żaden moment nie jest jedynie zwyczajny

Kiedyś, już jakiś czas temu był taki filmik Wiedźmy Anny, w którym opowiada ona o tym, jak to dobrze jest zadedykować energię, którą wprawiamy w ruch podczas różnych rzeczy, jakie codziennie robimy i sobie to zapisać w swojej powiedzmy Księdze Blasków. Sama Wiedźma Anna może nie jest jakimś guru ani ideałem i ma sporo za uszami, ale jestem wdzięczna jej za to, że wtedy właśnie podzieliła się tym pomysłem z dedykowaniem energii.
 
Usiadłam wtedy i ja i zastanowiłam się nad wszystkimi czynnościami, jakie wypełniają moją codzienność. Od porannego mycia zębów, poprzez ubieranie się, picie kawki, przygotowywanie posiłków, hulanie po internetach, malowanie, rozmowy, czytanie, sex, słuchanie muzyki… wszystko.
Zastanawiłam się nad każdą z tych czynności i chyba pierwszy raz w życiu zobaczyłam w nich coś więcej.
Zobaczyłam ich energetyczne znaczenie i to, że są właśnie energią, którą wprawiam w ruch. I że mam pełne prawo, a nawet obowiązek zarządzić tą energią jak najlepiej. I że naprawdę to ma sens jeśli tą energię zadedykuję. Sobie, bliskim, ziemi, światu…
 
Proste rzeczy, zwyczajne, do których wcześniej w ogóle nie przykładałam żadnej uwagi, teraz nabrały zupełnie innej jakości.
Zapisałam sobie każdą tę czynność z moją do niej dedykacją w swojej Księdze Blasków. I zapisując to, a więc przenosząc owe dedykacje do materii, może w jakiś sposób rzeczywiście to zapisałam i we mnie samej. Nie wiem. Ale wiem, że wszystko się zmieniło. Nie tak od razu i nie jakoś diametralnie. Ale jednak bardzo wyraźnie zauważalnie dla mnie.
 
I okłamałabym gdybym teraz wam powiedziała, że przez cały czas o każdej tej dedykacji pamiętałam. Że za każdym razem gdy np robiłam sobie kawkę albo powiedzmy wskakiwałam wieczorem pod prysznic, to pamiętałam co to ma jeszcze dla mnie przynieść. Nie pamiętałam. Ale jednak od czasu do czasu, kiedy sięgałam sobie po tę moją Księgę, by być może zapisać w niej coś nowego albo zerknąć do jakieś notatki, to jakoś tak mi te dedykacje się „napatoczały” i czytałam je. Czasem jedną, innym razem inną. I tak stopniowo zapadały coraz bardziej w moją świadomość, a wraz z tym wszystko zaczęło nabierać zupełnie innych barw.
 
„Niech energia, którą wprawiam w ruch podczas zakładania szkieł kontaktowych pomaga mi prawdziwie patrzeć. Niech zwiększa moją uważność i otwartość serca, abym dostrzegała wszystkie cuda, którymi obdarza mnie Wszechświat oraz te momenty kiedy wzywa mnie brat czy siostra, w których wzywa mnie Miłość.”
 
Kiedy takie coś zapadnie do świadomości, to już nigdy zwykłe ubieranie kontaktówek nie będzie jedynie zwykłym ubieraniem kontaktówek.
I tak po kolei z każdą inną czynnością, z każdym innym zajęciem, z każdym zrobionym przeze mnie krokiem.
Nawet to, co wydawałoby się jest nudne, albo jedynie obowiązkiem, wysiłkiem, może nawet w jakiś sposób niefajne, stracilo swoją niefajność i nabrało blasku. I może nie zawsze pamiętam o tym, ale przypominam sobie. Przypominam sobie w wielu momentach, zwłaszcza w tych trudnych, zwłaszcza kiedy Życie akurat nieco mnie podtapia, kiedy dopada mnie zwątpienie czy marazm, wtedy jakaś część mnie przypomina sobie, że to wciąż ja sama decyduję o tym, co z daną rzeczą mogę zrobić. I to nieprawda, że nie mogę zrobić nic. Zawsze mam moc nadania jej blasku.
 
Moje życie jest zwyczajne. Nie jeżdżę do dalekich krajów, nie robię żadnej kariery, nie mam ani wielkich ambicji, ani żadnego parcia na sukces. Wiele osób postrzega moją codzienność jako totalnie nudną, przyziemną, nieciekawą, wręcz pustą. Ale oni nie wiedzą tego, co wiem ja. Dla mnie w tej codzienności nic nie jest nudne i nieciekawe. Nic, nie jest zwyczajne ani przyziemne. Dla mnie moja codzienność jest pełna magii. Barw. Wzruszeń. Poruszeń. Zachwytów.
Żaden moment nie jest jedynie zwyczajny. W każdym kryje się moc. Każdy ma swój blask.

zapraszam swoją Wściekłość do Tańca

Ci, którzy mnie znają nieco bardziej, doskonale wiedzą, iż zawsze byłam i nadal jestem osobą mocno emocjonalną. Nie uważam bym nie ogarniała swoich emocji, ogarniam, ale dość intensywnie się one u mnie manifestują. Pozwalam im przeze mnie przeplynąć z całą ich mocą. Nie zatrzymuję ich, nie duszę, nie wałkuję, nie rozstrząsam. Przychodzi radość czy smutek, czułość czy wściekłość, zadowolenie czy zlość. Cokolwiek to by nie bylo przechodzi przeze mnie intensywnie, czasem wstrząsając nie tylko mną, ale i otoczeniem, ale równie szybko też odchodzi. W pokoju. Wysłuchane. Bo nawet w największych wybuchach tych wulkanów wewnątrz mnie, potrafię dość szybko zapytać co dana emocja ma mi do powiedzenia. I kiedy przychodzi odpowiedź, oj a jakże często bardzo niewygodna dla mnie odpowiedź, to się nieraz śmiać muszę z samej siebie.
Nie zawsze jest to takie proste. Są emocje, z którymi naprawdę trudno było mi się dogadać. Ba! Nawet je zobaczyć. Ileż to razy bawiłam się więc w kotka i myszkę z moim gniewem, ile razy dałam zaskoczyć poczuciu winy, ile tyrad i dyskusji toczyłam ze wstydem zanim rzeczywiście nauczyłam sie widzieć, słuchać, a przede wszystkim przytulić je w sobie. Jednak to wszystko przyniosło jakieś efekty.
Nadal jestem cholernie emocjonalna. Zbyt emocjonalna jak dla niektórych. A mimo to, nawet i ja, potrafię teraz zupełnie inaczej z tymi emocjami się obchodzić.

Taka sytuacja choćby z dziś.
Rozmawiam z kimś, kto przychodzi mi się wygadać o swoim problemie. Ok. Słucham, rozumiem, w swoim sercu czuję współczucie. Oprócz ewidentnych rozwiązań, które są oczywiste na ten problem i o których nawet nie musimy mówić, wspominam jako dodatek o jeszcze jednym pomyśle, do niczego jednak nie namawiając ani nie przekonując. Ot, zwykłe podanie informacji. Co dostaję w zamian? Rozdrażnienie, pretensje, zarzuty, umniejszanie mnie. Staram się zachować spokój, nie wchodzić w to, jednak z drugiej strony leci już jak po bandzie. Normalnie, jeszcze kilka miesięcy temu, pewnie bym się na maxa wkurzyła.
Dziś czuję jak budzi się moja wścieklość. Czuję jak puka do moich drzwi.
Otwieram je szeroko, wpuszczam ją do środka. „Wchodź” – mówię. No i wchodzi, czerwona, ognista, uśmiechnięta od ucha do ucha. Ma taki prowokujący uśmiech, ale dobrze się już znamy. Mam ochotę wybuchnąć, nagadać temu mojemu rozmówcy, by jeśli jedynie chciał się nad sobą poużalać, to by nie robił to moim kosztem. Ale wiem, że jak zacznę, to poleci o wiele gorsza wiązanka, bo moja wściekłość rozsiadła się już u mnie i nadal szczerzy te swoje zęby w uśmiechu. Patrzę na nią i nagle chce mi się śmiać.
„Skoro już przyszłaś, to nie będziesz tu tak siedzieć bezczynnie.” – mówię do niej, jednocześnie w miarę rozsądnie i spokojnie kończąc rozmowę z moim wcześniejszym rozmówcą i zostawiając go. Jego emocje są jego gośmi, moja wścieklość jest moim gościem i to nią chcę się teraz zająć. Siedzi sobie ona u mnie, czerwona, dym jej prawie idzie z uszu, zęby nadal szczerzy w uśmiechu. W sumie lubię ją. To dobra kumpela i bardzo chętna do pomocy.
Wyciągam mój kijek, tę laskę, którą dostałam od Wierzby Marie. Wściekłość tuż obok robi nieco zdziwioną minę.
„Aż tak????” – pyta nieco zdezorientowana.
„Nie bądż niemądra. Nie mam zamiaru nikomu przywalić. Ale skoro przyszłaś, to możesz mi ofiarować swoją siłę, nie sądzisz?”
Jej uśmiech się rozszerza. Ona chce być zobaczona i doceniona. Wcale nie jest taka zła. Wcale nie jest tylko niszczycielką. Ma w sobie potężną moc twórczą. Moc działania. Jej czerwona energia przebije się przez blokady strachu, zastoju, lenistwa, niechciejstwa, lęków, wstydu, każdego oporu. Wściekłość ma potężną moc i jest szczęśliwa, kiedy pozwolić jej tą mocą działać w tworzeniu dobrego.
Włączyłam muzykę z szamańskimi bębnami. Wyciągnęłam farby: czerwień, magenta, burgunt i czerń.
Popatrzyłam na tę moją Wściekłość jak uradowana podniosła tyłek z fotela gotowa do pomocy, do działania…
Zaprosiłam ją do Tańca.

opieka nad chłopcem i czerwone jabłuszka

(Księżyc w przejściu z Lwa do Panny)

Byłam w jakimś muzeum albo swego rodzaju akademi – trudno mi stwierdzić, ale takie w śnie miałam właśnie postrzeganie o tym miejscu. Było to ogromne pomieszczenie, z mnóstwem regałów i półek, na których znajdowały się różniste kamienie, w przeważającej części kryształy. Miały one różniste kolory i promieniały swoim światłem. Niby byłam tam sama, ale zobaczyłam, iż po tych półkach, między kamieniami chodzi też mały jasno szary, prawie biały kotek. Kiedy chodził był właśnie takim małym kotkiem, jednak momentami przysiadał i wtedy na krótką chwilę zamieniał się w białego króliczka. Zaciekawiona obserwowałam go, starając się jednak mu nie narzucać. W pewnym momencie kotek przemienił się zupełnie w małego, może 6 letniego chłopca. W tym samym momencie zobaczyłam też, iż ja sama jestem wysoko w ciąży i to ciąży bliźniaczej. Zaraz potem pojawiła się starsza kobieta, trzymająca w dłoni coś w rodzaju cienkiej rózgi. Była bardzo oficjalna i miała taki surowy wygląd. Zorientowałam się, iż była to jakaś opiekunka czy bardziej dozorczyni tego miejsca. Powiedziała mi, iż dziecko, czyli ten chłopczyk nie może tam zostać i dała do zrozumienia, że albo ja się nim zaopiekuję albo ona będzie zmuszona oddać chłopca do… nie bardzo zrozumiałam gdzie, ale wiedziałam, iż dla chłopca byłoby to coś groźnego. Było więc dla mnie oczywiste, że zabiorę chłopczyka ze mną do domu. Od razu pojawił się tam też mój mąż, który niejako musiał również wyrazić zgodę i w ten sposób przejęliśmy opiekę nad chłopcem. Tyle że sam chłopiec nie mógł tak od razu pójść z nami, tylko na jeden dzień przeniesiono go do takiego jakby przedszkola dla nowo przybyłych dzieci. Miał tam jakby utwierdzić się czy ugruntować w byciu ludzkim dzieckiem (bo przecież pojawił się przemieniony najpierw z kotka).

 W kolejnej scenie byłam już chyba w domu. Przyszli do nas kobieta i mężczyzna, którzy przedstawili się jako prawdziwi rodzice chłopca. Powiedzieli, iż bardzo pragną chłopca odzyskać, no ale jako że teraz dziecko jest pod moją i męża mojego opieką, to niejako my musimy najpierw z tej opieki zrezygnować oraz wyrazić zgodę by chłopiec wrócił do prawdziwych swoich rodziców. Poszliśmy razem więc do jakiegoś biura, gdzie przedstawiliśmy sprawę jakimś urzędnikom. Nie od razu byli przychylni i każdy z nas musiał przedstawić jakieś solidne argumenty. Ja odpowiadałam jako ostatnia i w końcu przeważył argument, iż może nawet nie dalibyśmy rady tak dobrze chłopcem się zaopiekować, skoro mamy już dwóch synów, w tym jednego chorego i oczekujemy na dwóch kolejnych. Już wtedy wiedziałam, że te bliźniaki, które mają się narodzić to dwoje chłopców. Wreszcie zgodzono się by tamten chłopiec wrócił do swoich rodziców.

Kolejna scena bała taka, że wszyscy razem – jakby dla świętowania tej sytuacji, iż tak się fajnie ułożyło to z tym chłopcem – siedzieliśmy w takiej ażurowej alkowie w jakimś pięknym ogrodzie czy sadzie. Była jesień, drzewa skąpane w słotych liściach.  I kiedy się przyglądałam tak tym drzewom, zobaczyłam, iż ich gałęzie wręcz uginają się pod obfitością cudownie dojrzałych czerwonych jabłek. Te jabłuszka były tak piękne, dorodne i było ich tak dużo, że dosłownie rosły jedne przy drugich. A między nimi – widziałam jeszcze dojrzałe kiście ciemnych winogron oraz gronka jarzębiny. Byłam zachwycona tą przecudowną obfitością, tym niesamowitym wręcz połączeniem czerwonych jabłuszek, maleńkich, lekko pomarańczowatych gronek jarzębiny, burgundowych kiści winogron i całego morza złotych liści. Ten widok napawał mnie prawdziwym zachwytem. Poprosiłam tych swoich towarzyszy zabawy, by zrobili mi zdjęcie na tle tych gałęzi. Lecz oni – owszem robili mi jakieś zdjęcia, ale nie bardzo chcieli fotografować mnie na tle drzew. Trochę się śmiali, trochę próbowałi mnie przekonać, iż mogę znaleźć lepsze tło. Wtedy się zorientowałam, iż moi towarzysze widzieli jedynie gołe smutne gałęzie, z resztkami suchych liści. Tylko ja widziałam te drzewa z obfitością przepięknych liści i cudownych owoców.

małe wielkie prywatne oświecenie

Doznałam wczoraj swoistego małego prywatnego (bo dotyczącego mnie) oświecenia.

Opowiem wam o tym jak sama sobie zrobiłam kuku i o tym jak wreszcie się z tego kuku sama uwolniłam. Nie bardzo wiem jak zacząć, by to miało ręce i nogi, ale po prostu napiszę jak mi to popłynie. Powinnam może tu wyjaśnić, że jestem poliamoryczna. A przynajmniej z całą pewnością wiem, że moja miłość nie ogranicza się jedynie do kochania męża, dzieci, mamy czy brata. Kocham moich przyjaciół i czasem takim przyjacielem staje się mężczyzna i wtedy kocham i jego. Kocham zarówno jak Przyjaciela ale i jak Mężczyznę. No i tu zaczynają się schody.
Bo wiadomo jakie są normy i co przez lata wychowania natłuczono mi do głowy: że nie wolno, że jak mam Męża (którego notabene też bardzo kocham i nigdy kochać nie przestałam), to nie powinnam kochać innych facetów. A już na pewno nie jak… facetów. No ale co z tego, skoro ja to zwyczajnie czułam w środku. Ta miłość to nie jakieś tam zakochanie czy zauroczenie. To coś zupełnie innego. To potężna siła, która mnie wypełnia i jest integralną częścią mnie samej. Jak mam przestać kogoś kochać tylko dlatego, że jakieś tam normy mówią mi, iż nie wolno? Nie da się. Bo to tak, jakbym miała uciąć część samej siebie.
Nie godzę się na taką bezsensowną amputację! Najśmiejszniejsze w tym wszystkim jest to, iż wcale nie musiałam jej sobie robić, a jednak prawie zrobiłam. Mój Mąż nie tylko wie o tej mojej poliamoryczności, ale w pełni to akceptuje i świadomie się na to otworzył. Mogłam zatem sobie kochać mojego Przyjaciela Mężczyznę tak jak chciałam. W czym zatem problem?

No i tu się zaczyna historia o robieniu sobie kuku. Było dobrze. Moja miłość płynęła sobie pięknym czystym strumieniem. Kochałam tak jak potrafiłam, całą sobą nie odbierając ani nie dawkując tej miłości komukolwiek z nas. Kochałam przez to też samą siebie. Bo przecież, kiedy ta miłość wypływała z mojego serca, to w pierwszej kolejności obejmowała mnie samą, wypełniała mnie po brzegi, by potem mogła iść dalej. Czułam, że to jestem prawdziwa ja. Czułam się w zgodzie z sobą. Nie obchodziło mnie wcale czy i ile dostaję w zamian, bo nie czułam w sobie braku. Jeśli ci moi Mężczyzni dawali mi coś w zamian to przyjmowałam to jako dar ciesząc się tym zwyczajnie. Bez wyliczania co, kto, na ile. Ktoś potrzebował na jakiś czas się wycofać, pobyć z sobą, to się wycofywał i to było ok. Ktoś protrzebował więcej uwagi to ją ode mnie dostawał i to też było ok. Ja czułam się być w zgodzie z sobą. A potem przyszedł czas, że ktoś tam inny zasiał we mnie maleńkie ziarenko wątpliwości. I to ziarenko zaczęło kiełkować… Na fb pojawiały mi się wpisy o uleczaniu kobiecości i o balansie. O tym, że czasem kochamy za bardzo*, o tym że należy dbać o równowagę tego ile się daje i ile bierze itp itd. Wszystkie te przeczytane przeze mnie wpisy jakoś tak krok po kroczku spowodowały, że wydało mi się, iż powinnam wyznaczyć granice. Tak! Super genijalnym pomysłem mi się to wydało wtedy, a tak naprawdę było największym kuku jakie sobie sama zrobiłam.

W imię dbania o równowagę między tym co daję i dostaję nagle podświadomie (a jakże! jakby to było w pełni świadomie to bym tego sobie nie zrobiła), sprowadziłam miłość to towaru wymiennego. A to spowodowało, że nagle zaczęłam mieć oczekiwania, których prędzej nie miałam. Wariactwo totalne i dziwię się sama sobie, iż tego nie zauważyłam. A jednak nagle zaczęłam chcieć dostawać więcej. I kiedy nie dostawałam, to ustawiałam granice na to, ile ja mogę dać. A nazywając to innymi słowy dokręcałam kureczek tej miłości, która ze mnie płynęła. No ja pierdziu! To się nie stało tak od razu. To były maleńkie tyci tyci kroczki, ale coraz bardziej robiły mi większe kuku. Zakręcałam kureczek odrobinkę i płynęło mniejszym strumieniem. I skoro to musiało przepłynąć najpierw przeze mnie, bo nie mogę dać komuś czego nie mam sama, to i ja dostawałam mniej. I wyraźnie odczułam tę różnicę. Pojawiło się uczucie jakiegoś niedostatku. Błąd polega na tym, że odebrałam ten niedostatek właśnie jako brak balansu między tym co dostaję, a daję i właśnie chciałam dostać. Ale nie mogłam dostać. A nawet jak dostawałam, to nie widziałam tego i moje poczucie braku niedostatku się nie zmniejszało. Więc pojawiły się jeszcze większe oczekiwania, powodując we mnie jeszcze większy brak, co z kolei powodowało, że ja jeszcze bardziej dokręcałam kureczek. Istne wariactwo, tyle że ja wtedy naprawdę nie wiedziałam, że to tak działa.

Przyszedł taki moment, iż nie tylko nie czułam się już pełna, ale czułam jakby mnie coś zatrzymywało. Moje oczekiwania wobec mojego Przyjaciela powodowały jakby poczucie ciągłego głodu, więc wydedukowałam sobie, iż w jakiś sposób się od niego uzależniłam. Że to uzależnienie zatrzymuje mnie, nie pozwala iść do przodu, ogranicza mój rozwój. Nie umiem tego ująć inaczej w słowa, ale ja dosłownie czułam to zatrzymanie, więzy. Bardzo chciałam się uwolnić. Bardzo bardzo bardzo. Czułam, że jeśli tego nie zrobię, to jakaś część mnie samej uschnie.
No więc zaczęłam działać. Szukać rozwiązania, odpowiedzi, wskazówek, sposobów. To poprowadziło mnie poprzez regresingi, odczyty z Kronik Akaszy, do moich rozmów z Kamieniami.
Energia naprawdę na nowo zaczęła krążyć, poczułam jak dostaję skrzydeł, a raczej łapię na nowo wiatr w żagle. Znowu płynęła przeze mnie milość. Zaczęło się luzować. Puszczać. Płynąć. Poczułam się wolna.
Tyle, że w swoim braku zrozumienia co się NAPRAWDĘ zadziało, znowu wyznaczyłam nowe granice. I znowu miały one coś wspólnego z ograniczeniem miłości.

No i przyszła ta ostatnia sobota. Rozmawiałam z moim Przyjacielem i nagle zauważam moment, kiedy ja sama przekroczyć chcę granicę, którą sobie i jemu wyznaczyłam. Bum! Burza mózgu. Potem chaos. Jedna część mnie chciała tak bardzo iść w tą stronę. Druga sama siebie opierdalała. Czułam przy sobie obecność mojego zwierzęcia mocy, mojego Tygrysa. Dosłownie widziałam jak obnaża kły prychając w moją stronę. Wyciągnęłam zniewłaściwe wnioski, iż on przypomina mi o pilnowaniu własnych granic. Obok byl Fyonn. Czułam jak pomagał mi spalić coś, co miało odejść. Wyciągnęłam znowu niewlaściwe wnioski, sądząc iż pomaga mi spalić moje własne oczekiwania czy pragnienia.
Miotałam się. Chaos, wir, chaos, tortnado. To ja byłam tym chaosem. I mój Przyjaciel w samym środku tego zamieszania. Przyjaciel, który wtedy po prostu był. Niewzruszenie, jak skała, wytrwał w tym wirze. Nie krytykował, nie próbował nawet zrozumieć. Jedyne co, to po prostu był i tą swoją obecnością i mi pomógł wreszcie być.

Oczyszczało się całą sobotę.
Całą niedzielę ukladało na nowo.
W poniedziałek musiałam odespać.
Wczoraj dopiero z całą wyrazistością pokazało mi się co się zadziało.

To nie uzależnienie od mojego Przyjaciela mnie zatrzymywało. To moje własne granice mnie zatrzymały.
To nie miłość do mojego Przyjaciela stworzyła brak balansu. To moje dokręcenie / ograniczenie miłości ten brak balansu wytworzyło.
To nie do pilnowania tych moich granic nawoływał mnie Tygrys swoim prychaniem, a do tego bym wreszcie je rozpieprzyła w pierony.
To nie moje pragnienia i oczekiwania miały się spalić, i uzależnienie od Przyjaciela, ale moje przekonania co do tego, że miłość potrzebuje balansu.

Z pewnością jest prawdą, że ważne by dbać o balans między tym ile się daje i ile bierze. Ale to nie jest do końca moja prawda. Moją prawdą jest, że to dbanie o ten balans obejmuje czas, pracę, uwagę i wszystko inne, ale nie miłość. Miłość po prostu jest. I jedyne o co mam dbać, to o to, by mogła ona ze mnie płynąć. Bez ograniczeń. Bez granic. Bez jakiś durnych przekonań, że mam coś dostać w zamian albo że mi nie wolno. Moja prawda jest taka, że jeśli kocham, to kocham. I to kochanie obejmuje również mnie. A to oznacza, że ani nie ślepnę, ale też nie ograniczam. Jeśli kogoś kocham, to kocham go taki jaki jest, bez chęci zmieniania go. I mam szacunek do jego przestrzeni, jego świętości, jego jestestwa, jego prawa do okazywania miłości jak i prawa do braku jej okazywania. By kochać, nie potrzebuję nic w nim zmieniać. Ale to nie oznacza, że mam przestać kochać siebie. Jeśli więc kocham, mam taki sam szacunek do mojej przestrzeni, mojej świętości, mojego jestestwa i mojego prawa do okazywania miłości czy jej nieokazywania. Ten szacunek powoduje, że czasem trzeba powiedzieć: Kochanie, kocham cię, ale nie pozwalam ci pluć mi w moją świetą przestrzeń. Nie pozwalam ci. Proszę wyjdź. Lecz to nie znaczy że przestaję cię kochać.
Ale ten szacunek też powoduje, że i ja nie pluję w twoją przestrzeń. Bądź jaki chcesz być.

Potrafię tak kochać jednak tylko wtedy, jak nie zakręcam sobie sama przepływu we mnie. Jak nie robię sobie żadnego kuku w imię dbania o balans w miłości. Miłość sama sobie balans znajduje, jeśli jej pozwalam płynąć tak jak chce.

12 kamieni – spala się, zmienia, układa na nowo

Sobota – Niedziela – Poniedzialek

Nawet nie wiem jak to ująć w słowa.
W sobotę zaczęlo się dziać. Nie, nic na zewnątrz, ale wewnątrz mnie. Jakbym dostała małpiego umysłu. Totalny chaos. Wulkan. Chaos. Szaleństwo.
To nawet nie były emocje, które mną targały. Tylko myśli. Już wcześniej zdarzały mi się czasem podobne jazdy. Teraz jednak bylo odrobinę inaczej. Pierwszy raz potrafiłam to bardziej obserwoać. Nie identyfikować się z nimi. Udawało mi się to jedynie na krótkie momenty. I chociaż byly one jedynie chwilami, to znacznie zmieniły moją perspektywę całości. Potem znowu porywał mnie ten wir, karuzela myśli, jak dwa głosy całkowicie sprzeczne. Jak dwie energie, które przepychają się. Dosłownie szaleństwo. A ja w środku niego.
Jestem ogromnie wdzięczna i podziwiałam mojego Przyjaciela, który słuchając tego, nie uległ wariacji, tylko niewzruszony wytrwał w tym moim chaosie. Był obok. Jak skała. A ja jak tornado wokół niego. Nie krytykował, nie oceniał, nie pytał nawet za wiele, nie próbował zrozumieć. Po prostu był. Nie potrafię nawet wyrazić ile ta jego obecność pomogła. Dziękuję Przyjacielu.
Przez cały dzień towarzyszył mi również Fyonn. Miałam wrażenie jakby z tą swoją ognistą energią (tak go czuję) pomagał mi spalić, przetransformować, odejść temu, co odchodzi we mnie. Kiedy wątpiłam, Fyonn swoją obecnością przypominał mi o ogniu we mnie. Kiedy się miotałam, pomagał wytrwać i pamiętać. Niby nic wielkiego. Po prostu był w mojej przestrzeni. Obok. Ale ta jego obecność naprawdę pomogła. Spalilo się szybciej.

W niedzielę (zaraz po północy) weszłam już wyciszona. Jednak pogubiona nieco po tym całodniowym wcześniejszym szaleństwie. Wzięłam do ręki Anikę. Przyjrzałam się jej jeszcze raz. Przypomniała mi o słuchaniu. Na nowo musiałam się wsłuchać w siebie. Na nowo zapytać siebie. Czego chcesz? Jakie są naprawdę twoje pragnienia? Gdzie są twoje granice? Wsłuchać się w siebie. Wsłuchać się w swoją wodę.
Słuchałam więc. Układałam na nowo. Niby tylko w sobie. Ale wbrew pozorom to jednak jest swego rodzaju praca. Nawet o tym nie wiedziałam.

Jednak dziś po tych dwu dniach mój organizm jakby potrzebował się zregenerować. Spałam całą noc. Wstałam późno, a już zaledwie po kilku godzinach dopadła mnie znowu senność tak silna, że musialam się położyć. Wstałam, wyciągnęłam farby. Zaczęłam malować… Godzina, dwie, znowu ta senność. Pomalowana na zielono Luia uśmiechnęła się do mnie. Piszę tego wpisa, ale najchętniej znowu poszłabym spać. I pewnie zaraz óojdę.

Przez trzy dni nie byłam w mojej zielonej enklawie u kamieni. Przez trzy dni jednak kamienie towarzyszyły mi tutaj.

Coś się we mnie zmienilo. Coś się ułożyło na nowo. A teraz czas to odespać.

12 kamieni – czerp, ładuj, działaj

Jestem dość sensytywna i każda pełnia to dla mnie czas niejako jeszcze większej wrażliwości na energie. Ale chyba pierwszy raz towarzyszyło mi takie silne uczucie, które nawet trudno mi ująć w słowa. Po prostu czuję wyraźną zmianę. Jakby jakiś etap definitywnie się wypełnil, dobiegł końca i jakbym przechodziła teraz przez jakąś bramę. Taki czas przejścia, gdzie odeszło już to, co stare, ale jeszcze nie w pełni pokazało się owe nowe. Zapewne nie tylko mnie to dotyczy, a mniej lub bardziej nas wszystkich i przecież zmiany przychodzą ciągle. W końcu jedyną stałą we Wszechświecie jest ciągla zmiana. No ale tym razem wyczuwam to jakoś wyraźniej.

Nie wiem już czy spowodwało to we mnie swego rodzaju nostalgię, melancholię czy jak to jeszcze nazwać. Ale z całą pewnością potrzebowałam wyciszenia, pobycia bardziej ze sobą.

Dwa dni. Poszłam do tej mojej zielonej enklawy. Pogłaskałam Kamienie. Wzięłam do ręki Anikę. Przytuliłam się do Marie. I słuchałam tej ciszy.
Bez rozmów tym razem. Słuchałam ciszy, a ona pełna była dżwięków i szeptów.
Z oddali dobiegły mnie nawoływania jastrzębia. Wiatr szumiał w liściach. Napierał na suche gałęzie. Marie gdzieś wysoko nade mną zaskrzypiała nieco żałośnie. Rzeka (właściwie w tym miejscu będąca bardziej bystrym potokiem niż rzeką) uspokajała swoim śpiewem.
Niby cisza, a tyle w niej dynamiki, tyle wibracji.
Jakieś takiej pełni.
Dobrze jest pobyć sobie w takiej ciszy.
Po prostu takie bycie razem.
Tak, BYCIE RAZEM.

Z cudownością swojej Duszy.
Z obfitością Wszechświata.
Z bogactwem Obecności obok.
Z majestatem Kosmosu.
Z błogosławieństwem Pełni w Ciszy.
Bycie Razem.

Wdychaj. Słuchaj. Patrz. Czuj.
Otwórz ramiona i przyjmuj.
Ładuj, harmonizuj, uzdrawiaj, tankuj.
Podziękuj.

A jak już będziesz napełniony idź i działaj.
Nie czekaj. Nie marnuj.
Weź w swe dłonie farby i pędzel i maluj swoje Życie według twoich barw.
Transformuj stare i twórz nowe.
Jesteś Dzieckiem Wszechświata.
Masz taką moc.

12 kamieni – z uśmiechem w deszcz

Coś koło południa wyszłam z domu, by udać się nad rzekę. Przed klatką zobaczyłam, iż krzaczek jaki tam całkiem niedawno posadzili wypuścił takie piękne jakby pączki. Nie wiem co to za krzaczek ale jego widok dzisiaj jakoś tak dodał mi siły i motywacji. Przydało mi się bardzo, bo nie fruwam dziś z tą lekkością, jaka towarzyszyła mi wczoraj. Nie żeby mi coś ciążyło, ale jakoś tak odrobinę jakby trudniej.
No ale zmotywowana podziękowałam krzaczkowi i poszłam na tę moją dzisiejszą wycieczkę.

Na niebie gromadzily się ciężkie chmury. Wiedziałam,iż przyjdzie mi wracać pewnie w deszczu. O dziwo, te chmury też mi dodały sily i motywacji. Musiałam się do nich uśmiechnąć.

Dotknęłam Tatanki. Był ze mną. Przypomniał mi byczek o tym otwieraniu się. Przecież bizon w swoich wędrówkach wybiera zwykle najprostszą drogę. Tak samo mogę i ja. Jeśli połączyć w jedno odpowiednie działanie z intuicją, wdzięcznścią i zaufaniem do Życia, to nie trzeba będzie jej torować. Ona sama się przede mną otworzy.

I tak jakoś cieplej mi się zrobiło na sercu. A Wszechświat jak na potwierdzenie ssyłał kolejne znaki. Nagle zza chumr wyszło słoneczko i na chwilkę skąpało nas w swoich jesiennych promieniach. Potem jeszcze pod nogami uśmiechnęły sie do mnie żółte (a jakże) kwiatuszki.

I co z tego, że chwilkę później zaczęło padać. Czasem spada nam na łeb natlok uczuć, emocji czy jakiś trudnych doświadczeń. Można się przed nimi chować, uciekać, nawet je skląć. Ale można równie dobrze trochę się opatulić i wyjść w nie jak w deszcz, uśmiechając się i słuchając co mają nam do opowiedzenia.

Poszliśmy i my z Tatanką w deszcz słuchając co ma nam do opowiedzenia.

 

12 kamieni – moja galeria – Tatanka

Jeszcze wczoraj całkiem na wyczucie wybrałam go spośród innych Kamieni, by zabrać go do domu i pomalować.
Wieczorem wyciągnęłam pędzle i farby. Jednak z tym malowaniem tym razem nie było tak prosto. Tatanka poprosił bowiem o przywrócenie mu rogów. Spojrzałam na to wgłębienie w nim, dokładnie tam gdzie właśnie powinien być róg. Prawie jakbym zaglądała wgłąb niego samego. „Dostaniesz rogi” – obiecałam mu. No ale to przywracanie rogów wymagało nieco więcej czasu i tak Tatanka dopiero dziś wyłonił się całkowicie spod mojego pędzla.

Akurat dziś, kiedy jest dzień pełni. I kiedy Księżyc znajduje się w znaku Byka. Jak dodatkowy przekaz…

Wczoraj nad rzeką otwierałam ramiona, by otworzyć sama siebie na przyjmowanie.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co przyniosą mi najbliższe godziny.
Wieczorem wrócił do mnie Ktoś, kogo niedawno puszczałam wolno. Tam nad rzeką jakbym przygotowała się na to otwarcie, bym potrafila go znowu przyjąć. Z miłością. Powrócił Przyjaciel. Nowe warunki, nowe granice, w jakimś sensie nowi my.
Rozpościeram ramiona i uczę się przyjmować, otwierać siebie i moje serce bardziej, na przyjmowanie Obfitości jaką obdarza mnie Życie.

Tatanka, Kamienny Biały Bizon.
Księżyc w pełni w znaku Byka.
To czas otwarcia się z zaufaniem na dary Wszechświata.
I czas dzielenia się swoją pełnią.

Tatanka

12 kamieni – otwieram ramiona, kocham

Założyłam znowu czerwoną sukienkę, kurtkę, szalik i z radością powędrowałam nad rzekę. Jak opowiedzieć, jak wyśpiewać, jak wymalować to poczucie pełni jakie mi dziś towarzyszylo? Rozpierało od środka szczęściem, radością, lekkością. Tak po prostu, bez powodu. Magia Życia.

Jak opowiedzieć to, z jaką radością powitałam zieloną enklawę i szum rzeki. Jak wyśpiewać czułość z jaką powitała mnie Marie pozwalając się przytulić. Jak wymalować zachwyt kiedy zachęcona przez Kamienie stanęłam wyciągając ramiona. „Otwórz się jeszcze bardziej. Otwórz ramiona i przyjmuj”.
Tego nie da się ani opowiedzieć, ani wyśpiewać, ani wymalować. To jest taka magiczna chwila, kiedy jesteś w takim cudownym połączeniu z sobą samym i ze wszystkim jednocześnie.
Cokolwiek jest w tym momencie jest w tobie ukochane. Bo warte jest ukochania.

Marie

Love. Magiczne słowo.

Wracałam do domu wypelniona tym słowem. Wypełniona tą energią. Drogą wzdłuż pól i torów. Z otwartymi ramionami, z uśmiechem na twarzy, łzami wzruszenia w oczach i ciarkami na skórze. Panowie śmieciarze spojrzeli, powitali z usmiechami. Miałam ochotę aż ich uściskać.

Nad głową przeleciało mi stadko gołębi, zatoczyło łuk i wylądowało na polu w poszukiwaniu jakiś resztek smakołyków dla siebie. Jeden gołąbek był całkiem biały. Jak znak. Ale nie myślcie iż reszta była mniej piekna. Dla mnie piękne były wszystkie.
Tak jak i my wszyscy piękni jesteśmy.

Otwieram ramiona. Kocham.

12 kamieni – na nowej ścieżce

Po małej dwudniowej przerwie pomaszerowałam dziś znowu w kierunku rzeki. Pusta droga, chłodny wiatr, nadal boląca noga i witające mnie wrony. Zielona enklawa nad rzeką wciąż jest zielona, tak jakby jesień jeszcze tam nie dotarła.
W rzecze przybyło nieco wody. Cisza, żadnych spacerowiczów z pieskami, ptaków też dużo mniej niż kiedy tu byłam ostatnio.
A jednak czuję jakbym wróciła do jakiegoś swojego miesca. Też do jakiegoś miejsca we mnie samej.
Nie wiem jak się z tym czuję.
Jest wszystkiego po trochu. Nieco samotności i jednocześnie takiego smacznego w smaku poczucia bycia z sobą.
Jest nieco niezadowolenia, zawodu, jakiegoś wyrzutu wobec mnie samej i równocześnie utulenie i wybaczenie.
Jest odrobina zagubienia i buntu wobec tego co przychodzi, ale jest też i zaufanie. Takie zupełnie nieracjonalne i nawet naiwne, ale bardzo mocno obecne we mnie.
Jest nieco żalu, choć to nie jest odpowiednie słowo. Może raczej jeszcze jakieś przywiązanie, jakbym nie do końca chciała puścić, a jednocześnie ogromna wola puszczenia.
Tak, czuję się nieco zagubiona w tych uczuciach i wobec własnych słabości, ale całkowicie pewna kierunku mojej ścieżki.
 
– „To swego rodzaju test” – słyszę jak szepcze do mnie Fyonn – „Jednak tak naprawdę to ty sama testujesz siebie. Na ile jesteś gotowa żyć w zgodzie ze swoim słowem, ze swoją prawdą.”
– „I na ile jestem gotowa do zmian” – dopowiadam z westchnieniem.
– „Na ile jesteś gotowa stać się zmianą.” – Fyonn rozwiewa ostatnie z moich złudzeń.
Wiem, że nic nie stanie się tak o, z samości, bez mojego zaangażowania i wkładu. Wiem, że to nie jest prosta ścieżka, a jednak jestem zdecydowana nią pójść. Wiem, że czasem będę miała ochotę uciec, schować się, wymigać, ale wiem również, iż nie ma już odwrotu. Jeśli raz się już na nią wejdzie, nie da się zawrócić. Bo co się zobaczyło, już się nie odzobaczy. Co się poczuło, już się nie zapomni. Dlatego wiem, że będę nią szła. Nie tylko dlatego, iż niepodobna już zawrócić, ale najbardziej dlatego, że wybieram to, dla siebie.
Spojrzałam jeszcze raz na Fyonna, na Księcia i na resztę kamieni. Przytaknęły. Nawet nie musiałam pytać. Kamienne wsparcie też ma ogromną moc.

12 kamieni – czarnowrony

Postanowiłam , iz idąc dziś do Kamieni bardziej się przyjrzę ptakom. I konkretnie chodzilo mi o krukowate. Jedna para kruków zamieszkala wśród drzew tuż za moim blokiem. Znam ich nawoływania, nieraz mialam okazję się przyglądać ciekawym scenkom z ich życia, włącznie z tym jak przeganialy tu czasem polującego krogulca.
Z moich wycieczek do Kamieni wiem, że nad rzeką, właśnie tam gdzie chodzę, urzędauje także para krukow. Są duże, nie sposób ich pomylić z innymi ptakami.
Jednak podczas moich wędrówek towarzyszą mi inne krukowate. Wiem, w okolicu których drzew mogę napotkać sroki. Serio je lubię. Jak dla mnie sroki są po prostu piękne. Za każdym razem kiedy idę do kamieni i słyszę te ich charakterystyczne skrzeczenie, czuję sie tak, jakby mnie witały.

Dziś postanowilam, że przyjrzę się lepiej czarnym ptaszyskom przy polach. Jak się okazuje byly to czarnowrony. Obserwowałam je i serio dobrze się bawiłam. Jak wszystkie krukowate są inteligentymi ptakami. Widziałam jak nadlatują nad drogę i z góry spuszczają orzecha, by kiedy pęknie na asfalcie dobrać się do jego środka. Tak mnie te wrony dziś zabawiły, że nie dość iż poszłam inną ścieżką niż zwykle, to na dobrą sprawę nie za bardzo pogadałam sobie z Kamieniami.
Doszłam do nich oczywiście. Przywitałam się zarówno z nimi jak i z Marie. Jednak przyznaję, iż bylo to dzisiaj raczej krótkie spotkanie. Kamienie jednak się uśmiechnęły ze zrozumieniem i aprobatą. Prawie słyszłam jak mnie zachęcają: – „No leć już, leć oglądać wrony”
No to polecialam.

Przez pola, nowymi ścieżkami. Kurz się unosił znad suchej ziemi. Moje czarne buty i rajstopy do kolan przybrały ziemisty kolor, hahaha taka ze mnie „elegantka” dziś.

No i kiedy tak sobie obserwowałam tę czarną zgraję, nagle poczułam, że za moimi plecami coś się skrada. Odwrocilam lekko głowę, by zobaczyć czy tylko mi sie zdaję i wtedy zobaczyłam jakieś 10 metrów ode mnie przyczjonego kotka. No ten to mnie dopiero rozbawił. Kotek udawał, że się chowa przede mną, choć doskonale go widzialam, a ja udawalam że czasem na niego nie patrzę, choć on doskonale wiedzial, iż patrzę.

I tak dziś zamiast rozmów z Kamieniami mialam swoje rozmowy z kotkiem i czarnowronami. Chociaż to na to samo wychodzi, bo w końcu wszyscy jesteśmy z jednego Źródła.

12 kamieni – wiatr i drugi prezent od Marie

Kiedy szłam wzdłuż pól nad rzekę, zwykle towarzyszyło mi w tej wędrówce nawoływanie wron i srok. Dziś przegonił je wiatr. Targał moje włosy, szarpnął czasem swetrem, głośniej, mocniej. Potem na chwilkę przycichał, znikał, by pojawić się znowu za kilka minut mocniejszym szarpnięciem…

Weszłam w zieloną enklawę nad rzeką. Nagle cisza. Wiatr jakby całkiem zamilknął. Na chwilę. Przywitałam się z rzeką. Przywitałam z Kamieniami. Przywitałam z Wierzbą. Odczytałam afirmację.

J – „Przywitałaś się prawdziwie z wiatrem? – zapytał nagle Jonas – „Przytuliłaś go na powitanie?”
… Jak zawsze mocne pytanie. Znam odpowiedź. Odpowiedź jest nie do końca wygodna dla mnie….
J – „Nie karz wiatru za to, że jest wiatrem. Przyszedł do ciebie, kiedy potrzebowałaś świeżego powiewu. Przyfrunął do ciebie, zawirował, zaprosił do tańca z życiem. Zapomniałaś, że wiatr jest wiatrem.
Potargał ci włosy? Narobił bałaganu? Zburzył twój porządek? Dlaczego się na niego dąsasz?
Nie możesz go zatrzymać tylko dla siebie.
Wiatr jest wiatrem. Przelotem u ciebie. Powiewem, tańcem, wirowaniem…przelotem u ciebie.
Pozwól mu odejść. Pozwól mu być wiatrem. Nie zamykaj. I nie zamykaj swego serca kiedy znowu się pojawi. Jutro. Za miesiąc. Kiedykolwiek. Nie karz go za to, że jest wiatrem. Ale otwórz na nowo drzwi swego serca i przywitaj go prawdziwie.
Przytuliłaś go na powitanie?”

Wdech. Wydech.
Trudna lekcja, ale jakże mi potrzebna.
A wiatr jak na zawołanie właśnie zaszumiał w liściach.
Przytuliłam się do Wierzby chyba jeszcze nie do końca gotowa na to, by przytulić się z wiatrem. Marie. Takim imieniem mi się przedstawiła. Dziękuję ci Marie za opiekę nad Kamieniami. I za wczorajszy dar. I za to, że mogę się do ciebie przytulić.
I kiedy zamknęłam lekko oczy tuląc się do jednego z potrójnego pnia, nagle poczułam, że coś mnie walnęło w głowę. Serio.
Otwarłam oczy. Rozglądnęłam się. Nikogo nie było. Tylko wiatr ze śmiechem hulał w konarach. Popatrzyłam jeszcze raz i … no nie wierzę. Tuż przed moim nosem stała, prawie jak wbita w ziemie znowu … długa laska.
– „Ale że co? Druga???” – zapytałam ze zdziwieniem
– „Weź” – odpowiadziała cicho Marie.
– „Ale to na pewno dla mnie?” – nadal nie mogłam uwierzyć.
– „Potrzebujesz jeszcze jednego walnięcia w glowę? – zaśmiał się Jonas. – „Przywitaj się naprawdę z wiatrem. Nie zamykaj przed nim swojego serca tylko dlatego, że na jakiś czas cię opuścil. Nie karz wiatru za to, że jest wiatrem.”

No i co ja miałam powiedziec?
Zostawiłam Szarego z Kamieniami pod opieką Marie.
Wzięłam za to Jonasa. Wzięłam drugą laskę. Uśmiechnęłam się
Podziękowałam.
Uśmiechnęłam się. Wiatr też się śmiał.
Razem wracaliśmy do domu.

Kto jest wiatrem w moim życiu?

12 kamieni – podarunek od Wierzby

Uśmiecham się. Dzisiejszy dzień był takim idealnym przykładem na to, żeby po prostu poddać się temu co przyjdzie, posłuchać wody i popłynąć na fali.

Szłam w kierunku rzeki na spotkanie z moimi kamieniami. Pogoda nadal cudowna, wprost wymarzona do takich wędrówek. Idę sobie więc i idę… i w pewnym momencie przyłapałam się na tym, iż zamiast po prostu cieszyć się to chwilą, tym fajowym spacerem, to moja Fazula kręci mi w głowie jakieś nowe filmy. W dodatku, jak to się można po Fazuli spodziewać typowe drama z serii „jeszcze się nie zdarzylo, ale na pewno będzie niefajnie”. Ja pierdziu, obserwowałam to przez chwilę i aż się nadziwić nie mogłam co ten umysł wyprawia. Toż to totalne wariactwo. Jeszcze się nie zadziało. Nawet nie wiadomo, czy się kiedykolwiek zadzieje. A Fazula miała już cały scenariusz wymyślony, z dialogami włącznie. No szaleństwo na maxa!
OK. Ale zauważyłam to, więc wnet się ogarnęłam i skupiłam znowu na drodze, na roślinkach, na krukach…
Po chwili … znowu. Fazula ponownie zaczęła kręcić swój drama film.
– „STOP!” – mowię to nawet na głos. I po chwili – „Gdzie jestem? Tutaj. Teraz.”
Dwa głębsze oddechy.
Tutaj. Teraz.
Wreszcie jestem.

Stoję przy Wierzbie. Czytam moją afirmację. Głaszczę Kamienie. Milczą. A może po prostu ja dziś ich nie słyszę. Cisza. Jest dobrze. Pomilczeć sobie z Kamieniami też jest dobrze. Wystarczy sama obecność.
Przy pieńku zauważam ładny jesienny liść klonu. Zachwycają mnie jego barwy. Siedzę na pieńku, podziwiam ten liść i po prostu cieszę się tą chwilą. Cisza.
Chcę już iść gdy nagle zauważam … no właśnie co?

Kij, suchą gałąż? Ale to coś więcej. Wiem, że wczoraj na pewno jej tu nie było. Dziś właściwie stoi jak wbita w ziemię, zaledwie pół metra od pnia wierzby. Tej wierzby, która tuli moje Kamienie. Podchodzę, biorę ją, uważnie oglądam. Ma wystarczającą długość i wręcz idealną grubość. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę trzymam ją w ręce. I nagle wiem. To prezent. Dar od wierzby. Jestem poruszona, ucieszona. Tak bardzo się cieszę. Dziękuję ci Wierzbo.

Może rok temu przyszło do mnie, że chcę zrobić sobie taką jakby szamańską laskę. Potrzebowałam na nią odpowiedniego kija, gałęzi. Niby nic prostszego, można przecież pójść do parku, który mam pod nosem i coś znaleźć. Jednak ja czułam, że to musi być nie jakaś tam znaleziona gałąź. Ona miała być podarowana mi przez Drzewo. Czekałam na nią tyle miesięcy i prawie zapomniałam o tym życzeniu. I oto dziś w tym magicznym dla mnie miejscu dostałam swój Dar od Drzewa. Może to wariackie, ale dla mnie jest to wyjątkowy prezent.

I aby było mi jeszcze radośniej to odkryłam nad rzeką miejsce z całym mnóstwem kwitnących niecierpków. Niektóre były delikatnie różowe, inne wręcz magentowe. Znowu dla mnie znak.

Trzecią Niespodziankę sprawił mi Szary. . Wypowiedział mi swoje życzeinie.
Serio????
No dobra Szary. W takim razie chodź. Zabieram cię dziś do mnie do domu.

PS. Hahaha, a teraz wyobraźcie sobie spojrzenia niektórych ludzi, którzy mijali mnie potem na ulicy. Ja z wielgachnym kijem w jednej i kamieniem w drugiej ręce. I uśmiechem na twarzy.

12 kamieni – najpierw staraj się rozpoznawać sama siebie

Czekały na mnie w swoim gniazdku utulone przez wierzbę. Słoneczko akurat pieściło je swoimi promieniami, rzeczka i ptaki zabawiały swoimi opowieściami. Ot, dobrze im tam.

Chcą się tym byciem w poczuciu dobrze podzielić i ze mną. Aby nie bylo ono jedynie przelotnym gościem, ale zamieszkało już na stałe w moim sercu. Słucham zatem ich opowieści. Słucham i próbuję to zrozumieć.
G – „Kochanie, nie zrozumieć, ale rozpoznać” – poprawia mnie Goliat.
B – „To prawie to samo”
G – „Prawie robi zdecydowaną różnicę ” – uśmiechnął się szelmowsko. – „Aby coś zrozumieć wystarczy ci intelekt i sama teoria. By prawdziwie rozpoznać musisz nie tylko najpierw doświadczyć, ale zaangażować w to całą siebie, zarówno twój umysł, serce i ducha”.

Siedzieliśmy sobie na pieńku, tzn ja siedziałam na jednym, a kamienie naprzeciw mnie tuliły się do drugiego. Taka chwila trochę magiczna, gdzie czas przestał płynąć.

G – „…najpierw staraj się rozpoznawać sama siebie. Gdzie jesteś, w jakim punkcie danej jakości. Rozpoznaj co jest twoją prawdziwą naturą, a co jedynie przyzwyczajeniem. Nie myl jednego z drugim. Zmieniaj przyzwyczajenia jeśli ci nie służą, ale nie staraj się na siłę zmieniać swojej natury, bo jedynie przysporzysz sobie więcej cierpienia. Rozpoznawaj gdzie jesteś w danej jakości. Bez oceniania, ale żeby wiedzieć z jakiego punktu startujesz. Zmieniaj to co możesz zmienić, niesłużące ci nawyki, przyzwyczajenia, sposoby myślenia czy postępowania. Ale uszanuj to, co jest częścią twojej natury, co stanowi twoją matrycę. Gdy będziesz w zgodzie z samą sobą, wtedy będziesz w zgodzie z Życiem…”

W zgodzie z samą sobą.
W zgodzie z samą sobą.
Wracałam potem do domu i wciąż brzmiały mi w sercu te słowa.
Wibrują we mnie do teraz…

12 kamieni – Jaskier

 Dziś poszłam nad rzekę i na spotkanie z moimi Kamieniami znowu w samotności. Pogoda nadal cudowna. No po prostu Wszechświat wspiera mnie na całego w tych wędrówkach.
 
Idąc tam podziwiałam przydrożne kwiatki. Widziałam je już tyle razy, ale dopiero od czasu rozmów z Luią, spoglądam na nie zupełnie inaczej. To właśnie je wybrałam sobie dzisiaj na bliższe poznanie. I oto mogę wam przedstawić lepnicę białą. Chociaż jej niemiecka nazwa Weiße Lichtnelke o wiele bardziej mi się podoba.
lepnica biała znana też jako bniec biały
i w zbliżeniu
Kamienie wszystkie wygłaskane, poprzytulane i nawet obdarzone buziakami. Pospacerowaliśmy nieco, a potem usiadłam sobie z Jaskrem na zwalonym pniu i trochę pogawędziliśmy. O rzeczach właściwie znanych i oczywistych, ale dla mnie wciąż ważnych do przypominania.
Jaskier jest takim kamieniem, który w idealny sposób już samym sobą przypomina o tym, że nawet w największym świetle kryje się trochę ciemności, jak i odwrotnie, każda ciemność, ma też swoje światło. I ważne jest by o tym pamiętać. Nie chodzi tu o ocenianie czy porównywanie, ale o to by po prostu sczytywać informacje w całości.
– „Jeśli będziesz widziała jedynie światło i odwrócisz wzrok od ciemności nie chcąc jej nawet widzieć, łatwo będzie tobą manipulować. Patrz i nie ślepnij od światła.” – Przypominał mi Jaskier.
O jak dobrze rozumiałam o czym on mówi. Ileż to razy już mi się zdarzyło, że właśnie nie chciałam widzieć, pakując się tym samym w tarapaty.
– „Jeśli będziesz widziała jedynie ciemność i nie dostrzeżesz w niej światełka, umkną ci cuda jakie do ciebie przychodzą. Patrz i nie ślepnij w ciemności.” – Przypomnial mi i tę lekcję spoglądając na mnie z drugiej strony.
Jaskier – jasna strona
ten sam Jaskier – ciemna (brudna) strona
Białe i czarne to jedynie końce dwu przeciwnych biegunów, pomiędzy natomiast znajduje się jeszcze cała paleta barw.
Dla mnie świat jest właśnie taki.
Każdy napotkany czlowiek, każda sytuacja i każde zdarzenie zawiera w sobie cały kalejdoskop barw. Jako synestyczka odczuwam te niuanse i kolory całą sobą. Nie tylko oczami. A jednak nawet i ja czasem ślepłam. Nigdy więcej nie chcę już zamykać oczu na to, co nie widoczne na pierwszy rzut oka.

12 kamieni – ja to inny ty

Przyjechali do nas siostra mojego męża i jej chłopak. Nie widujemy się zbyt często, więc ucieszyliśmy się na tą ich wizytę. Zapowiadał się nam fajny dzień spędzony w rodzinnym gronie.
No i tu pojawia się kwestia wyprawy na spotkanie z Kamieniami.
No bo przecież sama wzięłam na siebie wyzwanie i powinno być tak, jak wymyśliłam to sobie od początku. Czy aby na pewno?
Tak naprawdę to chyba nigdy nie bylam dobra w tym, by ściśle trzymać się jakiś planów, zwłaszcza jesli coś miało się nieco rozciągać w czasie. Na dobrą sprawę to nawet nie wiem czy kiedykolwiek mi się takie coś zdarzyło.
Może to taki mój dar, iż od kiedy pamiętam było mi łatwo dopasowywać się do zmian, a trudno wytrwać przez długi czas w jakiś ustalonych ramach. Może więc właśnie nad tym powinnam teraz pracować? Może to wyzwanie temu ma służyć? Może mimo gości, powinnam jednak i tak sama maszerować nad rzekę i spacerować z Kamieniami???

Zaraz, zaraz… Czyż ja się przypadkiem jednak czegoś wreszcie nie nauczyłam?
– „Słuchaj wody. Słuchaj swojej wody. Ty jesteś woda. ” – usłyszałam gdzieś w sercu słowa Aniki.
Tak. Musialam się aż uśmiechnąć. Dziękuję ci Aniko.

Życie to woda. I ja jestem woda.
Nie ma potrzeby bym w imię jakiś twardych, wymyślonych przez siebie czy kogokolwiek reguł miała walczyć z prądem i tracić niepotrzebnie radość i energię na walkę z wirami czy falami.
Nie ma potrzeby bym w imię tych samych reguł miała na siłę regulować bieg mojej rzeki we mnie. Uśmiechnęłam się. I już wiedziałam, że dzisiaj, w nasz rodzinny dzień nad rzekę wybierzemy się wszyscy.

I tak zrobiliśmy.
To bylo bardzo ciekawe dla mnie doświadczenie. Szyliśmy bowiem tą samą drogą, w tym samym kierunku, a jednak zupełnie inaczej. Ja wyłapywałam wołanie każdego ptaka, zaważalam mizerne kwiatuszki przy drodze, cieszylam na miękość trawy pod stopami. Oni zwracali uwagę na zupełnie inne rzeczy. Na to, czego ja bez nich pewnie w ogole bym nie zobaczyła. Na widniejące na horyzoncie wiatraki, na kurz suchej polenej drodze, jakieś tam samochody, których nazw ani nie pamiętam.
Szliśmy razem a jednak tak jakby każdy osobno. Ciekawostka taka, że moja szwagierka nosi takie samo imię i nazwisko jak ja. Przyszło mi do głowy, że ona to inna ja. A nasza percepcja tak odmienna, tak zupełnie różna. Ale przecież „ja to inny ty”.

Nie pospacerowałam dziś z Kamieniami, ale pogłaskałam je na przywitanie. Wyszeptałam im kilka ciepłych słów, mrugnęłam do nich okiem. Podziękowałam za to, że są. Zamoczyłam dłonie w rzecze. Uśmiechnęlam się wody.
Mimo że było dziś zupełnie inaczej, to nie mniej odkrywczo. Nie mniej ciekawie. Nie mniej cudownie.

12 kamieni – Rafael

Jaki to był piękny dzień. Gorąco, chyba z 27 stopni. Można by myśleć, iż to pełnia lata, a nie środek października. Powędrowałam oczywiście nad rzekę.
Przy okazji taka ciekawostka, na którą zwróciłam uwagę przedwczoraj, ale dopiero dziś zrobiłam zdjęcie. Otóż aby dojść nad rzekę, muszę iść taką drogą, która prowadzi wzdłuż torów i pól. No ale ciekawe jest to, iż droga ta nosi nazwę: Auf der Steinern Straße, co można przetłumaczyć: ulica na kamieniach, albo ładniej: na kamiennej drodze. Ulica jest asfaltowa, więc te kamienie w nazwie są takim fajnym synchronem dla mnie. Jak znak.

Nasze spotkanie było dziś mniej rozgadane. Ale i tak na swój sposób ważne dla mnie. Bo to taki kolejny raz kiedy stawiam się. Dla siebie. Dla swojej Duszyczki. Powitałam je, a potem odczytałam na głos w obecności rzeki i Kamieni afirmację. Taki dodatkowy element, który doszedł do tych wycieczek.

No i wreszcie dzisiaj, w 9 tym dniu udało mi się rozpoznać jak ma na imię ostatni Kamień. Ten, który swoje imię wypowiada zapachem i który od początku uczyl mnie jeszcze lepszego wąchania. Znowu przy powitaniu przyłożylam mój nos do niego, zamknęlam oczy i wąchałam.
Wąchaliście kiedyś kamienie? One naprawdę mają zapach. Może nie wszystkie. Ale moje kamienie znad rzeczki wszystkie bez wyjątku mają swój zapach. Dziś, w 9 dniu wyczułam, że ten jeden szczególny Kamień zapachem potrafi opowiadać… Trudno to w ogóle opisać słowami, ale kiedy stojąc w słońcu i trzymając go przy twarzy, wdychałam dziś jego zapach, nagle było tak, jakbym znalazła się zupełnie w innym miejscu i w innym czasie. Przez chwilę byłam w pięknym gaju oliwnym, z całą intensywnością obrazów i zapachów chłonęłam to miejsce… I wtedy usłyszałam lub wywąchałam jego imię. Rafael. Tak poznałam dziś imię ostatniego z Kamieni.

Rafael

Nadrabiam też poznawanie roślinek, bo przecież nie zapomniałam o zadaniu od Luii.
I tak oto poznałam dziś pana bluszcza. Wydawałoby się, iż znałam go prędzej. A jednak nie. Bo dopiero dziś odkryłam, że liście bluszczu są dwupostaciowe i że ma on kwiaty.
No i wyczytałam, że w tradycjach wielu narodów od dawna obecny jest jako roślina symboliczna, zwłaszcza jako symbol wierności i trwałości życia.

bluszcz pospolity

12 kamieni – Księżniczka i Książę

Poszłam nad rzekę dziś nieco później niż zwykle. No, właściwie tuż przed zapadnieciem zmroku. To zupełnie inna wyprawa, inne energie, kiedy się idzie o takiej porze. Kiedy dotarlam nad rzekę było tam już zupłnie ciemno.
Weszłam między drzewa i mimo że naprawdę nic nie widziałam, odszukałam tę wierzbę, w ramionach której czekaly Kamienie. Nie mam telefonu komórkowego, więc to nie jest tak, że mogłam sobie poświecić telefonowym ekranikiem czy latarką. Zdjęcia robię zwyklym aparatem kompaktowym. Raczej do oświetlania drogi się on nie nadaje.
Przyznaję, że podarowałam sobie dziś spacerowanie z Kamieniami, ale i tak byłam z siebie dumna, że mimo tak poźnej pory jednak do nich poszłam.
One wiedziały że przyjdę.

W mojej dłoni pojawił się najmniejszy, drobny i chropowaty.
– „Cześć Księżniczko” – przywitał się pierwszy.
– „Księżniczko?”- zapytałam ze zdziwieniem. Rozbawił mnie. – „Nie czuję się być księżniczką. Lepiej powiedz jak ci na imię. Mirko?”
– „Może i Mirko” – odparł nieco zagadkowo – „Jednak dla ciebie Księżniczko jestem Książę”
– „Ha! Więc to o to chodzi. Nazywasz mnie księżniczką, bo sam chcesz bym cię nazywała Księciem”.
– „Nazywam cię Księżniczką, by ci przypomnieć, że nią jesteś. I chcę byś mnie nazywała Książę, z tego samego powodu. Ilekroć tak o mnie pomyślisz, będę ci przypominał o twoim królestwie”
– „Och, bardzo chętnie będę cię nazywala Książę, ale ja sama żadną Księżniczką nie jestem. I nie mam żadnego krolestwa” – zaśmiałam się.
– „Masz. Tylko o nim zapomniałaś. I właśnie dlatego spotkałaś mnie. Bym jako Książę przypomnial ci, że i ty jesteś Księżniczką. I że czas byś nie tylko zadbala o swoje królestwo, ale także byś na dobre się w nim rozgościła. Właśnie jak prawdziwa Księżniczka.”

Prawie że wybuchnęłam śmiechem na te jego słowa, bo jakaś część mnie wyobraziła sobie Księcia jako Kamyka na białym koniu i mnie samą jak tkwię na jakieś wieży i czekając na niego zapuszczam włosy do ziemi. Jednak w tym samym czasie, jakaś zupełnie inna część mnie, poczuła taką tęsknotę.
– „Co to za krolestwo, Książę?” – zapytałam już całkiem poważnie. Tak naprawdę nie musiałam już zadawać tego pytania, bo znałam odpowiedź. Książę popatrzyl na mnie i całkiem poważnie, a jednak z uśmiechem, powiedział.
– „Już wiesz Księżniczko. Przypomniałaś sobie. To królestwo twojej Duszy.”

Zdjęcia dziś  KSIĘŻyca…
… a potem było ciemno

12 kamieni – w babskim kamiennym kręgu

Wybrałam się dziś nad rzekę jeszcze przed południem. Cieszyłam się na to spotkanie z Kamieniami. Byłam może w połowie drogi, kiedy dosłownie już je poczułam i usłyszałam ich szepty. Witałam się z nimi jak z dobrymi kumplami. Zamieniliśmy kilka miłych myśli, kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że przecież jeszcze nawet nie dotarłam do rzeki.
– „Jakim cudem ja z wami gadam skoro jesteście jeszcze daleko? A może nie gadam wcale z wami tylko ze sobą?” – zapytałam.
Kamienie wydały się tym pytaniem wyraźnie rozbawione. Zwłaszcza Szary pękał ze śmiechu. Ten jego chichot był mi najlepszą odpowiedzią. I w sumie sama aż musiałam się z siebie śmiać. Przecież to oczywiste: w komunikacji międzywymiarowej odleglość fizyczna zupełnie nie gra roli.
A skoro tak, to znaczy, iż na dobrą sprawę mogę rozmawiać z moimi Kamieniami praktycznie nie ruszając tyłka z domu. Nie żeby mnie kusiła taka opcja, ale po prostu zauważam możliwość. Wow, to znowu poszerza moje postrzeganie.

Tymczasem dotarłam już nad rzekę. Trawa była wciąż mokra od rosy. Zapragnęłam nagle poczuć ją pod stopami. Nie pamiętam kiedy ostatnio chodziłam po mokrej od rosy trawie. Ściągnęłam zatem buty i … to było takie fajne!
Gdyby mi ktoś rok temu powiedział, iż będę w połowie października łazić boso po trawie, to pewnie popukałabym się w czoło. A dziś oto przechadzałam się tam zachwycając się tym cudownym doświadczeniem.

boso po mokrej od rosy trawie

Potem poszłam wreszcie do moich Kamieni. Poprzytulałam je, pogłaskałam no i poszliśmy sobie razem pospacerować.
Po wczorajszej dość mocnej lekcji Fyonna, były dziś dla mnie bardzo łagodne. Zwłaszcza dziewczyny otoczyły mnie taką bardzo fajną kobiecą energią. Urządziłyśmy sobie potem taki mały babski krąg: one cztery i ja. Anikę i Luię już wam przedstawiłam. Jest jeszcze Bernadetka i Mara.

w babskim kamiennym kręgu

Bernadetka jest duża i ciężka, ale tak bardzo mocno kobieca. Na serio. Bardzo gładka w dotyku, ma lekkie, ale wyraźne wypukłości i tak szybko nagrzewa się w dłoniach. Ma piękną różową energię i jest w niej tyle łagodności, wdzięku i takiego właśnie kobiecego czegoś, że ilekroć ją trzymam w dłoni, to mnie rozczula.

Bernadetka

Mara z kolei jest jej przeciwieństwem. Drobna, chropowata w dotyku, niesymetryczna i trochę dzika. Ma granatową energię i jest taką małą wojowniczką. Ale to nie znaczy, że brak w niej kobiecości. Mara po prostu jest inna.

Mara

Tyle się mogę od nich wszystkich nauczyć.
Opowiadały mi dzisiaj o Miłości, rozszerzając wczorajszą lekcję Fyonna.
– „… kochaj, ale niech cię nie kusi, by używać Miłości do tego, aby kogokolwiek zmieniać. To nie jest Miłość.” – Mówiła cichutko Bernadetka – „Miłość po prostu jest. Sczytuj informacje najszerzej jak potrafisz i słuchaj tego, co mają ci do powiedzenia. A potem wybieraj mądrze. Wiele będzie z tobą nie rezonować, ale właśnie dlatego opowiedzą ci najpierw o tym. Słuchaj co do ciebie mówią…”
– „Słuchaj wody w tobie” – wtrącila Anika – „Yy jesteś wodą. Twoja woda cię nie oszuka”
Wiedziałam o czym mówi. O słuchaniu swojego ciała. Ono wie.
– „Słuchaj i kochaj” – kontynuowała Bernadetka – „I wybieraj mądrze. Nie używaj Miłości by cokolwiek zmieniać w innych. Zmieniaj w sobie.” – powiedziala to tak łagodnie promieniując swoim ciepłem.
– „Pozwól innym być takimi jacy wybierają być.” – teraz szeptała Mara – „Daj im wolność bycia sobą, tak jak ty pragniesz wolności bycia sobą. Sczytuj informacje i wybieraj z Miłością. Dla siebie i dla nich. Kochaj, ale nie zniewalaj. Miłość jest wolnością.”

Mówiły mi to wszystko, kamienne Przyjaciółki. I tyle czułam w tym mądrości, piękna, harmonii. To nie były lekcje. To było takie kojące bycie w tej chwili.

od lewej: luia, Mara, Bernadetka i Anika

Luia przypomniała mi na koniec o roślinach i bogactwie.
– „Zauważ i przyjrzyj się dziennie tylko jednej. Powąchaj, popatrz, dotknij, nasyć zmysly. Zapamiętaj tylko jedną i naucz się rozpoznawać. Jeśli nauczysz się dziennie tylko jednej, to zobacz o ile bogatsza będziesz za miesiąc lub dwa. Tylko jedna dziennie. To wystarczy. To bardzo dużo. Wykorzystaj tą możliwość jaką masz w zasięgu.”

No, to był naprawdę super pomysł. Nauczyć się dziennie jednej nowej rośliny.
Rozejrzałam się wokół i zobaczyłam, że przy pniu, gdzie czasem przysiadam, rośnie różowy kwiatuszek. Zauważyłam go już wcześniej, bo taki kwiatek trudno przeoczyć w takim miejscu. Nie znałam go. Ale teraz, dzięki Luii już wiem, że to niecierpek gruczołowaty. Mój świat jest bogatszy o niecierpka. To takie niesamowicie piękne i proste zarazem.

niecierpek gruczolowaty

12 kamieni – lekcje Fyonna – sczytuj informacje

Poszłam nad rzekę na spotkanie z Kamieniami. Pogoda była po prostu prześliczna, wręcz wymarzona na taki spacer. Niebo bez chmurek, słoneczko grzało mi w plecy, leciutkie powiewy wiaterku pieściły delikatnymi muśnięciami. Czyż można dostać od Wszechświata cudowniejsze wsparcie?
Nad rzeką, w tej mojej zielonej enklawie, powitała mnie zieloność trawy i drzew, nawoływania kruków oraz oczywiście śpiew wody.

W mojej ręce pojawił się Fyonn. Ściągnęłam buty i poszłam z nim pospacerować. Wiedziałam, że czeka nas dziś dłuższa rozmowa…

Dwa dni temu.
Trzymałam go w dłoniach wyczuwając wyraźnie jego wibrację. Nie umiem tego ani ubrać w słowa ani nawet w przybliżeniu przekazać jak to się odbywa. Po prostu czuję. Trzymałam w dłoniach zimny, pomarańczowo-różowawy w kolorze kamień. A w środku czułam skaczące iskierki. Ogień. Widzieliście tańczące kolory i kształty płomienia? Taki właśnie był on.
B – „Witaj płomyczku. Jak ci na imię?” – zapytałam go z uśmiechem.
F – „Fyonn – odpowiedział od razu – „Przez „y” i z dwoma „n”. – dodał od razu.
Zaśmiałam się. Bo to bardzo dziwne, słyszeć takie coś od Kamienia.
B – „Fyonn” – powtórzyłam za nim śmiejąc się. – „Przez „y” i z podwójnym „n”. Widzę, że to ma dla ciebie znaczenie.”
F – „Nie. Jest zupełnie bez znaczenia. Ale ty chciałaś się czegoś nauczyć.”
B – „???”
Kompletnie nie rozumiałam o co mu chodzi.
F – „Na tą lekcję przyjdzie czas. Dziś wiedz tylko, iż jestem Fyonn”

Fyonn

Dzisiaj.
Leżeliśmy zatem z Fyonnem na trawie.
Chyba nadszedł czas na moją u niego pierwszą lekcję i – nie wiem już którym zmysłem musiałam wyczuć, że nie będzie ona dla mnie łatwa – stąd ten pomysł na położenie się. Byłam gotowa, aby posłuchać.
F – „Ucz się sczytywać informacje. Za pomocą wszystkich narzędzi jakie masz. Po to je dostałaś. Masz o wiele więcej zmysłów niż ci się wydaje. Wszyscy macie ich więcej. Sczytuj informacje. Abyś potrafiła jak najlepiej wybierać. Abyś była wolna”
B – „Chyba nie rozumiem…”
F – „Rozumiesz. Wszystko jest wibracją” – powiedział łagodnie przypomniając mi to, co już przecież dawno wiem.
Potrzebowałam jednak dłuższej chwili zanim zaczęłam pojmować o co mu chodzi.
B – „To dlatego przedstawiając mi się podkreśliłeś to o tych literkach” – rozumiałam, że różne literki zmieniają wibrację. – „Ale w takim razie dlaczego potem powiedziałeś, że to nie ma znaczenia?”
F – „Bo nie ma. To nie o znaczenie chodzi, a o informację. Informacja jest neutralna. Po prostu jest. Znaczenie nadajesz już ty. A nadając je, stwarzasz warunki do tego, by powstało przywiązanie. Im większe znaczenie czemuś nadajesz, tym większe stają się więzy.”

O kurcze. Musiałam to przetrawić. Jakaś głęboka część mnie już jakby to wiedziała, jakaś inna część mnie nie chciała tego pojąć. Fyonn dał mi czas, a potem znowu usłyszałam jego łagodny szept:
F – „Znaczenie, im silniejsze, zniekształca informacje. Na tych zniekształconych informacjach tworzysz potem iluzje. I jeszcze bardzaiej tracisz wolność. Ucz się zatem sczytywać informacje bez nadawania im znaczenia. Wtedy będziesz wolna.”
B – „Chcesz mi powiedzieć, iż mam być obojętna?”
F – „Znowu nadajesz znaczenie. Obojętność nie jest neutralna. Też cię uwięzi.”
B – „Więc jak nie nadawać znaczenia? Wszystko tu ma jakieś znaczenie?”

F – „Chodź, przejdziemy się nad rzekę. Coś ci pokażę” – poprosił łagodnie Fyonn.
Wstałam więc i poszłam do zakola rzeki. Kiedy stanęłam na maleńkiej piaszczystej plaży Fyonn powiedział:
F – „Wszystko jest wibracją. Wibracja to ruch. Zmienia się. Pulsuje. Płynie. Znaczenie powoduje, iż zamykasz ruch w klatce. Im większe znaczenie, tym szczelniejsza klatka i większe iluzje. Popatrz na tą wodę. Przyjrzyj się dobrze. Widzisz? Tu, gdzie woda płynie bardzo wolno widać odbicia drzew. Ale to jednak nie są drzewa, a jedynie ich odbicie na powierzchni.
Jak spojrzysz teraz w drugą stronę masz tą samą rzekę, ale woda płynie szybciej.Tam widzisz wyraźnie gdzie jest woda, a gdzie drzewa.”

Popatrzyłam na rzekę. I przyglądając się tym obrazkom po mojej jednej i po drugiej stronie zaczynałam pojmować o co mu chodzi.
Miałam jednak jeszcze pewne wątpliwości.
B – „A milość? Miłość też ma być bez znaczenia?”
F – „Miłość nie ma znaczenia. Ma moc. Ale przede wszystkim Miłość po prostu jest.”

Te słowa jakby wszystko we mnie zaczęły układać.
F – „Ucz się sczytywać informacje za pomocą wszystkich narzędzi jakie masz. Nie za pomocą znaczeń. Zapomnij o znaczeniu. Rozpoznawaj wibracje. A potem wybieraj. W wolności.”

To trudna lekcja. Dla mnie trudna.
I była trudna tu do opowiedzenia wam. Bo ciężko ubrać w słowa to, co się odbierało barwą, intuicją, czuciem, ciepłem, wibrowaniem…

Kiedy już miałam iść do domu, Fyonn mrugnał do mnie.
„Puszczaj wolno” – powiedział mi na pożegnanie. Wiedziałam dokładnie o co mu chodzi.
Akurat dziś wiedziałam to bardzo dobrze.
Dziś puściłam wolno relację, która miała tyle lat znaczenie.
Puściłam wolno.
Z Miłością.
Bo Miłość po prostu jest.

12 kamieni – zadanie od Luii

Ubrana w czerwoną sukienkę, poszłam na spotkanie z moimi kamykami dziś nieco wcześniej. Trawa wciąż była mokra od rosy. Powietrze pachniało cudnie jesienią.
Moja gromadka czekała już na mnie. Przywitałam i poprzytulałam się z każdym Kamieniem oddzielnie. Przez te kilka dni stały mi się bliskie. Jak przyjaciele, ale i wspaniali nauczyciele.
 
Dziś dostałam zresztą wyjątkową lekcję. I to taką, której bym się nie spodziewała. A wszystko za sprawą Luii.
Już kiedy wczoraj brałam ją w dłonie przedstawiła mi się właśnie jako Luia. Nie musiałam się w ogóle wysilać, bo od razu zobaczyłam jej twarzyczkę.
A potem Luia powiedziała, że ma dla mnie zadanie. No tego się nie spodziewałam, że przy noszeniu Kamieni będę jeszcze dostawała od nich samych dodatkowe zadania.
Tymczasem Luia zapytała mnie o drzewa, o to ile ich znam. Ile znam roślin wokół mnie. Rozejrzałam się dookoła. Świat wokół mnie, mimo że wciąż jestem w wielkim mieście,  zielony, z mnóstwem drzew i krzewów. Zdarza mi się czasem przytulać do drzew, ale przyznać muszę, iż rozpoznać potrafię jedynie te podstawowe. Jakoś tak zwracałam zawsze bardziej uwagę na zwierzęta niż na drzewa czy rośliny.
zielona enklawa nad rzeką
„Wszyscy jesteśmy polączeni.” – usłyszałam dziś szept Luii – „Rozejrzyj się wokół i rozpoznaj bogactwo wokół ciebie. Im więcej będziesz potrafiła zobaczyć, tym szerszym strumieniem będzie ono do ciebie płynęło. Otwórz się na nie, widząc je naprawdę.”
Rozejrzałam się znowu wokół mnie. Zieloność. Mnóstwo drzew i krzewów. Ale chyba po raz pierwszy spojrzałam na nie zupełnie inaczej. Z zaciekawieniem, wręcz głodna wiedzy. Luia uśmiechnęła się do mnie.
„Idź i rozpoznawaj.” Powiedziała mi dziś na pożegnanie.
Wracałam potem do domu przyglądając się uważnie drzewom i krzaczkom. Po raz pierwszy dostrzeglam ich prawdziwą różnorodność wokół mnie. Odkryłam tyle zadziwiających rzeczy, o których wcześniej nie wiedzialam.
Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam wiszące na olszy długie męskie kotki oraz żeńskie, jeszcze zielone szyszeczki. Spotkałam wysoki na jakieś 3 metry krzak ligustru, o istnieniu którego nie miałam wcześniej pojęcia, na którym akurat czerniły się maleńkie, owoce, jak sie później dowiedziałam dla człowieka trujące. Odkryłam kilka gatunków klonu i dokładnie się im przyjrzałam, dzięki czemu potrafię już teraz rozróżnić klon pensylwański, polny czy palmowy. Zachwycałam się czerwieią głogu, białymi kuleczkami śnieguliczki, ogniście pomarańczowymi owocami rokitnika i burgundowymi teraz liśmi czarnego bzu, na ktorym wciąż wisiały resztki owoców.
Oczywiście wiele nazw musialam dopiero wygooglować, ale jakże to byla dla mnie odkrywcza wycieczka.
Poprosiłam te drewka i krzaczki o pozwolenie na zebranie czasem kilku listków, orzeszków czy gałązki. I tak wróciłam do domu z całym naręczem.
przyglądając się, poznając, zbierając…

A wszystko dzięki Luii, Kamiennej nauczycielce roślin. Dziękuję ci Luia.

12 kamieni – Tatanka

Miałam dzisiaj nieco słabszy dzień. Mimo słonecznej pogody za oknem, dopadla mnie jakaś taka dziwna ospałość. Na samo wspomnienie o dzisiejszym wyściu nad rzekę, już nie tylko Fazula, ale dosłownie wszystko we mnie chciało bojkotować. Jednak i tak po obiedzie włożyłam na nogi adidasy, do torebki schowałam butelkę z żelem chia i wyszłam z domu. No i jak zawsze zaraz się okazało, iż to jedynie owe wyjście jest najtrudniejsze. Bo już przy pierwszych krokach czułam radość i przypływ energii.

Pogoda była przepiękna. Kiedy doszłam już do zielonej enklawy przy rzecze byłam wręcz zachwycona otaczającą mnie cudownością. Aż się nie mogłam nadziwić, że jeszcze godzinę wcześniej tak bardzo nie chciało mi się ruszyć tyłka z domu.
W gniazdku na wierzbie czekaly na mnie wszystkie moje kamienie. Powitałam je, pogłaskałam i zapytałam, który dziś jako pierwszy ma ochotę na spacer. I tak w mojej dłoni znalazł się Jaskier. Potem poznałam kolejne kamienie: Marę, Luię i Fyonna.
Najpierw jednak opowiem wam o Tatance.

Tatanka jest największy i najbardziej kanciasty z całej gromadki. Kiedy wczoraj wzięłam go ręki i mu się przyjrzałam, to mi przypominał głowę rycerza. Zapytałam go o imię i czekając na jego odpowiedź gdzieś tam zastanawiałam się czy będzie to imię jakiegoś rycerza. Jakież było moje zdziwienie, gdy przedstawił się jako Tatanka.
„Tatanka?” – zapytałam zdziwiona – „Jak Tatanka?”
A on w odpowiedzi poprosił mnie bym poszła z nim na lewo, w tę drugą stronę rzeki niż dotychczas spacerowałam z kamieniami. No ok. Poszłam więc. I po chwili poczułam zapach koni. Tak przynajmniej mi się wydawało. Konie? Nie widziałam żadnych koni. Tatanka tymczasem kazał mi się nagle zatrzymać. Stanęłam i wtedy zobaczyłam, że po drugiej stronie rzeki, w oddali pasą się krowy.

pasące się w oddali krówki

Spojrzałam na Kamień w moich dłoniach i nagle nie widzialam już głowy rycerza, a głowę bizona! Tak. Tatanka. To najpiękniejsze imię dla tego Kamienia. Tatanka – w języku Lakotow znaczy bizon. Mój kamienny Tatanka jest pięknym, łagodnym i mądrym bizonem. I kiedy tak trzymałam go w dłoni poczułam jak jakiś tajemniczy wiatr przywiewa do mnie indiańskie legendy. Gdzieś tam we mnie samej…

Tatanka

12 kamieni – Jonas, Goliat, Anika, Szary

Po śniadaniu, które jak to w niedzielę zjedliśmy póżno, bo dopiero o 11-tej, ściągnęłam sukienkę, założylam jeansy, buzę i adidasy. Pierwszy raz od jakiegoś roku ubierałam spodnie, ale tak poczułam, że dziś chcę właśnie iść w spodniach. Mimo, że znowu miałam lekkie zakwasy, to nie mogłam się już doczekać mojej wyprawy nad rzekę do kamieni.
 
Wyszłam z domu. Na dworze już poczułam, iż jest znacznie chłodniej niż mi się wydawało. Ludzie wszyscy w kurtkach, ja jedynie w tej mojej aksamitnej bluzie z kapturem. Popatrzyłam w niebo. Mocno się zaciągnęło, jakby miało zaraz zacząć padać. Nic to, ruszyłam w stronę rzeki. Z każdym krokiem czułam jak wzmaga się silniejszy wiatr.
Fazula w swoim żywiole zaczęła mi nawijać:
F – „Zaraz lunie. Zanim dojdziesz do rzeki będziesz mokra. Ciekawe jak będziesz w ulewie nosić kamienie”
B – „Na razie nie pada.”
F – „Ale z pewnością zacznie. Zobacz jak wieje, coraz bardziej. Taki wiatr przynosi z sobą deszcz. Zobaczysz.”
B – „Weź Fazula skończ już kręcić te swoje drama-filmy. Normalnie w telewizji można cię zatrudnić z takimi scenariuszami. Nie będę tego słuchać”.
Wygrzebałam z torebki odtwarzacz mp3, który zawsze gdzieś tam mam, nastawiłam muzyczkę taką pobudzającą tyłek do ruszania się i wsadziłam sobie słuchawki do uszu. Fazula mogła sobie teraz nawijać i tak jej nie słyszałam. Byłam szczęśliwa. Już nic mnie nie bolało. Na drodze pustki, tylko ten silny wiatr, muzyka i ja. Tak się fajnie szło, że wyobraziłam sobie, iż za jakiś czas będę potrafiła tę trasę nie tylko przejść, ale przebiegnąć. Dosłownie widziałam się jak biegam tędy nad rzekę. Kiedyś tam może mi się naprawdę uda.
 
Kiedy doszłam już do tej zielonej enklawy, wyłączyłam muzykę Teraz był czas na słuchanie. Nawet wiatr trochę ucichł. Z radością pomaszerowałam do moich kamyków. Czekały na mnie. Jejku, tak się uczieszyłam na ich widok. To niesamowite, nigdy nie myślałam, iż będę się tak cieszyć na widok jakiś kamieni.
 
Postanowiłam, że dziś zaniosę je znowu do zakola rzeki, by mogły stamtąd na nią popatrzyć. A potem odniosę je na powrót pod białą wierzbę. Pierwszy poszedł ze mną Goliat. Był dziś milczący, ale pogłaskałam go z czułością. Od kiedy wczoraj powiedział, to co powiedział, patrzę już na niego zupełnie inaczej. Przyjrzałam mu się dziś i dopiero teraz zauważyłam, iż Goliat jest wyjątkowy pod względem ubarwienia. Jedna jego połowa jest jasna, a druga ciemna. I chociaż naprawdę jest nieco kanciaty, to jest w nim tyle harmoni. Taki kamienny jin i jang. Nie mówił nic, ale przypomniał mi właśnie o tym jin i jang we mnie i we wszystkim co jest.
Goliat i jego jin i jang
Potem poszłam po Jonasa. Ledwie wzięłam go do ręki usłyszałam:
J – „Przytul mnie”
Przez ułamek sekundy byłam zdziwiona tą prośbą, ale bez zastanowienia przytulilam go do serca. Szałam z nim tak tuląc go, wzruszona.
J – „Przytulałaś dzisiaj już kogoś?” – usłyszałam nagle jego pytanie.
B – „Nie”
J – „To jak wrócisz dziś do domu, to przytul proszę wszystkich kogo tam masz. Obiecujesz?”
Totalnie mnie to rozłożyło. Rozpłakałam się. Jakie my ludzie mamy stereotypy w głowach. Mówi się, że coś lub ktoś ma kamień zamiast serca, a tutaj ten Kamień przypominał mi o okazywaniu Miłości. O przytulaniu. Zawstydzał mnie. Ale byłam mu taka wdzięczna.
B – „Obiecuję.”
Uśmiechnął się.
 
Wzięłam do ręki następny kamnień. Od razu poczułam, że to dziewczynka. Przedstawiła się jako Anika.
Anika jest tą, która słucha. Ma duże kamienne ucho i sama cała jest jakby uchem. Kształtem przypomina łzę albo spadającą kroplę wody.
„Otwórz twoje wewnętrzne uczy i słuchaj” – powiedziala mi – „Słuchaj co mówi woda. Słuchaj co mówi rzeka. Słuchaj co mówi ocean. Słuchaj co mówi kropla. Słuchaj wody w tobie. Ty jesteś wodą”.
Postałam z Aniką w zakolu rzeki wsłuchując się w ten szept wody. Kilka minut słuchania – razem z Aniką – nadało tej chwili jakąś taką świętość. Podziękowałam jej za tą piękną pierwszą lekcję nowego rodzaju słuchania.
Anika
Poznałam potem jeszcze Kamień, który dał mi lekcję czucia zapachów. Nie znam na razie jego imienia, powiedział, iż przyjdzie dzień, iż wywącham jego imię.
Poznałam Bernadetkę i Tatankę. O nich opowiem wam innym razem.
 
Ale dziś opowiem wam jeszcze o Szarym. Szary jako jedyny spośród moich 12 Kamieni, rzeczywiście jest szary. Wzięłam go ręki i zobaczyłam, że przygląda mi się nieco ponura twarz. Przypatrzyłam się jej dobrze. Szary przypominał odrobinę jakiegoś…
B – „Szary, jesteś kosmitą?’ – zapytałam go wprost.
Sz- „A ty nie jesteś?” – odparował w odpowiedzi. – „Wszyscy jesteśmy kosmitami.”
No tak. Przecież to takie oczywiste. Wszyscy jesteśmy dziećmi Wszechświata. Maleńką częstką Kosmosu.
Chciałam Szaremu zrobić zdjęcie, ale kiedy uniosłam z nim rękę by kliknąć mu foto na tle rzeki, kazał mi ją unieść wyżej.
Sz- „Chcę żeby było widoczne niebo” – powiedział.
To nie było życzenie. To było jego stanowcze zdanie. Ok. Należy to uszanować. Kliknęłam mu fotkę tak, by była widoczna i woda, i kawałek nieba. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną.
Kiedy przechodziliśmy obok wierzby, strażniczki wejścia do zakola rzeki, Szary nagle zapytał, czy nie mogę go na chwilę usadowić na drzewie.
B – „Na drzewo chcesz? Serio?” – musiałam się uśmiechnąć.
Sz- „Jak myślisz ile razy w ciągu ostatnich tysiąca lat mogłem oglądać świat siedząc na drzewie?” – zapytał trochę ponuro.
No, nie mogłam go nie zrozumieć. Zatem usadowiłam go na wierzbie i poczekalam z nim kilka minut, by się nacieszył tą nową perspektywą.
Potem, jak już odnosiłam go do reszty, Szary zadecydował, że od teraz chce bym go zostawiała na drzewie. Stamtąd jest nieco bliżej nieba. I niezależnie gdzie postanowią spędzać noc pozostałe kamyki, on Szary chce być zostawiany na drzewie. Hahaha, był taki stanowczy, że musiałam się roześmiać. I to na głos. Tak mnie rozbawił, że całkiem nieoczekiwanie pocałowałam go w tę jego ponurą gębę. „Beee”- wykrzywił się, ale i tak mu się podobało, dlatego że wiedział, tak samo jak i ja, iż odtąd będzie mógł siedzieć na drzewie.
Szary na drzewie
I właściwie cała moja kamienna gromadka z entuzjazmem przyjęła ten pomysł. 6 Kamieni znanych mi już z imienia i 6 wciąż jeszcze niepoznanych. Zostawiłam ich w ramionach wierzby. Podziękowałam za dzisiejsze spotkanie. Podziękowałam drzewom. Podziękowalam wiatrowi.
Jutro znowu tu wrócę.
 
Kiedy szłam już do domu, na maxa szczęśliwa, nie mogłam się powstrzymać, by nie zagadać do Fazuli.
B – „I co mądralo, głupio ci teraz. Twoje drama-filmy się nie sprawdzają. Było cudownie.”
F – „Oj tam, zaraz głupio. No ok, było ok.”
B – „Ok? No weź przestań, zajebiście cudownie było. „
I po chwili:
B – „Wiesz Fazula, ja cię w sumie kocham. Chociaż czasem jesteś naprawdę upierdliwa”
F – „Ja ciebie też kocham, chociaż też jesteś upierdliwa.”
B – „Myślisz, że jak my tak gadamy to są to objawy rozdwojenia jaźni?”
F – „Schizofreni. Chociaż jak doliczyć do tego gadanie z kamieniami, to w twoim przypadku to nawet coś gorszego. ”
B – „Hahaha uwielbiam cię Fazula. Oprócz zrzędzenia potrafisz czasem być śmieszna”
 
Czy muszę dopowiadać, że wracałam po tej wyprawie cały czas śmiejąc się do siebie i do ludzi.
I poprzytulałam moich facetów po powrocie. No ba! Nie zapomniałam.

12 kamieni – pierwsze dwa, Jonas i Goliat

Już rano zwlekając się z łóżka, poczułam że mnie bolą jakieś takie mięśnie, o których zapomniałam, że je mam. Lekkie zakwasy po wczorajszej wyprawie i noszeniu kamieni. Ewidentny dowód na to, jaki ze mnie zdechlak. Tzn już od dawna to wiem, ale jakoś tak nie bardzo chciałam cokolwiek z tym zrobić. A teraz się okazuje, że 2,5 godziny łażenia i w sumie 48 pochylęć, by podnieść i potem położyć kamień, to dla mnie jakiś wyczyn, który powoduje zakwasy. No to się zapuściłam. I pomyśleć, że 20 lat temu to mogłam łazić w górach 30 kilometrów na dzień i to z 30 kilogramowym plecakiem. Teraz za to też mam ciężar do tachania, tyle że w postaci jakiś 50 kg mojej nadwagi przy totalnie zdechlackiej kondycji fizycznej.
Hahaha, aż mi się śmiać zachciało, jak pomyślę, iż musiały mi się jakieś kamienie w opowieści Ewelinki objawić, żebym WRESZCIE zechciała coś z tym moim zdechlactwem i nadwagą zrobić. No ale to najwyżej będzie taki milutki bonusik uboczny. Oczywiście jak mi się uda wytrwać.
Dobra, mam lekkie zakwasy, ale nie ma, że boli, idę dziś nad tą rzekę nosić te kamienie.
No to idę. Spacerek całkiem przyjemny i już się cieszę na spotkanie z moimi kamieniami. Po jakiś 35 minutach jestem już nad rzeką i …
pierwszy zong!!!
Tam w zakole rzeki, tuż przy miejscu gdzie zostawiłam wczoraj kamienie leżą ludzie i gadają. No kurde, kurde, kurde! Fazula oczywiście na pełnych obrotach nawija do mnie:
F – „Po cholerę oni tam są. Nie będziesz przy nich nosić kamieni. Będą się na ciebie gapić. Będą pytać. Olej to. Jutro przyjdziesz…”
B – „Zamknij się. Muszę pomyśleć.”
F – „A niby co teraz robisz?”
B – „Dobra, no niech ci będzie. Nie mam ochoty na noszenie kamieni przy nich. Będą mnie rozpraszać. Ale ani mi się śni odpuścić. Właśnie, że będę nosić te kamienie. Co mnie obchodzą jacyś ludzie”
F – „To parka zakochana jakaś jest. Nie widzisz? Będziesz im przeszkadzać. Może wyznają sobie teraz milość. Może to ich jedyne miejsce gdzie mogą być sami. A ty chcesz tam teraz akurat koło nich leźć z powodu jakiś kamieni?”
B – „No dobra. Może masz racją Nie będę im psuć randki. Połaże trochę nad rzeką i wrócę tu. Może do tego czasu już pójdą”
No i poszłyśmy z Fazulą połazić wzdłuż rzeki. Fazula co jakiś czas próbowała mi nawijć żebym poszła do domu. Serio była już aż natrętna.
B – „Weź się wypchaj. Nie poddam się tak łatwo. Choćbym tu miała do wieczora czekać”
F – „Taaa, do wieczora. I co kamienie będziesz nosić po ciemku? „
B -„Weź już skończ. Albo chociaż zmień płytę”
F – „To może weź zabierz te kamienie do domu. I będziesz je nosić codziennie np z parteru na 7 piętro”
B – „Pogrzało cię? Jak mam wziąć te kamienie do domu. One nie należą do mnie. Tylko do samych siebie. I póki co, to tu nad rzeką jest ich dom. Nie mogę ich wziać do jakiegoś bloku. Nie wymyślaj już. Lepiej patrz, ta parka już poszła. Mogę lecieć do moich kamieni”.
I poleciałam prawie w podskokach. Przywitałam się z nimi z radością. I z pełnym entuzjazmem zaczełam je nosić.
Trochę dalej niż wczoraj. Potem w inne miejsce je odstawiać. W międzyczasie odkryłam, że one mają dusze. Że mogę się z nimi zaprzyjaźnić. Że mogę zapytać je o imię, poczuć je…
W tym samym międzyczasie Fazula zajmowała się różnymi innymi rozpraszaczami. A to psami, które nadbiegały wyprowadzane na swoich spacerach, a to krukami nad głową, a to gałęzią, która poharatała mi nogę. Koślawą ścieżką, bólem w kolanie, całym przemarszem innych rzeczy.
Przy 6- tym kamieniu moja uwaga znowu skupiona była tylko na nim.
Wysmukły w kształcie, układał mi się pięknie w dłoni.
B – „Jak masz na imię? Bartek? Aron? Nie? Jonas. Jonas? Jonas. Ładne imię. Witaj Jonasie”
Prawie z czułością położyłam go obok wcześniejszych pięciu.
Jonas
Siódmego nie pamiętam.
Ósmy był nieco większy niż reszta, kanciaty i taki jakiś domagający się uwagi. Od razu znowu skupiłam się na nim. Zapytałam o imię.
K – „Goliat – usłyszłam jego odpowiedź.
B – „Goliat? Serio? Co to za imię? Na serio Goliat?”
K – „Goliat” – Powtórzył Kamień.
B – „Goliat… Czemu takie imię?”
K – „Bo to, że coś jest kanciate i ciężkie nie znaczy, że nie chce miłości”
Wow… rozczulił mnie. Kanciaty, cięższy, nie leżał idealnie w dłoni. Ale z miejsca go polubiłam. Jego kanciatość jest może nieco gburowata, ale jest w nim tyle kochania… Nie mogłam przestać o nim myśleć.
Goliat

Potem nosiłam resztę. Przy każdym kolejnym czułam bardziej, iż jestem zmęczona. Potykałam się na ścieżce z dziurami, zahaczałam o wystające gałęzie. Ale wytrwałam i wszystkie moje 12 kamieni ułożylam w nowym miejscu. Jak się z nimi żegnałam poprosiłam Goliata by z pomocą Jonasa czuwał nad całą gromadką. Zostawiłam ich tam pod opieką białej wierzby, ze śpiewem rzeki w tle.

Szczęśliwa wracałam do domu, choć serio plątały mi się nieco nogi bo tak już łupało mnie w kolanie. Ale co tam. Jestem szczęśliwa i dumna z siebie.

12 kamieni – wyzwanie CUD

Długo szukałam zadania odpowiedniego dla mnie. I wreszcie mam . Choć to niesamowite w jaki sposób owe zadanie do mnie przyszło. Odsłuchiwalam po raz któryś tam pewien filmik Ewelinki. I dopiero dziś usłyszałam w nim opowieść o 12 kamieniach. Jak to się stało, że nie słyszałam jej prędzej, mimo że przecież odsłuchiwałam już ten filmik nie raz? Nie wiem. Ale pewnie tak jest, że wszystko przychodzi do nas wtedy, kiedy mamy już na to wewnętrzną gotowość. Tak wiec mam moje wyzwanie CUD. Dla Ciala, Umysłu i Duszy. A jednocześnie Czas Unieść Dupę. Taki pakiet wszystko w jednym.

Zaczęło się z grubej rury, bo w drodze nad rzekę pokłóciłyśmy się z Grażką. Tak, zamiast sama stanąć do tego zadania, to zafascynowana odkryciem chciałam się z nią podzielić, opowiedzieć jej o nim. Szłyśmy razem w stronę rzeki, ja już z takim nastawieniem, że to będzie mój pierwszy dzień wyzwania. Ona bardziej w ramach spacerku. To nie był dobry pomysł, byśmy szły razem. Już od dawna to nie był dobry pomysł. I po prostu dziś wybuchnęło. Pokłóciłyśmy się. Jednak, chociaż to niemiłe doświadczenie wywołało silne emocje, to w ostateczności było błogosławieństwem i to chyba dla nas obu. Na pewno było też potrzebną lekcją. 
Natomiast w odniesieniu do wyzwania z kamieniami pokazało mi wyraźnie zaraz z początku, iż to wyzwanie jest moje i mam stawić się do niego sama. Przecież wystarczy, że będę musiala się zmierzyć z własną Fazulą, nie potrzeba mi dodatkowo słuchać w tym procesie jeszcze umysłu Grażki.

Ale emocje po tej kłótni jednak zawrzały we mnie. Tak silnie, że nawet nie bardzo pamiętam dziwgania tych pierwszych kamieni. Wybierałam je podnosząc z ziemi zupełnie przypadkowo.  Nawet się im nie przyglądając. Dopiero tak przy czwartym zaczęłam bardziej się skupiać na nich, niż na tym co wyprawia mi się jeszcze na żółtej czakrze.

Schylałam się po kamień, szłam z nim jakieś 20 metrów, znowu się schylałam układając go na ziemi. Stopniowo zaczęłam się rozluźniać w środku. Dostrzegłam, iż to niby bezsensowne noszenie kamieni może mieć dla mnie niezwykle transformującą moc. Przy 8 czy 9 wiedziałam już, że na pewno chcę to robić. Nie tylko dziś, ale cały miesiąc. Wiedziałam, że znając mój słomiany zapał, brak wytrwalości i lenia w tyłku, będzie mi nieraz trudno, ale że to niepowtarzalna szansa i mam cholerny obowiązek stawić się do niej. Nie żeby coś sobie udowadniać, ale z żeby tej mojej duszczce wreszcie pokazać, że zależy mi na niej.

Kiedy odnosiłam kamienie spowrotem na ich miejsce czulam, iż już je lubię. Podobają mi się, mimo że jeszcze są dla mnie jedynie anonimowymi kamieniami. Podziękowałam im i pożegnałam się z nimi jak z nowo poznanymi kumplami.

Jutro do nich wrócę.

słowa – żywe istoty

Układałam dziś w takiej szufadzie, w której trzymam różne rzeczy do podarowania. I chociaż zaglądam do niej często, to chyba pierwszy raz od bardzo dawna wyjęłam z niej wszystko, by zrobić nowy porządek. I wtedy zobaczyłam całkiem z tylu, na jej dnie woreczek, a w nim jakieś kartki i koperty. Sama musiałam ten pakuneczek tam kiedyś włożyć i leżał zapomniany, by właśnie dziś zaskoczyć mnie totalnie swoją zawartością.

W środku znalazłam list. List napisany do mnie 05 grudnia 2013 przez kogoś, kto w dobie internetu, zadziwiony sam sobą, że to robi, pisał swój pierwszy (i jedyny) w życiu prawdziwy list. Kartka papieru w kratkę, drobniutkie pismo kreślone męską ręką. I słowa pełne miłości i wdzięczności. Nawet naklejki z serduszkami, kiczowate i infantylne, ale jakże wymowne, bo przecież wiem, że musiał je ekstra w tym celu wybrać w sklepie…

Rozczuliłam się na maxa. Literki ulepione w słowa. Słowa, które wciąż są żywe. Nieważne, że minęły lata, nieważne że my dwoje pewnie spotkamy się dopiero w następnym wcieleniu. Tamte słowa, napisane z miłością w grudniowy dzień, wciąż są jak żywa istota. Wzruszły mnie do łez, do szybszego drżenia każdej komórki we mnie, do takiego wewnętrznego otwarcia, które dawno nie było tak szerokie.

Słowa – żywe istoty. Jeszcze bardziej namacalne i bardziej wibrujące przez te literki, nie wystukane na klawiaturze, ale napisane ręcznie. Każda z tych literek jest puzzelkiem dodatkowej opowieści. List napisany na kratkowanej kartce, wciąż mający swój charakterystyczny zapach. Gdy przyłożę nos wciąż mogę go wyczuć, po tylu latach. Ten zapach to też dodatkowa opowieść. Ten zapach wzrusza mnie także…
Literki, zapach, kolor koperty, brak znaczka, naklejki – wszystko to opowiada dodatkową historię, przywołuje szczegóły wspomnień. Porusza sercem…

I przypomniały mi się te wszystkie listy, które sama ręcznie tak kochałam pisać. I również te, które przychodziły do mnie. Wciąż mam je w wielkim kartonie. Posegregowane według nadawców. Przewiązane wstążeczkami. Kilkanaście, a może dwadzieście kilka takich pakuneczków. Setki listów. Większość w białych kopertach, ale są i takie w każdym kolorze tęczy. I chociaż wydawałoby się, iż zapomniane, upchnięte w kartonie, to przecież wciąż je mam. Wciąż mogę do nich zaglądać, dotykać je, wąchać, wzruszać się…

Nie robię tego już od dawna, ale poczulam, iż chcę znowu pisać listy. Takie właśnie na papierze. Piórem. Z charakterystycznych dla mnie literek lepić słowa. Słowa – żywe istoty.