12 kamieni – wyzwanie CUD – 14/30

Kiedy szłam wzdłuż pól nad rzekę, zwykle towarzyszyło mi w tej wędrówce nawoływanie krukow i srok. Dziś przegonił je wiatr. Targał moje włosy, szarpnął czasem swetrem, głośniej, mocniej. Potem na chwilkę przycichał, znikał, by pojawić się znowu za kilka minut mocniejszym szarpnięciem…

Weszłam w zieloną enklawę nad rzeką. Nagle cisza. Wiatr jakby całkiem zamilknął. Na chwilę. Przywitałam się z rzeką. Przywitałam z Kamieniami. Przywitałam z Wierzbą. Odczytałam afirmację.

J – „Przywitałaś się prawdziwie z wiatrem? – zapytał nagle Jonas – „Przytuliłaś go na powitanie?”
… Jak zawsze mocne pytanie. Znam odpowiedź. Odpowiedź jest nie do końca wygodna dla mnie….
J – „Nie karz wiatru za to, że jest wiatrem. Przyszedł do ciebie, kiedy potrzebowałaś świeżego powiewu. Przyfrunął do ciebie, zawirował, zaprosił do tańca z życiem. Zapomniałaś, że wiatr jest wiatrem.
Potargał ci włosy? Narobił bałaganu? Zburzył twój porządek? Dlaczego się na niego dąsasz?
Nie możesz go zatrzymać tylko dla siebie.
Wiatr jest wiatrem. Przelotem u ciebie. Powiewem, tańcem, wirowaniem…przelotem u ciebie.
Pozwól mu odejść. Pozwól mu być wiatrem. Nie zamykaj. I nie zamykaj swego serca kiedy znowu się pojawi. Jutro. Za miesiąc. Kiedykolwiek. Nie karz go za to, że jest wiatrem. Ale otwórz na nowo drzwi swego serca i przywitaj go prawdziwie.
Przytuliłaś go na powitanie?”

Wdech. Wydech.
Trudna lekcja, ale jakże mi potrzebna.
A wiatr jak na zawołanie właśnie zaszumiał w liściach.
Przytuliłam się do Wierzby chyba jeszcze nie do końca gotowa na to, by przytulić się z wiatrem. Marie. Takim imieniem mi się przedstawiła. Dziękuję ci Marie za opiekę nad Kamieniami. I za wczorajszy dar. I za to, że mogę się do ciebie przytulić.
I kiedy zamknęłam lekko oczy tuląc się do jednego z potrójnego pnia, nagle poczułam, że coś mnie walnęło w głowę. Serio.
Otwarłam oczy. Rozglądnęłam się. Nikogo nie było. Tylko wiatr ze śmiechem hulał w konarach. Popatrzyłam jeszcze raz i … no nie wierzę. Tuż przed moim nosem stała, prawie jak wbita w ziemie znowu … długa laska.
– „Ale że co? Druga???” – zapytałam ze zdziwieniem
– „Weź” – odpowiadziała cicho Marie.
– „Ale to na pewno dla mnie?” – nadal nie mogłam uwierzyć.
– „Potrzebujesz jeszcze jednego walnięcia w glowę? – zaśmiał się Jonas. – „Przywitaj się naprawdę z wiatrem. Nie zamykaj przed nim swojego serca tylko dlatego, że na jakiś czas cię opuścil. Nie karz wiatru za to, że jest wiatrem.”

No i co ja miałam powiedziec?
Zostawiłam Szarego z Kamieniami pod opieką Marie.
Wzięłam za to Jonasa. Wzięłam drugą laskę. Uśmiechnęłam się
Podziękowałam.
Uśmiechnęłam się. Wiatr też się śmiał.
Razem wracaliśmy do domu.

Kto jest wiatrem w moim życiu?

12 kamieni – wyzwanie CUD – 13/30

Uśmiecham się. Dzisiejszy dzień był takim idealnym przykładem na to, żeby po prostu poddać się temu co przyjdzie, posłuchać wody i popłynąć na fali.

Szłam w kierunku rzeki na spotkanie z moimi kamieniami. Pogoda nadal cudowna, wprost wymarzona do takich wędrówek. Idę sobie więc i idę… i w pewnym momencie przyłapałam się na tym, iż zamiast po prostu cieszyć się to chwilą, tym fajowym spacerem, to moja Fazula kręci mi w głowie jakieś nowe filmy. W dodatku, jak to się można po Fazuli spodziewać typowe drama z serii „jeszcze się nie zdarzylo, ale na pewno będzie niefajnie”. Ja pierdziu, obserwowałam to przez chwilę i aż się nadziwić nie mogłam co ten umysł wyprawia. Toż to totalne wariactwo. Jeszcze się nie zadziało. Nawet nie wiadomo, czy się kiedykolwiek zadzieje. A Fazula miała już cały scenariusz wymyślony, z dialogami włącznie. No szaleństwo na maxa!
OK. Ale zauważyłam to, więc wnet się ogarnęłam i skupiłam znowu na drodze, na roślinkach, na krukach…
Po chwili … znowu. Fazula ponownie zaczęła kręcić swój drama film.
– „STOP!” – mowię to nawet na głos. I po chwili – „Gdzie jestem? Tutaj. Teraz.”
Dwa głębsze oddechy.
Tutaj. Teraz.
Wreszcie jestem.

Stoję przy wierzbie. Czytam moją afirmację. Głaszczę Kamienie. Milczą. A może po prostu ja dziś ich nie słyszę. Cisza. Jest dobrze. Pomilczeć sobie z Kamieniami też jest dobrze. Wystarczy sama obecność.
Przy pieńku zauważam ładny jesienny liść klonu. Zachwycają mnie jego barwy. Siedzę na pieńku, podziwiam ten liść i po prostu cieszę się tą chwilą. Cisza.
Chcę już iść gdy nagle zauważam … no właśnie co?

Kij, suchą gałąż? Ale to coś więcej. Wiem, że wczoraj na pewno jej tu nie było. Dziś właściwie stoi jak wbita w ziemię, zaledwie pół metra od pnia wierzby. Tej wierzby, która tuli moje Kamienie. Podchodzę, biorę ją, uważnie oglądam. Ma wystarczającą długość i wręcz idealną grubość. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę trzymam ją w ręce. I nagle wiem. To prezent. Dar od wierzby. Jestem poruszona, ucieszona. Tak bardzo się cieszę. Dziękuję ci Wierzbo.

Może rok temu przyszło do mnie, że chcę zrobić sobie taką jakby szamańską laskę. Potrzebowałam na nią odpowiedniego kija, gałęzi. Niby nic prostszego, można przecież pójść do parku, który mam pod nosem i coś znaleźć. Jednak ja czułam, że to musi być nie jakaś tam znaleziona gałąź. Ona miała być podarowana mi przez Drzewo. Czekałam na nią tyle miesięcy i prawie zapomniałam o tym życzeniu. I oto dziś w tym magicznym dla mnie miejscu dostałam swój Dar od Drzewa. Może to wariackie, ale dla mnie jest to wyjątkowy prezent.

I aby było mi jeszcze radośniej to odkryłam nad rzeką miejsce z całym mnóstwem kwitnących niecierpków. Niektóre były delikatnie różowe, inne wręcz magentowe. Znowu dla mnie znak.

Trzecią Niespodziankę sprawił mi Szary. . Wypowiedział mi swoje życzeinie.
Serio????
No dobra Szary. W takim razie chodź. Zabieram cię dziś do mnie do domu.

PS. Hahaha, a teraz wyobraźcie sobie spojrzenia niektórych ludzi, którzy mijali mnie potem na ulicy. Ja z wielgachnym kijem w jednej i kamieniem w drugiej ręce. I uśmiechem na twarzy.

12 kamieni – wyzwanie CUD – 12/30

Czekały na mnie w swoim gniazdku utulone przez wierzbę. Słoneczko akurat pieściło je swoimi promieniami, rzeczka i ptaki zabawiały swoimi opowieściami. Ot, dobrze im tam.

Chcą się tym byciem w poczuciu dobrze podzielić i ze mną. Aby nie bylo ono jedynie przelotnym gościem, ale zamieszkało już na stałe w moim sercu. Słucham zatem ich opowieści. Słucham i próbuję to zrozumieć.
G – „Kochanie, nie zrozumieć, ale rozpoznać” – poprawia mnie Goliat.
B – „To prawie to samo”
G – „Prawie robi zdecydowaną różnicę ” – uśmiechnął się szelmowsko. – „Aby coś zrozumieć wystarczy ci intelekt i sama teoria. By prawdziwie rozpoznać musisz nie tylko najpierw doświadczyć, ale zaangażować w to całą siebie, zarówno twój umysł, serce i ducha”.

Siedzieliśmy sobie na pieńku, tzn ja siedziałam na jednym, a kamienie naprzeciw mnie tuliły się do drugiego. Taka chwila trochę magiczna, gdzie czas przestał płynąć.

G – „…najpierw staraj się rozpoznawać sama siebie. Gdzie jesteś, w jakim punkcie danej jakości. Rozpoznaj co jest twoją prawdziwą naturą, a co jedynie przyzwyczajeniem. Nie myl jednego z drugim. Zmieniaj przyzwyczajenia jeśli ci nie służą, ale nie staraj się na siłę zmieniać swojej natury, bo jedynie przysporzysz sobie więcej cierpienia. Rozpoznawaj gdzie jesteś w danej jakości. Bez oceniania, ale żeby wiedzieć z jakiego punktu startujesz. Zmieniaj to co możesz zmienić, niesłużące ci nawyki, przyzwyczajenia, sposoby myślenia czy postępowania. Ale uszanuj to, co jest częścią twojej natury, co stanowi twoją matrycę. Gdy będziesz w zgodzie z samą sobą, wtedy będziesz w zgodzie z Życiem…”

W zgodzie z samą sobą.
W zgodzie z samą sobą.
Wracałam potem do domu i wciąż brzmiały mi w sercu te słowa.
Wibrują we mnie do teraz…

12 kamieni – wyzwanie CUD – 11/30

 Dziś poszłam nad rzekę i na spotkanie z moimi Kamieniami znowu w samotności. Pogoda nadal cudowna. No po prostu Wszechświat wspiera mnie na całego w tych wędrówkach.
 
Idąc tam podziwiałam przydrożne kwiatki. Widziałam je już tyle razy, ale dopiero od czasu rozmów z Luią, spoglądam na nie zupełnie inaczej. To właśnie je wybrałam sobie dzisiaj na bliższe poznanie. I oto mogę wam przedstawić lepnicę białą. Chociaż jej niemiecka nazwa Weiße Lichtnelke o wiele bardziej mi się podoba.
lepnica biała znana też jako bniec biały
i w zbliżeniu
Kamienie wszystkie wygłaskane, poprzytulane i nawet obdarzone buziakami. Pospacerowaliśmy nieco, a potem usiadłam sobie z Jaskrem na zwalonym pniu i trochę pogawędziliśmy. O rzeczach właściwie znanych i oczywistych, ale dla mnie wciąż ważnych do przypominania.
Jaskier jest takim kamieniem, który w idealny sposób już samym sobą przypomina o tym, że nawet w największym świetle kryje się trochę ciemności, jak i odwrotnie, każda ciemność, ma też swoje światło. I ważne jest by o tym pamiętać. Nie chodzi tu o ocenianie czy porównywanie, ale o to by po prostu sczytywać informacje w całości.
– „Jeśli będziesz widziała jedynie światło i odwrócisz wzrok od ciemności nie chcąc jej nawet widzieć, łatwo będzie tobą manipulować. Patrz i nie ślepnij od światła.” – Przypominał mi Jaskier.
O jak dobrze rozumiałam o czym on mówi. Ileż to razy już mi się zdarzyło, że właśnie nie chciałam widzieć, pakując się tym samym w tarapaty.
– „Jeśli będziesz widziała jedynie ciemność i nie dostrzeżesz w niej światełka, umkną ci cuda jakie do ciebie przychodzą. Patrz i nie ślepnij w ciemności.” – Przypomnial mi i tę lekcję spoglądając na mnie z drugiej strony.
Jaskier – jasna strona
ten sam Jaskier – ciemna (brudna) strona
Białe i czarne to jedynie końce dwu przeciwnych biegunów, pomiędzy natomiast znajduje się jeszcze cała paleta barw.
Dla mnie świat jest właśnie taki.
Każdy napotkany czlowiek, każda sytuacja i każde zdarzenie zawiera w sobie cały kalejdoskop barw. Jako synestyczka odczuwam te niuanse i kolory całą sobą. Nie tylko oczami. A jednak nawet i ja czasem ślepłam. Nigdy więcej nie chcę już zamykać oczu na to, co nie widoczne na pierwszy rzut oka.

12 kamieni – wyzwanie CUD – 10/30

Przyjechali do nas siostra mojego męża i jej chłopak. Nie widujemy się zbyt często, więc ucieszyliśmy się na tą ich wizytę. Zapowiadał się nam fajny dzień spędzony w rodzinnym gronie.
No i tu pojawia się kwestia wyprawy na spotkanie z Kamieniami.
No bo przecież sama wzięłam na siebie wyzwanie i powinno być tak, jak wymyśliłam to sobie od początku. Czy aby na pewno?
Tak naprawdę to chyba nigdy nie bylam dobra w tym, by ściśle trzymać się jakiś planów, zwłaszcza jesli coś miało się nieco rozciągać w czasie. Na dobrą sprawę to nawet nie wiem czy kiedykolwiek mi się takie coś zdarzyło.
Może to taki mój dar, iż od kiedy pamiętam było mi łatwo dopasowywać się do zmian, a trudno wytrwać przez długi czas w jakiś ustalonych ramach. Może więc właśnie nad tym powinnam teraz pracować? Może to wyzwanie temu ma służyć? Może mimo gości, powinnam jednak i tak sama maszerować nad rzekę i spacerować z Kamieniami???

Zaraz, zaraz… Czyż ja się przypadkiem jednak czegoś wreszcie nie nauczyłam?
– „Słuchaj wody. Słuchaj swojej wody. Ty jesteś woda. ” – usłyszałam gdzieś w sercu słowa Aniki.
Tak. Musialam się aż uśmiechnąć. Dziękuję ci Aniko.

Życie to woda. I ja jestem woda.
Nie ma potrzeby bym w imię jakiś twardych, wymyślonych przez siebie czy kogokolwiek reguł miała walczyć z prądem i tracić niepotrzebnie radość i energię na walkę z wirami czy falami.
Nie ma potrzeby bym w imię tych samych reguł miała na siłę regulować bieg mojej rzeki we mnie. Uśmiechnęłam się. I już wiedziałam, że dzisiaj, w nasz rodzinny dzień nad rzekę wybierzemy się wszyscy.

I tak zrobiliśmy.
To bylo bardzo ciekawe dla mnie doświadczenie. Szyliśmy bowiem tą samą drogą, w tym samym kierunku, a jednak zupełnie inaczej. Ja wyłapywałam wołanie każdego ptaka, zaważalam mizerne kwiatuszki przy drodze, cieszylam na miękość trawy pod stopami. Oni zwracali uwagę na zupełnie inne rzeczy. Na to, czego ja bez nich pewnie w ogole bym nie zobaczyła. Na widniejące na horyzoncie wiatraki, na kurz suchej polenej drodze, jakieś tam samochody, których nazw ani nie pamiętam.
Szliśmy razem a jednak tak jakby każdy osobno. Ciekawostka taka, że moja szwagierka nosi takie samo imię i nazwisko jak ja. Przyszło mi do głowy, że ona to inna ja. A nasza percepcja tak odmienna, tak zupełnie różna. Ale przecież „ja to inny ty”.

Nie pospacerowalam dziś z Kamieniami, ale pogłaskałam je na przywitanie. Wyszeptałam im kilka ciepłych słów, mrugnęłam do nich okiem. Podziękowałam za to, że są. Zamoczyłam dłonie w rzecze. Uśmiechnęlam się wody.
Mimo że było dziś zupełnie inaczej, tonie mniej odkrywczo. Nie mniej ciekawie. Nie mniej cudownie.

12 kamieni – wyzwanie CUD – 9/30

Jaki to był piękny dzień. Gorąco, chyba z 27 stopni. Można by myśleć, iż to pełnia lata, a nie środek października. Powędrowałam oczywiście nad rzekę.
Przy okazji taka ciekawostka, na którą zwróciłam uwagę przedwczoraj, ale dopiero dziś zrobiłam zdjęcie. Otóż aby dojść nad rzekę, muszę iść taką drogą, która prowadzi wzdłuż torów i pól. No ale ciekawe jest to, iż droga ta nosi nazwę: Auf der Steinern Straße, co można przetłumaczyć: ulica na kamieniach, albo ładniej: na kamiennej drodze. Ulica jest asfaltowa, więc te kamienie w nazwie są takim fajnym synchronem dla mnie. Jak znak.

Nasze spotkanie było dziś mniej rozgadane. Ale i tak na swój sposób ważne dla mnie. Bo to taki kolejny raz kiedy stawiam się. Dla siebie. Dla swojej Duszyczki. Powitałam je, a potem odczytałam na głos w obecności rzeki i Kamieni afirmację. Taki dodatkowy element, który doszedł do tych wycieczek.

No i wreszcie dzisiaj, w 9 tym dniu udało mi się rozpoznać jak ma na imię ostatni Kamień. Ten, który swoje imię wypowiada zapachem i który od początku uczyl mnie jeszcze lepszego wąchania. Znowu przy powitaniu przyłożylam mój nos do niego, zamknęlam oczy i wąchałam.
Wąchaliście kiedyś kamienie? One naprawdę mają zapach. Może nie wszystkie. Ale moje kamienie znad rzeczki wszystkie bez wyjątku mają swój zapach. Dziś, w 9 dniu wyczułam, że ten jeden szczególny Kamień zapachem potrafi opowiadać… Trudno to w ogóle opisać słowami, ale kiedy stojąc w słońcu i trzymając go przy twarzy, wdychałam dziś jego zapach, nagle było tak, jakbym znalazła się zupełnie w innym miejscu i w innym czasie. Przez chwilę byłam w pięknym gaju oliwnym, z całą intensywnością obrazów i zapachów chłonęłam to miejsce… I wtedy usłyszałam lub wywąchałam jego imię. Rafael. Tak poznałam dziś imię ostatniego z Kamieni.

Rafael

Nadrabiam też poznawanie roślinek, bo przecież nie zapomniałam o zadaniu od Luii.
I tak oto poznałam dziś pana bluszcza. Wydawałoby się, iż znałam go prędzej. A jednak nie. Bo dopiero dziś odkryłam, że liście bluszczu są dwupostaciowe i że ma on kwiaty.
No i wyczytałam, że w tradycjach wielu narodów od dawna obecny jest jako roślina symboliczna, zwłaszcza jako symbol wierności i trwałości życia.

bluszcz pospolity

12 kamieni – wyzwanie CUD – 8/30

Poszłam nad rzekę dziś nieco później niż zwykle. No, właściwie tuż przed zapadnieciem zmroku. To zupełnie inna wyprawa, inne energie, kiedy się idzie o takiej porze. Kiedy dotarlam nad rzekę było tam już zupłnie ciemno.
Weszłam między drzewa i mimo że naprawdę nic nie widziałam, odszukałam tę wierzbę, w ramionach której czekaly Kamienie. Nie mam telefonu komórkowego, więc to nie jest tak, że mogłam sobie poświecić telefonowym ekranikiem czy latarką. Zdjęcia robię zwyklym aparatem kompaktowym. Raczej do oświetlania drogi się on nie nadaje.
Przyznaję, że podarowałam sobie dziś spacerowanie z Kamieniami, ale i tak byłam z siebie dumna, że mimo tak poźnej pory jednak do nich poszłam.
One wiedziały że przyjdę.

W mojej dłoni pojawił się najmniejszy, drobny i chropowaty.
– „Cześć Księżniczko” – przywitał się pierwszy.
– „Księżniczko?”- zapytałam ze zdziwieniem. Rozbawił mnie. – „Nie czuję się być księżniczką. Lepiej powiedz jak ci na imię. Mirko?”
– „Może i Mirko” – odparł nieco zagadkowo – „Jednak dla ciebie Księżniczko jestem Książę”
– „Ha! Więc to o to chodzi. Nazywasz mnie księżniczką, bo sam chcesz bym cię nazywała Księciem”.
– „Nazywam cię Księżniczką, by ci przypomnieć, że nią jesteś. I chcę byś mnie nazywała Książę, z tego samego powodu. Ilekroć tak o mnie pomyślisz, będę ci przypominał o twoim królestwie”
– „Och, bardzo chętnie będę cię nazywala Książę, ale ja sama żadną Księżniczką nie jestem. I nie mam żadnego krolestwa” – zaśmiałam się.
– „Masz. Tylko o nim zapomniałaś. I właśnie dlatego spotkałaś mnie. Bym jako Książę przypomnial ci, że i ty jesteś Księżniczką. I że czas byś nie tylko zadbala o swoje królestwo, ale także byś na dobre się w nim rozgościła. Właśnie jak prawdziwa Księżniczka.”

Prawie że wybuchnęłam śmiechem na te jego słowa, bo jakaś część mnie wyobraziła sobie Księcia jako Kamyka na białym koniu i mnie samą jak tkwię na jakieś wieży i czekając na niego zapuszczam włosy do ziemi. Jednak w tym samym czasie, jakaś zupełnie inna część mnie, poczuła taką tęsknotę.
– „Co to za krolestwo, Książę?” – zapytałam już całkiem poważnie. Tak naprawdę nie musiałam już zadawać tego pytania, bo znałam odpowiedź. Książę popatrzyl na mnie i całkiem poważnie, a jednak z uśmiechem, powiedział.
– „Już wiesz Księżniczko. Przypomniałaś sobie. To królestwo twojej Duszy.”

Zdjęcia dziś  KSIĘŻyca…
… a potem było ciemno

12 kamieni – wyzwanie CUD – 7/30

Wybrałam się dziś nad rzekę jeszcze przed południem. Cieszyłam się na to spotkanie z Kamieniami. Byłam może w połowie drogi, kiedy dosłownie już je poczułam i usłyszałam ich szepty. Witałam się z nimi jak z dobrymi kumplami. Zamieniliśmy kilka miłych myśli, kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że przecież jeszcze nawet nie dotarłam do rzeki.
– „Jakim cudem ja z wami gadam skoro jesteście jeszcze daleko? A może nie gadam wcale z wami tylko ze sobą?” – zapytałam.
Kamienie wydały się tym pytaniem wyraźnie rozbawione. Zwłaszcza Szary pękał ze śmiechu. Ten jego chichot był mi najlepszą odpowiedzią. I w sumie sama aż musiałam się z siebie śmiać. Przecież to oczywiste: w komunikacji międzywymiarowej odleglość fizyczna zupełnie nie gra roli.
A skoro tak, to znaczy, iż na dobrą sprawę mogę rozmawiać z moimi Kamieniami praktycznie nie ruszając tyłka z domu. Nie żeby mnie kusiła taka opcja, ale po prostu zauważam możliwość. Wow, to znowu poszerza moje postrzeganie.

Tymczasem dotarłam już nad rzekę. Trawa była wciąż mokra od rosy. Zapragnęłam nagle poczuć ją pod stopami. Nie pamiętam kiedy ostatnio chodziłam po mokrej od rosy trawie. Ściągnęłam zatem buty i … to było takie fajne!
Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, iż będę w połowie października łazić boso po trawie, to pewnie popukałabym się w czoło. A dziś oto przechadzałam się tam zachwycając się tym cudownym doświadczeniem.

boso po mokrej od rosy trawie

Potem poszłam wreszcie do moich Kamieni. Poprzytulałam je, pogłaskałam no i poszliśmy sobie razem pospacerować.
Po wczorajszej dość mocnej lekcji Fyonna, były dziś dla mnie bardzo łagodne. Zwłaszcza dziewczyny otoczyły mnie taką bardzo fajną kobiecą energią. Urządziłyśmy sobie potem taki mały babski krąg: one cztery i ja. Anikę i Luię już wam przedstawiłam. Jest jeszcze Bernadetka i Mara.

w babskim kamiennym kręgu

Bernadetka jest duża i ciężka, ale tak bardzo mocno kobieca. Na serio. Bardzo gładka w dotyku, ma lekkie, ale wyraźne wypukłości i tak szybko nagrzewa się w dłoniach. Ma piękną różową energię i jest w niej tyle łagodności, wdzięku i takiego właśnie kobiecego czegoś, że ilekroć ją trzymam w dłoni, to mnie rozczula.

Bernadetka

Mara z kolei jest jej przeciwieństwem. Drobna, chropowata w dotyku, niesymetryczna i trochę dzika. Ma granatową energię i jest taką małą wojowniczką. Ale to nie znaczy, że brak w niej kobiecości. Mara po prostu jest inna.

Mara

Tyle się mogę od nich wszystkich nauczyć.
Opowiadały mi dzisiaj o Miłości, rozszerzając wczorajszą lekcję Fyonna.
– „… kochaj, ale niech cię nie kusi, by używać Miłości do tego, aby kogokolwiek zmieniać. To nie jest Miłość.” – Mówiła cichutko Bernadetka – „Miłość po prostu jest. Sczytuj informacje najszerzej jak potrafisz i słuchaj tego, co mają ci do powiedzenia. A potem wybieraj mądrze. Wiele będzie z tobą nie rezonować, ale właśnie dlatego opowiedzą ci najpierw o tym. Słuchaj co do ciebie mówią…”
– „Słuchaj wody w tobie” – wtrącila Anika – „Yy jesteś wodą. Twoja woda cię nie oszuka”
Wiedziałam o czym mówi. O słuchaniu swojego ciała. Ono wie.
– „Słuchaj i kochaj” – kontynuowała Bernadetka – „I wybieraj mądrze. Nie używaj Miłości by cokolwiek zmieniać w innych. Zmieniaj w sobie.” – powiedziala to tak łagodnie promieniując swoim ciepłem.
– „Pozwól innym być takimi jacy wybierają być.” – teraz szeptała Mara – „Daj im wolność bycia sobą, tak jak ty pragniesz wolności bycia sobą. Sczytuj informacje i wybieraj z Miłością. Dla siebie i dla nich. Kochaj, ale nie zniewalaj. Miłość jest wolnością.”

Mówiły mi to wszystko, kamienne Przyjaciółki. I tyle czułam w tym mądrości, piękna, harmonii. To nie były lekcje. To było takie kojące bycie w tej chwili.

od lewej: luia, Mara, Bernadetka i Anika

Luia przypomniała mi na koniec o roślinach i bogactwie.
– „Zauważ i przyjrzyj się dziennie tylko jednej. Powąchaj, popatrz, dotknij, nasyć zmysly. Zapamiętaj tylko jedną i naucz się rozpoznawać. Jeśli nauczysz się dziennie tylko jednej, to zobacz o ile bogatsza będziesz za miesiąc lub dwa. Tylko jedna dziennie. To wystarczy. To bardzo dużo. Wykorzystaj tą możliwość jaką masz w zasięgu.”

No, to był naprawdę super pomysł. Nauczyć się dziennie jednej nowej rośliny.
Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam, że przy pniu, gdzie czasem przysiadam, rośnie różowy kwiatuszek. Zauważyłam go już wcześniej, bo taki kwiatek trudno przeoczyć w takim miejscu. Nie znałam go. Ale teraz, dzięki Luii już wiem, że to niecierpek gruczołowaty. Mój świat jest bogatszy o niecierpka. To takie niesamowicie piękne i proste zarazem.

niecierpek gruczolowaty

12 kamieni – wyzwanie CUD – 6/30

Poszłam nad rzekę na spotkanie z Kamieniami. Pogoda była po prostu prześliczna, wręcz wymarzona na taki spacer. Niebo bez chmurek, słoneczko grzało mi w plecy, leciutkie powiewy wiaterku pieściły delikatnymi muśnięciami. Czyż można dostać od Wszechświata cudowniejsze wsparcie?
Nad rzeką, w tej mojej zielonej enklawie, powitała mnie zieloność trawy i drzew, nawoływania kruków oraz oczywiście śpiew wody.

W mojej ręce pojawił się Fyonn. Ściągnęłam buty i poszłam z nim pospacerować. Wiedziałam, że czeka nas dziś dłuższa rozmowa…

Dwa dni temu.
Trzymałam go w dłoniach wyczuwając wyraźnie jego wibrację. Nie umiem tego ani ubrać w słowa ani nawet w przybliżeniu przekazać jak to się odbywa. Po prostu czuję. Trzymałam w dłoniach zimny, pomarańczowo-różowawy w kolorze kamień. A w środku czułam skaczące iskierki. Ogień. Widzieliście tańczące kolory i kształty płomienia? Taki właśnie był on.
B – „Witaj płomyczku. Jak ci na imię?” – zapytałam go z uśmiechem.
F – „Fyonn – odpowiedział od razu – „Przez „y” i z dwoma „n”. – dodał od razu.
Zaśmiałam się. Bo to bardzo dziwne, słyszeć takie coś od Kamienia.
B – „Fyonn” – powtórzyłam za nim śmiejąc się. – „Przez „y” i z podwójnym „n”. Widzę, że to ma dla ciebie znaczenie.”
F – „Nie. Jest zupełnie bez znaczenia. Ale ty chciałaś się czegoś nauczyć.”
B – „???”
Kompletnie nie rozumiałam o co mu chodzi.
F – „Na tą lekcję przyjdzie czas. Dziś wiedz tylko, iż jestem Fyonn”

Fyonn

Dzisiaj.
Leżeliśmy zatem z Fyonnem na trawie.
Chyba nadszedł czas na moją u niego pierwszą lekcję i – nie wiem już którym zmysłem musiałam wyczuć, że nie będzie ona dla mnie łatwa – stąd ten pomysł na położenie się. Byłam gotowa, aby posłuchać.
F – „Ucz się sczytywać informacje. Za pomocą wszystkich narzędzi jakie masz. Po to je dostałaś. Masz o wiele więcej zmysłów niż ci się wydaje. Wszyscy macie ich więcej. Sczytuj informacje. Abyś potrafiła jak najlepiej wybierać. Abyś była wolna”
B – „Chyba nie rozumiem…”
F – „Rozumiesz. Wszystko jest wibracją” – powiedział łagodnie przypomniając mi to, co już przecież dawno wiem.
Potrzebowałam jednak dłuższej chwili zanim zaczęłam pojmować o co mu chodzi.
B – „To dlatego przedstawiając mi się podkreśliłeś to o tych literkach” – rozumiałam, że różne literki zmieniają wibrację. – „Ale w takim razie dlaczego potem powiedziałeś, że to nie ma znaczenia?”
F – „Bo nie ma. To nie o znaczenie chodzi, a o informację. Informacja jest neutralna. Po prostu jest. Znaczenie nadajesz już ty. A nadając je, stwarzasz warunki do tego, by powstało przywiązanie. Im większe znaczenie czemuś nadajesz, tym większe stają się więzy.”

O kurcze. Musiałam to przetrawić. Jakaś głęboka część mnie już jakby to wiedziała, jakaś inna część mnie nie chciała tego pojąć. Fyonn dał mi czas, a potem znowu usłyszałam jego łagodny szept:
F – „Znaczenie, im silniejsze, zniekształca informacje. Na tych zniekształconych informacjach tworzysz potem iluzje. I jeszcze bardzaiej tracisz wolność. Ucz się zatem sczytywać informacje bez nadawania im znaczenia. Wtedy będziesz wolna.”
B – „Chcesz mi powiedzieć, iż mam być obojętna?”
F – „Znowu nadajesz znaczenie. Obojętność nie jest neutralna. Też cię uwięzi.”
B – „Więc jak nie nadawać znaczenia? Wszystko tu ma jakieś znaczenie?”

F – „Chodź, przejdziemy się nad rzekę. Coś ci pokażę” – poprosił łagodnie Fyonn.
Wstałam więc i poszłam do zakola rzeki. Kiedy stanęłam na maleńkiej piaszczystej plaży Fyonn powiedział:
F – „Wszystko jest wibracją. Wibracja to ruch. Zmienia się. Pulsuje. Płynie. Znaczenie powoduje, iż zamykasz ruch w klatce. Im większe znaczenie, tym szczelniejsza klatka i większe iluzje. Popatrz na tą wodę. Przyjrzyj się dobrze. Widzisz? Tu, gdzie woda płynie bardzo wolno widać odbicia drzew. Ale to jednak nie są drzewa, a jedynie ich odbicie na powierzchni.
Jak spojrzysz teraz w drugą stronę masz tą samą rzekę, ale woda płynie szybciej.Tam widzisz wyraźnie gdzie jest woda, a gdzie drzewa.”

Popatrzyłam na rzekę. I przyglądając się tym obrazkom po mojej jednej i po drugiej stronie zaczynałam pojmować o co mu chodzi.
Miałam jednak jeszcze pewne wątpliwości.
B – „A milość? Miłość też ma być bez znaczenia?”
F – „Miłość nie ma znaczenia. Ma moc. Ale przede wszystkim Miłość po prostu jest.”

Te słowa jakby wszystko we mnie zaczęły układać.
F – „Ucz się sczytywać informacje za pomocą wszystkich narzędzi jakie masz. Nie za pomocą znaczeń. Zapomnij o znaczeniu. Rozpoznawaj wibracje. A potem wybieraj. W wolności.”

To trudna lekcja. Dla mnie trudna.
I była trudna tu do opowiedzenia wam. Bo ciężko ubrać w słowa to, co się odbierało barwą, intuicją, czuciem, ciepłem, wibrowaniem…

Kiedy już miałam iść do domu, Fyonn mrugnał do mnie.
„Puszczaj wolno” – powiedział mi na pożegnanie. Wiedziałam dokładnie o co mu chodzi.
Akurat dziś wiedziałam to bardzo dobrze.
Dziś puściłam wolno relację, która miała tyle lat znaczenie.
Puściłam wolno.
Z Miłością.
Bo Miłość po prostu jest.

12 kamieni – wyzwanie CUD – 5/30

Ubrana w czerwoną sukienkę, poszłam na spotkanie z moimi kamykami dziś nieco wcześniej. Trawa wciąż była mokra od rosy. Powietrze pachniało cudnie jesienią.
Moja gromadka czekała już na mnie. Przywitałam i poprzytulałam się z każdym Kamieniem oddzielnie. Przez te kilka dni stały mi się bliskie. Jak przyjaciele, ale i wspaniali nauczyciele.
 
Dziś dostałam zresztą wyjątkową lekcję. I to taką, której bym się nie spodziewała. A wszystko za sprawą Luii.
Już kiedy wczoraj brałam ją w dłonie przedstawiła mi się właśnie jako Luia. Nie musiałam się w ogóle wysilać, bo od razu zobaczyłam jej twarzyczkę.
Luia
A potem Luia powiedziała, że ma dla mnie zadanie. No tego się nie spodziewałam, że przy noszeniu Kamieni będę jeszcze dostawała od nich samych dodatkowe zadania.
Tymczasem Luia zapytała mnie o drzewa, o to ile ich znam. Ile znam roślin wokół mnie. Rozejrzałam się dookoła. Świat wokół mnie, mimo że wciąż jestem w wielkim mieście,  zielony, z mnóstwem drzew i krzewów. Zdarza mi się czasem przytulać do drzew, ale przyznać muszę, iż rozpoznać potrafię jedynie te podstawowe. Jakoś tak zwracałam zawsze bardziej uwagę na zwierzęta niż na drzewa czy rośliny.
zielona enklawa nad rzeką
„Wszyscy jesteśmy polączeni.” – usłyszałam dziś szept Luii – „Rozejrzyj się wokół i rozpoznaj bogactwo wokół ciebie. Im więcej będziesz potrafiła zobaczyć, tym szerszym strumieniem będzie ono do ciebie płynęło. Otwórz się na nie, widząc je naprawdę.”
Rozejrzałam się znowu wokół mnie. Zieloność. Mnóstwo drzew i krzewów. Ale chyba po raz pierwszy spojrzałam na nie zupełnie inaczej. Z zaciekawieniem, wręcz głodna wiedzy. Luia uśmiechnęła się do mnie.
„Idź i rozpoznawaj.” Powiedziała mi dziś na pożegnanie.
Wracałam potem do domu przyglądając się uważnie drzewom i krzaczkom. Po raz pierwszy dostrzeglam ich prawdziwą różnorodność wokół mnie. Odkryłam tyle zadziwiających rzeczy, o których wcześniej nie wiedzialam.
Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam wiszące na olszy długie męskie kotki oraz żeńskie, jeszcze zielone szyszeczki. Spotkałam wysoki na jakieś 3 metry krzak ligustru, o istnieniu którego nie miałam wcześniej pojęcia, na którym akurat czerniły się maleńkie, owoce, jak sie później dowiedziałam dla człowieka trujące. Odkryłam kilka gatunków klonu i dokładnie się im przyjrzałam, dzięki czemu potrafię już teraz rozróżnić klon pensylwański, polny czy palmowy. Zachwycałam się czerwieią głogu, białymi kuleczkami śnieguliczki, ogniście pomarańczowymi owocami rokitnika i burgundowymi teraz liśmi czarnego bzu, na ktorym wciąż wisiały resztki owoców.
Oczywiście wiele nazw musialam dopiero wygooglować, ale jakże to byla dla mnie odkrywcza wycieczka.
Poprosiłam te drewka i krzaczki o pozwolenie na zebranie czasem kilku listków, orzeszków czy gałązki. I tak wróciłam do domu z całym naręczem.
przyglądając się, poznając, zbierając…

A wszystko dzięki Luii, Kamiennej nauczycielce roślin. Dziękuję ci Luia.

:uia, kamienna nauczycielka roślin

12 kamieni – wyzwanie CUD – 4/30

Miałam dzisiaj nieco słabszy dzień. Mimo słonecznej pogody za oknem, dopadla mnie jakaś taka dziwna ospałość. Na samo wspomnienie o dzisiejszym wyściu nad rzekę, już nie tylko Fazula, ale dosłownie wszystko we mnie chciało bojkotować. Jednak i tak po obiedzie włożyłam na nogi adidasy, do torebki schowałam butelkę z żelem chia i wyszłam z domu. No i jak zawsze zaraz się okazało, iż to jedynie owe wyjście jest najtrudniejsze. Bo już przy pierwszych krokach czułam radość i przypływ energii.

Pogoda była przepiękna. Kiedy doszłam już do zielonej enklawy przy rzecze byłam wręcz zachwycona otaczającą mnie cudownością. Aż się nie mogłam nadziwić, że jeszcze godzinę wcześniej tak bardzo nie chciało mi się ruszyć tyłka z domu.
W gniazdku na wierzbie czekaly na mnie wszystkie moje kamienie. Powitałam je, pogłaskałam i zapytałam, który dziś jako pierwszy ma ochotę na spacer. I tak w mojej dłoni znalazł się Jaskier. Potem poznałam kolejne kamienie: Marę, Luię i Fyonna.
Najpierw jednak opowiem wam o Tatance.

Tatanka jest największy i najbardziej kanciasty z całej gromadki. Kiedy wczoraj wzięłam go ręki i mu się przyjrzałam, to mi przypominał głowę rycerza. Zapytałam go o imię i czekając na jego odpowiedź gdzieś tam zastanawiałam się czy będzie to imię jakiegoś rycerza. Jakież było moje zdziwienie, gdy przedstawił się jako Tatanka.
„Tatanka?” – zapytałam zdziwiona – „Jak Tatanka?”
A on w odpowiedzi poprosił mnie bym poszła z nim na lewo, w tę drugą stronę rzeki niż dotychczas spacerowałam z kamieniami. No ok. Poszłam więc. I po chwili poczułam zapach koni. Tak przynajmniej mi się wydawało. Konie? Nie widziałam żadnych koni. Tatanka tymczasem kazał mi się nagle zatrzymać. Stanęłam i wtedy zobaczyłam, że po drugiej stronie rzeki, w oddali pasą się krowy.

pasące się w oddali krówki

Spojrzałam na Kamień w moich dłoniach i nagle nie widzialam już głowy rycerza, a głowę bizona! Tak. Tatanka. To najpiękniejsze imię dla tego Kamienia. Tatanka – w języku Lakotow znaczy bizon. Mój kamienny Tatanka jest pięknym, łagodnym i mądrym bizonem. I kiedy tak trzymałam go w dłoni poczułam jak jakiś tajemniczy wiatr przywiewa do mnie indiańskie legendy. Gdzieś tam we mnie samej…

Tatanka

12 kamieni – wyzwanie CUD – 3/30

Po śniadaniu, które jak to w niedzielę zjedliśmy póżno, bo dopiero o 11-tej, ściągnęłam sukienkę, założylam jeansy, buzę i adidasy. Pierwszy raz od jakiegoś roku ubierałam spodnie, ale tak poczułam, że dziś chcę właśnie iść w spodniach. Mimo, że znowu miałam lekkie zakwasy, to nie mogłam się już doczekać mojej wyprawy nad rzekę do kamieni.
 
Wyszłam z domu. Na dworze już poczułam, iż jest znacznie chłodniej niż mi się wydawało. Ludzie wszyscy w kurtkach, ja jedynie w tej mojej aksamitnej bluzie z kapturem. Popatrzyłam w niebo. Mocno się zaciągnęło, jakby miało zaraz zacząć padać. Nic to, ruszyłam w stronę rzeki. Z każdym krokiem czułam jak wzmaga się silniejszy wiatr.
Fazula w swoim żywiole zaczęła mi nawijać:
F – „Zaraz lunie. Zanim dojdziesz do rzeki będziesz mokra. Ciekawe jak będziesz w ulewie nosić kamienie”
B – „Na razie nie pada.”
F – „Ale z pewnością zacznie. Zobacz jak wieje, coraz bardziej. Taki wiatr przynosi z sobą deszcz. Zobaczysz.”
B – „Weź Fazula skończ już kręcić te swoje drama-filmy. Normalnie w telewizji można cię zatrudnić z takimi scenariuszami. Nie będę tego słuchać”.
Wygrzebałam z torebki odtwarzacz mp3, który zawsze gdzieś tam mam, nastawiłam muzyczkę taką pobudzającą tyłek do ruszania się i wsadziłam sobie słuchawki do uszu. Fazula mogła sobie teraz nawijać i tak jej nie słyszałam. Byłam szczęśliwa. Już nic mnie nie bolało. Na drodze pustki, tylko ten silny wiatr, muzyka i ja. Tak się fajnie szło, że wyobraziłam sobie, iż za jakiś czas będę potrafiła tę trasę nie tylko przejść, ale przebiegnąć. Dosłownie widziałam się jak biegam tędy nad rzekę. Kiedyś tam może mi się naprawdę uda.
 
Kiedy doszłam już do tej zielonej enklawy, wyłączyłam muzykę Teraz był czas na słuchanie. Nawet wiatr trochę ucichł. Z radością pomaszerowałam do moich kamyków. Czekały na mnie. Jejku, tak się uczieszyłam na ich widok. To niesamowite, nigdy nie myślałam, iż będę się tak cieszyć na widok jakiś kamieni.
 
Postanowiłam, że dziś zaniosę je znowu do zakola rzeki, by mogły stamtąd na nią popatrzyć. A potem odniosę je na powrót pod białą wierzbę. Pierwszy poszedł ze mną Goliat. Był dziś milczący, ale pogłaskałam go z czułością. Od kiedy wczoraj powiedział, to co powiedział, patrzę już na niego zupełnie inaczej. Przyjrzałam mu się dziś i dopiero teraz zauważyłam, iż Goliat jest wyjątkowy pod względem ubarwienia. Jedna jego połowa jest jasna, a druga ciemna. I chociaż naprawdę jest nieco kanciaty, to jest w nim tyle harmoni. Taki kamienny jin i jang. Nie mówił nic, ale przypomniał mi właśnie o tym jin i jang we mnie i we wszystkim co jest.
Goliat i jego jin i jang
Potem poszłam po Jonasa. Ledwie wzięłam go do ręki usłyszałam:
J – „Przytul mnie”
Przez ułamek sekundy byłam zdziwiona tą prośbą, ale bez zastanowienia przytulilam go do serca. Szałam z nim tak tuląc go, wzruszona.
J – „Przytulałaś dzisiaj już kogoś?” – usłyszałam nagle jego pytanie.
B – „Nie”
J – „To jak wrócisz dziś do domu, to przytul proszę wszystkich kogo tam masz. Obiecujesz?”
Totalnie mnie to rozłożyło. Rozpłakałam się. Jakie my ludzie mamy stereotypy w głowach. Mówi się, że coś lub ktoś ma kamień zamiast serca, a tutaj ten Kamień przypominał mi o okazywaniu Miłości. O przytulaniu. Zawstydzał mnie. Ale byłam mu taka wdzięczna.
B – „Obiecuję.”
Uśmiechnął się.
 
Wzięłam do ręki następny kamnień. Od razu poczułam, że to dziewczynka. Przedstawiła się jako Anika.
Anika jest tą, która słucha. Ma duże kamienne ucho i sama cała jest jakby uchem. Kształtem przypomina łzę albo spadającą kroplę wody.
„Otwórz twoje wewnętrzne uczy i słuchaj” – powiedziala mi – „Słuchaj co mówi woda. Słuchaj co mówi rzeka. Słuchaj co mówi ocean. Słuchaj co mówi kropla. Słuchaj wody w tobie. Ty jesteś wodą”.
Postałam z Aniką w zakolu rzeki wsłuchując się w ten szept wody. Kilka minut słuchania – razem z Aniką – nadało tej chwili jakąś taką świętość. Podziękowałam jej za tą piękną pierwszą lekcję nowego rodzaju słuchania.
Anika
Poznałam potem jeszcze Kamień, który dał mi lekcję czucia zapachów. Nie znam na razie jego imienia, powiedział, iż przyjdzie dzień, iż wywącham jego imię.
Poznałam Bernadetkę i Tatankę. O nich opowiem wam innym razem.
 
Ale dziś opowiem wam jeszcze o Szarym. Szary jako jedyny spośród moich 12 Kamieni, rzeczywiście jest szary. Wzięłam go ręki i zobaczyłam, że przygląda mi się nieco ponura twarz. Przypatrzyłam się jej dobrze. Szary przypominał odrobinę jakiegoś…
B – „Szary, jesteś kosmitą?’ – zapytałam go wprost.
Sz- „A ty nie jesteś?” – odparował w odpowiedzi. – „Wszyscy jesteśmy kosmitami.”
No tak. Przecież to takie oczywiste. Wszyscy jesteśmy dziećmi Wszechświata. Maleńką częstką Kosmosu.
Chciałam Szaremu zrobić zdjęcie, ale kiedy uniosłam z nim rękę by kliknąć mu foto na tle rzeki, kazał mi ją unieść wyżej.
Sz- „Chcę żeby było widoczne niebo” – powiedział.
To nie było życzenie. To było jego stanowcze zdanie. Ok. Należy to uszanować. Kliknęłam mu fotkę tak, by była widoczna i woda, i kawałek nieba. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną.
Kiedy przechodziliśmy obok wierzby, strażniczki wejścia do zakola rzeki, Szary nagle zapytał, czy nie mogę go na chwilę usadowić na drzewie.
B – „Na drzewo chcesz? Serio?” – musiałam się uśmiechnąć.
Sz- „Jak myślisz ile razy w ciągu ostatnich tysiąca lat mogłem oglądać świat siedząc na drzewie?” – zapytał trochę ponuro.
No, nie mogłam go nie zrozumieć. Zatem usadowiłam go na wierzbie i poczekalam z nim kilka minut, by się nacieszył tą nową perspektywą.
Potem, jak już odnosiłam go do reszty, Szary zadecydował, że od teraz chce bym go zostawiała na drzewie. Stamtąd jest nieco bliżej nieba. I niezależnie gdzie postanowią spędzać noc pozostałe kamyki, on Szary chce być zostawiany na drzewie. Hahaha, był taki stanowczy, że musiałam się roześmiać. I to na głos. Tak mnie rozbawił, że całkiem nieoczekiwanie pocałowałam go w tę jego ponurą gębę. „Beee”- wykrzywił się, ale i tak mu się podobało, dlatego że wiedział, tak samo jak i ja, iż odtąd będzie mógł siedzieć na drzewie.
Szary na drzewie
I właściwie cała moja kamienna gromadka z entuzjazmem przyjęła ten pomysł. 6 Kamieni znanych mi już z imienia i 6 wciąż jeszcze niepoznanych. Zostawiłam ich w ramionach wierzby. Podziękowałam za dzisiejsze spotkanie. Podziękowałam drzewom. Podziękowalam wiatrowi.
Jutro znowu tu wrócę.
 
Kiedy szłam już do domu, na maxa szczęśliwa, nie mogłam się powstrzymać, by nie zagadać do Fazuli.
B – „I co mądralo, głupio ci teraz. Twoje drama-filmy się nie sprawdzają. Było cudownie.”
F – „Oj tam, zaraz głupio. No ok, było ok.”
B – „Ok? No weź przestań, zajebiście cudownie było. „
I po chwili:
B – „Wiesz Fazula, ja cię w sumie kocham. Chociaż czasem jesteś naprawdę upierdliwa”
F – „Ja ciebie też kocham, chociaż też jesteś upierdliwa.”
B – „Myślisz, że jak my tak gadamy to są to objawy rozdwojenia jaźni?”
F – „Schizofreni. Chociaż jak doliczyć do tego gadanie z kamieniami, to w twoim przypadku to nawet coś gorszego. ”
B – „Hahaha uwielbiam cię Fazula. Oprócz zrzędzenia potrafisz czasem być śmieszna”
 
Czy muszę dopowiadać, że wracałam po tej wyprawie cały czas śmiejąc się do siebie i do ludzi.
I poprzytulałam moich facetów po powrocie. No ba! Nie zapomniałam.

12 kamieni – wyzwanie CUD – 2/30

Już rano zwlekając się z łóżka, poczułam że mnie bolą jakieś takie mięśnie, o których zapomniałam, że je mam. Lekkie zakwasy po wczorajszej wyprawie i noszeniu kamieni. Ewidentny dowód na to, jaki ze mnie zdechlak. Tzn już od dawna to wiem, ale jakoś tak nie bardzo chciałam cokolwiek z tym zrobić. A teraz się okazuje, że 2,5 godziny łażenia i w sumie 48 pochylęć, by podnieść i potem położyć kamień, to dla mnie jakiś wyczyn, który powoduje zakwasy. No to się zapuściłam. I pomyśleć, że 20 lat temu to mogłam łazić w górach 30 kilometrów na dzień i to z 30 kilogramowym plecakiem. Teraz za to też mam ciężar do tachania, tyle że w postaci jakiś 50 kg mojej nadwagi przy totalnie zdechlackiej kondycji fizycznej.
Hahaha, aż mi się śmiać zachciało, jak pomyślę, iż musiały mi się jakieś kamienie w opowieści Ewelinki objawić, żebym WRESZCIE zechciała coś z tym moim zdechlactwem i nadwagą zrobić. No ale to najwyżej będzie taki milutki bonusik uboczny. Oczywiście jak mi się uda wytrwać.
Dobra, mam lekkie zakwasy, ale nie ma, że boli, idę dziś nad tą rzekę nosić te kamienie.
No to idę. Spacerek całkiem przyjemny i już się cieszę na spotkanie z moimi kamieniami. Po jakiś 35 minutach jestem już nad rzeką i …
pierwszy zong!!!
Tam w zakole rzeki, tuż przy miejscu gdzie zostawiłam wczoraj kamienie leżą ludzie i gadają. No kurde, kurde, kurde! Fazula oczywiście na pełnych obrotach nawija do mnie:
F – „Po cholerę oni tam są. Nie będziesz przy nich nosić kamieni. Będą się na ciebie gapić. Będą pytać. Olej to. Jutro przyjdziesz…”
B – „Zamknij się. Muszę pomyśleć.”
F – „A niby co teraz robisz?”
B – „Dobra, no niech ci będzie. Nie mam ochoty na noszenie kamieni przy nich. Będą mnie rozpraszać. Ale ani mi się śni odpuścić. Właśnie, że będę nosić te kamienie. Co mnie obchodzą jacyś ludzie”
F – „To parka zakochana jakaś jest. Nie widzisz? Będziesz im przeszkadzać. Może wyznają sobie teraz milość. Może to ich jedyne miejsce gdzie mogą być sami. A ty chcesz tam teraz akurat koło nich leźć z powodu jakiś kamieni?”
B – „No dobra. Może masz racją Nie będę im psuć randki. Połaże trochę nad rzeką i wrócę tu. Może do tego czasu już pójdą”
No i poszłyśmy z Fazulą połazić wzdłuż rzeki. Fazula co jakiś czas próbowała mi nawijć żebym poszła do domu. Serio była już aż natrętna.
B – „Weź się wypchaj. Nie poddam się tak łatwo. Choćbym tu miała do wieczora czekać”
F – „Taaa, do wieczora. I co kamienie będziesz nosić po ciemku? „
B -„Weź już skończ. Albo chociaż zmień płytę”
F – „To może weź zabierz te kamienie do domu. I będziesz je nosić codziennie np z parteru na 7 piętro”
B – „Pogrzało cię? Jak mam wziąć te kamienie do domu. One nie należą do mnie. Tylko do samych siebie. I póki co, to tu nad rzeką jest ich dom. Nie mogę ich wziać do jakiegoś bloku. Nie wymyślaj już. Lepiej patrz, ta parka już poszła. Mogę lecieć do moich kamieni”.
I poleciałam prawie w podskokach. Przywitałam się z nimi z radością. I z pełnym entuzjazmem zaczełam je nosić.
Trochę dalej niż wczoraj. Potem w inne miejsce je odstawiać. W międzyczasie odkryłam, że one mają dusze. Że mogę się z nimi zaprzyjaźnić. Że mogę zapytać je o imię, poczuć je…
W tym samym międzyczasie Fazula zajmowała się różnymi innymi rozpraszaczami. A to psami, które nadbiegały wyprowadzane na swoich spacerach, a to krukami nad głową, a to gałęzią, która poharatała mi nogę. Koślawą ścieżką, bólem w kolanie, całym przemarszem innych rzeczy.
Przy 6- tym kamieniu moja uwaga znowu skupiona była tylko na nim.
Wysmukły w kształcie, układał mi się pięknie w dłoni.
B – „Jak masz na imię? Bartek? Aron? Nie? Jonas. Jonas? Jonas. Ładne imię. Witaj Jonasie”
Prawie z czułością położyłam go obok wcześniejszych pięciu.
Jonas
Siódmego nie pamiętam.
Ósmy był nieco większy niż reszta, kanciaty i taki jakiś domagający się uwagi. Od razu znowu skupiłam się na nim. Zapytałam o imię.
K – „Goliat – usłyszłam jego odpowiedź.
B – „Goliat? Serio? Co to za imię? Na serio Goliat?”
K – „Goliat” – Powtórzył Kamień.
B – „Goliat… Czemu takie imię?”
K – „Bo to, że coś jest kanciate i ciężkie nie znaczy, że nie chce miłości”
Wow… rozczulił mnie. Kanciaty, cięższy, nie leżał idealnie w dłoni. Ale z miejsca go polubiłam. Jego kanciatość jest może nieco gburowata, ale jest w nim tyle kochania… Nie mogłam przestać o nim myśleć.
Goliat

Potem nosiłam resztę. Przy każdym kolejnym czułam bardziej, iż jestem zmęczona. Potykałam się na ścieżce z dziurami, zahaczałam o wystające gałęzie. Ale wytrwałam i wszystkie moje 12 kamieni ułożylam w nowym miejscu. Jak się z nimi żegnałam poprosiłam Goliata by z pomocą Jonasa czuwał nad całą gromadką. Zostawiłam ich tam pod opieką białej wierzby, ze śpiewem rzeki w tle.

Szczęśliwa wracałam do domu, choć serio plątały mi się nieco nogi bo tak już łupało mnie w kolanie. Ale co tam. Jestem szczęśliwa i dumna z siebie.

12 kamieni – wyzwanie CUD – 1/30

Długo szukałam zadania odpowiedniego dla mnie. I wreszcie mam . Choć to niesamowite w jaki sposób owe zadanie do mnie przyszło. Odsłuchiwalam po raz któryś tam pewien filmik Ewelinki. I dopiero dziś usłyszałam w nim opowieść o 12 kamieniach. Jak to się stało, że nie słyszałam jej prędzej, mimo że przecież odsłuchiwałam już ten filmik nie raz? Nie wiem. Ale pewnie tak jest, że wszystko przychodzi do nas wtedy, kiedy mamy już na to wewnętrzną gotowość. Tak wiec mam moje wyzwanie CUD. Dla Ciala, Umysłu i Duszy. A jednocześnie Czas Unieść Dupę. Taki pakiet wszystko w jednym.

Zaczęło się z grubej rury, bo w drodze nad rzekę pokłóciłyśmy się z Grażką. Tak, zamiast sama stanąć do tego zadania, to zafascynowana odkryciem chciałam się z nią podzielić, opowiedzieć jej o nim. Szłyśmy razem w stronę rzeki, ja już z takim nastawieniem, że to będzie mój pierwszy dzień wyzwania. Ona bardziej w ramach spacerku. To nie był dobry pomysł, byśmy szły razem. Już od dawna to nie był dobry pomysł. I po prostu dziś wybuchnęło. Pokłóciłyśmy się. Jednak, chociaż to niemiłe doświadczenie wywołało silne emocje, to w ostateczności było błogosławieństwem i to chyba dla nas obu. Na pewno było też potrzebną lekcją. 
Natomiast w odniesieniu do wyzwania z kamieniami pokazało mi wyraźnie zaraz z początku, iż to wyzwanie jest moje i mam stawić się do niego sama. Przecież wystarczy, że będę musiala się zmierzyć z własną Fazulą, nie potrzeba mi dodatkowo słuchać w tym procesie jeszcze umysłu Grażki.

Ale emocje po tej kłótni jednak zawrzały we mnie. Tak silnie, że nawet nie bardzo pamiętam dziwgania tych pierwszych kamieni. Wybierałam je podnosząc z ziemi zupełnie przypadkowo.  Nawet się im nie przyglądając. Dopiero tak przy czwartym zaczęłam bardziej się skupiać na nich, niż na tym co wyprawia mi się jeszcze na żółtej czakrze.

Schylałam się po kamień, szłam z nim jakieś 20 metrów, znowu się schylałam układając go na ziemi. Stopniowo zaczęłam się rozluźniać w środku. Dostrzegłam, iż to niby bezsensowne noszenie kamieni może mieć dla mnie niezwykle transformującą moc. Przy 8 czy 9 wiedziałam już, że na pewno chcę to robić. Nie tylko dziś, ale cały miesiąc. Wiedziałam, że znając mój słomiany zapał, brak wytrwalości i lenia w tyłku, będzie mi nieraz trudno, ale że to niepowtarzalna szansa i mam cholerny obowiązek stawić się do niej. Nie żeby coś sobie udowadniać, ale z żeby tej mojej duszczce wreszcie pokazać, że zależy mi na niej.

Kiedy odnosiłam kamienie spowrotem na ich miejsce czulam, iż już je lubię. Podobają mi się, mimo że jeszcze są dla mnie jedynie anonimowymi kamieniami. Podziękowałam im i pożegnałam się z nimi jak z nowo poznanymi kumplami.

Jutro do nich wrócę.

słowa – żywe istoty

Układałam dziś w takiej szufadzie, w której trzymam różne rzeczy do podarowania. I chociaż zaglądam do niej często, to chyba pierwszy raz od bardzo dawna wyjęłam z niej wszystko, by zrobić nowy porządek. I wtedy zobaczyłam całkiem z tylu, na jej dnie woreczek, a w nim jakieś kartki i koperty. Sama musiałam ten pakuneczek tam kiedyś włożyć i leżał zapomniany, by właśnie dziś zaskoczyć mnie totalnie swoją zawartością.

W środku znalazłam list. List napisany do mnie 05 grudnia 2013 przez kogoś, kto w dobie internetu, zadziwiony sam sobą, że to robi, pisał swój pierwszy (i jedyny) w życiu prawdziwy list. Kartka papieru w kratkę, drobniutkie pismo kreślone męską ręką. I słowa pełne miłości i wdzięczności. Nawet naklejki z serduszkami, kiczowate i infantylne, ale jakże wymowne, bo przecież wiem, że musiał je ekstra w tym celu wybrać w sklepie…

Rozczuliłam się na maxa. Literki ulepione w słowa. Słowa, które wciąż są żywe. Nieważne, że minęły lata, nieważne że my dwoje pewnie spotkamy się dopiero w następnym wcieleniu. Tamte słowa, napisane z miłością w grudniowy dzień, wciąż są jak żywa istota. Wzruszły mnie do łez, do szybszego drżenia każdej komórki we mnie, do takiego wewnętrznego otwarcia, które dawno nie było tak szerokie.

Słowa – żywe istoty. Jeszcze bardziej namacalne i bardziej wibrujące przez te literki, nie wystukane na klawiaturze, ale napisane ręcznie. Każda z tych literek jest puzzelkiem dodatkowej opowieści. List napisany na kratkowanej kartce, wciąż mający swój charakterystyczny zapach. Gdy przyłożę nos wciąż mogę go wyczuć, po tylu latach. Ten zapach to też dodatkowa opowieść. Ten zapach wzrusza mnie także…
Literki, zapach, kolor koperty, brak znaczka, naklejki – wszystko to opowiada dodatkową historię, przywołuje szczegóły wspomnień. Porusza sercem…

I przypomniały mi się te wszystkie listy, które sama ręcznie tak kochałam pisać. I również te, które przychodziły do mnie. Wciąż mam je w wielkim kartonie. Posegregowane według nadawców. Przewiązane wstążeczkami. Kilkanaście, a może dwadzieście kilka takich pakuneczków. Setki listów. Większość w białych kopertach, ale są i takie w każdym kolorze tęczy. I chociaż wydawałoby się, iż zapomniane, upchnięte w kartonie, to przecież wciąż je mam. Wciąż mogę do nich zaglądać, dotykać je, wąchać, wzruszać się…

Nie robię tego już od dawna, ale poczulam, iż chcę znowu pisać listy. Takie właśnie na papierze. Piórem. Z charakterystycznych dla mnie literek lepić słowa. Słowa – żywe istoty.

 

po prostu płynie

Dużo się zmieniło od mojej sesji regresingowej (team Calo). Malowanie, ale w ogóle tworzenie nabrało jakby zupełnie innej jakości. Wiem czemu to zawdzięczam i niby nie powinnam być zadziwiona, a jednak jestem. W pozytywnym sensie. Tzn. zadziwia (ale i raduje) mnie właśnie owa zmiana, którą wyraźnie odczuwam. Bo dopiero w trakcie malowania w pełni poczułam jak ta energia twórcza w pełni sobie teraz płynie przez mnie niczym niezakłócana czy nijak niezamieniana na coś, z czym akurat mi nie po drodze. I wcale nie ogranicza się ona tylko do malowania. Znowu z wielkim entuzjazmem i radością eksperymentuję w kuchni, piekę serniki, gotuję dobre obiadki, na sztalugach powstają obrazy, przy stole powstają mniejsze obrazki na notatnikach, no i jeszcze kilka innych rzeczy. Ot, taka obfitość w tworzeniu.

moja galeria – W pokłonie dla Joni

„W pokłonie dla Joni” (2018), akryl na płótnie 50 x 50 cm

W akcie szacunku, wdzięczności, uzdrowienia dla mojej wewnętrznej Lilith, mojej kobiecości,seksualności, kobiety która byłam, jestem i jeszcze kiedykolwiek będę.
Ten proces jeszcze się dzieje. Ten obraz może jest dopiero pierwszym. Nie wiem.

Ale wiem, że nikt inny nie zrobi tego za mnie.
Jestem CUDem. A to oznacza, że czas również w CUDzie wziąć odpowiedzialność i moc w swoje rece.
Kocham.
Dziękuję.
Ufam.

nowy początek

Tak dawno nie pisałam tu (ani nigdzie indziej) czegoś takiego mojego, że właściwie teraz, kiedy to robię, można by uznać, iż to swego rodzaju nowy początek. Określenie tym trafniejsze, że jak pomyślę o tej mnie sprzed powiedzmy kilku miesięcy, a tej mnie z dziś, to naprawdę widzę wielką różnicę. No dobra, nie znowu taką wielką, bo nadal ważę ponad sto kilo, nadal mam siwe odrosty i nadal reumatyzm napierdziela mi w kolanie, ale przynajmniej wewnętrznie wypiękniałam i odmłodniałam. Ja to wiem.

W sumie to obudziłam się dziś w nocy i różne mądre myśli pojawiały mi się w głowie, albo raczej przepływały przez nią tak, jakby mi ktoś czytał z jakieś mądrej księgi. I miałam wrażenie oczywiście, że to nie jakiś tam nieokreślony ktoś, ale ja we własnej osobie albo raczej moja duszyczka kochana. No szkoda tylko, że moje ciało o 3-ciej w nocy okazało się być zbyt rozleniwione bym wstała i sobie to wszystko zapisała. Tym samym uleciało mi większość z owej wspaniałej nocnej błyskotliwości i pamiętam jedynie jakieś mgliste resztki. Ale najważniejsze gdzieś tam mi się zakodowało. I po pierwsze, wiem że każdy nawet najmniejszy kroczek jest jak kolejny kamyczek, który uruchamia lawinę. Znaczy jeśli chcę wielkich, spektakularnych zmian (a chcę), to zacząć mogę choćby od tych najmniejszych. Ważne by się naprawdę do nich stawić. I wytrwać. Wytrwać tak długo, aż utworzą nowe synapsy w moim mózgu, staną się nowym przyzwyczajeniem, nowym fajnym moim ja. Po drugie, idę kupić dziś ładny zeszyt. Koniecznie w grubej twardej okładce. Po co mi? Chcę znowu porozmawiać sobie z Bogiem (postępy: napisałam ten wyraz dużą literą), albo z Joe, albo z moją Duszą. Właściwie nie ma znaczenia jak to nazwać. Ważne, że potrzebuję. Chcę. Cieszę się na to nowe ponowne spotkanie.

wielepoziomowo ale jednocześnie

Byłam w jakimś budynku, który stanowił sam w sobie swego rodzaju ogromną, dziwną krainę. Był wielopoziomowy, zbudowany nie jak współczesne budynki, gdzie każde piętro stanowi jeden wyraźny poziom, tylko trochę przypominał ogromny,  dziwny zamek z jakieś bajki. Piętra w nim czasem miały jakby pomieszczenia opuszczone jakby w przestrzeń między piętrami.  Były miejsca, które stanowiły jakby przejście albo coś pomiędzy jednym poziomem a innym. Ściany były miejscami okrągłe, czasem proste, zbudowane miejscami z białej cegly, czasem z ciemnego drzewa. Całość była ogromna, z mnóstwem komnat, pomieszczeń, szerokich korytarzy, ale i wąskich, krótkich przejść. Były wieżyczki i piwnice. Mimo tego pogmatwania i pozornego chaosu, zamek  był dość przejrzysty, panowało w nim dużo światła i przestrzeni.
Ja sama w śnie przemieszczałam się jedynie na jakiś 2 – 3 poziomach, ale miałam cały czas świadomość tego, że budynek ten jest o wiele, wiele większy. I że wiele pięter znajduje się zarówno pode mną jak i nade mną
 
W owym budynku oprócz mnie znajdowali się swego rodzaju rycerze. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo. No dobra, to nie jest w ogóle odpowiednie słowo dla tych postaci, które mi w śnie towarzyszyły. Ale spróbuję opisać. Najważniejsze jest to, że wiedziałam w śnie, że są to postacie męskie. Wyglądali z sylwetki jak ludzie, ale nie wiem czy byli ludźmi czy może duchami, czy innymi kosmitami. Nie widziałam ich twarzy. Wszyscy byli bardzo wysocy i bardzo szybko się poruszali. Nie chodzili normalnie, raczej tak jakby się przesuwali w powietrzu, jakby sunęli tuż nad ziemią. Czasem jeździli na wierzchowcach, chociaż te ich konie też nie do końca przypominały prawdziwe konie. No i mieli na sobie dziwne kostiumy. Coś w rodzaju zbroi (dlatego skojarzyli mi się z rycerzami), chociaż była ona nie jak z metalu, a czegoś bardzo elastycznego. Tak jakby z jednej strony była swego rodzaju pancerzem ochronnym, a z drugiej jakby stanowiła wręcz cześć ich samych, jakby była drugą skórą. Te zbroje na nich były koloru czarnego lub ciemnej szarości z metalowym połyskiem. Do tego mieli przyczepione jasne peleryny. Wszystkie te męskie postacie pojawiały się jakby w tle, nie wchodząc ze mną w bezpośrednie interakcje. Jednak przez cały czas miałam wrażenie,  że po pierwsze oni mnie chronią, są gwarancją mojego bezpieczeństwa. A po drugie, nawet jeśli żadnego nie było w pobliżu, to wiedziałam, że są w pobliżu, tzn cały czas czułam ich obecność – taką obecność, która czuwa. I to czuwa też po to, by mnie chronić. Przed czym? Nie mam pojęcia. Ja sama w tym śnie ani razu nie czułam się być w jakimś zagrożeniu. Wręcz przeciwnie, miałam poczucie swobody, wolności i dużej przestrzeni.
 
W pewnym momencie snu zwiedzając, czy raczej odkrywając różne zakamarki, komnaty, korytarze i przejścia w tej cześci budynku, po której się poruszałam, odkryłam wielkie, szerokie, drewniane wrota prowadzące na zewnątrz. Bardzo mnie zaciekawiły. Otwarłam je i zobaczyłam coś w rodzaju podwórka. Na nim znajdowała się jakaś starsza kobieta, ubrana jak na filmach o średniowieczu. Robiła coś pochylając się nad wielkim drewnianym naczyniem. Mogła by być np praczką, ale równie dobrze ubijać masło (tak o niej pomyślałam). Spojrzała na mnie, nic nie mówiac, ale miałam wrażenie że ona pilnuje bym nie wyszła niepostrzeżenie z zamku. Tzn nie miała mocy by mnie zatrzymać. Nie takie było jej zadanie zresztą, ale miała po prostu wiedzieć kiedy będę chciała wyjść. Kiedy ją zauważyłam i zdałam sobie sprawę od razu, że jest ona taką swego rodzaju tajną wartowniczką, wycofałam się do korytarza. Od razu jednak pojawili się na koniach rycerze. Nic nie mówiąc, przejechali obok mnie, tak jakby mi chceili pokazać, że są obok i wiedzą co zamierzam.
Te wrota na zewnątrz jednak nadal bardzo mnie kuszą. Postanawiam, że chcę odkryć co znajduje się dalej, za podwórkiem .
 
W tym momencie kiedy to postanawiam dzieje się coś bardzo, bardzo dziwnego. Korytarz, na którym stoję jakby się rozdwaja na dwa korytarze, na końcu których widać bramę, czyli w zasadzie są już też 2 bramy. A ja stoję JEDNOCZEŚNIE w obu tych korytarzach. Idę znowu do tej bramy i wyglądam na zewnątrz. Za jedną bramą widzę znowu podwórko, druga natomiast jest wejściem do jakieś kuchni. Postanawiam już definitywnie wyjść na zewnątrz. Ale jednocześnie uświadamiam sobie, że ja sama jestem jakby rozdwojona.
Nigdy prędzej nie przyśnilo mi się coś takiego. Oto w śnie jestem jakby w dwu mnie JEDNOCZEŚNIE. I – również jednocześnie- widzę te obie mnie jakby z zewnątrz. O dziwo, nie wiadomo skąd pojawiają się także dwa biale wierzchowce, właściwie nie całkiem białe, tylko takie nakrapiane siwki. I ja nagle na nich już siedzę. Siedzę w dwu ciałach na dwu koniach zwrócona twarzą do ich tyłków. Te konie wyglądają identycznie. Ja natomiast widzę, iż jedna ja mam zupełnie czarną twarz, tak jakby była pomalowana czarną farbą. A druga ja mam twarz białą, jak pomalowaną na biało. I mam to niesamowite poczucie, że jestem w obu tych mnie jednocześnie, mimo że są to zupełnie dwa odrębne ciała. A jednak robimy wszystko to samo, myślimy jakby razem, rozumiemy się bez słów, nawet bez myśli, bo ja jestem oboma mnie.
Fascynuje mnie to, a jednocześnie nieco przeraża. Bardziej zadziwia.
Czuję przypływ ogromnej siły.
 
Pojawiają się wokól mnie ci rycerze, te męskie postacie. Pędza na swoich rumakach zataczając wokół mnie koła, tak jakby mnie przyjmowali do swego grona. Nadal nic nie mówią, ale są blisko i po raz pierwszy nie mam poczucia, że mnie chronią, ale że mnie PRZYJMUJĄ. Krążą tak wokół mnie na tych koniach z ogromną szybkością. I z każdym okrążeniem czuję bardziej przynależność do nich. Nadal wszyscy znajdujemy się wewnątrz zamku, jakby w jednym szerokim korytarzu. Po czym oni nagle odjeżdżają w głąb zamku. Ja w swoich obu ciałach i na obu moich wierzchowcach jadę za nimi. Już nie interesuje mnie to, co jest na zewnątrz, teraz interesuje mnie by poznać i odkryć cały zamek. Odjeżdżam za nimi jako ja w DWU postaciach, jednej z czarną, a drugiej z białą twarzą. Jestem nimi jednocześnie i chociaż czuję się bardzo, bardzo dziwnie z tym, to czuje się też szczęśliwa i bardzo silna
 
Dalsza część snu jest taka, że budzę się, nie w rzeczywistości tylko jakby nadal w śnie. Budzę się z płaczem (ale nie strachem). Jeszcze nie wiem tak do końca, że się budzę, tylko czuję, że przytula mnie i próbuje uspoić Michał – który chyba spał ze mną w jednym łóżku. No więc ja budzę się ze snu, nadal w śnie, z tym płaczem, on mnie przytula i uspokaja i wtedy widzę nas jakby z góry. I widzę również, że ten PŁACZ mój ma kolor kobaltowy, a jego PRZYTULANIE I USPOKAJANIE MNIE nieco ciemniejszy odcień, jeszcze nie granat już nie kobalt. I oglądam nas z góry jakby zanurzonych w takim świetle kobaltowo-szafirowowym i się bardzo dziwię temu, że płacz ma kolor, przytulanie ma kolor. A jednocześnie wcale się nie dziwię i wydaje mi się to być zupełnie naturalne. I fascynuje mnie to bardzo.
I kiedy nad tym myślę (nadal w śnie) i przypominam sobie również ten wcześniejszy sen (czyli sen w śnie), o tym, że byłam mną z czarną twarzą i z białą twarzą, to chcę być nadal jednocześnie tam i tam i jeszcze tu, w objęciach Michała z tymi kobaltami i szafirami i także tu, wisząc pod sufitem i oglądając nas z góry. I wtedy on, Michał mi mówi  – choć nie wiem czy on mi to mówi, czy to może ja sama, bo nie do końca wiem gdzie zaczyna się on, a gdzie ja, ale kiedy mnie przytula mam wrażenie, że to jednak on – w każdym razie mówi mi, że wszystko JEST JEDNOCZEŚNIE.
No i to jest dla mnie niepokojące bardzo i fascunjące zarazem.
I wtedy się obudziałam naprawdę.

piwnica – krater i ukochaj pogniecione

Przyśniło mi się, że do kursu, który robię akurat u Ewelinki, ona wysłała takie książki – coś jak podręcznik. Otworzyłam tę książkę-podręcznik i patrzę, a tam takie piękne obrazki. I na jednym z nich jest jakby przedstawiona wielka piwnica, która wygląda w sumie jak wielki dół czy krater. Patrzę w ten obrazek i w moment znajduję się jakby w nim. Siedzę na dnie tego krateru, a z nieba mi spadają w takim artystycznym nieładzie różne graty. Stare rupiecie i śmieci wszelkiej maści. Jeden wielki syf. Ale chociaż ten syf wcale mi się nie podoba, to ZACHWYCAM się faktem, że w ogóle go widzę. I jeszcze tym, że on leci z nieba mi na łeb w takim totalnym chaosie, a dla mnie ten chaos w tym śnie akurat wydaje się fajny. No i kiedy się tak zachwycam, to przenosi mnie i znowu trzymam w ręce książkę-podręcznik. I na jednej stronie widzę ilustrację tej piwnicy-kratera, w której przed chwilą byłam. Tylko książka w moich dłoniach jest taka jakaś pognieciona, jak zmaltretowana. Myślę sobie, że nie podoba mi się taka zmaltretowana książka i że napiszę do Ewelinki z zapytaniem, czy może mi przysłać nowy podręcznik. A wtedy jakiś głos (pewnie właśnie ta moja Dusza) mi mówi, że żadnego nowego podręcznika nie dostanę, bo mam ukochać ten pognieciony. I mam wstawać i przestać się opierdalać. Dosłownie.

I się obudziłam.


I czy to nie był zajebiście wymowny sen. Bo jak nie do końca umiałam wczoraj zatrzymać się i słuchać tej mojej duszy, to ona znalazła sposób by do mnie przemówić. Co ciekawe od razu po przebudzeniu nagle wiedziałam kupę cegłówek z tych moich murów w piwnicy i mogłam je ponazywać. Jedną z nich np był zakaz prowadzenia chujowo swoich zeszyciów czyli inaczej to nazywając swego rodzaju przymus, że muszę robić to co robię perfekcyjnie. Ja pierdziu, w życiu prędzej bym nie uwierzyła, że mam te chore zapędy do perfekcyjności, tym bardziej że poniekąd ja naprawdę uwielbiam wszelki artystyczny nieład. No to było dla mnie odkrycie.

papugi

Byłam w dużym pokoju. Stała w nim klatka dla ptaków. Ogromna, właściwie wielkości dużej woliery. Ktoś położył mi na ręcę dużą papugę. Nie przypominała żadnej mi znanej rasy, ale była różowa, z fioletową głową, i najwyrażniej chora. Wzięłam ją delikatnie i umieściłam w klatce. Chciałam jej urządzić tam jakieś posłanie, bo wyglądała na tak słabą, że pomyślalam, iż nie będzie w stanie sama usiedzieć na żerdce. Weszłam zatem do tej klatki, z jakiś ręczników zrobiłam coś w rodzaju poduszki i położyłam na niej papugę. Wyszłam z klatki. Ledwie jednak znalazłam się poza nią, ktoś na moje dłonie położył nową papugę. Nie była tak słaba jak poprzednia, ale bardzo wystraszona. Zaniosłam ją do woliery martwiąc się trochę o to, czy ptaki się dogadają, bo były to zupełnie różne gatunki. Usadawiłam jakoś tę drugą papugę na patyku i wyszłam. Znowu na moich dłoniach pojawiał się kolejny ptak i kolejny. Wniosłam tak do klatki kilka różnych papug oraz gęsi. Jedne były zupełnie zdrowe, ale jakby w śpiączce, inne wystraszone, jeszcze inne bardzo pobudzone. Wszystkie zachowywały się inaczej, niż zachowują się normalne ptaki. Nie wiem ile dokładnie w sumie tych ptaków było, ale na oko coś z 8 lub 9. Ostatniego do klatki wniosłam dużego samca żako. Kiedy go tam usadawiłam wszystkie ptaki w wolierze jakby ożyły, zaczęly skakać, gęgać, skrzeczeć, jeść i ogólnie zachować się jak normalne zdrowe papugi czy gęsi. Żako siedział na kracie klatki i do mnie wołał. Nie mogłam go zrozumieć i to mnie martwilo.

Obudziłam się jakby z takim pytaniem w głowie „co on chcial mi powiedzieć”

martwy ptaszek i czego się na nowo muszę nauczyć

Śniło mi się, że byłam w jakimś mieszkaniu i niby (w śnie) wiedziałam, iż  jest to moje mieszkanie. Tam idę doglądnąć ptaszków w klatce. Mam dużą klatkę z ptaszkami. Jest ich wiele. Są malutkie wielkości jak koliberki, choć nie są to żadne znane mi ptaki, bym mogła sprecyzować co to za gatunek. Zauważam, że woda w poidełkach jest nie tylko nieświeża, ale wręcz stęchła, ma zielonkawy kolor. I chyba z tego powodu jeden ptaszek jest martwy. Dostrzegam to nie od razu, bo ten martwy ptaszek nadal siedzi na żerdce i tylko tak dziwnie się podpiera. Jest mi strasznie przykro i czuję się winna za jego śmierć, bo to niby moje ptaszki i ja nie zadbałam, by miały świeżą wodę. Chcę wyjąć tego martwego ptaszka z klatki, ale boję się go dotknąć. Jakoś tak przeraża mnie to dotknięcie śmierci, kiedy to ja w moim odczuciu za tą śmierć jestem odpowiedzialna. Idę więc po mojego męża, by go poprosić, aby on za mnie wyciągnął tego martwego ptaszka z klatki.
Okazuję się, iż mąż mieszka w osobnym mieszkaniu, i aby do niego dojść muszę przejść przez taki mały korytarz. W korytarzu tym są 4 drzwi, a te które prowadzą do mieszkania mojego męża (w śnie mamy osobne mieszkania) są dokładnie na przeciwko moich. Idę tam. Mój mąż cieszy się że przyszłam, ale kiedy mówię mu o ptaszku i pytam czy może go wyciągnąć z klatki, on co prawda się zgadza, ale zamiast tego idzie się golić. I w trakcie kiedy się goli, to jakby się zmienia, gada jakieś głupoty, drwi, zachowuje się tak, że myślę, iż jest pijany. Wchodzę więc ostrożnie do dużego pokoju w jego mieszkaniu i widzę, że panuje tam straszny bałagan. Meble są poprzewracane, a mój mąż w najlepsze śpiewa w łazience. Podchodzę do tych porozwalanych mebli i znajduję na podłodze pistolet. Ten pistolet jest srebrny, mały. Biorę go ręki, przyglądam się, dziwię się skąd on się tam wziąl. Nie chcę mieć z nim nic do czynienia i pragnę go odłożyć, ale wtedy on niechcąco wypala w mojej ręce. Dziwię się jeszcze bardziej jak widzę, że wystrzał objawił się błyskiem niebieskiego światła. Chowam ten pistolet gdzieś pod sufitem z myślą, żeby nikt nikomu nie zrobił krzywdy i postanawiam tak po skryjomu (a więc nic nie mówiąc mężowi) wrócić do swojego mieszkania i sama zająć się ptaszkiem.
Kiedy idę przez korytarz widzę duże kolorowe pióro papugi. Wiem, że nie należy do mnie, ze pewnie jest od sąsiadów, ale uznaję, że mogę sobie je przywłaszczyć. Bardzo chcę je mieć.
Kiedy jestem już przed swoimi drzwiami, widzę że w mieszkaniu jest wielki czarny pies. No i dziwię się skąd on tam się wziął. Przecież ja nie mam żadnego psa. W końcu uznaję, że widocznie pomyliłam mieszkania i zawracam. Decyduję się otworzyć jedne z drzwi, o których jestem przekonana, że też prowadzą do mojego mieszkania. Kiedy je otwieram i wchodzę tam, to się okazuje, że to zupełnie inne pomieszczenia.
Znajdują tam mojego starszego syna, ale kiedy był jeszcze dzieckiem. Ma może z 5 – 6 lat, nie więcej. Siedzi tam sam, spokojny ale jakiś taki wystraszony albo smutny. Biorę go na kolana i zauważam, że się zsikał. Martwię się o niego, chcę jakoś pocieszyć, pomóc. Pytam więc czy mam zadzwonić do Konrada, bo mam przeświadczenie, że on będzie mógł pomóc mojemu synowi. A z drugiej strony sama czuję się nieco zagubiona i myślę, że obecność mężczyzny (obojętnie jakiego) to nie mojemu synowi, ale mi jest potrzebna i doda poczucia bezpieczeństwa. No ale Oli odpowiada mi coś takiego: „Możesz zadzwonić do Konrada, ale najpierw musisz na nowo nauczyć sić jeździć na koniu”. Dziwię się co to ma znaczyć, że po co mi to, a wtedy on dodaje: „Bo ty jeździsz na pieniądzach jak wszyscy dorośli. Zapomnieliście jak się jeździ na koniach i one są przez to smutne”. Bardzo mnie w śnie zastanawia ta odpowiedź, próbuję zrozumieć o co chodzi. I wtedy widzę, że za oknem, a właściwie nie ma okna tylko jakby w mieszkaniu brakuje jednej ściany, więc tam na dworze jest pełno koni. To są wszystko końskie dzieci, źrebaki. I wszystkie są jakieś takie smutne, jakby za czymś tęskniły. I wiem tylko, że to są właśnie te konie, na których dorośli zapomnieli jak jeździć. Wchodzć tam między te konie, one się boja nieco, ale jednocześnie jakby tęsknią za dotykiem. Ja jednak nie podchodzę do żadnego z nich, bo moją uwagę zaprząta już coś innego. A mianowicie, że te konie leżą nie na łące, ale jakby w wykarczowanym lasku. I robi mi się strasznie żal tych wyciętych drzew.
Potem już idę i się rozgladam po okolicy. Widzę, że naokoło jest pełno spalonych krzaków. Znajduję w nich mimo to kasztany. Chcę jednego wziąć do kieszeni. Te kasztany są takie suche i małe, jak zeszłoroczne, niektóre są  popękane. Ale ja wiem, że tam jest na pewno też taki jeden dorodny, gładki, soczysty, taki który idealnie będzie pasował do mojej dłoni. Więc szukam go grzebiąc w popiole, przekopując zwały spalonych gałęzi. I w końcu znajduję i bardzo się cieszę. I kiedy mam go już w dłoni i zachwycam się jego gładkością i tą taką kasztanową cudownością, to jakoś od razu czuję się lepiej, jakby mi ktoś dodał odwagi albo raczej jakbym miała pewność, że teraz na pewno nic mi się nie stanie.
Idę potem przez podwórko czy też krainę i przedzieram się przez ten wykarczowany las, te powalone drzewa. Bo te drzewa po prostu leżą jedne na drugich, zwalone, pocięte, niektóre się tlą, jakby ktoś próbował je spalić, ale one wszystkie jeszcze mocno zielone nie chcą się tak całkiem oddać ogniowi. Idę i ściskając w dłoni tego mojego kasztana, dziwię się tylko co za ciul te wszystkie drzewa powycinał i próbował podpalić.

Koniec snu.

„zawsze cię znajdę”

  • Księżyc w Rybach
  • Mars w koniungcji do mojego Słonń
  • Jowisz w koniungcji do mojego Księżyca
Przyśnił mi się Ktosiu.  Przyszedł do mnie po jakieś materiały, które były mu potrzebne, by mógł się przygotować do jakiś egzaminów. Ja miałam mu je dać. Była to jakaś książka oprawiona w ciemno czerwoną okładkę ze skóry, choć bardziej to wyglądało jak moje własne zapiski pisane na kartkach A4 i oprawione w taką jakby książkę. Nie miałam skanera by to dla niego pokopiować (a nie wiem dlaczego, ale nie mogłam dać mu samej tej książki), więc chciałam porobić zdjęcia tych kartek, by potem je wydrukować. I wtedy zadzwonil do mnie kolega Bogdan. Nie dzwonił jednak telefonem, ale tak jakbym odebrała bezpośrednio w głowie telepatycznie jego głos. To kolega, którego w rzeczywistości znam jeszcze z czasów studium, choć wtedy raczej sama trzymałam się względem niego na dystans. W ogóle nie widziałam go od conajmniej 25 lat. No i teraz w tym śnie odebrałam w głowie ten jego głos. Powiedział abyśmy z Ktosiem przyszli do niego, bo on ma taki sprzęt, który nam skopiuje tę książkę tak, że od razu będzie jakby druga już oprawiona w okładkę. Ucieszyłam się na tą wiadomość i odpowiedziałam, iż zaraz przyjdziemy. Mieliśmy już zaraz potem wychodzić, ale wtedy przyszły do mnie jakieś 2 inne koleżanki i powiedziały, że pilnie potrzebują mojej pomocy. Przez chwilę czułam się rozdarta, czy iść z Ktośkiem do Bogdana, czy zostać z tymi koleżankami.  Ktosiek jednak zadecydował abym została. Powiedział, że jakoś sam sobie poradzi i żebym lepiej została i pomogła dziewczynom.

Zostalam więc, ale gdy Ktosiek już wyszedł, dziewczyny zaczęły coś kręcić i wreszcie się okazuła, iż tak naprawdę wcale nie potrzebowały mojej pomocy.  Chciały mnie jedynie rozdzielić z Ktośkiem.Kiedy tylko przejrzałam ten ich zamiar, wybiegłam z domu, by dogonić Ktosia.  Jednak kiedy już byłam na dworze, okazało się, że minęło wiele czasu, może lat, może nawet jest już inne życie…

Mimo to, chciałam pobiec jak najszybciej do domu Bogdana. Żeby tam dotrzeć, musialam najpierw przejść przez taki bardzo wielki i długi most. Szłam więc tym mostem i szłam, mijając różnych ludzi, setki ludzi. Na moście rosnły drzewa z owocami podobnymi do pomarańczy, ale dużo większymi i ludzie po drodze żywili się tymi owocami, bo droga wydawała się trwać jakby wiele dni. Też najpierw chciałam zjeść takiego owocu, ale potem zobaczyłam, iż ludzie, którzy je jedli, stają się jacyś inni, dziwni, jak naćpani. Poruszają i zachowują się trochę jak zombie, sterowani przez kogoś z góry. Np wszyscy zaczęli śpiewać i tańczyć jak w transie wytwarzając jakaś silną energię. Ten ktoś z góry, którego nie widziałam, ale czułam, kto nimi steruje, ten byt jakby się tą energią żywil. No więc choć bardzo byłam spragniona i głodna, to jednak nie chciałam być takim zombie i nie sięgnęłam po żaden z owoców.  Ludzie w tym transie zaczęli coraz bardziej na mnie naciskać, namawiać mnie bym zjadła owoc. Zbliżali się bardziej i bardziej coraz głośniej skandując i próbując wywrzeć na mnie presję.  Uciekłam, biegnąc coraz szybciej przez ten most w stonę domu od Bogdana.
Dotarłam jakoś do niego, on wręczył mi kopię tej niby książki, ale popatrzyl przy tym tak dziwnie i powiedział: „nie sądziłem, iż dasz radę sama tu się przedrzeć”. Potem musialam już wychodzić. On zaproponował, że mnie odprowadzi, jednak odmówiłam. Wyszłam od niego, wiedząc że by wrócić muszę znowu przejść przez most. I wtedy zobaczyłam, iż w międzyczasie się wszystko zmieniło. Za mostem budynki były już całkiem inne, inny krajobraz, jakby inna epoka. I była zima, straszna śnieżna zawierucha.  Ja nie miałam ani odpowiednich butów, ani nawet kurtki czy płaszcza. No ale mimo lekkiego niepokoju, weszłam zdecydowanym krokiem na most. I wtedy zadzwonił do mnie właśnie Ktosiek, tak dzwonił telepatycznie do mojej głowy. Ucieszyłam się bardzo, że mam z nim kontakt, bo dzięki temu nie czułam się już taka sama na tym moście. A on poprosił mnie, bym mu powiedziała gdzie jestem i w jakim czasie. Powiedziałąm mu zatem, że jestem na moście, na poczatku mostu, i że jest zima. I wtedy on mi wyszeptał mi takie zdanie: „Nic się nie martw, na pewno cię znajdę. Nieważny czas i miejsce, zawsze cię znajdę”. I te słowa były takie uspokajacące dla mnie, że usiadłam tam na tym moście, w tej zamieci śnieżnej, z taką absolutną pewnością, iż on mnie znajdzie.

tęcza

Ha! A to ci piękną niespodziankę od Wrzechświata na ten nowy rok dostałam. Tęcza. Tak, tak tęcza w środku zimy. Tzn zimy teoretycznej, bo u mnie dziś deszcz i prawdziwa wichura. I jedynie na chwilkę pojawilo się słoneczko, a wraz nim i tęcza. Co ciekawe pojawiła się z zupełnie innej strony niż zwykle u mnie widać tęcze. Nie zrobilam jej jednak zdjęcia, bo nim wpadłam na pomysł, by w ogóle poszukać aparat, tęcza już zniknęła. Ale co się zobaczyło, to moje. A dla mnie to był taki cudowny znak od Wrzechświata.  Znak, że niezależnie od tego co Życie mi przyniesie, zawsze mam przy sobie całe mnóstwo wsparcia mocy światła. Czyż to nie cudowna wiadomość?

I jakby na potwierdzenie już wieczorem pojawiła się pierwsza trudność, pierwsze wyzwanie do przejścia. Sytuacja standard. Z potencjałem do wielkiego konfliktu między mną i mężem. Taka, która powoduje smutek i łzy. I owszem, ten smutek i łzy pojawiły się na chwilę, ale nie zdominowały naszych serc. Nie rozgościły się na dobre. Nie zrobily nawet miejśca dla żalu, wyrzów czy kłótni. Raczej pomogły otworzyć się na całkiem inną, szczerą rozmowę. Tak jakby Wrzechświat pomógł nam obojgu przejść przez ten mały konflikt zupełnie jak po tęczy. Taki mały-wielki cud.

deszczowy dzień

Dopiero teraz, kilka dni temu zabrałam się za czytanie „Biegnącej z wilkami”. Powoli mi idzie, ale nie o książce chciałam pisać. Tylko o tym, że znowu zadziwia mnie (w znaczeniu nie, że się dziwię, ale w znaczeniu że dostrzegam, odkrywam odpowiedzi i jestem wdzięczna za nie), jak Wrzechświat / Bóg / Źródełko / Wielki Duch w cudowny sposób daje mi znać, że: „Hej Basiu, jestem tu obok i wspieram cię „. Tak, tak, mniej więcej tak to się dzieje.
Idę sobie deszczową ulicą na zakupy, trochę sobie po cichu płaczę, bo akurat trochę więcej się zwaliło, mam doła i w ogóle jakaś taka dupiowato bezsilna się czuję. Idę zatem w tym deszczu, łzy mi lecą, choć można by uznać, że to taki mój wewnętrzny deszcz, więc jak najbardziej jest akurat na czasie. No i wypływa ze mnie ten smutek, lęk i to uczucie bezsilności, powolutku jakby znikają i jakaś taka pustka w mojej głowie się pojawia. Nie pytam już co dalej, jak dalej, nie pytam dlaczego, ani nawet nie próbuję zrozumieć co akurat się dzieje. A tu ni stąd ni zowąd „puk, puk” – akurat teraz przypomina mi się co tam wyczytałam w tej „Biegnącej z wilkami” kilka dni temu. I tak jakby zaczyna mi świtać w głowie: „puk, puk, hallo, to ja, inicjacja do nowego, a nie jakiś tam problem”. Nie do końca świadomie tak to rejestruję, bo nie jest to jakaś myśl przejrzysta, ale bardziej jak coś, co się pojawia na krawędzi mojej świadomości. Tak jakbym dostrzegła to zaledwie kątem oka. Ot mignęło, ale jednak „zobaczyłam”. I z miejsca czuję się lepiej. Łzy już chyba przestały lecieć, jakaś taka silniejsza się czuję, jakaś bardziej sklejona w środku. Nawet mam ochotę się uśmiechnąć. „Oj boziu, fajnie że ze mną jesteś.” Prawie słyszę jak Wrzechświat się uśmiecha . „Ty to zawsze znajdziesz jakiś sposób by poklepać po ramieniu i wesprzeć. Dzięki”. I w odpowiedzi słyszę nagle piękny śpiew ptaka. „Co za ptak śpiewa w czasie grudniowego deszczu?” dziwię się jeszcze przez sekundę. Ale jednocześnie wiem, że to jest śpiew dla mnie. Taki znak od Wrzechświata. Wielki Duch jest przy mnie. Bozia jest przy mnie. Joe jest przy mnie. We mnie, wokół mnie, ja jestem w nim. Wcale się nie muszę bać, smucić, martwić. Wcale nie muszę wielce dawać rady. Mam zaufać. No to ufam.
 
Od razu mi lepiej.

ufam Życiu

Odebrałam dwa dni temu Olivera ze szpitala. Czeka go teraz oczywiście terapia, wiele wizyt u lekarzy, nas przy tym załatwianie wielu papierów, by jak najszybciej przyznano mu grupę inwalidzką, a potem kilku jeszcze ważnych spraw. A przy tym wszystkim święta już za tydzień. W tym roku będą dla nas one pewnie nieco mniej świąteczne, przynajmniej jeśli chodzi o te wszystkie przygotowania, tradycyjne potrawy itp. Ale czy to jest ważne? Dla mnie świętem i radością jest to, że jesteśmy razem, że się wspieramy, że mimo wszystkich tych trudnych chwil i doświadczeń, zawsze jest miejce i czas na miłość. Zarówno dla nas jak i dla innych. I to się prawdziwie liczy.
 
Niekórzy z was pytali mnie jak ja daję sobie radę, skąd biorę tę pogodę ducha by wobec tej choroby syna i wielu trudności, które przez to zwałiły nam się na głowę, nie tylko nie załamywać się, ale wciąż widzieć to piękno i doskonołaść w tym co przychodzi. Nie wiem, ale wydaje mi się że po części leży to w mojej naturze, a po części pomogła mi huna. Może mam to szczęście, że urodziłam się pod takimi gwiazdami, które wyposażyły mnie w nieco więcej optymizmu i ufności do życia. To nie jest jedynie naiwność, to jest prawdziwa wiara w to, że będzie dobrze. Dlatego, że tak naprawdę nic nie jest tylko takie, jakie być się wydaje. I tu pojawia się huna, która parę lat temu zawitała do mojego życiu, albo raczej ja zawędrowałam na jej ścieżki. I wszystko się zaczęło zmieniać. Walka zamieniła się w akceptację. Bezsilność w ufność, która napełnia odwagą, daje siłę i moc. Zawziętość lub poczucie krzywdy zamieniły się w pokorę i wybaczenie. I wreszcie to co najważniejsze, owe uczucie wdzięczności połączone z otwartością serca. I gotowość do miłości. Mimo wszystko. To nie jest naiwność. To jest siła.
 
I pisząc te słowa naprawdę absolutnie wierzę w to, że nie ma takiej rzeczy, której milość nie może uleczyć. Nie chodzi mi jedynie o dosłowne choroby, ale praktycznie o wszystko. O relacje nasze z innymi, o relacje nasze z samym sobą, czy bogiem. Nie zawsze wszystko musi być idealne, takie jak chcemy, czy sobie wyobrażamy. Życie to rytm, a rytm to rytm. Raz jest dzień, a raz noc, raz lato, a raz zima, raz lepiej, a raz gorzej. Ale zawsze jest możliwość wyboru. Mogę się lękać albo mogę zaufać. Tyle wspaniałych narzędzi mamy w sobie. Każdy z nas. I jeśli się o tym wie, jeśli się ma odwagę po nie sięgać, wtedy zaufanie po prostu staje się. Tak, staje się, bo i ja stawiam się do Życia. I ufam, że to Życie dba o mnie i dba o moich bliskich. Życie, Wrzećhświat, Źródło, Bóg – nazwa nie ma znaczenia.
 
  Aloha Mahalo
 
Kochani,
Wszystkim Wam życzę zaufania do Życia i cudownego czasu. Magii nie tylko tej świątecznej, ale codziennej. Niech Miłość i Wdzięczność Was prowadzą, a złoty deszcz błogosławieństwa niech towarzyszy wszystkim Waszym ścieżkom.

stawiam się

Padł mi komp więc na razie nie bardzo mam jak tutaj pisać. A tyle się dzieje. Tyle w głowie pojawia się przemyśleń, tyle w duszy poruszeń, tyle wizji nowych, nawet snów. No i nowe odkrycia. A właściwie stara mądrość, która na nowo się do mnie przebiła. To co od zawsze jakoś czułam w sobie, ale pod wpływem różnych emocji, ego, czasem lenistwa czy buntu niekoniecznie zawsze chciałam o tym pamiętać.

A Miłość po prostu jest.

I tak jak już wiele lat temu, tak samo i dziś wciąż takich samych udziela odpowiedzi. Bo kiedy nie wiesz jak, to zapytaj samego siebie: co uczyniłaby teraz Miłość? I będziesz wiedzieć.

I kiedy czasem przyjdzie mi po cichu jakiś impuls, o którym w środku serca wiem, że przyszedł z głębi mojej duszy, a potem wkradają się wątpliwości umysłu, bo „po co”, „nie warto”, „nie powinnaś”, „nie wypada”, czy jakieś jeszcze inne „nie”, to najpierw często jeszcze uciekam. Chowam w sobie ten impuls udając, że go nie było. Ale on był. I ja to wiem. I nie da się oszukać samej siebie, cokolwiek udając. Nie da się uciec od siebie, odkladając to coś na nieokreślone kiedyś. Tzn, może się da. Ale ja już nie chcę. I w zasadzie chyba nigdy nie chciałam, ale nie zawsze miałam od razu odwagę wybrać to, co wiedziałam, że w gruncie rzeczy jest dla mnie naturalne, bo wypływa z najbardziej prawdziwej części mnie samej. I nawet nie muszę pytać ” co zrobiłaby teraz Miłość” bo przecież znam odpowiedź. Ona przychodzi w postaci tego impulsu jeszcze zanim zapytam. Tylko teraz, wreszcie mam coraz więcej odwagi do tego, by prawdziwie stawić się. Nie tylko wybrać, ale prawdziwie stawić się do te tego, co zrobiłaby Miłość.

Bo przychodzi taki moment, kiedy już nie sposób uciekać czy odsuwać od siebie odpowiedzialność. Wiesz. Wybierasz. Stawiasz się.

I nieważne jak się potoczy. Ważne jest owe stawienie się. Owe pójście za tym wewnętrznym najbardziej prawdziwym impulsem. Owo wybranie prawidziwie samego siebie.

Tym jest dla mnie owa pasja życia.

jazda bez trzymanki

Chciałam tu napisać wpisa, nawet kilka, ale jak to czasem bywa, rzeczywistość układa się w zupełnie innym kierunku. Dzieją się takie rzeczy, że nic już nie jesteśmy w stanie kontrolować i jedynie co możemy, to po prostu zaufać i się temu poddać. I właśnie coś takiego właśnie doświadczam.
Niby – tak patrząc na to wszystko z zewnątrz – nie dzieje się nic jakiegoś spektakularnego, ani nawet wielkiego. Ale kiedy patrzę na to z mojej wewnętrznej perspektywy, to mogę jedynie pochylić głowę w pokorze i jednoczesnym zachwycie.

Ostatnie 2 miesiące były i nadal są (bo nadal jestem w tym procesie) w pewien sposób niesamowicie uwalniające. Oczyszczające. Tyle rzeczy się zadziało, które wszystkie razem pokazują mi, iż powrót do samego siebie, odkrycie swojej duszy, tego cudu którym jestem, którym jest bez wyjątku każdy z nas, to najcudowniejsze co może być. Najlepsza przygoda i najwspanialsza podróż. I właściwie po to tu jestem.
I kiedy już się jest raz na tej drodze, to w którymś momencie przechodzimy przez taki etap, z którego już nie sposób się wycofać. Wtedy zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki.

We wrześniu weszłam w nową wibrację. Wtedy nawet nie wiedziałam że coś takiego jest, że co roku wchodzimy w nowe. W każdym razie ja właśnie przechodziłam z 9 na 1. I nawet jeśli wtedy jeszcze nie miałam o tym pojecia, to i tak wszystko co się właśnie „zadziewa” (wiem, że to kwiatek gramatyczny, ale bardzo mi się podoba), to niejako potwierdza. Już w sierpniu pojawiły się sytuacje, doświadczenia i taka rzeczywistość, która niejako powodowala, iż zamykałam pewne etapy w moim życiu. Zakończyła się też moja znajomość z kimś dla mnie do tej pory ważnym. I chociaż wtedy nie było to zbyt miłe doświadczenie, to dzisiaj wiem, że bylo (przynajmniej dla mnie) bardzo potrzebne. Bo po prostu wypełnilo się między nami to, co miało się wypełnić. Tak czuję. I dzisiaj, mogę napisać, że jestem tej osobie naprawdę wdzięczna. Przez długi czas była ważną częścią mojego życia. Z pewnością wiele razy mi pomogła, wiele razy mnie inspirowała, wiele razy pomagała mi się podnieść z kolan nawet nie wiedząc o tym, że tak pomaga. Za to wszystko jestem jej wdzięczna, bo nie zapomniałam o tym. Mimo to teraz nadszedł właśnie czas na rozstanie, czas kiedy byłam gotowa pójść dalej. Po to bym mogła dalej się rozwijąć. I to się zadziało.

Pojawili się nagle na mojej ścieżce nowi ludzie. Może nie znam ich osobiście czy prywatnie, może oni nawet nie wiedzą o moim istnieniu, ale bardzo mocno to, czym sami promieniują na zewnątrz na mnie zadziałało. Przyciągnęło mnie. Coś w środku mnie aż wołało „to jest to”. Odsłuchałam tyle filmików. Płakałam słuchając ich. Plakalam z radości i z totalnego wzruszenia. Bo każda z tych osób, które tak jakby pozwolily mi wejść w ich pole miłości coś jakby we mnie samej uzdrawiała. I dziękuję im wszystkim. Dziękuję za to że są i promieniują, tym czym promieniują, dziękuję z całego serca za wszystko czym się dzielą, bo wszystko to pomogło mi wreszcie wyruszyć w pełni na spotkanie mojej własnej Duszy.

Tak żeby było jeszcze bardziej synchronicznie, to – patrząc z perspektywy Tzolkiena – akurat wchodziłam w moje Drzewo Życia. I w czasie kiedy trwała jeszcze tracena Burzy przyszły do mnie takie sny i takie bardzo silne odczucia, że wprost nie mogłam się skupić na niczym innym. Wiedziałam, że aby zakończyć ten mój etap 9, potrzebuję jeszcze coś w sobie na nowo ułożyć. Niby stara historia, mocno karmiczna w dodatku, ale tak bardzo obecna we mnie. Poczułam, że muszę wreszcie to zapisać. I kiedy zdecydowałam się na ten krok, wiedziałam, że będzie to dla mnie bardzo ważna podróż. Podroż w głąb siebie. Po to, by we mnie nowe wzory i nowa droga się mogły wyświetlić.

Tutaj chcę podziękować tym, którzy mi w tej podróży towarzyszyli. Wiem, że bez was nie uzdrowiłabym tego co uzdrowiłam. Bez was nie rozpoznałam bym tego, co było jeszcze do rozpoznania. Dziękuję Marioli, Darii, Iwonce, Agniesi i Weronice. Dziękuję Wam dziewczyny za wasze zaufanie, za każdy napisany do mnie meil, odnośnik, każdy szczególik, każdą uwagę, każde zwierzenie. Za rozmowy głosowe, pisane, za czas, który mi poświęciłyście. Za waszą cudowną kojącą obecność, uważność, za waszą Milość. Dziękuję Wam Siostry za to że jesteście.

Ten czas, jest dla mnie czasem podarków. Tak, na ten czas moich duchowych urodzin Wrzechświat zesłał mi tyle cudownych darów. Zesłał ziemskich aniolów, znaki, podpowiedzi. Wszystko po to, abym mogła odnaleźć cząsteczkę samej siebie. Cząsteczkę do tej pory wypartą, nieakceptowaną. Teraz wreszcie mogę ją na nowo w sobie ukochać, przytulić, poczuć i wyśpiewać. Bo to własnie jestem ja.

Dziękuję. Za to co było, co jest i co będzie.

Aloha Mahalo.