magiczne księgi – obrazy w nowej odsłonie

Jakiś czas temu szukałam sama dla siebie jakieś pięknej księgi, która mogłaby mi posłużyć jako taka moja osobista, magiczna Księga Blasków. Dłuuuuugo szukałam w internecie takiej, która naprawdę by mi się podobała od pierwszego wejrzenia. No ale wreszcie znalazłam. Przybyła do mnie aż zza oceanu. I chociaż zachwycała mnie ona jako ona, to już mniej zachwycająca była jej cena. I wtedy właśnie pomyślałam, iż przecież ja sama potrafię również wyczarować taką ksiżkę. No dobra, może nie całkiem od początku, ale przynajmniej mogłabym gotowe już małe księgi farbami przemienić w magiczne małe księgi.

Księgi Snów
Księgi Blasków
Księgi Wdzięczności
Księgi Małych Cudów

Co tam duszy  się w takiej księdze zamarzy zapisać.

Najpierw trzeba było znaleźć same księgi, z okładkami oprawionymi w lniane płótno.  I koniecznie z kartkami takimi, na których można pisać piórem bez obawy, że atrament będzie się rozlewał jak w bibule. Ale wiadomo, kto szuka ten znajdzie. Tak i ja wreszcie znalazłam. Kupiłam pierwsze trzy na próbę, a potem zabrałam się za malowanie. I tak powstały moje pierwsze magiczne księgi.

moja galeria – Sójeczka

„Sójeczka” (2017), akryl na płótnie, 50 x 80 cm

Modelką do tego obrazu była mi sójeczxka sfotografowana przez Zdzisia Olejniczak. Zdjęcie niezwykle cudowne, zachwyciło mnie totalnie. A potem, juz w trakcie malowania sójeczka już sama pojawiła się tuż obok mnie. Takie moje szamańskie z nią spotkanie. I nawet sójkowe piórka w tym czasie do mnie trafiły.

moja galeria – Mariola i Jaguar

„Mariola i Jaguar”(2017), akryl na plótnie, 60 x 80 cm

Namalowanie tego obrazu od samego początku była dla mnie niesamowitym doświadczeniem.

Najpierw pojawiła się wizja. Ale nie mam tu na myśli zwykłej weny twórczej, tylko pewien obraz, który zaczął pojawiać się we mnie jak jakiś wyraźny sen, za każdym razem kiedy moja uwaga skupiona była w jakiś sposób na Marioli.
Widziałam jakąś górzystą krainę, przepiękną, pełną bujnej roślinności. Pośród tej zieleni jezioro i jakby wyrastającą z niego potężną górę. A na niej znajdowalo się starożytne miasto zbudowane z jasnego kamienia. Piękne, tętniące życiem, ze świątynią czy piramidą na samym szczycie. Słońce wysoko odbijało się od tych murów i jeziora tworząc taką magiczną wręcz atmosferę. I wreszcie widziałam ubraną na biało szamankę czy kapłankę. I chociaż nie widziałam dokładniej jej twarzy, to tak jak to bywa w snach, po prostu widziałam, iż to jest właśnie Mariola. Płynęła w kanu po jeziorze. I kiedy była na środku uniosła w górę ręce. Trzymała w nich jakiś przedmiot, który dla mnie wyglądał jak sierp księżyca. To był taki piekny obraz. Kapłanki Szamanki modlącej się. A potem dopłynęła do brzegu i wtedy pojawił się Jaguar. Podeszli do siebie: Mariola i Jaguar. I ona położyła mu dłoń na czole. I tak potem trwali przez chwilę w tym geście wielkiej przyjaźni, wzajemnego szacunku i miłości.
Tak to widziałam w sobie. Raz, drugi, trzeci… piętnasty, dwudziesty. Za każdym razem kiedy moja uwaga jakkolwiek skupiła się na Marioli, pojawiał się we mnie ta wizja. Jak sen, który się śni na jawie. Tak wyraźny, silny, intensywny. Tak często to do mnie wracało, od kilku miesiecy, zawsze przy Marioli, że pomyślalam, iż ta wizja się wręcz prosi by ją jakoś pokazać, uzewnętrznić. Napisalam więc do Marioli opowiadając jej co nieco i pytając czy mogę to namalować. Mariola się zgodziła.
No więc chciałam namalować obraz. A w międzyczasie zdarzyło się u mnie to, co się zdarzyło. Jaguar pojawił się przy mnie i miał dla mnie w pierwszej kolejności zupełnie inne zadanie.  Nie pozwolil się namalować. Tak więc przez wiele dni bylo tylko to:
Wreszcie jednak wszystko się poukładało i poczulam, że Jaguar czeka na mnie aż wyciągnę znowu swoje farby. Zabrałam się do tego wczoraj, bo dopiero wczoraj naprawdę byłam na to gotowa i znalalam ku temu czas i przestrzeń.
Kapsel oglądał w naszym wszystko-w-jednym-pokoju mecz i było tam dla mnie za głośno. Zatachałam zatem sztalugi do przedpokoju. Na moim małym soliczku od komutera poukładalam talerzyk z farbami, pędzelki, szmatki, wodę w kubeczku. Włączyłam sobie piękną relaksacyjną muzyczkę Frederica Delarue i zaczęłam malować.
Jaguar pojawił się na obrazie po prostu tak cudownie, że sama się zadziwiłam. Tak gładko, prosto, płynnie, bez żadnych poprawek mi się go malowało jakby sam wylewał się spod pędzla.
Potem malowałam Mariolę, ale no właśnie… Malowałam i ciągle coś mi brakowało. Mariola z wizji-snu była taka piękna, Mariola w rzeczywistości też jest piękna, a ja nie potrafiłam tego uchwycić. Ciągle czułam takie niezadowolenie artysty, no wiecie, kiedy się chce coś namalować ładniej, a nie wychodzi. I w którymś momencie, nagle usłyszałam (czy też poczułam) w sobie jak Jaguar mówi do mnie: „dość, wystarczy”. Oczywiście zdanie mojego umysłu było nieco inne, więc pomyślalam sobie „eee, pewnie mi się tylko wydawało, jeszcze tu poprawię…” Chciałam pociągnąć pędzlem jeszcze raz, a tu nagle KRACH!!! Zawalily mi się moje wielgachne sztalugi. Całkiem bez ostrzeżenia nagle sie przewróciły z wielkim hukiem. Obraz jakimś cudem został mi w ręce. Natomiast sztalugi przewracając się strąciły z szafki lampkę, w której akurat sobie kadziłam. Taką lampkę w której na dole paliła się świeczka, a na górze na sitku kadził się styraks i inna żywica. O dziwo, lampka mimo że ceramiczna, to chociaż spadła z dużej wysokości na twardą podłogę nawet nie pękła. Jednak wosk rozprysnął się na wiele plamek. A w to wszystko wsypały się jeszcze te ciemne kawałeczki żywicy. Spjrzałam na podlogę i … to wyglądało jak centki jaguara. Normalnie zdębiałam. Od razu wiedziałam, iż to znak. Nic już zatem nie domalowywałam, ani jednej kreseczki. Podziękowałam Jaguarowi i posprzątałam bałagan.
Nigdy prędzej mi się nie zdarzyło, żeby przy malowaniu jakieś Zwierzę Mocy od początku do końca było tak silnie obecne.
Niesamowite doświadczenie i jestem za nie pełna wdzięczności.

moja galeria – White & Black

Kiedy namalowalam poprzedni obraz z wilkiem dla Olivera, pojawiło się życzenie na kolejne wilki. Tym razem Danielowe. Dostalam od Daniela czarno-biale zdjecie z netu – chyba z tapeciarni, wiec nie znam autora grafiki. No i mialam mu namalować w kolorze … czerwonym. No coż. Powiem tak. Życzenie było nie moje, ale miało Moc. I dopiero teraz widzę jak wielką. Bowiem wcale nie od razu miałam chęć na ten obraz. A może miałam, ale sobie tego nie uświadamiałam???
A potem stała się w naszym domu ta awaria. Jak taki wyraźny sygnał dla mnie, żebym bez marudzenia i ociągania się wyciągnęła znowu farby i zabrała się za malowanie.
No i kiedy już rzeczywiście po nie sięgnęłam wszystko popłynęło samo.
Ten obraz namalowany na życzenie mojego syna Daniela, dla niego, jest tak bardzo Danielowy, że kiedy na niego patrzę to aż sama się zadzwiam. Wszystko w nim jest przekazem, energią, promieniuje jego Mocą. Ten obraz jest darem, moim dla mojego syna i jego darem dla mnie.

„White & Black” (2017), akryl na płótnie, 80 x 60 cm

moja galeria – Wilk

Już dawno obiecałam Oliverowi namalować mu ten obraz. Długo sie nie moglam jakoś za niego zabrać. Ale wczoraj wieczorem, wreszcie tak jakoś przyszło. I kiedy już zaczęłam, to musiałam skończyć. Motyw taki dość popularny i znany, ale moje wykonanie to i moja w nim energia. I miłość moja do syna.

„Wilk”(2017), akryl na plótnie, 50 x 70 cm

moja galeria – Kalcyt

Dawno nie malowałam. Jeszcze w ramach prezentu pod choinkę sama sobie zakupiłam nowe farby, ale od kilku tygodni jedynie leżałay one na swoich półkach. Widocznie potrzebna była mi ta faza ciszy i pauzy, wszak nic się nie dzieje bez powodu.

Wczoraj jednak poczułam, że jestem już gotowa do tego, by na nowo wyciągnąć zza lodówki sztalugi i zanurkować w kolorach. Mam do nadrobienia trzy obrazy, ale nie wiedziałam, za który chcę się zabrać w pierwszej kolejności. „hmmm… pomaluję więc chociaż tła” – pomyślałam sobie i za szafy powyciągałam bletramy. Ale przy okazji odkryłam tam dwa stare, zapomniane i  zapaciane płótna. Jakoś tak żal mi było je wywalić i stały tam za szafą czekając na swój czas. Usiadadła zatem do sztalug głaszcząc jedno z nich i przyglądając się warstwom zeschniętej zielonej farby. I nagle tak całkiem pod wpływem impulsu sięgnęłam po żółte farby. I nieco ochry, odrobinę bursztynowej …

A potem spod pędzla zerknęło na mnie jedno oko. Za chwilę drugie… „To ty?” – trochę byłam zaskoczona, że jako pierwszy pojawił się akurat on. Bo naprawdę się nie spodziewałam, że akurat objawi mi się teraz. Ale ucieszyłam się z tej miłego spotkania. A on powolutku, powolutku wyłonił się przede mną i swoją cieplą słoneczną energią od razu doładował mi akumulatorki tam gdzie trzeba.

Panie i Panowie, przedstawiam wam Kacyta.

„Kalcyt”(2017), akryl na plótnie, 50 x 60 cm

Od przynajmniej roku przychodziły mi do głowy te wizje. Nie wiem jak to opisać, ale kamienie to dla mnie nie tylko kamienie. Kiedy biorę je do ręki, to tak jakbym rozmawiała z ich duchami. I tak kiedyś, już dawno temu, przyszła mi do głowy taka myśl, by je namalować. Ale wciąż nie czułam się na to gotowa. Nadal tak myślałam. Aż tu wczoraj, całkiem niespodziewanie dla mnie samej, spod pędzla wyłonił mi się Kalcyt. Teraz już się nawet nie dziwię, iż to on pojawil się jako pierwszy…

moja galeria – dla Agniesi, kotek i motyl

Kotek wyszedł z wielkimi oczami jakby był jakiś bardzo przestraszony, ale może po prostu jest to jedynie znak, iz widzi więcej.

Kotek (1) – akryl na drewienku modrzewiowym

Za to motyl jest piekny.Niech przyniesie Agniesi harmonię i transformację, zwłaszcza tam gdzie najbardziej tego ona potrzebuje.

Motyl (1) – akryl na drewienku świerkowym

 

moja galeria – borsuki

Zrobiłam na próbę pierwszemu borsukowi zdjęcie już po polakierowaniu drewienka. Fotograf ze mnie raczej marny, a lakier odbijał światło i trudno mi było tak uchwycić, by było widać cały obrazek. No ale po wielu próbach się wreszcie udało. Jednak przekonałł mnie to do tego by tu do mojej galerii wstawiać nadal fotki drewienek zrobione jeszcze przed ich lakierowaniem.

p1000464
Borsuk (1) – akryl na drewienku świerkowym
Borsuk (2) – akryl na drewienku brzozowym

moja galeria – gołąbki dla Beatki

Poproszono mnie o namalowanie na drewienku białej gołębicy. Ale tak sama miała być? No trochę smutno by jej było, więc namalowałam jeszcze jej pana gołąbka. I oto są, gołąbki dwa.

p1000376
Biała Gołębica – akryl na drewienku modrzewiowym
p1000375
Pan Gołąbek – akryl na drewienku świerkowym

moja galeria – skrzydlate, białe i czarne

No i polubiłam to malowanie drewienek. Takie to fajne i nie trzeba wyciągać sztalug. Wystarczy usiąść sobie w ciszy gdzieś przy jakimś małym stole i już…

Tym razem skrzydlate mi spod pędzla się wyłoniły. Białe i czarne. Wszystkie je lubię. Wszystkie przyciągają mnie do siebie. I w duszy składam im pokłon. Tak po prostu. W podzięce za ich dary i lekcje. I za to że są.

Łabędź – akryl na drewienku modrzewiowym
Sroka – akryl na drewienku świerkowym
Kruk – akryl na drewienku świerkowym