„Kobieta tysiąca tajemnic” – Barbara Wood

polski tytuł: „Kobieta tysiąca tajemnic
tytuł oryginału: „Woman of a thousand secrets
niemiecki tytuł: „Das Perlenmädchen

„Tonina wiedzie idylliczny żywot na wysepce Morza Karaibskiego, setki lat zanim pojawili się tam Europejczycy. W plemiennej wiosce jest jednak outsiderką. Różni się od reszty: jest wysoka, szczupła i jasnoskóra. Jej pochodzenie okrywa tajemnica. Przybrani rodzice znaleźli ją w morzu, pływającą w koszyku. Czy złożono ją w ofierze bogom? Ocalała z katastrofy łodzi? Tego nie wie nikt. Gdy Tonina dochodzi do pełnoletniości, przybrani rodzice wysyłają ją za morze pod pretekstem zdobycia leczniczej rośliny dla chorego ojca. Wiedzą, że już nigdy jej nie zobaczą. I tu zaczynają się przygody Toniny. To opowieść pełna perypetii, aktów poświęcenia, magii, intryg, niebezpieczeństw, miłości i zdrady. Epopeja łącząca pradawne legendy, mity o jasnoskórych mężach, którzy przypłynęli w wielkich długich łodziach, historia poszukiwania przez pewną kobietę swego miejsca na ziemi.”

212909-352x500

Niemieckie wydanie książki (bo z wiadomych wzlędów czytałam właśnie po niemiecku) zachwyciło mnie jak zwykle szatą graficzną. Obrazy zawsze przyciągają moją uwagę i zwyczajnie dlatego muszę pochwalić takie okładki, jak ta. Bo w tak przepiękny sposób zdradzają nieco o czym będzie powieść.

To była 17-ta powieść Barbary Wood, jaką przeczytałam.
I muszę przyznać, że chyba najbardziej naiwna. Taka przygodowa bajka dla dużych dziewczynek. A mimo to czytało się przyjemnie. Bo chociaż fabuła była nieco jednolita (niekąńcząca się wędrówka w poszukiwaniu czerwonego kwiatu), chociaż brakowało mi tutaj jakiś spektakularnych zwrotów akcji, to jednak powieść miała to coś, co tak bardzo lubię. Nieco magii połączonej z taką zwyczajną, może naiwną prostotą.

„Dłoń” – Michał Dąbrowski

„Książka Michała Dąbrowskiego jest wybitną powieścią o naznaczeniu. O tej małej (?) prywatnej apokalipsie, jaką jest kalectwo z urodzenia – przyjście na świat bez prawej dłoni. Ta historia, która ma swe źródło we własnym doświadczeniu autora – choć się wcale do tego doświadczenia nie sprowadza – została nam podana bez wielkich słów, bez wylewu emocji. Niemal bezlitośnie, jakby chodziło o jakąś rzecz, o jakiś kęs materii pogrążony w martwocie. Albo o dziurę w murze. I dlatego ta opowieść jest tak bolesna, tak przejmująca. I taka – nie zawaham się tego nazwać po imieniu – piękna”.
— Zbigniew Mikołejko, filozof, eseista

Dostałam tę książkę w prezencie od Shonta. Z piękną dedykacją. Kilka dni temu wreszcie wieczorem się za nią zabrałam. I nie mogąc się od niej oderwać, czytałam i czytałam. Jeden wieczór…

Właściwie to nie do końca wiem, co chciałabym o tej książce napisać. Bo z jednej strony to poruszająca opowieść o walce i trudnościach jakim musi stawić czoła osoba kaleka. Z drugiej strony to również opowieść o tym, jak strach wewnętrzny potrafi człowieka otumanić, że staje się on sam sobie wrogiem.
Z pewnością jednak takie książki mają niezwykłą wartość. Pomagają spojrzeć na osoby naznaczone przez kalectwo nieco z innej perspektywy. Pomagają zrozumieć, że tam w tym drugim człowieku, niezależnie od tego jaka jest i będzie nasza postawa, kryje się lęk.
Najistotniejszy przekaz jest jednak taki, iż nikt nie jest gorszy tylko dlatego, iż w jakiś sposób jest chory, kaleki, inny od większości. I dotyczy to również postrzegania ludzi w drugą strone. To, że zdrowe osoby nie są w stanie całkowicie zrozumieć i odczuć jak się czuje osoba kaleka, nie znaczy od razu, iż są wragami. Poszanowanie drugiego człowieka oraz tolerancja jest czymś co powinno działać w obie strony.

„Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił” – Jennifer Teege, Nikola Sellmair

„Prawdziwa historia wnuczki jednego z największych zbrodniarzy hitlerowskich.

To jedno zdarzenie zachwiało całym jej życiem: Jennifer Teege, mając 38 lat, dowiedziała się, kim jest naprawdę. Przez przypadek znalazła w bibliotece książkę o swojej matce i dziadku Amonie Göcie. Miliony ludzi znają historię Götha. W „Liście Schindlera” Stevena Spielberga jest brutalnym komendantem obozu koncentracyjnego oraz kompanem „od kieliszka” i rywalem wybawcy Żydów Oskara Schindlera. Göth był odpowiedzialny za śmierć tysięcy osób i został powieszony w 1946 roku. Jego życiowa towarzyszka i ukochana babcia Jennifer Teege, Ruth Irene, w 1983 roku popełniła samobójstwo. Jennifer jest córką Niemki i Nigeryjczyka. Wychowywała się w rodzinie zastępczej, studiowała w Izraelu. Po swoim odkryciu musiała stawić czoło historii rodzinnej, od której już nigdy nie zdoła uciec. Jak jeszcze kiedyś ma spojrzeć w oczy swoim żydowskim przyjaciołom? Co powinna powiedzieć własnym dzieciom? Jennifer Teege postanawia zmierzyć się z przeszłością. Spotyka się z matką, której nie widziała od wielu lat, razem z dziennikarką Nikolą Sellmair bada historię swojej rodziny, odwiedza miejsca związane z tą przeszłością: wyjeżdża do Polski i raz jeszcze do Izraela. Krok po kroku, z przerażenia mrocznymi losami rodziny, tworzy historię własnego wyzwolenia.”

Miliony ludzi na całym świecie obejrzało film „Lista Schindlera”, a w nim sceny jak Amon Göth, komendant obozu koncentracyjnego w Płaszowie, strzela z balkonu do ludzi. Sceny z filmu, opowiadające tylko w niewielkim stopniu o prawdziwej brutalności, prawdziwym sadyźmie jednego z największych zbrodniarzy wojennych, winnego śmierci tysięcy ludzi. Te sceny zapadły głębowko w pamięci widza…

Jakże szokujące musiało być dla ciemnoskórej Jennifer Teege odkrycie, iż to ona właśnie jest rodzoną wnuczką Amona Göth.

W książce „Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił” Jennifer Teege opowiada swoją historię. Opowiada w sposób niezwykle szczery, przejmujący, odważny. Rozprawienie się z demonami przeszłości, nawet jeśli owa przeszłość nie dotyczy bezpośrednio nas, a naszych przodków, to nieprzemilczanie jej okazuje się być bardzo ważnym krokiem dla psychicznej wolności.

Książka opowiada nie tylko historię Jennifer, ale też odkrywa przed nami wiele faktów, o których się nie mówi. To również opowieść o innych dzieciach i wnukach zbrodniarzy, o balaście na duszy, który nosi tak wielu.

Dla mnie osobiście ta książka jest jak taki odnaleziony brakujący puzzel, który pomaga bardziej obiektywnie przyjrzeć się całości. Niezwykle istotny, niezwykle poruszający.
I dziękuję Jennifer za to, że zechciała podzielić się swoją historią.

Jeśli znacie język niemiecki to polecam obejrzeć ten filmik, w którym Jennifer mówi o sobie i o tym, dlaczego napisała tę książkę.

http://www.youtube.com/watch?v=hDDZG-y4Ed0

 

„Kobiety z bloku 10” – Hans Joachim Lang

„Porażająca opowieść o eksperymentach medycznych, dokonywanych na kobietach w Auschwitz.
Ta historia nie została dotąd należycie zbadana i opisana. Przez blok 10 w Auschwitz, gdzie dokonywano zbrodniczych eksperymentów medycznych, przeszło około ośmiuset kobiet. Przeżyło trzysta. Część z nich opowiedziała autorowi, co im robiono. Kim był niesławny profesor Clauberg, „specjalista” od sterylizacji? Jak działało jego „laboratorium”? Jakie metody stosowali i co „badali” inni pseudo-lekarze? Historia ofiar, katów, sadystycznych „operacji” i codzienności obozu opisana na podstawie badań archiwalnych i rozmów z ofiarami”

219987-352x500

Skończyłam czytać tę książkę tuż przed Świętami, ale ze względu na jej tematykę nie chciałam wtedy o niej pisać. Bo temat jest ciężki, niezwykle smutny. I chociaż napisano tak wiele książek o holokauście, chociaż sama przeczytałam sporo o tematyce obozowej, to ta jest jednak nieco inna.

Hans Joachim Lang poruszył temat eksperymentów medycznych przeprowadzonych w Auschwitz na kobietach. Ale zrobił to w sposób niezwykle wrażliwy. Z jednej strony cała jego praca opiera sie na dokumentach, aktach urzędowych, zeznaniach świadków z procesów sądowych, wywiadach lekarskich, autobiograficznych zapiskach ofiar i wywiadach z nimi. Z drugiej strony na plan pierwszy wysuwa sie doświadczenie jednostki. Lang opowiadając o upokarzających i bolesnych eksperymentach, o przymusowej sterylizacji jakiej były poddawane kobiety z bloku 10, opowiada historię i przeżycia poszczególnych ludzi. To nie jest jedynie historia bezimennych kobiet, które uprzedmiotowiono, ale opowieść o konkretnych osobach, znanych z imienia i nazwiska, o ich cierpieniu, o lęku, o upokorzeniu, o emocjach, o poczuciu samotności, o tęsknocie za dziećmi. Ale też o tym jak w tym piekle potrafiły stworzyć światełko w tunelu.

To opowieść o historii przemilczanej, mało znanej. I o tym co działo się potem. Bowiem Lang nie poprzestaje na zrekonstruowaniu doświadczeń obozowych kobiet z bloku 10. Przygląda się także temu, jak dokonano rozrachunku powojennych Niemiec w kwestii sądzenia „lekarzy” i wypłaty odszkodowań ich „pacjentom”.

Ta książka to z pewnością nie łatwa lektura. I można się zastanawiać po co sięgać po takie pozycje. A jednak warto…

„Płótno” – Agata Kołakowska

„W życiu młodej malarki Niny Sadowicz zbiegają się dwa szczęśliwe wydarzenia. Zaręcza się z ukochanym Michałem, a jej obrazy zaczynają odnosić sukcesy na rynku aukcyjnym. To pierwsze zwiastuje szczęście w życiu prywatnym; drugie – pomaga jej uwierzyć, że w przyszłości będzie mogła utrzymywać się ze swojej pasji – malarstwa, a nie jak dotąd z pracy w biurze nieruchomości. Wszystko zaczyna się doskonale układać. Nina ma nadzieję, że wreszcie dostrzeże dumę również w oczach swego wymagającego ojca. Sielanka zostaje jednak przerwana…
„Płótno” to historia o prawdziwej pasji. O przewrotnym losie, który daje i odbiera. O walce o siebie i ze sobą. To także opowieść o przyjaźni i o tym, że znalezienie oparcia w drugim człowieku może być receptą i lekarstwem na przeciwności losu.”

Zachwyciła mnie ta powieść.
Co prawda początek zapowiadał się tak, iż już myślałam, że będzie to jakaś typowo babska obyczajówka. Ale już po kilku stronach wiedziałam, że ta książka ma do zaoferowania coś więcej. Zwłaszcza komuś takiemu jak ja.
I kiedy czytałam opis obrazu namalowany przez główną bohaterkę czułam doskonale ten trudny do opisania czar jaki zna każdy, kto z miłością sięga po pędzle… Dla mnie to prawdziwa magia.

I tak naprawdę przeczytałam tę książkę nie tak, jak zwykle czytam książki, ale tak jakbym oglądała właśnie jakiś fascynujący obraz. Dla mnie to wcale nie była opowieść o Ninie i jej problemach. Mimo, że to ona jest tutaj główną bohaterką, to ja widziałam ją tak jakby była jedynie tłem, dla tych wszystkich niesamowitych wspaniałych ludzi, którzy jej towarzyszyli. To Marcin, pani Ala, Aniela i Jan, Włodek czy Martyna są dla mnie prawdziwymi bohaterami tej powieści. Nina na dobrą sprawę mnie wręcz irytowała. Na szczęście właśnie to nie o Ninie jest ta książka. Ale o tym, że życie jest jak płótno i to od nas zależy co na nim namalujemy i w jakich kolorach będzie obraz naszego życia.

„Kłamczucha” – Małgorzata Musierowicz

“Aniela Kowalik nie była pięknością. Miała wszak dużo tego, co się nazywa urokiem osobistym.I ta właśnie Anielka przeżyła wielką miłość. Nad morzem, w swej rodzinnej Łebie, poznała chłopaka, który wprawdzie nie bardzo spodobał się ojcu Anielki, za to bardzo jej samej. To dla niego wybrała poznańską szkołę średnią, liceum poligraficzno księgarskie. I dla niego przyjechała do obcego prawie miasta.”

Nie pamiętam jakie były moje wrażenia kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, a więc dwadzieścia z grubym hakiem lat temu. Ale teraz było całkiem ciekawie. Główna bohaterka przez cały czas tak mnie irytowała, że musiałam sobie robić co kilkadziesiąt stron przerwę, by od niej odpocząć. Chyba jestem zbyt mało tolerancyjna dla notorycznych kłamców, nawet jeśli mają oni tylko piętnaście lat i są jedynie bohaterami powieści. Perełką na moje nerwy tym bardziej było wielkie oburzenie i foch Anielki kiedy sama została okłamana. Miałam aż ochotę ją porządnie palnąć w tę nadętą główkę, tak dla opamiętania.
Na szczęście inni bohaterowie zadbali o to, bym jednak czytała tę książkę z uśmiechem. Małe Mamerciątka i stara ciotka Lila całkowicie podbili moje serce. Mamerciątka dlatego że były mądre, zabawne i niezwykle rezolutne, a przy tym z wielkimi serduszkami. A ciotka za to, że malowała. Wszystkie inne jej zalety schodzą jak dla mnie na drugi plan wobec tego jej zamiłowania do pędzli, farb i obrazów. Lojalność pasjonatów malowania musi być, a co.
A tak całkiem poważnie to książka oczywiście była sympatyczna i wielkim jej plusem jest właśnie to, iż potrafiła wzbudzić we mnie takie emocje. Dzięki temu nie nudziała mnie nawet przez pół stroniczki, mimo że generalnie nie należy ona do lektur, w których się lubuję.
Jednym słowem mogę sobie spokojnie nadal odświeżać „Jeżycjadę”, na pewno nie pożałuję.

„Tubella” – Andrzej Setman

Książka ukazała się też pod tytułem: Bella – między pępkiem a granicą majtek

„Limitowana seria najnowszej książki Andrzeja Setmana – jednego z najskuteczniejszych polskich terapeutów.
Wspaniałe narzędzie do uświadomienia sobie jak mieć udane życie, związek, relacje z innymi.
Jeśli uczysz się NLP jest to lektura absolutnie obowiązkowa. Chyba że chcesz pozbawić się czegoś naprawdę cennego: umiejętności radzenia sobie z ludzkimi przekonaniami.”

Skończyłam czytać i … aż zapiera mi dech. Z zachwytu i z checi kochania.
Ta książka jest absolutnie przepiękna. Mimo że napisana takim zwyczajnym, prostym jezykiem, mimo że fabuła nie jest wcale jakaś super interesująca, mimo ze można by wymyśleć jeszcze kilka jakiś „mimo”. One wszystkie nie mają znaczenia. Bo znaczenie ma to, co napisane jest między linijkami. Tyle w niej mądrości, pogody ducha, miłości, ciepła i takiej jakieś niewypowiedzianej i trudnej do ujęcia w słowa magii życia, że zwyczajnie chce mi się więcej kochać, więcej ufać, więcej cieszyć każdą chwilą, więcej delektować samą sobą, każdym momentem, każdym napotkanym człowiekiem.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” – Jonas Jonasson

tytuł oryginału: Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann
niemiecki tytuł: Der Hundertjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand
polski tytuł: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

„Setne urodziny, huczna impreza w domu spokojnej starości i Allan, jubilat, który wyskakuje przez okno. Mężczyzna rusza w ostatnią życiową podróż. Na dworcu staje się właścicielem pewnej walizki i od tej pory zostaje poszukiwanym. Przemierza Szwecję, zdobywa przyjaciół i ukrywa się przed prokuraturą, która z czasem chce go oskarżyć o potrójne morderstwo. Snuje także opowieść o swojej przeszłości – okazuje się, że jego stuletnie życie było równie absurdalne, co sama ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości. Ta książka to także podróż przez XX w. Allan powiada, jak jadł kolację z Trumanem, leciał samolotem z Churchilem, pił wódkę ze Stalinem…”

219284-352x500Szata graficzna niemieckiego wydania znowu mnie na swój sposób urzekła.
Ale o wiele bardziej urzekła mnie sama powieść. O tej książce mówi się, iż to szwecki Forrest Gump. Ja wam powiem, że jest po prostu rewelacyjna. Pełna niesamowicie zabawnych zwrotów akcji, z niesamowicie nietuzinkowym towarzystwem, jakie towarzyszy głównemu bohaterowi. Jest tu tyle doskonałego absurdu, że zwyczajnie czyta się tę książkę z napadami śmiechawki. I ani przez moment nie jest nudno. Sensacja goni sensację, przygoda kolejną przygodę.
I niezależnie co się dzieje, nasz główny bohater ma zawsze pełen dystansu i optymizmu stosunek do życia. Tak bardzo, że jest to nie tylko ujmujące, ale wręcz zaraźliwe i terapeutyczne i dla czytelnika.
Polecam.

„Lolita” – Vladimir Nabokov

„Lolita – najgłośniejsza powieść Nabokova, jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, jest opisem seksualnej obsesji czterdziestoletniego mężczyzny na punkcie dwunastoletniej dziewczynki Dolores. Powieść przetłumaczono na kilkadziesiąt języków, wydawano ją w atmosferze kontrowersji i protestów, a autora pomawiano o pornografię i pedofilię. Obecnie uznawana jest za jedno z arcydzieł literatury światowej. Sfilmował ją w 1962 roku Stanley Kubrick i ponownie w 1997 Adrian Lyne.”

352x500

O jeju! Doczytanie tej książki do końca było dla mnie jak jedzenie świątecznego żurku w dzieciństwie. Wszyscy wokół też zachwalali jaki to dobry, „och” i „ach”, a ja z trudem męczyłam każdą kolejną łyżkę. Brrrrr….
„Lolita” była dla mnie dokładnie tym samym: jednym wielkim brrrr… i jestem naprawdę szczęśliwa, że mam już tą mega męczącą lekturę za sobą.
I nie, to nie tematyka mnie tak odrzucała, bo choć kontrowersyjna, to nie zdążyła mnie wcale zbulwersować. Nie zdążyła bowiem zadręczył mnie wprzódy ten tak zwany kunszt języka. Wszystkie te niby przepiękne (ponoć), poetyckie opisy pożądania, wszystkie te metafory, które niejednokrotnie ciągnęły się w nieskonczońość oraz poboczne niby to wtrącenia, które (jakżeby inaczej) nagle rozrastały się na długaśne akapity czy kolejne strony, powodując, że traciłam wątek powieści – wszystko to zwyczajnie mnie zanudziło. A nuda to najgorsze co może zaserwować książka. Brrrrr…

„Überman” – Tommy Jaud

„Spätestens seit es bei meinem griechischen Finanzberater keine leckeren Kekse mehr gab zu den Besprechungen, hätte ich etwas ahnen müssen. Den letzten Keks gab es, als ich einen rumänischen Waldfonds erwarb und gehebelte Discountzertifikate auf Magerschwein – das ist so eine Art verschärfte Wette darauf, dass der Preis für Magerschwein stabil bleibt, und das ist gar nichts Besonderes, weil das gibt es auch für Rinder und Baumwolle und fettes Schwein. Immer wieder scherzten Kosmás Nikifóros Sarantakos und ich über all die Teilzeit-Apokalyptiker, die sich aus Angst vor der Eurokrise zitternd Goldmünzen unter die Salamischeiben ihrer Tiefkühlpizzas steckten.
Und dann kam der Tag, an dem mir Sarantakos in nahezu arglistiger Beiläufigkeit offenbarte, dass mein Plan nicht wirklich aufgegangen sei.
»Warum denn plötzlich ›mein Plan‹?‹, hörte ich mich noch fragen, aber erst in der Tiefgarage begriff ich, was die minus 211,2 Prozent in meinem Portfolio-Report wirklich bedeuteten: Privatinsolvenz, Gosse und Drogensucht mit nachfolgendem Ausfall der Schneidezähne. Nicht mal das Studium meiner Freundin würde ich noch finanzieren können. Der einzige Ausweg lag darin, mich ebenso schnell wie klammheimlich wieder aus dieser unsäglichen griechischen Scheiße zu ziehen – ich musste zum Überman werden!”

204819-352x500

Bardziej walniętych rzeczy dawno nie czytałam. Akcja rozgrywa się w grudniu, przed sławetną datą 21.12.12. Główny bohater znany dobrze z „Vollidiot” jest nadal tak samo popieprzony i błyskotliwy. No bo kto np jeździ z krową w S-bahnie? Kto wpadłby na pomysł, by sklep-winiarnię przerobić na bunkier? Tym razem Tommy Jaud znowu mnie bardzo ubawił. Uśmiałam się wiele razy do łez. Do bolącego ze śmiechu brzucha. Książkę oceniam na bardzo, bardzo dobrą. Może się podobać zwłaszcza facetom.

„Smażone zielone pomidory” – Fannie Flagg

„Evelyn przechodzi ciężkie chwile – twierdzi, że jest za młoda, żeby być starą, i za stara, żeby być młodą. Gdy odwiedza teściową w domu spokojnej starości, poznaje wiekową panią Threadgoode. Kobieta zaczyna opowiadać Evelyn historię swojego życia…
We wspomnieniach wraca do małego miasteczka w Alabamie. Są lata 30. XX wieku, dwie przyjaciółki – Idgie i Ruth – postanawiają otworzyć kawiarnię Whistle Stop Cafe. Wkrótce staje się ona ulubionym miejscem spotkań mieszkańców i przyjezdnych. Tu każdy gość może liczyć na pyszną pieczeń, aromatyczną kawę i kawałek ciasta z kremem kokosowym. Za smakowitym menu kryje się jednak o wiele więcej – namiętności, dramaty, śmiech, a nawet… zbrodnia.
Poznając losy przyjaciółek, Evelyn uświadamia sobie, że najwyższy czas dokonać w swoim życiu kilku istotnych zmian.
„Smażone zielone pomidory” to ponadczasowa opowieść o sile przyjaźni i kobiecej solidarności.”

360693-352x500

O mamunciu!
Mam serio napisać czym dla mnie była ta książka?
Mimo tych wszystkich pozytywnych opini, jakie o niej mogłam przeczytać, mi kojarzyła się ona ze zbiorem wszelkich „sensacji” i zwyczajnych plot o innych we wsi. Nie wciągnęła mnie w ogóle, męczyłam ją, wynudziłam się i jedynie przed porzuceniem całkowićie tej lektury powstrzymał mnie fakt, iż jednak dostrzegłam, iż jest to przede wszystkim opowieść o wielkiej, prawdziwej przyjaźni. I chyba te wątki właśnie nadały tej książce sens.
Jednak ogólnie, jak to się mówi, to była zupełnie nie moja bajka.

PS. Acha, jako że uwielbiam gotować, to plusem są jeszcze przepisy na końcu. Może jakiś wypróbuję, choćby ten na te sławetne tytułowe smażone zielone pomidory.

„Małomówny i rodzina” – Małgorzata Musierowicz

„Nieoficjalnie, ale potwierdzone przez autorkę, książka uznawana jest jako tom „zerowy” cyklu Jeżycjada.

Zabawne przygody trójki rodzeństwa i ich przyjaciół w Śmietankowie. Było ich troje: dwaj chudzielce, czternastoletni Munio i młodszy o rok Tunio, oraz ich pulchna sześcioletnia siostrzyczka, z oczywistych powodów zwana w rodzinie Rzodkiewką.”

malomowny-i-rodzina

Po prawie trzydziestu latach postanowiłam wrócić do książek Małgorzaty Musierowicz, tak sobie je odświeżyć, a niektóre właściwie dopiero poznać. I tak w ramach wstępu padło na zerowy tom „Jeżycjady”, który dla mnie jest nowością.
Na początku trochę zwątpiłam, bo książeczka wydawała mi się być naprawdę infantylna, głupiutka i w ogóle napisana dla małych brzdąców. Westchnęłam, z myślą że jakoś przez to przejdę, bo nie mam w zwyczaju niedoczytywać książęk do końca. Na szczęśćie wnet się okazało, że robi się całkiem ciekawie. W dodatku tak jakoś rodzinnie, ciepło, dziecięco przyjemnie. I ani się spostrzegłam, a wciągnęła mnie ta książka na dobre.

„Autostopem przez galaktykę” – Douglas Adams

“Młody Ziemianin Arthur Dent dowiaduje się z przerażeniem, że jego najbliższy przyjaciel Ford Prefect jest kosmitą, Ziemia zaś za chwilę zostanie unicestwiona, gdyż podobno leży na trasie planowanej kosmicznej autostrady. Stosowna informacja została nawet wywieszona w jakimś galaktycznym urzędzie na Alfa Centauri, ale… Ziemianie jej nie oprotestowali. Zniszczenie ojczystej planety to dla Arthura dopiero początek niewiarygodnych przygód w czasie i przestrzeni. Ford zabiera go statkiem kosmicznym w podróż po galaktyce. Jego przyjaciel zbiera materiały do nowej edycji przewodnika – komendium wszelkiej wiedzy i mądrości – „Autostopem przez galaktykę”. W czasie tej podróży Arthur spróbuje pojąć sens życia, a także rozwiązać jedną z największych zagadek kosmosu…”

Powiem tak: trzeba mieć nieźle zryto we łbie (w pozytywnym znaczeniu oczywiście), by napisać taką książkę. I trzeba też mieć choć trochę zryto we łbie, by się przy tej lekturze zacieszać. Ja się śmiałam i to na głos, bo książka była przezabawna, na maxa zakręcona, pełna absurdów, cynicznych spostrzeżeń i takiego montypythonowego humoru.

Lektura ta jest na liście 100 książek, które każdy powinien przeczytać wg BBC. Pewnie nie zachwyci każdego, mi jednak spodobała się na tyle, że mam zamiar sięgnąć i po dalsze części.

„Pora na życie” – Cecelia Ahern

niemiecki tytuł: „Ein Moment fürs Leben”
polski tytuł: „Pora na życie
tytuł oryginału: „The Time of my Life

„Poruszająca, ciepła i zabawna powieść o tym, co się dzieje, gdy przestajesz zwracać uwagę na własne życie. Lucy Silchester mieszka ze swoim kotem w wynajętej kawalerce, wykonuje niesatysfakcjonującą pracę, coraz bardziej oddala się od swoich bliskich i nieustannie kłamie, wstydząc się nagłych i niekorzystnych zmian w swoim życiu. Życie Lucy nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie jak niektóre z dokonanych przez nią wyborów i opowiedzianych historii. Od chwili, kiedy poznaje mężczyznę, który przedstawia się jako jej Życie, uparcie powtarzanym półprawdom grozi kompromitacja – chyba że Lucy nauczy się mówić całą prawdę o tym, co dla niej naprawdę istotne.”

514ZhqClYDL._SX327_BO1,204,203,200_

Cecelia Ahern nie zawiodła mnie. Podobnie jak i inne jej powieści, tak i ta okazała się być całkiem przyjemną babską lekturą. Lekka, w żadnym wypadku naiwna, ciepła, z dawką humoru i szczyptą magii.
I choć główna bohaterka Lucy już na wstępie serwuje nam jedno kłamstwo za drugim, w dodatku poznajemuy ją jako smutną chaotkę, która sama siebie usiłuje oszukać, iż jest szczęśliwa, to jednak tak naprawdę to wrażliwa dziewczyna i nie sposób jej nie lubić. Jej Życie jest tego samego zdania. I wychodzi Lucy naprzeciw. A raczej umawia się z nią na spotkanie, by jej pomóc. No dobra, Życie na początku może nawet wydaje się być natrętne, ale to właśnie dlatego, że nigdy z nas nie rezygnuje, nigdy się nie poddaje. Zawsze wyciągnie pomocną dłoń. I jedynie potrzeba byśmy je zaczęli ponownie zauważać. I to jest właśnie przekaz tej książki. Daje nadzieję, wywołuje uśmiech, sprawia, że lekko się robi na sercu.

„Pięćdziesiąt odcieni” – E. L. James

tom 1 – Pięćdziesiąt twarzy Greya
tom 2 – Ciemniejsza strona Greya

I co?

Najpierw byłam bardzo na anty nastawiona do tej książki. Dlaczego? Bo tak. Bo była na topie, bo moi znajomi się nią zachwycali, bo coś słyszałam o czym jest i wiedziałam, że generalnie nie lubię takich powieści. Ale wyszło tak, że dałam się jednak namówić do jej przecztania.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” od początku działało mi cholernie na nerwy. Naprawdę nie przypominam sobie abym kiedykolwiek czytała coś, co równie mocno by mnie tak irytytowało.
Najpierw irytowała mnie sama Ana, ale tylko dlatego, że odkryłam, iż wiele jej zachowań i reakcji jest mi tak doskonale znanych. I czułam się jakbym przyglądała się momentami sama sobie i to nie było miłe.
Ale tak naprawdę pomimo, że Ana mnie wkurzała, to ją polubiłam.

Pod względem literackim natomiast książka jest tragiczna. Język jest naprawdę beznadziejny i wręcz infantylny. Możliwe, iż to wina tłumaczenia, ale i tak żaden tłumacz nie jest winny, że autorka oprócz Any i Greya wpierdzielała ciągle jeszcze tę wewnętrzną boginię. No ja pierdziu! Ilekroć wewnętrzna bogini się pojawiała na horyzoncie kręcąc głową, robiąc piruety albo chowając się za fotelem, miałam ochotę walnąć tą książkę w pizdu. A już szczytem wszystkiego było jak pojawiły się w jednym zdaniu wszystkie trzy: „Moja wewnętrzna bogini, moja podświadomość i ja  gapimy się na Szarego zaszokowane”. Prawie jak piędziesiąt twarzy schizofreni.

Inny temat to opisy erotyczne. Prawdopodobnie miały być tak bardzo podniecające. Nie wydaje mi się bym była jakaś pruderyjna albo oziębła (wręcz mam o sobie zdanie, że w tej kwestii jestem raczej wyuzdana), ale jak dla mnie wszystkie te sex sceny w powieści były cholernie nachalne i infantylne jednocześnie. I zamiast mnie podniecać (co by było całkiem miłe), to naprawdę mnie nudziły. No proszę was, ja rozumiem, że w realnym życiu można być zakochanym i napalonym i mieć libido takie, że się ma chęci i siły bzykać siedem razy po dwa razy. Ale to jest realne życie, a nie książka. I jak na powiedzmy 120 stronach, których przeczytanie zajmuje mi jakieś 3 godziny, muszę czytać siedem razy o seksie, to serio jest to nudne. W książce za dużo nachalnego i infantylnego seksu działa z pewnością na jej niekorzyść. A więc według mnie cała ta erotyczna strona powieści to jedna wielka porażka.

Pytanie więc dlaczego przeczytałam książkę, która taka niby marna jest. I to aż dwa tomy.

Przeczytałam dlatego, że pomimo tych wszystkich minusów było w niej coś, co jednak mi się podobało, a mianowicie wątek psychologiczny. Nie chciałabym się zbytnio nad tym tutaj za wiele rozwodzić, bowiem akurat dla mnie to dość osobiste. Powiem tylko tyle, że ta książka pozwoliła mi lepiej zrozumieć pewne rzeczy we mnie samej.
I to było naprawdę cenne.

Był taki jeden moment w drugim tomie, kiedy naprawdę się poryczałam. Czujecie? Wątpie, że znajdzie się wiele osób, które płaczą czytając „Ciemniejszą stronę Greya”, ale ja płakałam. Bo to był moment zmierzenia się z moimi własnymi demonami.

I mimo, że „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w większości działało mi na nerwy, a „Ciemniejsza strona Greya” mdliła mnie czasem od ckliwości i lukru, to jednak osobiście dla mnie warto było je przeczytać.

Zanim jednak sięgnę po tom trzeci, potrzebuję od „Greya” najpierw dobrze odpocząć.

„Hummeldumm” – Tommy Jaud

„Wer an allem schuld ist, ist für Matze sowieso klar: seine Freundin Sina. Während er in endlosen Verhandlungen die neue Eigentumswohnung klargemacht hat, sollte sie einfach nur „irgendwas” buchen. Hat sie auch. Doch musste dieses „irgendwas” ausgerechnet eine zweiwöchige Gruppenreise durch Namibia sein, ein Land, in dem jede hüftkranke Schildkröte schneller ist als das Internet? Was hat er denn verbrochen, dass man ihn nun täglich in einen Kleinbus voller Bekloppter sperrt, um ihn dann zu österreichischen Schlagern über afrikanische Schotterpisten zu rütteln? Und warum stolpert er bei minus zwei Grad in einem albernen Wanderhut über die Dünen der Kalahari, statt auf Mallorca ein Bierchen zu schlürfen? Als Matze dann noch daran erinnert wird, dass die sicher geglaubte Wohnung an andere Käufer geht, wenn er nicht sofort die fünftausend Euro Reservierungsgebühr überweist, hat er gleich noch drei neue Probleme: Das nächste Internetcafé ist fünfhundert Kilometer entfernt, der Handyakku plattgedaddelt und das einzige Ladegerät fest in österreichischer Hand…”

352x500

Uwielbiam książki Tmmy’ego Jaud, jednak czwarta powieść autora już zdecydowanie taka fajna jak wcześniejsze nie była. Główny bohater Matze wyjeżdża ze swoją dziewczyną Siną na urlop do Namibii. Urlop-marzenie okazuje się być bardzo stukniętym urlopem-porażką w gronie stukniętych, bardzo wkurzających współtowarzyszy. W sumie miało być śmiesznie. Nawet momentami było. Bardziej jednak było denerwująco. Ale może własnie takie było zamierzenie autora? Wszystkie postacie są tak groteskowo wkurzające, z głównym bohaterem Matze na czele, że strach się bać. A co dopiero z takimi na urolp kiedykolwiek wyjechać. Wkurzała mnie ta książka. Momentami nudziła. Czasem śmieszyła. Ale skończyło się całkiem fajnie. Do przeczytania raz i nigdy więcej.

„Amazonentochter” – Birgit Fiolka

tom 1 – „Amazonentochter”

„Kleinasien im 13. Jahrhundert v. Chr. ein Handelstrupp wird von einer Horde wilder, kriegerischer Frauen überfallen: Amazonen. Die kleine Selina überlebt den Überfall. Sie wächst als Tochter der Königin des Stammes auf und lernt zu jagen, zu kämpfen und ihre Freiheit zu verteidigen. Als sie mit sechzehn ihre erste Reise unternimmt, wird sie vom Prinzen des großen Königreichs Hatti entführt und nach Hattusa verschleppt. Bisher gab es in ihrer Welt nur zwei Arten von Männern: Sklaven und Knechte. Nun wandelt sich ihr Weltbild, als ihr in Hattusa der ägyptische Gesandte Pairy begegnet …”

276062-352x500

Wow! To była naprawdę fascynująca lektura.
Brigit Fiolka zabiera w swojej powieści czytelnika jakieś 3250 lat wstecz, w antyczny świat starożytnego Hatti, potem do Troi i wreszcie na dwór Ramsesa II.
Selina, adoptowana córka królowej Amazonek Penthesilei, zostaje podczas swojej pierwszej podróży porwana przez hattijskiego księcia Tudhalije i siłą sprowadzona do Hattusy. Dla dziewczyny, do tej pory wychowanej przez wolne Amazonki, świat zdominowany przez mężczyzn jest prawdziwym szokiem kulturowym. Selina zostaje uwikłana w różne ciemne intrygi, w rezultacie których jej życie jest poważnie zagrożone. Nieoczekiwanie dla niej samej wybawienie przychodzi ze strony egipskiego urzędnika…

Akcja powieści jest wartka i po prostu wciąga już od pierwszych stron. Nie ma czasu na nudę. Autorka w niezwykle barwny i interesujący sposób przybliża nam całkiem różne kultury starożytnego świata, a całość jest wręcz porywająca. Jak dla mnie byla to naprawdę świetna lektura.


tom 2 – „Das Vermächtnis der Amazonen”

„Ägypten im 13. Jh. v. Chr: Kamara, Tochter des Ägypters Pairy und der Amazone Selina, wird Zeugin eines Diebstahls. Sie wird entdeckt, gefangen genommen und von den Dieben als Sklavin nach Mykene verkauft. Dort erkennt Kamara, dass sie ihr Schicksal selbst in die Hand nehmen muss. Sie flieht, und es beginnt eine abenteuerliche Reise, die sie und ihre Gefährten nach Themiskyra führt, in die verloren geglaubte Heimat ihrer Mutter. Doch die sie verschleppt haben, wollen ihre Rückkehr nach Ägypten um jeden Preis verhindern. Kamara bleibt nur ein Ausweg ═ sie muss das zersprengte Volk der Amazonen noch einmal in den Kampf führen …”

$_1

O jeny, ale mnie przez większą część powieści wkurzała główna bohaterka. Zresztą, nie tylko ona, bo ogólnie wszystkie postacie były jakieś przerysowane i zwyczajnie działały mi na nerwy. Pierwszy tom „Amazonentochter” był taki fajny, a tutaj Birgit Fiolka naprawdę nieco spartaciła robotę. Bo książka, mimo że dużo się w niej działo i była w sumie ciekawa, to przez ten natłok debilnych postaci, w znacznej mierze mnie irytowała.

„Dziecko dżungli” – Sabine Kuegler

„Sabine jako dziecko niemieckich naukowców spędziła swoje dzieciństwo w środku indonezyjskiej dżungli w Irian Jaya, czyli zachodniej części wyspy Nowa Gwinea, wśród ludności Fayu, zapomnianego plemienia kanibali. Żyli na wyspie w pobliżu Australii przez kilkaset lat nie niepokojeni przez białego człowieka. Mała 7-letnia dziewczynka była pierwszą istotą, jaką zobaczyli, inną niż oni sami…
Sabine w wieku 17 lat nie znała samochodów, nie widziała telewizora, a nawet nie umiała nosić butów. Potrafiła za to przepłynąć rzekę pełną krokodyli, huśtać się na lianach. Przyroda była jej placem zabaw, dżungla – domem. Uczyła dzikie dzieci przyjaźni i miłości, poczucia wspólnoty, lojalności podczas zabawy i niezabijania w kłótni. Przejęła od nich sztukę przetrwania wśród nieokiełznanej przyrody oraz plemienne reguły i rytuały. Jaka jest dzisiaj Sabine, wychowywane przez dwie zupełnie różne kultury? Czego uczy swoje dzieci? Czy potrafi egzystować w cywilizowanym świecie?”

r,id,d14yMTQ7dF5qcGc7c15rc2lhemtpO3VeaHR0cDovL2dldC0yLndwYXBpLndwLnBsLz9hPTY1NDk1NjkzJmY9MDAvMDAvOTAvMDAwMDkwMERfb3JpZ2luYWxfM0ZBMTlGMDlBQTcxMjIwQS5qcGc7ZnReMQ==

Pamiętam jak kilka lat temu było w Nimeczech głośno o tej książce. Stała się ona od razu po wydaniu prawdziwym bestsellerem. A jednak tyle lat musiało minąć, by trafiła wreszcie do mnie.
Dziś o świcie skończyłam czytać i wciąż jestem pod jej niesamowitym wrażeniem.

W swojej autobiograficznej książce Sabine opowiada o swoim życiu w środku indonezyjskiej dżungli na zachodniej części wyspy Nowa Gwinea. Daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, a za to wśród prowadzącego ciągłe wojny plemienia Fayu.
Ale to nie jest zwykła opowieść jedynie o codzienności w dżungli. To mocno emocjonalna, głęboko poruszająca opowieść o tym, jaką moc ma w sobie Miłość. Miłość jako uniwersalna energia, która potrafi być silniesza niż każda nienawiść.

jj

Plemie Fayu, z szokującymi dla każdego Europejczyka tradycjami, skłócone między sobą, brutalne, siejące strach wśród innych plemion i same żyjące w nieustannym strachu. Powoli zmierzające w kierunku samozagłady. I oto wystarczyła jedna kochająca się rodzina, w której gościła po prostu Miłość. Serca pełne odwagi i mądrości. Zwyczajni ludzie. Iskierka, która raz rozpalona, przez lata odmieniła życie tak wielu.
I wróciły do Fayu przyjaźń, uśmiech, prawdziwa radość i poczucie bezpieczeństwa. Wróciła Miłość.

Sabine po powrocie do Niemiec musiała zmierzyć się z wieloma trudnościami. Nauczyć się życia na nowo. Życia jakże innego, dla niej kompletnie nieznanego, napawającego ją wręcz przerażeniem. Życia w wielkomiejskich dżunglach. I chociaż okazało się ono dla niej momentami brutalne, to jednak w swoim sercu ma ona tę niezwyciężoną Iskierkę, która pomaga nam pokonać każdą przeszkodę. Miłość.

Książka jest niesamowita. Piękna. Poruszająca. Napisana prostym językiem. Ot tak po prostu od serca. Całości dopełniają liczne fotografie.
Jak najbardziej polecam.


W 2011 na podstawie książki został nakręcony film. Naprawdę warty obejrzenia.

Sabine rozdarta między dwoma kulturami, nie mogąca odnaleść sama w sobie gdzie naprawdę jest jej miejsce, napisała jeszcze dwie kolejne książki:
„Ruf des Dschungels” /polski tytuł „Zew dżungli”
„Jägerin und Gejagte” /brak polskiego wydania
Jej mama, Dosis Kuegler, opowiedziała o wszystkim ze swojej perspektywy w książce „Dschungeljahre: Mein Leben bei den Ureinwohnern West-Papuas” /brak polskiego wydania.

„Odwet oceanu” – Frank Schätzing

Niemiecki tytuł (tytuł oryginału): Der Schwarm

„Peruwiański rybak ginie na morzu bez śladu. U wybrzeży Norwegii eksperci od odwiertów naftowych odkrywają na dnie morskim zagadkowe kolonie robaków. A potem wydarzenia następują jedno po drugim: wieloryby i delfiny atakują łodzie z pasażerami, zatapiają frachtowce na wszystkich morzach świata. Parzące meduzy przepędzają turystów ze słonecznych plaż Australii. W restauracjach eksplodują homary, rozpryskując przy tym śmiertelnie niebezpieczną substancję. Miliardy krabów wychodzą z morza w Nowej Anglii i zatruwają miasta na wschodnim wybrzeżu Ameryki. I wreszcie połowa Europy znika pod wodą na skutek potężnego tsunami… Świat morski, zagrożony przez bezmyślną działalność człowieka, musi się bronić. Konfrontacja ludzie – ocean kończy się niemal zagładą Ziemi.”

41eWOy8PkXL._SX317_BO1,204,203,200_

Oj, długo zajęło mi czytanie tej książki, ale też tomisko to jest grubaśne. Ale było warto, bo książka jest moim zdaniem rewelacyjna i wcale mnie nie dziwi, że swego czasu była tak długo w Niemczech prawdziwym bestsellerem.

I chociaż niekoniecznie każdego może pociągać temat katastroficzno – ekologiczny, to jednak ta powieść jest znakomita i to pod wieloma wzgędami.
Jest wielowątkowa i rozbudowana, ale napisana z prawdziwą pasją. Frank Schätzing nie szczędził tu wielu naukowych szczegółw, ale to właśnie one, tak drobiazgowo opisane i umiejętnie w powieść wstawione, odgrywają tutaj niezwykłą rolę. Dzięki nim nie tylko wszystko jest zrozumiałe i logiczne, ale też całość staje się bardziej prawdopodobna.

Ogólnie jak dla mnie same plusy.
Temat jest raczej z tych, który w powieściach science-fiction nie gości za często.
Bohaterowie wszyscy bez wyjątku ciekawi, ale nie przerysowani.
Brak jednoznacznego zakończenia w stylu dobre czy złe.
I jest przesłanie.

Jednym słowem jest to lektura niezwykle wciągająca, ciekawa, mistrzowska w swej kategorii.

„Krokodyl na śniadanie” – Vitus B. Dröscher

„W książce „Krokodyl na śniadanie” Vitus B. Dröscher przedstawia serię niezwykłych opowieści z życia zwierząt. Na podstawie licznych przykładów wykazuje, że ich świat jest równie bogaty jak nasz – odnajdujemy w nim przyjaźń, oddanie, chęć niesienia pomocy, ale także bezwzględną rywalizację i nienawiść, dostrzegamy przejawy zdumiewającej inteligencji oraz dużego poczucia humoru.”

O tym jak kruki łowią ryby na przynętę albo kto jest pogromcą węży w Indiach. Jaki ptak przenosi swoje dzieci w torbie i do czego zdolny jest ogier zebry by bronić swoje stado. Jaką wylęgarkę wynalazły aligatory i kto tak naprawdę rządzi w głębinach. Kilkadziesiat krótkich opowieści o zwierzętach przeróżnych. Każda z nich choć napisana prostym językiem, odrobinę przybliża nam naszych braci ze zwierzęcego świata. Trzmiel czy hiena, delfin czy urson – wszystkjie one są na swój sposób wyjątkowe i wciąż możemy tak wiele się od nich nauczyć. Polecam książkę jak najbardziej, również jako świetna lekture dla dzieci.

„Der Silberne Sinn” – Ralf Isau

„Als die Anthropologin Yeremi Bellmann mit der Leitung einer Expedition in den guyanischen Dschungel betraut wird, hätte sie am liebsten abgelehnt. Denn was sie als Kind in südamerikanischen Regenwald erlebte,quält sie noch immer. Aber ihr Forscherdrang ist stärker, und so willigt sie ein. Die Expedition folgt den Spuren des Silbervolkes, einer geheimnisvollen Urbevölkerung, die über eine besondere Gabe verfügen soll: die Gedanken und Gefühle anderer Menschen nicht nur lesen, sondern auch beeinflussen zu können… „

276079-352x500

To była pierwsza powieść Ralfa Isau, którą przeczytałam i jeśli miałabym wyrazić moje wrażenia jednym słowem to: WOW!
Jest tu wszystko co moje czytelnicze serce mogłoby oczekiwać: przygoda, miłość, mistycyzm, tajemnica, napięcie oraz całe mnóstwo wszelkiego rodzaju ciekawostek.
Czytając tę powieść wiele razy zaglądałam do Wikipedii sprawdzając rozmaite fakty i muszę powiedzieć, iż jak dla mnie Ralf Isau jest naprawdę tutaj mistrzem. W perfekcyjny sposób połączył realne fakty z fantazją, przy tym wszystkim niejako dbając o emocjonalne odczucia czytelnika.

Nie wiem czy jest polskie wydanie tej książki, ale bardzo polecam.
Pierwszy rozdział dokładnie opisujący masakrę w Jonestown jest dość przygnebiający. Ale w bardzo dobitny sposób pokazuje do czego może doprowadzić manipulacja.
Jednak Ralf Isau nie pozwala by czytelnika przytłaczał energetyczny ciężar tych smutnych faktów. Bowiem oprócz starszej i nowszej historii, oprócz przygód i ciekawostek, udało mu się wpleść w swoją powieść pokaźną dawkę prawdziwej mądrości, która – jeśli jej na to pozwolimy – pozostanie w nas już na zawsze.

„Wszystko jest wibracją” – Hejal Bobik Uta Hano

„Witajcie, Ziemianie!

Nazywam się Hejal Bobik Uta Hano. Pierwsze słowo oznacza imię, które wybrałem podczas inicjacji, drugie jest imieniem dziecięcym, którym wołali na mnie rodzice, a trzecie i czwarte są imionami moich rodziców. Dzięki temu, że nie używamy nazwisk, przedstawiając się komukolwiek od razu wiadomo czyim jesteśmy potomkiem. A nie jest to łatwe, ponieważ żyjemy w multilateralizmie. Urodziłem się na jednej z planet w gwiazdozbiorze Lwa, zwanej Saleinji (z akcentem na „j” i krótko brzmiącym „i” ).

Imiona Hejal Bobik Uta Hano są najdokładniejszym z możliwych zapisów polskim alfabetem. Problemem jest natomiast wymowa. Bo powinno wymawiać się je trochę nosowo, w sposób rozciągnięty, jakby z wymową duńską. Alfabet saleinjicki posiada jedną literę, której nie ma na Ziemi, ale na szczęście moje imiona jej nie zawierają. Gdybym trafił do Rosji zapisałbym je cyrylicą, a jak do Chin, to chińskimi znakami.

Ale przejdźmy do rzeczy? Moim zadaniem jest inspirować was kosmicznymi ideami oraz rozbudzać gwiezdnych wędrowców. Robię to na kilka sposobów, jedną z nich jest ta książka, która została stworzona na bazie mojego blogu i uzupełniona o dodatkowe rozdziały. Niektóre wpisy mogą wydać się dziwne a nawet śmieszne, gdyż powstały w odpowiedzi na pytania czytelników. Mam nadzieję, że czasu poświęconego lekturze nie uznacie za zmarnowany.

Hejal Bobik Uta Hano”

Tak sobie pomyślałam, że może i ktoś z was będzie miał ochotę przeczytać książkę mojego ulubionego kosmity.
Sama natknęłam się na nią już jakieś 2 czy 3 lata temu. Przeczytałam i cóż, powiem tylko, że lubię do niej wracać.
Tematyka jest kosmiczna, ale nie tylko. Książka odpowiada na wiele pytań i nie ważne czy się wierzy w to wszystko, czy nie. Ważne, że daje ona wiele motywacji do dalszego duchowego rozwoju, do tego, by chcieć nad sobą pracować.
Hejal Bobik podbił moje serce. Pomógł mi zrozumieć wiele spraw, ale też i samą siebie.

Hajal, dziękuję ci za to, gdziekolwiek teraz jesteś.

Książka jest dostępna w formie darmowego ebooka, a także bezpośrednio na stronie/blogu autora, tutaj:  kosmita.ofp.pl/

Ja se swej strony polecam.

„Der Duft des Jacaranda” – Tamara McKinley

„Nach dem Tod des tyrannischen Joseph Witney steht das Familienunternehmen Jacaranda Wines vor der Übernahme durch einen französischen Konkurrenten. Doch Cordelia, Josephs Witwe, ist fest entschlossen, den Verkauf zu verhindern. Sie überredet ihre Enkelin Sophie, die als Anwältin für Wirtschaftsrecht arbeitet, zu einer gemeinsamen Reise durch Australien, wo sie ihr die Geschichte von Jacaranda Wines näher bringen will. Die Fahrt wird zu einer Reise in die Vergangenheit, viele Generationen zurück, als mit der jungen Rose, die aus England kam, alles begann. Und dann begegnet Sophie dem Mann wieder, den sie um alles in der Welt vergessen wollte …”

296979-352x500

Saga rodzinna. Pełna intryg, zawiści, ale też i cieplejszych stron. Na początku strasznie się przy czytaniu nudziłam i dlatego co chwila książkę odkładałam. Potem zrobiło się nieco ciekawiej, więc wytrwałam dzielnie do końca. Dużym plusem tej powieści jest to, iż ukazuje Australię od nieco innej strony. Tej winniarskiej. Nie ma opisów kangurów, misiów koala, czy buszu. Ale są australijskie winnice, trochę historii i przynajmniej dwoje bohaterów, których uznałam za sympatycznych.

„Przepis na święta” – Debbie Macomber

„Marzenia o dziennikarskiej karierze towarzyszą Emmie od dziecka. Zatrudnia się w lokalnej gazecie w stanie Waszyngton, ale szef zleca jej jedynie pisanie nekrologów. Wreszcie Emma dostaje szansę, by się wykazać – ma przeprowadzić wywiad z trzema finalistkami konkursu na świąteczne ciasto. Temat na czasie, bo zbliża się Boże Narodzenie. Redakcja wynajmuje dla niej awionetkę, ale problem w tym, że Emma nie tylko nie znosi ciasta, ale też panicznie boi się latania. A już najbardziej nie lubi takich mężczyzn jak Oliver, pilot i właściciel awionetki. Taki przystojny i pewny siebie, że aż… intrygujący.”

Lekka, sympatyczna i przyjemna opowieść w sam raz na grudniowy zimny wieczór. Trochę romantyczna, trochę kiczowata, ale i tak dość wciągająca. Dla mnie osobiście najfajniejsze w niej były te trzy przepisy na świąteczny keks, które zamierzam wypróbować chociażby z czystej ciekawości i miłości do pieczenia. Może się okazać, iż staną się jednymi z ważniejszych przepisów na moje święta, kto to wie?

„Cień wiatru” – Carlos Ruiz Zafón

„W letni świt 1945 roku dziesięcioletni Daniel Sempere zostaje zaprowadzony przez ojca, księgarza i antykwariusza, do niezwykłego miejsca w sercu starej Barcelony, które wtajemniczonym znane jest jako Cmentarz Zapomnianych Książek. Zgodnie ze zwyczajem Daniel ma wybrać, kierując się właściwie jedynie intuicją, książkę swego życia. Spośród setek tysięcy tomów wybiera nieznaną sobie powieść „Cień wiatru” niejakiego Juliana Caraxa.
Zauroczony powieścią i zafascynowany jej autorem Daniel usiłuje odnaleźć inne jego książki i odkryć tajemnicę pisarza, nie podejrzewając nawet, iż zaczyna się największa i najbardziej niebezpieczna przygoda jego życia, która da również początek niezwykłym opowieściom, wielkim namiętnościom, przeklętym i tragicznym miłościom rozgrywającym się w cudownej scenerii Barcelony gotyckiej i renesansowej, secesyjnej i powojennej.”

Choć bardzo lubię czytać i regularnie przeglądam katalogi z Weldbilda, gdzie czasem kupuję moje książki to tak naprawdę jestem przeważnie całkowitą ignorantką jesli chodzi o bestsellery. Nigdy nie wiem co jest aktualnie na topie, a moje lektury do czytania wybieram albo sięgając po książki znanych mi już autorów, albo …. zachwyciwszy się okładką.
Tak, tak, dokładnie tak czasem mam. Nieważne czy powoli przechodzę w księgarni między regałami z książkami, czy też wertuję książkowy katalog Weldbilda zaraz po wyciągnięciu go ze skrzynki pocztowej. Tak jeszcze na szybko, bez wnikliwego zagłębiania sie w to, co tym razem ma do zaoferowania.
Czasem po prostu zwróci moją uwagę jakaś książkowa okładka. Zaczaruje mnie swoją prostotą i pięknem. Przyglądam się jej długie chwile nie jak książce, ale jak magicznemu obrazowi.
I każda kolejna minuta, w której nie mogę oderwać od niej wzroku, powoduje, że pragnę dowiedzieć się o czym opowiada ten obraz.
Dokładnie tak było w przypadku tej książki.

I jak? Zaczęło się rewelacyjnie. W opakowaniu poetyckich wręcz opisów dostajemy zaraz na początku zagadkę i już wiadomo, że będzie się działo.
Po kilku kolejnych rozdziałach byłam jednak lekko zawiedziona. Piękny język, poetyckie opisy, niespotykane gdzieś indziej porównania nie na wiele się zdały. Nawet pojawiące się jak rodzynki w dobrym serniku aforyzmy nie za bardzo pomagały. Książka zaczynała mnie nudzić. I już, już miałam się nią całkiem rozczarować, gdy nagle, nawet nie wiem kiedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, po prostu mnie wciągnęła. Coś magicznego w niej spowodowało, że coraz bardziej nie mogłam się od niej oderwać.
I do teraz nie wiem czy był to poetycki triller czy dziwna tajemnicza, magiczna opowieść. Chyba i to i to, i jeszcze trochę więcej. Bo nie przeszkadzał mi już fakt, iż niektóre kwestie były przewidywalne i w każdym innym trillerze całkowicie popsułyby efekt. Nie przeszkadzał mi też fakt, że powieść ani razu nie poruszyła mnie tak naprawdę do łez, do prawdziwego śmiechu czy innych silnych emocji. I mimo że snujący się po spowitej mgłą a jednak mrocznej Barcelonie bohaterowie, wszyscy bez wyjątku pełni byli smutku, samotni, tęskniący za miłością, to jednak jest to opowieść od przyjaźni, oddaniu i nadziei.

I kiedy skończyłam ją czytać, to przez jakiś czas musiałam pobyć sama z sobą. I wiem, że pozostanie mi ta książka długo w pamięci. Ale wiem też, że narobiła mi smaka na więcej Zafóna.