robić Nic to ważna sprawa

Zrobiłam sobie totalny dzień lenia. Dwa dni bolał mnie coś żołądek, do tego bóle głowy i okres. Mieszanka niezbyt przyjemna. Stwierdziłam zatem, że dziś:
– nie gotuję
– nie sprzątam
– nie robię nic.

Sprzątanie olaliśmy wszyscy radośnie, uznając że jak komuś się nie podoba, to nie musi do nas przychodzić, nam nie przeszkadza. Zresztą, cały nasz bałagan ogranicza się jedynie do kurzu i oczywiście ćwirkowych piórek. Zatem da się żyć.

Gotowanie moi faceci zamienili na przygotowanie gotowych sklepowych frytek i pizzy. Niezbyt zdrowe, niezbyt smaczne, ale od czasu do czasu można.

A Nie-Robienie-Nic jest zajebiście cudownym zajęciem i każdemu się czasem należy. O czym już wiedział i bębnił pewien bardzo mądry Kubuś Puchatek:
„Nie bagatelizuj wartości Niczego. Robić Nic to ważna sprawa, bo można chodzić sobie i przysłuchiwać się wszystkiemu, co można usłyszeć, i o nic się nie martwić.”

I wiecie co? Niesamowita mądrość kryje się w tych słowach. Ja sobie też tak dzisiaj chodzę po domu, czasem przysiądę tu czy tam, czasem coś poczytam, czasem szmyrgnę pędzlem, a nade wszystko Nie Robię Nic, tylko przysłuchuję się temu, co można usłyszeć.

refleksje tuż po, czyli po co są problemy

Jak czasem niektóre spadające mi na głowę problemy potrafią mnie totalnie zwalić z nóg i wpadam w doła większego niż Rów Mariański (czy jakoś tak), to równie szybko potrafię się jednak pozbierać.

W dużej mierze to dzięki wam, dzięki moim dzieciom wspaniałym i też dzięki Kapslowi, który mimo wszystko wciąż jest najlepszym facetem, jaki mi się mógł trafić.
W dużej mierze jest to jednak też zasługa mojej własnej natury. Zawsze porafiłam dostrzec pozytywne rzeczy wokół mnie. Takie światełka w tunelu. A z wiekiem ta zdolność przerodziła się nawet w nieco inne postrzeganie trudności, które napotykam na swojej życiowej drodze.

Jestem emocjonalną osobą i przeżywam wszystko dość barwnie. Powinnam napisać: wybuchowo. Tak też wobec problemów zawsze jest spektakularnie jeśli chodzi o emocje: gniew, wściekłość, rozpacz, foch, chęć zemsty, wewnętrzne opieprzanie się za tak idiotyczny pomysł (odn. zemsty), potem płacz, potem znów foch, znów gniew, znów złość, żal, obojętność, płacz, foch … i tak w kółko. Aż do swego rodzaju wyczerpania, kiedy przychodzi wreszcie jakiś taki spokój i mogę zacząć racjonalnie myśleć. I przede wszystkim, kiedy do głosu dochodzi również Miłość, która jest we mnie. Miłość do mnie samej przede wszystkim. Bo dobrze wiem, że jakiekolwiek zemsty, fochy, urażona duma itp zawsze bardziej niszczą mnie samą, niż tego kogoś, wobec kogo są wymierzone. Dawno nauczyłam się, iż to najidiotyczniejsze sposoby radzenia sobie z problemami.

Kiedy więc się wreszcie uspokoję, wtedy potrafię spojrzeć na moje problemy również z dystansu.
I wiecie co?
Dostrzegam w nich nie tylko złe rzeczy. Ale również okruchy dobra. Bo problemy przychodzą po to, by wskazać mi drogę. Jeśli spojrzę na nie nie jak na oprawcę, ale jak na nauczyciela, wtedy potrafię dostrzec to, co chcą mi unaocznić. Coś, nad czym sama powinnam popracować.

Bo nie na tym polega uszczęśliwianie swojego życia, żeby zmieniać innych. Jedyną osobą, którą mogę zmienić, jestem ja sama. Czasami, dzięki zmianom we mnie, zmieniają się i inni. Nie dlatego, że ja tak chcę. Ale dlatego, że oni sami chcą.

Z perspektywy czasu potrafię spojrzeć na moje problemy i trudności przychylnym okiem. To takie kamienie na drodze do pełniejszego, bardziej świadomego życia.

Jeśli się uspokoję i spojrzę z dystansu i bez buntu na te niby złe rzeczy, które mnie spotykają, potrafię dostrzec w nich dar.
Bo na dobrą sprawę, to właśnie dzięki nim moje późniejsze radości są większe. I bardziej potrafię się cieszyć z tego co dobre, miłe, piękne.
Każde doświadczenie niesie dla nas pewną naukę. Jeśli jej nie przyswoimy, doświadczenie będzie się powtarzać w podobnej formie aż do skutku.
Im szybciej nauczymy się tego, czego powinniśmy, tym lepiej dla nas.

Jak to powiedział kiedyś ks. J. Twardowski?
„…Spadają z obłoków małe-wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.

I właśnie tak jest.

Odkryłam to, czego powinnam się tym razem nauczyć. Odkryłam w sobie. I … jestem na nowo szczęśliwą Bafką.

nieco inna opowieść o miłości

Moje małżeństwo z Kapslem nie zawsze miało takie kolory jak dzisiaj. Na dobrą sprawę żyliśmy przez wiele lat bardziej obok siebie, niż ze sobą. Łączyły nas dzieci, mieszkanie, poczucie obowiązku i może strach przed samotnością. I łączyła nas Przyjaźń.

Miłość? Upchnęliśmy ją gdzieś w zakamarkach swoich dusz, czasem tylko pozwalając jej wychodzić na światło dzienne. Była. Zawsze była, ale przygnieciona codziennymi problemami. Tak po prostu wpadliśmy w rutynę. Daliśmy oboje się złapać szarości. Nie takie to znowu dziwne, bo na dobrą sprawę codziennie spotyka tysiące małżeństw. Mieściliśmy się zatem w tzw normie. A jednak norma nie daje poczucia szczęścia. Nie mogę powiedzieć, żebyśmy byli nieszczęśliwi ze sobą, ale z pewnością też nie byliśmy szczęśliwi. Poczucie obowiązku to za mało, by być szczęśliwym.

Nauczyliśmy się jednak z tym żyć. Do tego stopnia, iż chyba oboje uwierzyliśmy w to, że tak wygląda normalność i tak powinno wyglądać małżeństwo. Ale gdzieś tam w zakamarkach naszych dusz, wepchana tam miłość dopominała się, by ją wypuścić.

Życie co rusz stawiało przed nami nowe szanse, ale byliśmy ślepi, albo głusi, by odebrać je właśnie jako szanse. To co widzieliśmy było jedynie kolejnymi problemami.
Raniliśmy się. Często nie zdając sobie z tego sprawy. Z przyzwyczajenia do normalności wciąż coraz bardziej się od siebie oddalaliśmy. Jedyne co nas trzymało razem to dzieci, poczucie obowiązku i … Przyjaźń. Ta nasza Przyjaźń – takie koło ratunkowe, które całymi latami trzymało nas na powierzchni, nie pozwoliło utonąć.

Byliśmy i nadal jesteśmy tacy inni. Nie jak ogień i woda, ale jak leniwie płynący potok i wodospad. Albo jak ciche ognisko i wulkan. Nasza istota była taka sama, ale zamiast ją wydobyć i na niej zbudować prawdziwy dom, skupiliśmy się na wytykaniu sobie różnic. W konsekwencji dzieliło nas więcej niż łączyło. Wulkan wciąż był wulkanem, ognisko coraz słabiej się tliło…

Ale przecież tam w środku wciąż mieszkała miłość. Cicha, bez prawa głosu, ale wciąż była. Życie jest najcudowniejszym reżyserem. Zesłało nam kolejną szansę w postaci prawdziwych prób. Zrobiło się prawdziwie burzowo, wstrząsnęło naszym domem. Po raz pierwszy dostrzegliśmy w tym co się działo nie tylko trudności, ale naszą szansę. Ostatnią szansę. Potoczyło się lawinowo. Przebudzenie było bardzo bolesne dla nas obu. Wydobyło na światło dzienne tak wiele bolesnych emocji, tyle ran które latami powstawały.

Nie zawsze starczało sił do walki. Bywały chwile, że oboje poddawaliśmy się rezygnacji. Jeden pan bóg wie ile strachu i łez przysporzyliśmy przy tym naszym dzieciom, opowiadając im o tym, że jednak zdecydowaliśmy się rozstać.
Nasze kochane dzieci… To chyba one potrafiły wydobyć z nas wtedy tę Przyjaźń, która zawsze była naszą siłą. Ta Przyjaźń, która znowu jak koło ratunkowe nie pozwalała nam utonąć.

Przez ostatnie 10 lat wypłakaliśmy mniej łez, niż w ciągu ostatniego roku. Ale te łzy były oczyszczeniem. Wreszcie nasze dusze zostały odkurzone z kurzu, z rutyny, z przyzwyczajenia, z poczucia obowiązku… Odkryliśmy na ich dnie właśnie miłość. I pozwoliliśmy wreszcie by wypełniła nas po brzegi.

Zmieniło się tak wiele. Może nie widać tego z zewnątrz, ale widać tak bardzo od środka. Za każdym razem kiedy to sobie na nowo uświadamiam, ogarnia mnie jakieś takie wzruszenie. I wdzięczność.

Zmienił się sposób w jaki na siebie patrzymy. Zmienił się sposób w jaki się dotykamy.
To niesamowite ile miłości może przekazać jedno spojrzenie. Nie mówię o pożądaniu, ani o pragnieniu. Mówię o Miłości, której nie są w stanie wypowiedzieć żadne słowa.
I niesamowite ile czułości może przekazać jeden dotyk wypełnionej Miłością dłoni…

Łapię się na tym coraz częściej, że nie tylko nie nudzą mnie, ale wręcz fascynują upływające leniwie minuty na wpatrywaniu się w jego twarz.
Nie mogę się powstrzymać, by go nie dotknąć. Opuszkami palców. Mały, niewinny gest, ale wypełniony czułością. Te same gesty z jego strony nagle stały się naszą codziennością.

I wiecie co, nie ma w nich nic nudnego. Za każdym razem potrafią mnie tak samo wzruszyć, za każdym razem potrafią tak samo tajemniczo wydobyć ze mnie niewyobrażone pokłady czułości. Nie wiedziałam, że tyle tego w sobie mam. I nie wiedziałam, że on ma. Znam jego dłoń na pamięć, znam każdy zakamarek, każde zgrubienie, każde pękniecie skóry, każdą krostkę, odcisk czy zmarszczę. A jednak jest to dla mnie najbardziej fascynująca dłoń na świecie.
Niewypowiedzianie wielka czułość potrafi być zaklęta w jednej dłoni.

Dawno nie byłam tak szczęśliwa, jak właśnie teraz.

jest czas na miłość i jest czas na brak jej okazywania

I jeszcze jedno.
Warto zrozumieć także to, że wolność ta polega również na tym, że pozostawiamy drugiej osobie prawo wyboru, czy i kiedy chce swą miłość nam okazywać.

Nie okazywanie miłości jest darem, który życie wam ofiaruje po to, byście mogli dostrzec kiedy miłość jest i czym ona jest.
Świat w którym żyjemy opiera się na dualiźmie. A przeciwieństwa istnieją po to, by dane rzeczy miały w ogóle szansę zaistnieć.
Gdyby nie było nocy, nie wiedzielibyśmy czym jest dzień. Gdyby nie było smutku, nie rozumielibyśmy czym jest radość. Jedno bowiem nie może zaistnieć bez drugiego.
Grube i szczupłe, smutne i radosne, głupie i mądre, dobre i złe, zimne i ciepłe. Tak samo miłość ma szansę zaistnieć tylko wobec braku miłości, choćby braku pozornego.

Dlatego traktujcie przerwy w okazywaniu miłości przez waszego partnera czy partnerkę nie jako przekleństwo, ale raczej jak błogosławieństwo. Oczywiście nie mówię teraz o związkach toksycznych, ani takich, w których prawdziwej miłości nie ma. Mówię o normalnych zdrowych związkach, opartych na prawdziwym uczuciu.

To wszystko bowiem jest naprawdę fikuśnie urządzone. Związki, zwłaszcza damsko – męskie, by nie traciły na ekspresji i atrakcyjności muszą funkcjonować w oparciu o zasadę: daje i odbiera.
Potrzebujemy przeciwieństw, byśmy mogli zatęsknić i by nie zeżarła nas nuda.

Miłość też potrzebuje przerw w jej okazywaniu. Nie znaczy to, iż mamy przestać kochać lub właśnie przestaliśmy być kochani. Wcale nie.

Możemy w tym czasie zająć się sobą, otoczyć opieką tę właśnie niepowtarzalną cząsteczkę nas. Tego wyjątkowego Ktosia. Byśmy nie utracili nigdy tego miejsca w nas, do którego możemy wracać. Nie musimy uciekać, nie musimy się oddalać. Wystarczy być, ale być obok. W ten sposób i my i nasz partner/partnerka ma szansę pielęgnować w sobie to, co stanowi nasze Ja.

Jest czas na sianie i na zbieranie. Tak samo jest czas na Miłość i na brak jej okazywania.
Spójrzcie na to jak na dar, jaki daje wam życie. I cieszcie się i delektujcie potem czasem, kiedy miłość znowu się objawia

miłość daje wolność

Obserwując niektóre wpisy na pingerze, a także „związki” niektórych ludzi, nie mogę wyjść czasami ze zdziwienia nad tym, jak bardzo niektórzy z powodu „miłości” się od miłości oddalają. Te wszystkie bajki o dwóch pasujących do siebie połówkach pomarańczy wprowadziły tu niezłe zamieszanie. I myślę sobie, że są poniekąd przyczyną tego, że tak wielu ludzi goniąc za ową połówką, coraz bardziej się od niej oddala i ją traci.

Trzeba bowiem zrozumieć jedną rzecz: sekret udanego związku nie polega na tym, by się nawzajem dopełniać, ale na tym, by się dzielić swoją pełnią.

Co mam na myśli?
Wyobraźcie sobie początek każdego związku. On i ona (lub też on i on, lub ona i ona) poznają się. Wśród setek innych ludzi zwracają uwagę właśnie na siebie. Dlaczego? Bo jest coś, co nas przyciąga. Mówimy o chemii, a tak naprawdę składa się na to milion maleńkich cząsteczek, które stanowią nasze Ja. Kiedy zakochujemy się to dlatego, że fascynuje nas i pociąga to coś, co stanowi odrębność tej drugiej osoby. Jej wyjątkowość, jej niepowtarzalność, jej odmienność, jej szczególność – te wszystkie cechy, które dla nas wyróżniają ją z tłumu.
Zakochujemy się i chcemy ze sobą być.

I tu następuje moment, w którym wielu ludzi się gubi. Dlaczego? Bo jest w nich lęk. I są oczekiwania. A prawda jest taka, że nic nie oddala nas bardziej od miłości niż strach, że możemy ją stracić. „Przyciągasz to, czego się boisz”. Bo miłość albo jest, albo jej nie ma. Jeśli ktoś nas pokochał, to kocha nas takim jakimi jesteśmy. Nie musimy na siłę udowadniać, że jesteśmy „lepsi”. To nic nie pomoże, a bardzo wiele zniszczy.

Najbardziej szaleńczą formą naiwności jest sądzić, że poświęcając się w imię miłości, tę miłość zatrzymamy. Tymczasem prawda jest taka, że przecieknie nam ona przez palce szybciej niż sobie myślimy. Poświęcenie – nie cierpię tego słowa, chociaż być może ma ono jakieś górnolotne znaczenie. Nie wiem jakie filozofie, religie, czy ideologie natłukły ludziom do głów to idiotyczne przekonanie, iż poświęcenie w imię miłości jest dobre dla związku. Nic bardziej mylnego. Ja rozumiem, że kochając mamy oczekiwania i rozumiem, że kochając chcemy spędzać z tą drugą osobą jak najwięcej czasu.
Rezygnujemy więc z siebie, właśnie po to, by móc osiągnąć to co chcemy: a mianowicie bliskość. By być bliżej tej drugiej osoby, częściej, dłużej, intensywniej…
W pewnym momencie przeradza się to w poświęcenie, a co za tym idzie wyrzekanie się siebie samego. Nagle nasze pasje schodzą na plan dalszy. Nasze zainteresowania, nasza kreatywność, często nawet nasze obowiązki i tym samym nasza odpowiedzialność. I tak krok po kroczku zatracamy w sobie to, co właśnie stanowiło naszą odrębność, wyjątkowość i szczególność. Zatracamy to coś, co było tym magnesikiem, który przyciągał i fascynował. Zatracamy naszą największą szansę.

Szaleństwem jest sądzić, że w ten sposób zatrzymamy miłość.
A jeszcze większym szaleństwem jest sądzić, że zatrzymamy ją tym bardziej, jeśli i nasz partner/partnerka zaczną się poświęcać. By być bliżej nas. Częściej, dłużej, intensywniej.

Jeden zwariowany krok powoduje kolejny. Zaczynamy być zazdrośni.
O czas. O każdą minutę, którą ta druga osoba nie spędza z nami. To w tym miejscu zaczyna się kontrolowanie. Świadome lub nie. Kontrolowanie może przybrać przeróżne formy, od prawdziwego sprawdzania, poprzez np szantaże emocjonalne, a na milczących wyrzutach kończąc. Okazywanie komuś ciągle naszego uzależnienia od niego, też jest formą kontrolowania. Zakamuflowaną, ale jednak.

Zachowujemy się jak bluszcz, który oplótł piękne drzewo.
A potem jeszcze jesteśmy potwornie zdziwieni widząc, że drzewo traci liście i szarzeje.
Gorzej! Budujemy złote klatki i tam wkładamy tych, których kochamy. W imię miłości.

Rozumiecie?

Nie da się tak zatrzymać miłości, nie da się w ten sposób jej zwiększyć, nie da się jej przybliżyć. Jedyne co się da, to ją zniszczyć. Bo jakie drzewo chce być duszone? Bo jaki ptak chce przebywać w klatce? Miłość jest albo jej nie ma. Nie możemy wyrzekając się siebie zwiększyć intensywności z jaką ktoś nas będzie kochać. I tym bardziej nie przybliżymy miłości jeśli będziemy zmuszali naszego pratnera / partnerkę, aby w imię miłości wyrzekali się siebie. To nie miłość.

Istotą Miłości jest wolność.

magiczne chwile są w zasięgu naszych rąk

Mam masę wspaniałych wspomnień, do których chętnie wracam. W moim życiu spotkałam wiele cudownych ludzi, dzięki którym przeżyłam magiczne chwile. Każda z tych osób ma swoje miejsce w moim sercu, czasem maleńkie, czasem większe. Wiem, że do końca swych dni będę pamiętać te chwile, bo są jak prawdziwe perełki na moim życiowym sznureczku.
Nie wiem na ile sama się przyczyniłam do tego, że miałam takie a nie inne życie, że mam takie a nie inne wspomnienia. Ale wiem jedno: dopóki jestem wierna sama sobie, dopóki nie boję się ufać ludziom i w nich wierzyć, dopóki stać mnie na szczerość, na zachwyt i na entuzjazm, dopóty moje życie będzie obfitowało w kolejne takie chwile. Nie trzeba bowiem wielkich wydarzeń, nie trzeba niesamowitych przeżyć. Wystarczy prawdziwość uczuć i szczerość w podejściu do życia, do drugiego człowieka i siebie samego. Wystarczy otwarte serce i oczy i uszy. A każdy dzień może stać się przygodą.
Wystarczy jedynie nieco odwagi, by nie bać się przekształcać naszą codzienność w coś wyjątkowego.

Wierzę w ludzi. Wierzę w przyjaźń. Wierzę w sens tego co mnie spotyka, niezależnie od tego jakie te doświadczenia są.
Nie wierzę w przypadki.

Każdy tzw przypadek jest szansą na to, by zwykłe rzeczy przekształcić w coś magicznego, coś pięknego i niezapomnianego. Wystaczy poczuć i uwierzyć, że się ma taką moc. I zaufać jej.

I tego wam życzę.

pokochać siebie

Ostatnio zbyt często zdarzało mi się znowu wpadać w jakieś kompleksy. Wynajdowałam w sobie dziesiątki niedoskonałości i upatrywałam w nich przyczyny tego, że coś tam mi się nie układa. Bo przecież niby jestem za nudna, za stara, za gruba, za beznadziejna, za mało interesująca i co tam jeszcze. Teraz sobie myślę, jaki to absurd.
Moje problemy nie wzięły się z tego, że jestem niedoskonała czy nieciekawa. Wzięły się z tego, że sama siebie przestałam kochać.

Obarczałam się różnego rodzaju wyrzutami sumienia, obwinianiem za to czy za tamto, ganieniem za to co nie wyszło. A ani razu sama się nie pochwaliłam. Za to co dobre, co mi się udało, za to co zrobiłam fajnego.

Dlaczego ogólnie jesteśmy dla siebie tacy surowi?
Zamiast dążyć za wszelką cenę do doskonałości, czas chyba najwyższy odkryć na nowo swoją niepowtarzalność. Docenić w sobie to, co jest w nas odrębnego, innego, co różni nas od innych. Przecież każdy z nas ma na ziemi swoją rolę do spełnienia. Kiedy zbyt często się krytykujemy, może się zdarzyć, iż nie dostrzegamy tej roli.

Tak sobie myślę, co z tego, że zdarzały mi się błędy i niewłaściwe wybory. Pomyłki są stopniami prowadzącymi do celu. Po co więc się za nie karać? Czyż nie lepiej łagodnie się im przyglądnąć i odczytać ja jako nauki.

Koniec z negatywnymi myślami pod swoim adresem. Zasługuję na szacunek i miłość. Od siebie samej przede wszystkim. Jestem super babką i mam cudowne narzędzia, którymi obdarzył mnie Bóg. Mam dwie ręce i umysł. I mam serce. I mogę z tym zrobić bardzo wiele.

To ode mnie zależy jak będę spędzać na ziemi swój czas.

o wdzięczności

Czasami zadaję sobie pytanie na jakim etapie rozwoju jestem. W gruncie rzeczy to bardzo istotne pytanie. Zastanawiam się np jak wykorzystałam dany mi czas. Tak sobie myślę, że miernikiem duchowego rozwoju jest po prostu wdzięczność.

W codziennym życiu, zwłaszcza w dzisiejszej gonitwie za pieniądzem, za tym żeby ciągle więcej mieć, tak łatwo jest zapomnieć o tym, co robią dla nas inni. Jest nam mało i mało. I jesteśmy niezadowoleni.
Tymczasem wystarczy zmienić nasze wewnętrzne nastawienie, by poczuć płynące w nas szczęście. Wdzięczność jest tu decydującym narzędziem. Bo wdzięczność i zadowolenie z życia są ze sobą nierozerwalnie połączone.

Mąż naprawił nam cieknący kran, albo po prostu wrócił zmęczony z pracy. Traktujemy to jako oczywistość. W końcu obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, czy też naprawienie małych usterek domowych. W końcu po to jest facetem.
Żona ugotowała nam obiad, wyprała i wyprasowała nasze ciuchy. To też oczywistość. Do tego stopnia, że nawet nie zauważamy, iż kryje się za tym czyjaś praca. Rano, kiedy ubieramy czyste skarpety, one zawsze tam po prostu w szafie są… Ale to przecież babska robota i babskie obowiązki. I nie ma się tu dużo co rozczulać.I chcemy więcej.
Chcemy by mąż był wyrozumiały i czuły. By nie spał po obiedzie, tylko wysłuchiwał naszych relacji z dnia. By nie siedział godzinami przed telewizorem, tylko zajął się dziećmi albo pomógł nam zmywać gary.
Chcemy, by żona była zawsze sexy i z fantazją. By nas intrygowała i pociągała. Nie nudziła domowymi pierdołami i nie miewała migreny kiedy my mamy ochotę na łóżkowe igraszki. By tolerowała nasze wypady z kumplami i wieczorki przy piwie.

Przykłady nieco przerysowane, ale czyż nie lepiej przystanąć na chwilę i zastanowić się ile dla nas codziennie robi ten mąż czy ta żona. Odczujmy wdzięczność za to, co każdego dnia dostajemy. Mąż naprawił kran? Powiedziałyśmy mu za to „dziękuję”? Gdyby to obcy facet dla nas zrobił, na pewno nie zapomniałybyśmy o podziękowaniu. Żona ugotowała obiad?  Co z tego, że może nie lubimy tej przystawki. Gdyby to obca kobieta zaprosiła nas na obiad z pewnością byśmy nie marudzili. Podziękowalibyśmy z uśmiechem.

Nie chodzi o to, byśmy żyli w poczuciu zadłużenia u kogoś, albo byśmy wypowiadali zawsze za wszystko dziękuję. Chodzi raczej o to, byśmy to czuli, wdzięczność w sercu. Bo dzięki niej nasze życie nabierze innych kolorów, a nasze związki zyskają na jakości.

Bądźmy więc wdzięczni partnerowi za to, że dzieli z nami życie.
Bądźmy wdzięczni naszym dzieciom za ich miłość i doświadczenia, które dzięki nim przeżywamy. Bądźmy wdzięczni rodzicom za to, że dali nam życie. Za wszystko co dla nas robią lub robili, tylko dlatego, iż są naszymi rodzicami.
Bądźmy wdzięczni przyjaciołom za to, że są naszym wsparciem.
Bądźmy wdzięczni wreszcie Bogu. Bo to On niejako jest tym wszystkim.

Wdzięczność i zadowolenie są ściśle ze sobą powiązane. Prawdziwa wdzięczność zawsze idzie w parze z zadowoleniem. Zadowolenie, ze swej strony, otwiera drzwi wdzięczności.
Kiedy pozwolimy wdzięczności towarzyszyć naszemu życiu, automatycznie będziemy mniej krytykować. Również samego siebie. Tak sobie myślę, że wdzięczność potrafi rozjaśnić szarości naszego życia. Nadać im barw, światła, kontrastów i fantastycznych kształtów. Dzięki niej obraz naszego życia staje się czymś fascynującym i ciekawym. Czymś, w czym dostrzegamy piękno i harmonię. I tego wam życzę.

myśli wieczorne

Nie wiem co się ze mną dzieje. Jestem jakaś taka rozdrażniona i smutna jednocześnie. A może jeszcze co innego, sama bowiem nie potrafię określić tego, co we mnie jest.
Czytam wpisy na pingerze i chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jacy ludzie ogólnie są dziś nieszczęśliwi. Niby żyjemy w czasach łatwiejszych do życia, w krajach bez wojen, bez głodu, niby jest lepiej, niby… A jakoś mam wrażenie jakby coraz mniej było szczęśliwych ludzi.
Na każdym kroku samotność.
Samotność w pojedynkę i samotność we dwoje.

Spojrzałam nagle inaczej na moje własne życie i na moje problemy.
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, iż mój mąż mnie olewa, że życie przelatuje mi przez palce, że problemy przywalają mnie do ziemi.
Jeszcze niedawno wierzyłam w przyjaciół, w sens wszystkiego co się dzieje…
Nadal wierzę, mimo że przyjaciele odchodzą i mimo, iż nie zawsze potrafię dostrzec sensu w cierpieniu.
Ale może właśnie taka jest jego rola, bym dzięki temu doceniła to, co mam.
Bo przecież słodycz może zaistnieć tylko wtedy, gdy dane nam będzie doświadczyć i goryczy. Noc i dzień, radość i smutek, szczęście i samotność, miłość i strach…

Wydawało mi się zawsze, że posiadłam jakąś tam życiową mądrość. A jednak wciąż byłam małym głuptaskiem. Widziałam tak wiele, a tego co najbliżej nie dostrzegałam.
No, może nie tak do końca. Dostrzegałam, ale nie w pełni.
Przecież ja to wiem, że wdzięczność ma potężną moc sprawczą. Dlaczego więc jestem tak mało wdzięczna najbliższym, za to że są, że mnie kochają.
Jak to łatwo zapomnieć się… Traktuję coś jako oczywistość, jak coś co po prostu jest. A przecież nic nie jest tak o po prostu…

Chyba mam wiele do nadrobienia.

czary

Jeszcze kilka godzin temu myślałam, że moje życie zrobiło się całkiem poplątane i skomplikowane. Od kilku tygodni w mojej głowie i sercu panował trudny do opanowania chaos.
Przegapiłam tym samym wiele cudownych chwil.

A tymczasem życie bombardowało mnie z nieba mnóstwem znaków, których nie chciałam zauważać. Przechodziłam obok tych chwil kompletnie ich nie rozumiejąc, nie widząc i nie słysząc. A one mówiły do mnie, wołały…

Dopiero dziś odkryłam.
Zawsze jak dzieje się coś niesamowitego, coś niezwykłego, nieco innego, to znak.
Znak, że powinnam przystanąć i otworzyć oczy, uszy i serce. Pomyśleć. Pierwsza myśl z reguły daje odpowiedzi.

Zmiany jakie się dzieją w moim życiu, dzieją się dlatego, żeby było mi lepiej. Powinnam więc się ich nie bać, nie uciekać przed nimi, a nauczyć się nimi właściwie kierować. A przeżyję mnóstwo szczęśliwych chwil.

Że też nie dostrzegłam tego prędzej. Że też przegapiłam tyle cudnych znaków, tyle chwil….
Ale to nic, nigdy nie jest za późno.

Mam zamiar wziąć życie w swoje ręce i na nowo je zaczarować. Wszak mam w sobie potencjał czarodziejki.

miłość po prostu jest

Zawsze myślałam, że miłość jest prosta. Że po prostu jest. Czujesz ją w sobie i nie potrzeba do tego rozumu, ani wiele mądrości. Wystarczy zaufać.

Tymczasem chyba nie pasuję do przyjętych mitów i ogólnie panującego przekonania o miłości. Gorzej, mało kto pasuje, ale jeszcze mniej z nas ma odwagę się do tego przyznać.

I pewnie stąd tyle cierpienia i smutku. Tylu nieszczęśliwych ludzi. Bo narzucamy sobie ograniczenia, bo mamy oczekiwania, bo mamy wymagania. Bo nasza miłość tak naprawdę jest namiastką prawdziwej miłości. Bo ta prawdziwa, ani nie stawia wymagań, ani niczego nie oczekuje, ani nie ogranicza. Daje pełną wolność. Bo sama jest wolnością.

Wybory. Do nas należą wybory. Bywają one trudne. Ale z drugiej strony, są takie oczywiste…
Jak to kiedyś napisał Szekspir?
„Sobie wiernym bądź, a stanie się jak po nocy dzień, iż drugiemu się nie sprzeniewierzysz.”

Takie proste…

Myślałam, że miłość jest prosta, a tymczasem wszystko się poplątało. Mimo wszystko jak się wsłucham w siebie, znajdę wszystkie odpowiedzi. Muszę tylko mieć odwagę iść za tym właśnie głosem.

Miłość po prostu jest

emocjonalne zawirowania

Wczoraj przeżyłam swego rodzaju burzę emocjonalną. Znowu zaskoczyłam się swoimi własnymi reakcjami. No cóż, życie jednak bywa zaskakujące.
Choć niby sami je tworzymy. Każdą chwilą. Każdą decyzją, każdym słowem, myślą, czynem. Każda chwila to przecież jakiś wybór. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, ale przecież tak jest. Nasze TERAZ stanowi odzwierciedlenie naszych wczorajszych wyborów. A nasze dzisiejsze decyzje kształtują nasze jutro.
Nie podejmowanie decyzji, też niejednokrotnie
jest decyzją.

I myli się ktoś, kto sądzi, że same myśli nic nie znaczą. Myśli mają moc twórczą. I nieważne czy się w to wierzy, czy nie, to tak jest.
Myślenie to z jednej strony wielki skarb, z drugiej stanowi jeszcze większe „niebezpieczeństwo”. Myślenie jako zdolność rozróżniania to wielki dar. Jeśli należycie go wykorzystamy, właściwie nim kierujemy, uświęca to jakoś nasze życie. Nie mam na myśli tu nic religijnego.
Nie jestem religijna. I nie identyfikuję się z żadną religią. Ale nie zmienia to faktu, iż mam świadomość boskości w nas wszystkich. W każdym z nas. W każdej istocie, w każdej formie życia.

Ale to nie był temat tej notki.
Bo było o myśleniu. Ha! No właśnie, dlaczego moje myślenie działa przeciwko mnie samej? A nawet nie tak. Bo przecież moje myślenie, jako zdolność rozróżniania doskonale mi mówi co i jak, co powinnam, a co nie, co jest dla mnie dobre, a co nie jest. Dla mnie, dla mojego własnego rozwoju. Mimo to, dokonuję potem niewłaściwych wyborów.

O ile kiedyś, po podjęciu niewłaściwych decyzji, zadręczałam się wyrzutami sumienia, o tyle teraz, przynajmniej na ten moment – o dziwo – nic takiego się nie dzieje. Zatraciłam własne sumienie?
Zwał jak zwał. Jednak któregoś dnia, w Momencie Nieoczekiwanego Odkrycia, przyszło mi do głowy, że poczucie winy nie jest najlepszą nauczycielką.
I absolutnie nie wpływa dobrze na mnie samą. Więc spoglądam z większą życzliwością względem siebie. I z większą łagodnością. Nie osądzam się tak jak kiedyś i nie potępiam.
Staram się podchodzić do siebie samej z łagodnością. Więcej potrafię zrozumieć i więcej wyciągnąć wniosków na przyszłość.

Trochę to takie pasywne spojrzenie na własną ścieżkę rozwoju. Trochę na zasadzie, że nic nie robię, a zrobi się za mnie.
Z drugiej strony myślę, że to nie brak inicjatywy i aktywności, ale dystans, którego powoli się uczę.
Jako zodiakalny Strzelec z natury jestem bardzo optymistyczna. Wielu spraw nie biorę tak poważnie.
Pozwalam życiu płynąć swoim biegiem. Tak po prostu. Nie jestem zawzięta w podejściu do życia. Nie wszystko musi być na siłę. Nie wszystko musi być, bo musi. Nie wszystko musi być, bo mam takie oczekiwania. Nie. Jeśli nie jest, to też jest dobrze. Przyglądam się czasem z boku własnemu życiu. I doprawdy, choć nieraz sama się zadziwiam, to jednak spojrzenie z dystansu przynosi swego rodzaju lekkość.

„Poruszaj się giętko w biegu wydarzeń”.
Pojawia się od czasu do czasu moment, w którym należy jednak wykazać się charakterem i płynąć pod prąd lub stać jak skała w kipieli.
Wiem, że potrafię. Dzięki skorpioniastej części mnie.
Każdego jednak dnia doskonalę po trochu umiejętność płynięcia z życiem. Po to, bym mogła go brać w swoje ręce.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Od łagodnego uwalniania po zazdrość, od miłości po złość. Rozczarowania i uniesienia, lekkość i ciężar trosk, zaufanie i strach, poczucie tracenia i poczucie posiadania…
Takie różne dziwne przeciwieństwa. W międzyczasie wydarzyło się jeszcze więcej.
Ale otrzymałam także jeszcze więcej szans, by wszystko zrozumieć. By spojrzeć inaczej.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Dziś mam łagodność. I spokój.

Dziękuję ci za to.

bywają takie noce

Bywają takie noce, zwłaszcza przy pełni, że nie mogę spać. Krecę się w łóżku nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Każdy, najmniejszy nawet odgłos, dochodzący gdzieś z głębi mieszkania, staje się jakby spotęgowany przez mój własny umysł. Staje się przede wszystkim kurewsko wkurwiający. Tykanie zegara, kapiące kropelki wody gdzieś tam z niedokręconego kranu, lodówka… wszystko to działa na mnie denerwująco, powodując tylko, że staję się jeszcze bardziej zmęczona i rozdrażniona. Potem zmęczenie osiąga swój jakiś maksymalny punkt i jest taka chwila, przed zaśnięciem, kiedy jeszcze nadal wszystko słyszę, ale fizycznie nie mam już sił ruszyć nawet małym palcem. Dziwny stan wyostrzonego zmysłu.
Taki sam jak zaraz po przebudzeniu. Kiedy na dworze jeszcze szarość, kiedy sen jest jeszcze na tyle blisko, że wciąż czuję całkowitą bezwładność ciała. A umysł potrafi już wszystko rejestrować z jakąś niespotykaną potem w ciągu dnia wyrazistością.

Wtedy zawsze nagle doznaję najlepszych wglądów w samą siebie. Przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły kulinarne, artystyczne, życiowe, jakiekolwiek. Wtedy właśnie często pojawiają się pomysły rozwiązania moich problemów, pomysły na realizacje marzeń, pomysły na zażegnanie konfliktów… Wszystko, co przychodzi mi wtedy do głowy, jest takie proste, harmonijne, pełne mądrości i jakieś takiej oczywistości.

Gdybym tylko miała siłę, by móc ruszyć w tym momencie choć ręką i zapisać te myśli szybko na papierze, by nic mi z nich nie umykało, z pewnością sypiałabym z zeszytem i pisadłem pod poduszką.
Gdybym tylko miała siłę, by choć te myśli wypowiedzieć, może siła głosu i moc słów spowodowałaby, by bardziej utkwiły mi w pamięci…

Bo często bywa tak, że zanim dojdę do siebie, połowa z nich już umknie… Pozostaje w mojej głowie jedynie myśl, że przecież to było takie świetne rozwiązanie, takie super zdanie, taki wspaniały pomysł… tylko jak to było???

dzień dobry

Był czas myśli smutnych, czas załamania, braku wiary w siebie, braku wiary w sens tego co robię, wiary w miłość czy przyjaźń. Czas wątpliwości i wewnętrznego zagubienia.
Ale Bafcia z natury jest kobietą, która kocha życie. W całej jego okazałości. Włącznie właśnie z tymi wszystkimi smuteczkami, upadkami, niepowodzeniami… Jak to było?
„… spadają z nieba małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.
Tak chyba właśnie jest. Nic co się dzieje, nie dzieje się bez celu. We wszystkim jest jakiś sens.
Może miałam się czegoś nauczyć, może coś lub Kogoś odkryć na nowo. Może zrozumieć najprostsze rzeczy, które nie docierały do mnie inaczej.
Kocham życie. Uwielbiam się śmiać lub nawet płakać. Kocham niespodzianki, wzruszenia, drobne chwile, w których moja dusza doznaje nieoczekiwanych uniesień. Ale też te zwykłe – niezwykłe dni, godziny, momenty.
Małe radości, małe spotkania, uśmiechy, spojrzenia, gesty… Czasem słowa piosenki, która akurat leci w radio, czasem słowa przeczytane gdzieś tam niby przypadkiem w gazecie…

Czy trzeba coś robić by być szczęśliwym?
Chyba nie. Chyba wystarczy po prostu szczęśliwym być. A w ślad za tym idzie cała reszta. Poczyna się właśnie z tego. Z tego czym jestem.

Z tego czym jestem rodzi się to, co robię.