. Potem, całkiem szybko, zaskoczenie to zmienia się w glęboką, prawdziwą, cielesną przyjemność. Nie wiem od czego to zależy. Ale dosłownie ma się fizyczne doznania, takie jak przy fajnym seksie. Jakby patrner składał na twoim ciele tysiące pocałunków. Tylko tym razem owym partenrem jest słonce…
Czasem można się nieźle zapomnieć, choć często z wiadomych przyczyn trzeba się kontrolować. W każdym razie jest w tym coś szalenie fajnego. A świadomość, że właśnie przeżywacie coś takiego, w takim miejscu, tak po prostu, tylko potęguje intensywność tego doznania.
Aż mi się zatęskniło do lata.
Ale wszystko przede mna. U mnie już teraz jest 24°C.

stan alfa?

Bywają takie noce, zwłaszcza przy pełni, że nie mogę spać. Krecę się w łóżku nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Każdy, najmniejszy nawet odgłos, dochodzący gdzieś z głębi mieszkania, staje się jakby spotęgowany przez mój własny umysł. Staje się przede wszystkim kurewsko wkurwiający. Tykanie zegara, kapiące kropelki wody gdzieś tam z niedokręconego kranu, lodówka… wszystko to działa na mnie cholernie denerwująco, powodując tylko, że staję się jeszcze bardziej zmęczona i rozdrażniona. Potem zmęczenie osiąga swój jakiś maxymalny punkt i jest taka chwila, przed zaśnięciem, kiedy jeszcze nadal wszystko słyszę, ale fizycznie nie mam już sił ruszyć nawet małym palcem. Dziwny stan wyostrzonego zmysłu.
Taki sam jak zaraz po przebudzeniu. Kiedy na dworze jeszcze często szarość, kiedy sen jest jeszcze na tyle blisko, że wciąż czuję całkowitą bezwładność ciała. A umysł potrafi już wszystko rejestrować z jakąś niespotykaną potem w ciągu dnia wyrazistością.

Wtedy zawsze nagle doznaję najlepszych wglądów w samą siebie. Przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły kulinarne, artystyczne, życiowe, jakiekolwiek. Wtedy właśnie często pojawiają się pomysły rozwiązania moich problemów, pomysły na realizacje marzeń, pomysły na zażegnanie konfliktów… Wszystko, co przychodzi mi wtedy do głowy, jest takie proste, harmonijne, pełne mądrości i jakieś takiej oczywistości.

Gdybym tylko miała siłę, by móc ruszyć w tym momencie choć ręką i zapisać te myśli szybko na papierze, by nic mi z nich nie umykało, z pewnością sypiałabym z zeszytem i pisadłem pod poduszką.
Gdybym tylko miała siłę, by choć te myśli wypowiedzieć, może siła głosu i moc słów spowodowałaby, by bardziej utkwiły mi w pamięci…

Bo często bywa tak, że zanim dojdę do siebie, połowa z nich już umknie… Pozostaje w mojej głowie jedynie myśl, że przecież to było takie świetne rozwiązanie, takie super zdanie, taki wspaniały pomysł… tylko jak to było???

dzień dobry

Był czas myśli smutnych, czas załamania, braku wiary w siebie, braku wiary w sens tego co robię, wiary w miłość czy przyjaźń. Czas wątpliwości i wewnętrznego zagubienia.
Ale Bafcia z natury jest kobietą, która kocha życie. W całej jego okazałości. Włącznie właśnie z tymi wszystkimi smuteczkami, upadkami, niepowodzeniami… Jak to było?
„… spadają z nieba małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.
Tak chyba właśnie jest. Nic co się dzieje, nie dzieje się bez celu. We wszystkim jest jakiś sens.
Może miałam się czegoś nauczyć, może coś lub Kogoś odkryć na nowo. Może zrozumieć najprostsze rzeczy, które nie docierały do mnie inaczej.
Kocham życie. Uwielbiam się śmiać lub nawet płakać. Kocham niespodzianki, wzruszenia, drobne chwile, w których moja dusza doznaje nieoczekiwanych uniesień. Ale też te zwykłe – niezwykłe dni, godziny, momenty.
Małe radości, małe spotkania, uśmiechy, spojrzenia, gesty… Czasem słowa piosenki, która akurat leci w radio, czasem słowa przeczytane gdzieś tam niby przypadkiem w gazecie…

Czy trzeba coś robić by być szczęśliwym?
Chyba nie. Chyba wystarczy po prostu szczęśliwym być. A w ślad za tym idzie cała reszta. Poczyna się właśnie z tego. Z tego czym jestem.

Z tego czym jestem rodzi się to, co robię.