„Pensjonat” – Lois Battle

„Bestsellerowa książka Lois Battle to zabawna opowieść o rodzinie i relacjach między bliskimi ludźmi. To także pełna ciepła historia, do której chętnie powraca się przez cały rok. W rodzinnym domu spotykają się cztery kobiety – Josie Tatternall i jej dojrzałe córki, Cam, Evie i Lila. Łączy je burzliwa więź, pełna skrajnych uczuć i cichych pretensji. Po latach postanawiają naprawić błędy z przeszłości, lecz czy uda im się tym razem? Czy zasiądą radośnie przy świątecznym stole?”

352x500

Piękna świąterczna szata graficzna i ten zachęcający do przeczytania opis z okładki, że niby to „zabawna opowieść o rodzinie i relacjach między bliskimi ludźmi. To także pełna ciepła historia, do której chętnie powraca się przez cały rok.”
Spodziewacie się zatem czytelniczej magii świąt, a tu się okazuje, iż zrobiono was w wielkie BAMBUKO.

Ta ksiażka ani nie jest zabawna, ani tym bardziej ciepła. Ocieka jadem w takiej ilości, że prędzej można by tę historię określić jako opowieść o rodzinnych zawiściach, kłamstewkach, egoiźmie i kłótniach. Święta są gdzieś tam w tle, ale nikomu nie życzę takich świąt. Jednym słowem jeśli ktoś liczy na ciepłą wigilijną opowieść z humorem, to się srodze rozczaruje.

„Podróżnik WC. Wydanie II poprawione” – Wojciech Cejrowski

„Podróżnik WC” to pierwsza podróżnicza książka Wojciecha Cejrowskiego. I dlatego moje spotkanie z Cejrowskim jako autorem zaczęłam właśnie od tej lektury. I co?

Pozwólcie, że najpierw sobie trochę ponarzekam. Och, ten Cejrowski. Jak na książkę będącą swego rodzaju pamiętnikiem z podróży panuje tu swoisty bałagan, a przy tym znajdujemy w niej całkiem zbyteczne polityczno – religijne wstawki, przesiąknięte dość mało tolerancyjnymi poglądami autora. Bo oto wpierw zwiedzamy sobie z wielkim zaciekawieniem Meksyk, czytamy np o chorobie lokomocyjnej spowodowanej trzęsieniem ziemi, zaraz potem nagle lądujemy w Arizonie i wraz z Cejrowskim wędrujemy po pustyni, by za chwilę ni w pięć ni w dziesięć przeczytać rozdział (wcale nie pochwalny) o Świadkach Jehowy. I tych takich dziwacznych przemądrzalskich wtrąceń (ciągnących się czasem przez cały rozdział) jest tutaj całkiem sporo. Znaczna ich część jest tak przesiąknięta stereotypami, że wręcz żenująca do czytania.
Ale jedno Cejrowskiemu muszę przyznać: jest świetnym gawędziarzem. I dlatego książkę czyta się z przyjemnością. Uśmiałam się przy niej kilkakrotnie, bo facet naprawdę ma poczucie humoru i dystans do siebie. I co tu dużo gadać, po prostu lubię te jego specyficzne opowieści.

„Zanim się pojawiłeś” – Jojo Moyes

tytuł oryginału: Me Before You
niemiecki tytuł: Ein ganzes halbes Jahr
polski tytuł: Zanim się pojawiłeś

„Dwudziestosześcioletnia Lou spotyka na swej drodze Willa. Ona właśnie straciła pracę i rozstała się ze swoim chłopakiem, a on po wypadku samochodowym nie ma chęci do życia i chce je sobie odebrać. Will nie wie jeszcze, że Lou wtargnie w jego życie niczym kolorowy ptak.
Czy wielka miłość, nawet bolesna, naprawdę może przezwyciężyć frustrację, zniechęcenie i natarczywe myśli o samobójstwie? Doskonale rozegrana psychologicznie, sugestywna powieść o sile uczuć i magicznym wpływie człowieka na człowieka.”

Już wcale się nie dziwię dlaczego ta książka była (i pewnie nadal jest) takim bestsellerem.
I nie, to wcale nie jest jakaś zwykła romansowa historia miłosna z happy endem w stylu „żyli długo i szczęśliwie”.
I tak, beczałam przy niej, choć wcale nie przy zakończeniu.
Pamiętam taki moment, kiedy podczytywałam książkę w pracy (miałam akurat chwilkę przerwy) i akurat trafiłam na bardzo emocjonalny wątek. Łzy leciały mi ciurkiem, a ja nie mogłam się powstrzymać ani od tego nagłego płakania, ani od dalszego czytania.

I mimo, że powieść porusza trudne tematy, to jest napisana w taki piękny prosty i przystępny sposób, iż od pierwszej strony wciąga ta historia. Porusza do głębi, skłania do przemyśleń, z pewnością zmieni nieco spojrzenie na pewne sprawy. Może nie jest to książka dla każdego, ale na pewno jest przepiękna. I pozostanie w mojej pamięci na długo…

„Marna karma” – David Safier

Niemiecki tytuł (tytuł oryginału): Mieses Karma
W wydaniu polskim książka ukazała sie też pod tytułem: Mrówka w wielkim mieście.

„Kim Lange jest atrakcyjną trzydziestolatką robiąca zawrotną karierę w telewizji, a przy okazji żoną i matką. Kim jest zapatrzona w siebie i przedkłada karierę ponad życie rodzinne, nie dostrzegając, że rani w ten sposób męża i córkę. Dlatego też jej niespodziewana i absurdalna śmierć – Kim ginie od odłamka kosmicznej stacji badawczej (sic!) – wydaje się w pełni „zasłużona”.
Świat bez Kim będzie z pewnością lepszy! Jak się jednak okazuje, nie można tak łatwo odejść z tego świata, pozostawiając po sobie jedynie złe wrażenie. I dlatego właśnie, ku swemu zaskoczeniu, Kim rodzi się na nowo, by zebrać więcej dobrej karmy, jak wyjaśnia jej lakonicznie… Budda. Świetnie! Ale jak odrobić życiowe błędy, będąc… m r ó w k ą ?! Dla racjonalistki Kim to, co się dzieje, jest nie do pojęcia! Na dodatek, zanim zapracuje na powrót do świata ludzi, będzie jeszcze m.in. świnką morską, cielakiem i stonką ziemniaczaną by w końcu, jako pies rasy beagle, wrócić do swojej rodziny i przeprowadzić akcję sabotującą związek Alexa z jej dawną przyjaciółką Niną.”

Jako że posiadam w domu zarówno wydanie niemieckie jak i polskie miałam niejako porównanie. I muszę powiedzieć, że jednak kiedy się czyta tę książkę w oryginale, jest ona o wiele bardziej wyrazistsza i bardziej soczysta w ekspresji (niektórych przekleństw po prostu nie dałoby się przetułumaczyć na polski tak, by nie było wulgarnie, a było bardziej dosadnie, dlatego zwyczajnie je pominięto).
Tak czy siak powieść jest niesamowicie zabawna. Przyprawiała mnie o napady śmiechawki i zwyczajnie była takim rewelacyjnym odstresywaczem, że nawet szarówa za oknem wydała mi się przez to bardziej przyjazna. I chociaż całość jest komiczna, to w to wszystko wplecione jest tyle ciepła, tyle dobrej energii, że po przeczytaniu jakoś inaczej patrzę nie tylko na moje papużki, ale na wszystko wokół.

Bardzo mocno polecam.

„Można inaczej” – Barbara Dunaj, Andrzej Setman

„”Można inaczej” Barbary Dunaj i Andrzeja Setmana – nie jest powieścią, reportażem, zbiorem opowiadań, ani podręcznikiem. I to jest już pierwszym wyłamaniem się z konwencji literackiej. A może to początek nowego gatunku?
Ta książka nie jest przeznaczona dla każdego, choć na początku, tak może się wydawać… Niby to tylko wesołe historyjki ilustrowane śmiesznymi obrazeczkami przeznaczone do czytania w pociągu. Opisane są one lekkim piórem nie stroniącym od potocznych określeń i porównań przed którymi nie można powstrzymać śmiechu pozwalającego zapomnieć o stacji docelowej.
Właśnie na wakacjach i na plaży (mając chwilę czasu na myślenie) należy czytać tę książkę.
Jednakże najważniejszy przekaz ukryty jest gdzieś między linijkami! „Można inaczej” staje się prowokacją zmuszającą do zastanowienia się nad naszym zatęchłym systemem edukacji.
Ogromne znaczenie w „Można inaczej” odgrywa poczucie humoru pozwalające z pobłażaniem spojrzeć na świat, na siebie, na nasze przywary, a zabawne rysuneczki ilustrujące najintymniejsze zdarzenia łagodzą ostrość problemów do których przyzwyczailiśmy się podchodzić ze śmiertelną powagą. Bawiąc – uczy. Przekazuje prawdy, które nie łatwo jest zaakceptować bez zastrzeżeń.
Tej książki nie da się streścić, nie należy do żadnej kategorii. Rozdrażni swoim językiem, sprowokuje do myślenia, zbulwersuje podejściem do problemów, trafi w czuły punkt i „namiesza” w głowie.
Godna polecenia wszystkim tym, którzy myślą i czują!”

384609-352x500

Na pierwszy rzut oka książka ta wydaje się być jedynie zbiorem opowiadań czy też raczej wspominek pani Basi jako nauczycielki i wychowawczyni. Tak naprawdę każde z tych wspomnień kryje w sobie swoistą perełkę, ot taki mały skarb. Tylko trzeba umieć go dostrzec. Z pewnością jest to książka godna polecenia nie tylko dla nauczycieli, wychowawców, przedszkolanek, opiekunów dzieci, rodziców, ale zwyczajnie dla każdego. Bo niby są to tylko tak luźno opowiedziane historyjki szkolne, a jednak każda jest naładawna sporą dawką ciepła, serca, uważności i po prostu Mądrości. Nauczyłam się przy tej lekturze wiele i jestem za tę naukę autorom, a szczególnie pani Basi, niezmiernie wdzięczna.

Australiensaga – Julie Leuze

Tom 1 :  Der Duft von Hibiskus

„Kann man für seine Zukunft kämpfen, wenn man seine Vergangenheit nicht kennt? 1858: Die junge Emma Röslin aus Süddeutschland verschlägt es ans andere Ende der Welt: in die australische Wildnis. Sie schließt sich den Botanikern Oskar Crusius und Carl Scheerer an, für die sie als Pflanzenzeichnerin arbeitet. Im australischen Busch beginnt die behütete Apothekertochter ein aufregendes und gefährliches Leben. Und für den Forschungsleiter Carl empfindet sie bald mehr als nur Bewunderung. Doch Emma wird immer wieder von bösen Träumen heimgesucht, die von dunklen Geheimnissen in ihrer Vergangenheit herrühren. Nur der Aborigine Yileen kann Emma helfen …”

318823-352x500

Chociaż wiele napisano już powieści o kobietach w Australii w połowie XIX wieku, to jednak na swój sposób ta okazała się być nieco inna.
Emma Röslin ma problemy, których z powodu utraty pamięci nawet nie może rozpoznać, a co dopiero się z nimi zmierzyć.  By znależć odpowiedzi na dręczące ją pytania, a także by uciec od więzienia jakim stało się dla niej życie w jej rodzinnym domu, przymuje propozycję pracy jako astystentka botanika Oskara Crusius i wyrusza wraz z grupą badawczą na ekspedycje naukową w głąb australijskiego buszu.

Zapowiadało się, że będzie to po prostu taka jakaś zwyczajna saga australiska. Mieszanka babskich tematów, odrobina historii, romantyzmu, przygód w dalekim kraju, egzotyki i czarów.  No, czyli w sam raz coś dla mnie.
Zupełnie nie spodziewałam się tego, iż książka ta wzbudzi we mnie tyle różnych emocji. A już na pewno nie spodziewałam się, iż wyleję przy niej tyle łez. Ale warto było. Bo to była piękna powieść, która prowadząc przez australijski busz, prowadziła od wściekłości, poprzez smutek, oburzenie, rozpacz, wzruszenie, a w koncu rozlała w sercu takie miłe przyjazne ciepełko i poczucie spełnienia.


Tom 2 :  Der Ruf des Kookaburra

„1859: Die junge Süddeutsche Emma Scheerer lebt mit ihrem Mann Carl, einem Forscher, im australischen Regenwald. Als Emmas Freundin Purlimil Zwillinge bekommt, verlangt ihr Clan, dass das Zweitgeborene nach Aborigines-Tradition getötet wird. Purlimil bittet Emma verzweifelt um Hilfe, woraufhin Emma das Baby adoptiert. Dayindi, der law man des Clans, fürchtet jedoch, dass Emma mit ihrer Tat den Zorn der Geister auf sich gezogen hat. Tatsächlich passieren in der Folge seltsame Dinge, schließlich verschwindet Carl spurlos. Ist das die Rache der Geister? Oder steckt vielmehr ein alter Feind aus der Vergangenheit dahinter, der sich an Emma und Carl rächen will?”

324079-352x500

Drugi tom przygod Emmy Röslin żyjącej wśród rdzennych mieszkańców Australii okazał się równie fascynujący jak część pierwsza. Tym bardziej iż przybliża nam obyczaje, mentalność i niektóre rytuały i legendy Aborygenów, co dla mnie było niezwykle interesujące. Książka z dużą dawką emocji i egzotyki, przyprawiona intrygą, tajemnicą i oczywiście ciepłem. Takie powieści po prostu uwielbiam.

„Die Druidin” – Birgit Jaeckel

tom 1 – Die Druidin

„120 v. Chr., südlich der Donau: Die junge Talia besitzt eine geheimnisvolle Gabe, die machtbesessene Druiden nur zu gerne für sich nutzen würden. Im Haus des einflussreichen Caran sucht sie Zuflucht. Dieser nimmt sie freundlich auf, denn er ahnt nicht, dass Talia die Tochter ist, die er einst zu töten befahl und die ihn deshalb hasst. Als der Vater in Lebensgefahr gerät, steht die junge Frau vor der schwersten Entscheidung ihres Lebens …”

W swojej powieści Birgit Jaeckel zabiera czytelnika do celtyckiej środkowej Europy, gdzieś około 120 roku p.n.e. Młodziutka Talia, główna bohaterka, otoczona miłością swojej przybranej mamy, dorasta w wiosce – szkole Druidów. W dniu pierwszej miesiączki, ujawnia się w Tali nadzwyczajny, tajemniczy dar. Druidzi, chcący sprawować jeszcze większą władzę, pragną dar Tali wykorzystać do swoich celów. Dopóki jednak Talia znajduje się pod skrzydłami Vebromarry, nic jej nie grozi. Wkrótce jednak przybrana mama Talii umiera i dziewczyna, chcąc siebie chronić przed Druidami, musi uciekać. Ale gdzie? Jedynym rozwiązaniem okazuje się być schronienie w domu ojca. Problem w tym, iż Caran, jeden z najbardziej wpływowych i potężnych panów w Starym Mieście, nie wie, iż Talia jest jego córką. Problem też w tym, iż dziewczyna nienawidzi swojego ojca. Ale czy nienawiść okaże się większa niż więzy krwi? A może właśnie więzy krwi zamienią nienawiść w prawdziwą, szczerą miłość?

Nie chciałabym tu opowiadać całej historii, ale powiem tylko, że to była naprawdę fajna lektura. Napisana jest tak, że nie ma czasu na nudę. Książka po prostu wciąga. To taki całkiem udany pakiet z odrobiną historii, miłości, przygody i magii, czyli ma wszystko to. co lubię w powieściach najbardziej.


tom 2 – Der Fluch der Druidin

„Im Auftrag seines Königs entführt der Nordmann Nando die junge Sumelis, die Seelen sehen und retten kann. Sie soll den König von einem zerstörerischen Fluch befreien. Die junge Druidin ist fasziniert von der Dunkelheit, die die Seele ihres Entführers umgibt – so sehr, dass sie nicht flieht, als er sich lebensgefährlich verletzt. Nando steht in ihrer Schuld, und dennoch muss er sie dazu bringen, ihn zu begleiten …”

Drugi tom opowieści o Talii i jej córce Sumalis, był jeszcze bardziej smakowitszy od pierwszego. Birgit Jaeckel w niezwykle wspaniały i interesujący sposób przybliżyła nam dość mało znaną historię Cymbrów, w szczególności ich ostatnie lata oraz bitwę pod Vercellae, w której Cymbrowie zostali ostatecznie rozbici przez legiony rzymskie pod dowództwem Gajusza Mariusza. W to wszystko wpleciona jest przepełniona mistyką opowieść o Sumalis i Nando. Poczułam taką bliskość do Sumalis. Jej wrażliwość, jej czystość, jej szczerość i taka swego rodzaju dziecięcość poruszała moim sercem. Pojawiła się lekkość, uśmiech i wiara w to, że zawsze można wybrać tę drogę. Drogę, którą wskazuje nam nasza dusza.
Jak dla mnie to była naprawdę bardzo piękna i wartościowa powieść.

„Sieroce pociągi” – Christina Baker-Kline

„Sieroce pociągi” to pasjonująca historia o przyjaźni, poszukiwaniu bliskości i swojego miejsca w świecie.
Molly Ayer zostaje przyłapana na kradzieży książki z biblioteki. Staje przed wyborem: kilka miesięcy w poprawczaku lub praca społeczna – uporządkowanie strychu leciwej wdowy. Dziewczyna wybiera drugą opcję i trafia do domu Vivian Daly. Nie spodziewa się tego, co przyniesie jej los…
Na początku XX wieku, tysiące samotnych dzieci wywożono „sierocymi pociągami” z głodującego Nowego Jorku na farmy Środkowego Zachodu USA. Vivian była jednym z nich. Kobieta próbowała wymazać z pamięci trudne lata, jednak kufry na strychu przechowały świadectwa jej przeszłości.
Wizyty Molly przywołują wspomnienia wielu tragicznych wydarzeń, porzucenia, wyobcowania. Pomimo różnicy wieku kobiety zaprzyjaźniają się ze sobą, odkrywając że ich losy i charaktery nie są tak różne, jak mogłoby się wydawać. Obydwie spędziły dzieciństwo samotnie, na wędrówce z jednego domu zastępczego do drugiego, wychowywane przez obcych ludzi. Obie noszą w sobie wiele pytań dotyczących przeszłości, na które nie znają odpowiedzi…”

To była naprawdę poruszająca, piękna i na swój sposób niezwykła lektura.
Napisana prostym językiem, książka przybliża mało znany, ale wrażliwy epizot w historii Stanów Zjednoczonych. „Sieroce pociągi” istniały naprawdę.  W latach 1954 – 1929 przewiozły ponad dwieście tysięcy osieroconych, porzuconych czy bezdomnych dzieci ze wschodniego wybrzeża Stanów w głąb kraju. Dzieci te miały zostać przygarnięte i adoptowane, lecz bardzo często zamiast nowego domu i miłości były traktowane jedynie jak towar na targu niewolników. Pod przykrywką adopcji nierzadko czekała ich jedynie niewolnicza praca, głód i upokorzenia.

Książka napisana jest dwutorowo i poprzez te dwie historie swoich bohaterek pokazuje, że tak naprawdę mimo upływu czasu niewiele się zmieniło. Osierocone dzieci często muszą wiele wycierpieć zanim na swojej drodze natrafią na kogoś, kto naprawdę wyciągnie do nich rękę i podaruje im szczerą akceptację, ciepło i miłość.

Książka jak dla mnie jest po prostu piękna. Nieco smutna, ale też dająca nadzieję. I fakt, iż jest napisana tym prostym językiem jest tutaj plusem tej powieści. W taki niejako zwyczajny sposób przybliża ona pokolenia, ale też pozwala na nowo docenić czym jest prawdziwy dom.
Bo to nie taka znowu oczywistość.

„Dziewczynka z balonikami” – Agnieszka Turzyniecka

“Jak to się dzieje, że dla młodej, inteligentnej i wykształconej kobiety życie traci swój urok i staje się koszmarem, z którego jedynym i upragnionym wyjściem jest śmierć? Dziewczynka z balonikami to przejmująca historia samotnej Polki mieszkającej w Niemczech, która w wyniku załamania nerwowego zostaje umieszczona w szpitalu psychiatrycznym. Stopniowo, dzięki chłodnej i prowadzonej z dystansem relacji poznajemy zmagania Marleny z depresją, jej walkę z samobójczymi myślami i duszną atmosferę miejsca, w którym pacjenci próbują – nie zawsze z powodzeniem – pokonać chorobę. Obok opisów szpitalnego życia bohaterka odkrywa swoją przeszłość, dramatyczne stosunki rodzinne i nieudane związki z mężczyznami. W końcu pewnego dnia pojawia się Martin…”

To była niesamowicie poruszająca lektura. I nie chodzi mi nawet o emocje jakie wywołała lub nie wywołała, ale bardziej o to, że zapadła ona głęboko w pamieci, skłoniła do refleksji, do przemyśleń, do spojrzenia inaczej na innych jak i na samego siebie.
Książka jest napisana niejako w formie pamiętnika, z masą dialogów, swobodnym językiem. Bardzo bezpośrednio, bez dramatyzowania ale tez bez owijania w bawełnę. Autorce udało się w doskonały sposob przybliżyć nam nie tylko zmagania bohatereki z chorobą, ale też pokazać nam jak wygląda życie osób trafiających do szpitala psychiatrycznego. Przede wszystkim jednak pomaga bardziej zrozumieć czym jest depresja, bardziej zrozumieć osoby tą chorobą dotknięte, spojrzeć na tych ludzi innymi oczami.
„Dziewczynka z balonikami” może i ze względu na tematykę nie jest łatwą lekturą, ale z pewnością to książka bardzo mądra, wartościowa. I dodatkowo może pomóc nie tylko zrozumieć nam własne problemy, ale też pomoć być lepszym rodzicem.
Bardzo polecam.

„Inferno” – Dan Brown

„Światowej sławy specjalista od symboli, Robert Langdon budzi się na szpitalnym łóżku w zupełnie obcym miejscu. Nie pamięta, jak i dlaczego znalazł się w szpitalu. Nie potrafi też wyjaśnić, w jaki sposób wszedł w posiadanie tajemniczego przedmiotu, który znajduje we własnej marynarce. Czasu na rozmyślania nie ma niestety zbyt wiele. Ledwie na dobre odzyskuje przytomność, ktoś próbuje go zabić. W towarzystwie młodej lekarki Sienny Brooks Langdon opuszcza w pośpiechu szpital. Ścigany przez nieznanych wrogów przemierza uliczki Florencji, próbując odkryć powody niespodziewanego pościgu. Podąża śladem tajemniczych wskazówek ukrytych w słynnym poemacie Dantego… Czy jego wiedza o tajemnych sekretach, które skrywa historyczna fasada miasta wystarczy, by umknąć nieznanym oprawcom? Czy zdoła rozszyfrować zagadkę i uratować świat przed śmiertelnym zagrożeniem?”

145654-352x500

Wreszcie skończyłam czytać tę książkę i odkładając ją na półkę naprawdę odetchnęłam z ulgą. Bo niby szybka akcja, niby całkiem ciekawa fabuła, ale jakoś tak dłużyła mi się ta książka niemiłosiernie, męczyła, nudziła, że nie mogłam sie powstrzymać od czytania w międzyczasie kilku innych powieści. Na i chyba odczuwam już swego rodzaju zmęczenie materiału jeśli chodzi o Browna, bo na dobrą sprawę wszystkie jego powieści są na jedno kopyto i brakuje mi już w nich czegoś nowego.

Poza tym muszę przyznać, że wręcz śmieszyło mnie i irytowało czasem to oderwane od realności zachowanie głównego bohatera. No ja rozumiem, że to fikcja literacka, ale skoro już cała akcja jest taka pokręcona, to przynajmniej dla większej autentyczności bohaterowie mogliby zachowywać się bardziej normalnie. Ale nie, u Browna główny bohater musi zawsze być jakimś absudralnym supermenem. No proszę was… Oto facet dostał niby postrzał w łeb, budzi się po nafeszerowaniu otumaniającymi lekami i od razu biega jak szalony po mieście, ma przy okazji przebłyski geniuszu, by rozwiązywać zagadki, a przy tym mimo że ciągle ucieka przed depczącymi po piętach „killerami”, to ma czas by co chwila przystawać i „och” i „ach” zachwycać się florenckimi zabytkami, które zna doskonale, bo zwiedził je już milion razy.

Doceniam za to w powieści te odniesienia do „Boskiej Komedii” Dantego. Brownowi udało się nie tylko nieco przybliżyć dzisiejszemu czytelnikowi  poemat Dantego, ale pokazać iż jest to dzieło intrygujące i miało ogromny wpływ na kulturę.

Ogólnie w moim odczuciu książka jest bardziej nudna niż ciekawa i przyznaję, że zniechęciła mnie do Browna.

„Ostatni list od kochanka” – Jojo Moyes

tytuł oryginału: The Last Letter From Your Lover
tytuł polski : Ostatni list od kochanka
tytuł niemiecki: Eine Handvoll Worte

„Ellie, dziennikarka „Nation”, trafia w archiwach gazety na tajemnicze i dramatyczne listy miłosne: ślad romansu, jaki na początku lat 60. przeżyła piękna Jennifer, żona biznesmena, z Anthonym, reportażystą. Sama Ellie, związana z żonatym mężczyzną i niepewna swego związku, też porozumiewa się z nim listami. Próbując poznać sekret dawnych kochanków, Ellie coraz lepiej rozumie swoją beznadziejną sytuację. Czy będzie umiała ją rozwiązać? Wzruszająca historia o uczuciach i sile listów miłosnych.”

38175311z

Mimo że tytuły tradycjnie są z dupy wzięte, to jednak od kilku lat książki Jojo Moyes cieszą się w Niemczech dużą popularnością i ciągle figurują na listach książkowych bestsellerów. Skusiłam się zatem i ja na jedną z powieści autorki.
I co?
Oj… Lubię czasem poczytać romansidła, bo dobry romans nie jest zły. Ale ten jakoś do mnie nie trafił. Szczerze powiedziawszy wynudziałam się przy tej książce i dopiero pod koniec nieco zaczęło mnie wciągać. Cała historia ogólnie naprawdę była ciekawa, urocza i niezwykła. Nawet poruszająca, przepełniona emocjami. Ale jak dla mnie zbyt jałowo napisana. No po prostu brakowało mi tu czegoś, co naprawdę by poruszyło mnie do głebi.
No i dodatkowo te bohaterki. Brrrrr… Były momenty w książce, że miałam ochotę potrząsnąć tymi babami. Niby piękne, inteligentne kobiety, a czasami wydawały mi się być zwyczajnymi głupimi, ignoranckimi, zapatrzonymi w siebie idiotkami. Nie polubiłam żadnej z nich.
Za to zakończenie w książce było bardzo fajne.

Ogólnie nie porwała mnie ta powieść jakoś szczególnie, ale nie była aż taka zła, żebym zniechęciła się totalnie do autorki.

„Dziewczyny z Powstania” – Anna Herbich

„1 sierpnia 1944 roku w Warszawie było pół miliona kobiet. Wiele z nich poszło do Powstania jako sanitariuszki, łączniczki, część chwyciła za broń. Wszystkie walczyły o przetrwanie. Panienka z dobrego domu w myślach powtarzała: „Boże, spraw, abym wytrzymała tortury”. Matka, która urodziła tuż przed godziną „W”, kołysała dziecko w rytm wybuchających bomb. I ośmioletnia Helenka, prowadzona na pewną śmierć. „Mamo, ja nie chcę umierać” – szeptała.
Przez 63 dni heroicznej bitwy walczyły, bały się, śmiały, kochały, opłakiwały bliskich. Mężczyźni stwierdzili: „Ojczyzna jest pierwsza. Musicie sobie jakoś radzić”. Kobiety zostały same, w obliczu dramatycznych dylematów. Włożyć coś do garnka czy kupić bandaże dla rannych? Jak zginę: z głodu czy z rąk Niemców? Ale pytanie, czy warto walczyć, w ogóle nie przychodziło im do głowy. Bo odpowiedź była tylko jedna.
Usłyszmy głos dziewczyn z Powstania.”

263658-352x500

Tyle już napisano o powstaniu, ale ta książka jest zdecydowanie inna.
Jedenaście kobiet i jedenaście poruszających, niezwykle osobistych opowieści. O walce i życiu w czasie Powstania i zaraz po nim.
Wspomnienia, które każde inne, każde na swój sposób wyjątkowe, wzruszające, momentami przerażające, każde jest świadectwem tamtych czasów.
To jest niezwykła książka o zwykłych kobietach, które po prostu musiały działać. O kobietach, które kochały, bały się, walczyły, pomagały, uciekały, ratowały, chowały, przeżyły.
Gorąco zachęcam do przeczytania.

„Mrówka na szachownicy” – Jan Kurdwanowski

„”Mrówka na szachownicy” wywołała ostrą polemikę w środowisku żołnierzy AK w kraju i na emigracji. Książka spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem, ale też i potępieniem. Ujawnia przyziemną stronę Powstania Warszawskiego, bałagan i absurd. Recenzenci książki podkreślają świetne opisy psychologiczne powstańców, poruszające literackie fragmenty i głębokie refleksje. Odwaga i strach, groza i humor, otwarta walka i zapełnione cywilnym tłumem piwnice, wszystko to autor, żołnierz batalionu Chrobry I, przeżył na swym szlaku bojowym Woli, Starówki, Sródmieścia i Czerniakowa latem 1944 roku.”

Mrwkanaszachownicy

Zaczęłam czytać tę książke dokładnie w rocznicę wybuchu powstania i wreszcie skończyłam. I co?
Mam mieszane uczucia. Z jednej strony powstanie jest tu opisane tak autentycznie, z całą gamą emocji, niejednokrotnie też takich, do których mało kto ma odwagę się przyznać. Doceniłam bardzo tutaj, że autor w swojej opowieści nie idealizuje ani walki ani bohaterstwa, a opowiada wszystko z pozycji uczestnika i obserwatora, nieraz bardzo krytycznego. Irytowały mnie natomiast jego częste skłonności do negatywnego oceniania innych i ta postawa pogardy wobec tych, którzy się boją.

Jako książka nie jest to łatwa lektura, ale jakżeby mogła być. Nie ma tu jakiś opisów bohaterskich wyczynów z przesadną dramaturgią, a raczej jest to opowieść o codziennej walce o przeżycie w tamtych realiach. Dla czytelnika męczące mogą wydawać się te przesadnie dokładne opisy miejsc zdarzeń, tu ulica taka, tam taka, skrzyżyowanie, numery domów. Ale jak inaczej opisać dokładnie walkę w takim mieście.
Ogólnie książkę polecam jak najbardziej, zwłaszcza jeśli kogoś interesuje temat powstania.

„Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę” – Robb Maciąg

„Za opisaną w tej książce podróż rowerem do Chin i Azji Południowo-Wschodniej autor otrzymał nagrodę Traveler przyznawaną przez National Gerographic. Robert Maciąg rozpoczął swoją samotną wyprawę w lutym 2004 roku. Przez pięć miesięcy pokonał rozległe tereny Chin, górzyste obszary Wietnamu, piaszczysto-błotniste drogi Kambodży i dżunglę Laosu. Dysponując dziennym budżetem w wysokości zaledwie 25 złotych przejechał 7 tysięcy kilometrów. Jego dietę stanowiły ryż, makaron, ale także gotowane węże i koniki polne. W czasie podróży zrobił prawie 2 000 zdjęć i poznał tereny dalekie od centrów turystycznych.”

352x500

Czasem zdarza się tak, że na naszej drodze trafia do nas jakaś książka, tak po prostu, całkiem zwyczajnie. Bez tego że jakoś szczególnie chcieliśmy, by do nas trafiła.
Moglibyśmy udać, że jej nie zauważylismy. Moglibyśmy po prostu nawet bez udawania naprawdę nie zauważyć.

Ale przypadki nie istnieją.
To co nazywamy przypadkiem jest najczęściej cudem, szansą na zmianę, szansą od życia na odrobinę choćby refleksji, uśmiechu, na to, co akurat w tym konkretnym momencie najbardziej nam potrzeba. To tylko kwestia tego czy zdecydujemy tej szansie dać szansę.

Dokładnie tak spotkałam tę książkę.
Trafiła do mnie właśnie teraz i podarowała mi to, czego moja dusza chciała otrzymać w darze.

Może gdybym była w zupełnie innym punkcie mojego życia, może gdybym tryskała szczęściem i radością nie dostrzegłabym ogromu wrażliwości i piękna (ukrytych pod równie dużą ilością smutku), jaką niesie w sobie ten pamiętnik Roberta Maciąga z jego podróży rowerem po Chinach, Vietnamie, Kambodży i Laosie.
Trzeba mieć w sobie także odrobinę smutku by móc tę książke naprawdę poczuć i przeżyć głęboko. Prawie tak, jakby podróżowało się na niewidzialnym rowerze tuż obok.

Może gdybym była w innym punkcie mojego życia, widziałabym jedynie opisy drogi, mijanych krajobrazów, ludzi, zmęczenia, pragnienia, głodu. Może nie dostrzegłabym tych wszystkich refleksji, które stopniowo i we mnie powodowały małą osobistą metamorfozę.

Ale przypadki nie istnieją.
Miało być właśnie tak.
Krok po kroku, strona za stroną, słowo po słowie. I na koniec, czytając już o Laosie było we mnie zupełnie inaczej niż na początku tej drogi.
Na koniec naprawdę musiałam się uśmiechnąć. Nie tylko do autora, ale i do siebie samej. A przede wszystkim do Życia, które „przypadkiem” podarowało mi tę szansę w postaci tej książki, bo to, bym sięgnęła po swoje szanse.

Z całego serca dziękuję Robertowi za podzielenie się tymi pamiętnikami.


na koniec kilka cytatów:

“Złamane serce fałszuje obraz świata. Podobnie jak zakochane. Tyle tylko, że odwrotnie.”

„W jaki sposób dwóch różnych ludzi, w tych samych warunkach, potrafi się tak różnie zachować?
Co człowiek, to tajemnica.”

„Najważniejszy w Podróży jest czas w niej spędzony. Własna jakość, a nie nazwa twojej
kurtki, ilość przerzutek czy lekkość ramy. Czas spędzony z samym sobą jest większym wyzwaniem niż niejeden podjazd czy tysiące kilometrów. Każda kropla potu cię zmienia, każda łza uszlachetnia,
każde wzruszenie umacnia.”

“Wszystko zdarza się dokładnie wtedy, kiedy się tego najmniej spodziewasz.”

„Dla tak wielu istnieje tylko A i B. To, co pomiędzy, jest nieważne. To, co pomiędzy, istnieje tylko jako godziny spędzone na czekaniu.
Droga pomiędzy A i B jest tylko przykrym przymusem. Być może ze świadomością marnowania go.
Tymczasem wszystko tak naprawdę dzieje się pomiędzy A i B. Czasem dzieje się tego tak wiele, że B nigdy nie zaistnieje. Urodzi się C. Być może nawet D.”

“Życie może być takie cudowne – nigdy nie wiesz, co się stanie jutro. Możesz przewidywać, planować, żyć marzeniami bądź stresem i… wszystko na nic. Niespodziewany telefon, niespodziewany list, niespodziewane spotkanie i wszystko, co myślałeś w dniu wczorajszym, znika. Rozpływa się i nigdy nie zaistnieje.”

„Na pewno nie wolno mówić, że coś jest niemożliwe. Uczciwiej jest powiedzieć, że jest to za trudne. Albo że nie chce się o tym myśleć,
że się o to nie dba.”

„Kafka nad morzem” – Haruki Murakami

„Piętnastoletni Kafka ucieka z domu przed klątwą ojca na daleką wyspę Shikoku. Niezależnie od niego podąża tam autostopem pan Nakata, staruszek analfabeta umiejący rozmawiać z kotami oraz młody kierowca z końskim ogonem lubiący hawajskie koszule. Ojciec Kafki zostaje zamordowany i wszystkich trzech poszukuje policja. Po spotkaniach z zakochaną w operach Pucciniego kotką Mimi, Johnniem Walkerem i innymi fantastycznymi postaciami bohaterowie trafiają w końcu do tajemniczej prywatnej biblioteki, w której czas się zatrzymał. Nocami odwiedza ją duch młodziutkiej dziewczyny w niebieskiej sukience…”

Tak właściwie to nie jest to książka, która mieści się w kategorii moich ulubionych klimatów.
Musiałam oswoić się z tym dziwnym, surrealistycznym światem bohaterów. Nie dlatego, iż mam problem z elementami magii czy fantastyki, ale jednak tutaj było to wszystko trochę zbyt dziwne. Jak dla mnie.

Powieść jest naszpikowana licznymi pięknymi metaforami, skłaniającymi do refleksji, jak dobry sernik wiedeński rodzynkami. Lubię rodzynki. A mimo to z sernikiem wiedeńskim mam zawsze problem. Z jednej strony jest znakomity, z drugiej coś w nim nie do końca mi pasuje. A „Kafka nad morzem” jest dokładnie jak sernik wiedeński. Jedyny w swoim rodzaju. Ale to Nakata i Hoshino powodują, iż nie mogłam mu się oprzeć.
Jak dla mnie ci dwaj stanowią tutaj kwintestencję niepowtarzalnego smaku, są jak najprostszy, a jednocześnie najpiękniejszy aromat, bez którego całość byłaby jednie zupełnie przeciętna i nudna.

„Złodziejka książek” – Markus Zusak

“Rok 1939. Dziesięcioletnia Liesel mieszka u rodziny zastępczej w Molching koło Monachium. Jej życie jest naznaczone piętnem ciężkich czasów, w jakich dorasta. A jednak odkrywa jego piękno – dzięki wyjątkowym ludziom, których spotyka, oraz dzięki książkom, które kradnie.”

Jechałam z synem do kliniki. Wiedziałam, że spędzimy tam wiele godzin. Na dworcu zauważyłam, iż nie wzięłam nic do czytania. Zajrzałam więc do sklepu z czasopismami i zaraz przy drzwiach zobaczyłam obok stosu wielu innych książek właśnie tą. Znowu zaczarowała mnie najpierw sama okładka. Kupiłam.

Niecałą godzinę później otworzyłam i zaczęłam czytać. Pierwsze strony… Coś z nimi było nie tak, ale co tu było innego niż w każdej innej książce? „O jejku, przecież to opowiada śmierć” – odkryłam w pewnym momencie. Musiałam się przyzwyczaić i do tego niecodziennego narratora i do kompozycji. Musiałam przywyknąć…
Ani się spostrzegłam kiedy książka pochłonęła mnie bez reszty. I dotknęła mojej duszy.

Czytałam już wiele książek o wojnie, ale żadna nie jest taka jak ta.
Bo napisać o wojnie i o umieraniu tak, jak nie napisał do tej pory nikt, to wymaga nie tyle talentu, ale niesamowitej wrażliwości w sercu.
I nie wiem jak powinnam to najlepiej ubrać w słowa, ale książka mimo że opowiada o czasach największych okropności, zawiera w sobie tyle piękna, że nie sposób tego wypowiedzieć. Można jedynie to poczuć w sercu.

To opowieść o wojnie, o jej destrukcjynej mocy, o powszechnym wtedy smutku, śmierci i strachu. Ale to również niesamowicie poruszająca opowieść o sile miłości i o przyjaźni, o odwadze i zdolności do poświęceń. O tym, że czasem w najdrobniejszych gestach kryje się najwięcej mocy.

Skończyłam czytać tę książkę, ale wiem, że  jeszcze długo będzie ona wibrowała w moim sercu. O takich książkach się bowiem nie zapomina. Takie książki przenikają do naszego wnętrza i pozostawiają tam swój piękny ślad. Prędzej czy później on da o sobie znać.

„Nieznośna lekkość bytu” – Milan Kundera

„Nieznośna lekkość bytu to finezyjne określenie cechujących człowieka antynomii: dusza-ciało, miłość-seks, myśli-słowa, odczuwanie-rzeczywistość. Kundera umieszcza akcję powieści w Pradze, na wsi czeskiej i w różnych miastach Europy, co pozwala mu dostrzegać świat i wydarzenia ważne w dziejach jego kraju w podwójnej optyce, a także unaocznić trudność wyborów, jakich dokonują jego bohaterowie.”

Nieznonalekkobytu

Nie wiem co mi padło na dekiel by przeczytać tę książkę. Pewnie te wszystkie zachęcające recenzje, te „och” i „ach”.
Zatem przeczytałam, a czytając nadziwić się nie mogłam jak można zachwycać się takim bzdurzeniem. Bo serio, ja rozumiem i nawet lubię filozoficzne rozważania, ale wtedy jesli wnoszą one coś konstruktywnego. Tymczasem to, co tutaj odwalił Kundera jest według mnie szukaniem na siłę drugiego dna w najprostszych nawet rzeczach. Bo o ile jeszcze mogłabym zrozumieć różnego rodzaju wywody na tematy polityczne, psychologiczne czy miłosne, to już dorabianie ideologi do zwykłego gówna jest w mojej ocenie jedynie tanią i marną chęcią zwrócenia na siebie uwagi.
I nie obchodzi mnie, iż ta książka to podobno klasyk i że wszyscy się nią zachwycają. Dla mnie jest ona największym gniotem jaki do tej pory czytałam.

„Unter dem Rabenmond” – Regine Leisner

„Deutschland an der Schwelle zur Bronzezeit, im 3. Jahrtausend vor der Zeitenwende. Die junge Raghna weiß, dass die Göttin ihr nicht umsonst den geheimen Pfad gezeigt hat. Doch es dauert lange, gefahrvolle Jahre, bis sie herausfindet, welche Aufgabe auf sie wartet.

Das Mädchen Raghna ist anders als die übrigen Kinder im Dorf. An einsamen Nachmittagen versteckt sie sich und fliegt mit ihrem unsichtbaren Raben weit fort. Die Großmutter verbietet Raghna die heimlichen Ausflüge, sie will eine gute Bäuerin aus ihr machen. Aber als Raghna von brutalen Streitaxtkriegern entführt wird, gibt es kein Zurück mehr. Ihre erste große Liebe eröffnet ihr den Zugang zu einem neuen Leben. Es währt nur kurz, nach dem Tod ihres Ehemanns muss Raghna fliehen. Die Begegnung mit dem geheimnisvollen Priester Caidan bringt sie endlich ihrer Bestimmung näher und schenkt ihr ein neues Glück. Doch nun droht dem Land von wilden Eroberern höchste Gefahr, und Raghna muss eine schmerzliche Entscheidung treffen.” 

index

Kiedy kupowałam tę książkę myślałam, iż będzie to drugi tom pierwszej powieści autorki pt. „Die Rabenfrau”. Okazało się jednak, iż akcja tej powieści rozgrywa się kilka tysięcy lat później, w okresie wczesnej epoki brązu. A właściwie w okresie przejściowym między archeologicznymi epokami kamienia i brązu.

Oj, muszę przyznać, iż były momenty, że zwyczajnie drażniła mnie zarówno główna bohaterka (do samego końca jej nie polubiłam), jak i dziwaczne przeskoki w powieści, całkowicie oderwane jakkolwiek od rzeczywistości. Bo ja rozumiem, iż powieściopisarstwo rządzi się swoimi prawami. Fantazja przeplata się z fikcją i dzięki temu możemy wędrować w nieznane nam światy. Ale kiedy zahowania bohaterów są totalnie odrealnione i to w decydujących momentach, zmieniających niejako życie głównej postaci, to mam wrażenie, iż autorowi zabrakło już wyobraźni na sensowne połączenie swoich pomysłów.
Takich momentów było w powieści kilka i za każdym razem mnie one zniechęcały. A już opis gdy główna bohaterka Raghna, będąca od roku niewolnicą, regularnie bita i gwałcona przez syna władcy, przy pierwszym poważnym spotkaniu z owym władcą po prostu proponuje mu małżeństwo, po czym on najpierw odrzuca ową propozycję, a dosłownie chwilę potem oboje padają sobie w ramiona, totalnie mnie rozwalił.

Jednak pomimo tych dziwnych i irytujących niedociągnięć książka mnie wciągnęła. I muszę przyznać autorce, że w niezwykle ciekawy sposób opowiedziała o trzech kulturach tamtych czasów, które to spotakły się nad Menem: kulturze bernburgeryjskiej, kulturze ceramiki sznurowej i kulturze pucharów dzwonowatych. Aż zajrzałam do netu i poczytałam więcej o tym eneolicie i ludziach, którzy wtedy żyli.

Są więc plusy i minusy tej powieści. Nie mniej jednak całkiem fajna to była lektura.

„Trzy oblicza pożądania” – Megan Hart

„Nigdy nie zdradziłam męża. Nie miałam też żadnych powodów, by podejrzewać, że on mnie zdradził. A teraz zapraszaliśmy obcą osobę do naszego łóżka. Musiałabym być stuknięta, żeby nie czuć niepokoju.
Pożądanie zwyciężyło nad zdrowym rozsądkiem. Zupełnie jak w przeszłości, gdy moje ciało zignorowało rady umysłu i serca. Dojrzałam, ale nie zmądrzałam.
Stałam pomiędzy, ale jednocześnie ponad nimi, jak dama między dwoma królami. Byli opanowani, choć gotowi zmienić to w każdej chwili, czekali tylko na moją komendę. Nie byli podobni, ale w tej chwili całkowicie nierozróżnialni.
– Chodźcie – powiedziałam cicho, ale obaj mnie usłyszeli. Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do sypialni, nie oglądając się za siebie. (…)
Podniosłam powoli ręce, ujęli moje dłonie i wtedy ich przyciągnęłam. Poczułam na plecach ręce męża obok rąk Alexa. Nie byliśmy już trójkątem o ostrych wierzchołkach, lecz tworzyliśmy krąg. Spleciony z ramion, nóg i złączony wspólnym pragnieniem.”

352x500

Skoro mam chcicowe dni, postanowiłam urozmaicić sobie moje lektury i do książek, które akurat czytam, dołączyłam tą.
I co?
Nie mam zbyt wielkiego porównania, bo jedyne powieści erotyczne jakie do tej pory przeczytałam to sławetny Grey i jego odcienie. Ale to było po prostu …. mrrrruu. I Grey się chowa przy tej lekturze.

I nie chodzi wcale tylko o sceny erotyczne, choć te tutaj były jak na moje gusta niezwykle smakowite. No, nie powiem, podobały mi się i działay mocno na wyobraźnię. Nie tylko wyobraźnię.
Ale przede wszystkim to nie była jedynie pusta historyjka o bzykaniu na kilka sposobów. A mocno emocjonalna powieść. O życiu, o pokonywaniu strachu, o zaufaniu, o zmianach, o wyborach jakie czasem musimy dokonywać, o problemach, ale też o i o byciu szczęśliwym.

Polubiłam głównych bohaterów. I fajne było tu jeszcze to, że tak naprawdę autorka potrafiła zaskoczyć. Trochę jak w życiu, które też pisze nieraz nieprzewidywalne scenariusze.

Kurcze, co tu dużo się rozwodzić. To była naprawdę smaczna lektura.

Poślij chociaż słowo – Orlando Figes

“Historia niezwykłej miłości dwojga młodych mieszkańców Moskwy na podstawie ich autentycznych listów i wspomnień. Swietłana i Lew poznali się na studiach w latach trzydziestych, ale potem rozdzieliła ich wojna i późniejsze uwięzienie Lwa w peczorskim łagrze, stalinowskim obozie pracy na dalekiej północy Związku Sowieckiego. Ich nielegalna, nieocenzurowana korespondencja z lat 1946-1954, przekazana w 2007 roku Stowarzyszeniu Memoriał, to największy zbiór prywatnych listów związanych z historią Gułagu. Każdy list jest nie tylko fragmentem poruszającej historii ich miłości, ale także bieżącym zapisem codziennego życia w łagrze i w powojennej Moskwie.”

381950-poslij-chociaz-slowo-opowiesc-o-milosci-i-przetrwaniu-w-gulagu

Historia miłości Lwa i Swietlany jest niezwykle poruszająca, tym bardziej że przecież nie jest to jakaś tam fikcja literacka, a najprawdziwsza relacja. Miłości, która przetrwała mimo wojny, długich lat rozłąki i stalinowskiego reżimu. Książka w dużej mierze opiera się na listach jakie pisali do siebie Lew i Swietlana, listach będących swoistym dokumentem ukazującym życie w gułagu (listy Lwa) i w stalinowskiej Moskwie (listy Swietlany).
I tu muszę powiedzieć, że sama książka, w przeciwieństwie do historii jaką opisuje, nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Nie wiem sama dlaczego, może w tych wszystkich listach, opisujących w szczegółach różne fakty, zabrakło mi jakiś głębszych emocji.

„Gej w wielkim mieście” – Mikołaj Milcke

“Napisana z lekkością i humorem. Przełamuje stereotypy, poruszając tematy tabu. Nie sposób się oderwać!”

352x500

Ta książka nie jest wcale napisana z lekkością i humorem, ona jest napisana fatalnie.
Najbardziej mnie śmieszy stwierdzenie, iż „przełamuje stereotypy”. Ja się pytam w którym momencie, skoro autor sam nafaszerował tę powieść stereotypami odnośnie różnych grup społecznych. I to często bardzo krzywdzącymi.

Z pewnością debiutanckie powieści mają swoje prawa do bycia niedoskonałymi, ale ta książka naprawdę mnie irytowała. Tytuł jest chwytem reklamowym, by przyciągnąć potencjalnych czytelników. Modny temat. Ale powieść jest wręcz żenująca i to pod wieloma względami, zarówno jeśli chodzi o język, fabułę jak i całe zaściankowe, infantylne i niezwykle pretensjonalne myślenie. Główny bohater miał być w zamierzeniu taki chyba trochę nijaki, by każdy mógł się nieco z nim utożsamić. Jak dla mnie ten główny bohater to jedna wielka porażka.

Ogólnie to nawet nie wiem dlaczego doczytałam tę książkę do końca. Nie była warta poświęconego jej czasu.

 

„Ciemno, prawie noc” – Joanna Bator

„Reporterka Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, miasta swojego dzieciństwa. Osiada w pustym poniemieckim domu, z którego przed laty wyruszyła w świat. Dowiaduje się, że od kilku miesięcy w Wałbrzychu znikają dzieci, a mieszkańcy zachowują się dziwnie. Rośnie niezadowolenie, częstsze są akty przemocy wobec zwierząt, w końcu pojawia się prorok, Jan Kołek, do którego w biedaszybie przemówiła wałbrzyska Matka Boska Bolesna. Po jego śmierci grupa zbuntowanych obywateli gromadzi się wokół samozwańczego „syna”, Jerzego Łabędzia. Alicja ma zrobić reportaż o zaginionej trójce dzieci, ale jej powrót do Wałbrzycha jest także powrotem do dramatów własnej rodziny: śmierci rodziców, samobójstwa pięknej starszej siostry, zafascynowanej wałbrzyską legendą księżnej Daisy i zamku Książ. Wyjaśnianiu tajemnicy Andżeliki, Patryka i Kalinki towarzyszy więc odkrywanie tajemnic z przeszłości Alicji. W swojej najnowszej książce Joanna Bator nawiązuje do konwencji powieści gotyckiej. Nie po to jednak, by bawić czytelnika: w tym, co niesamowite, często ukryta jest prawda o nas, której na co dzień nie chcemy pamiętać.”

203739-352x500

No cóż. Dziwna to była książka i nie umiem nawet określić czy bardziej mi się ona podobała, czy bardziej mnie odrzucała. Irytowały mnie pojawiające się co jakiś czas teksty pisane bez spacj. No ciężko było się przez nie przegryźć. Bardziej jednak mi nie pasowały swego rodzaju poetyckie opisy do tej na swój sposób brutalnej, mrocznej fabuły. Tak jakby ubrane w piękne słowa opisy miały upiększyć coś, co i tak jest szare, brzydkie, smutne. I naprawdę nie wiem co mam myśleć, kiedy czytam opisy w stylu: „mężczyzna w kolorze krupniku”.

Ale ogólnie mimo że powieść calkowicie odbiega od tego, co zwykle lubię czytac, to jednak mnie wciągnęła.

„Trzy…” – Piter Murphy

„Trzy różne kobiety na pozór szczęśliwie. Wiele ich dzieli, ale czy też wiele łączy? Historia o tym, że to czego szukamy czasami jest tuż za rogiem dostępne od zaraz. Opowieść o miłości, odwadze, o tym że marzenia czasami się spełniają a wiara czyni cuda. Marta, Ewelina i Maria zapraszają do swoich światów. Tutaj mieszają się światy, a historia czasami jest zaskakująca. Trzy kobiety, trzy osobowości, trzy różne światy. A jednak wiele wspólnego. Jest to historia napisana na potrzeby konkursu literackiego „Literatura dla kobiet”. Książkę napisałem, ale utworu jednak nie wysłałem. Opowieść przeleżała rok na dysku, ale moi bohaterowie jednak przypominali o sobie. Nawet nie wiem, kiedy zaczęli żyć własnym życiem. Dlatego teraz można przeczytać ich historie, czasami aż mało prawdopodobne. Ale czy to znaczy że nie mogły się wydarzyć?”

352x500

Kilka dni temu poznałam na portalu lubimyczytać Piotra. No, na dobrą sprawę zamieniliśmy z sobą zaledwie kilka wiadomości na priv. Piotr podsunął mi do przeczytania książkę, swoją książkę, której jest autorem.
Zupełnie nie wiedziałam czego się po tej książce spodziewać, bowiem ani nie czytałam prędzej o niej żadnych recenzji, ani z samym Piotrem na jej temat nie rozmawialiśmy.
Ale przyznam szczerze, że gdybym nie dostała w postaci ebooka tej powieści od Piotra, pewnie nigdy bym na nią nie trafiła. A jakbym przypadkiem trafiła, to sama bym po nią nie sięgnęła.

Dla mnie każda książka zaczyna się od okładki. Zawsze tak było i chyba tak pozostanie. Kiedy spojrzałam na szatę graficzną powieści pierwsze co mi przyszło do głowy, to że to pewnie jakiś horror. A ja nie czytam horrów. Potem przyszły mi na myśl jeszcze inne skojarzenia, że to może będzie opowieść o kobietach w czasie wojny, albo kobietach porwanych, więzionych, gwałconych. W każdym razie jakiś mroczny dramat. Tak samo mroczny jak mroczna jest ta czerń na okładce.
Tymczasem okazało się, że powieść jest zupełnie inna.
Dlatego moim zdaniem okładka jest tutaj bardzo myląca i właściwie trochę niewypałem. O wiele lepiej by pasowało jakby te buty leżały np na pustej polnej drodze… Ale koniec o okładce.

Jakie są moje wrażenia? Czytało się fajnie, zwłaszcza że była to pierwsza powieść od bardzo dawna, którą mogłam przeczytać po polsku. Owszem zauważyłam kilka błędów, albo nawet niespójności, ale każdy debiut ma prawo nie być doskonały. Poza tym fabuła jest dla mnie o wiele bardziej istotniejsza, niż jakieś tam językowe potknięcia.
A fabuła jest naprawdę interesująca, zwłaszcza że autorowi udało się stworzyć coś pomiędzy powieścią obyczajową a thrillerem, z odrobiną magii i znaczną dawką emocji. I to jest wielki plus.
Niestety w moim odczuciu jak na taką właśnie powieść jest ona nieco odrealniona. Wiem, że była pisana pewnie w pośpiechu, na konkurs literacki, ale właśnie ten pośpiech spowodował, że pewne zdarzenia, o których opowiada książka, dzieją się jakby za szybko. Dialogi momentami wręcz wydawały mi sie być naiwne i niepasujące do postaci.
Ale mimo wszystko książka po prostu wciąga.
Ma niedociągnięcia, ale ma też swój urok i czar.
I jak na debiut jest całkiem fajnym dziełem.

Życzę Piotrowi dalszych sukcesów i lekkiego pióra. I mam nadzieję, że wnet będę mogła przeczytać kolejną jego powieść.

„Sto odcieni bieli” – Preethi Nair

tytuł niemiecki: „Koriandergrün und Safranrot
tutuł polski: „Sto odcieni bieli
tytuł oryginału: „One Hundred Shades of White
 „Młoda, zakochana Induska Nalini przyjeżdża za mężem do Anglii. Kiedy on wkrótce zostawia ją samą z dziećmi w obcym kraju, bez pieniędzy, kontaktów i znajomości języka, Nalini postanawia zacząć nowe życie. Wierzy w magiczną moc gotowania i swoimi kuchennymi czarami sprawia, że życie wielu otaczających ją osób zmienia się na lepsze. W powietrzu przesyconym zapachem egzotycznych owoców i przypraw ona sama także powoli dojrzewa do wybaczenia. Jednak jest ktoś, kto z uporem odmawia poddania się dobroczynnemu wpływowi indyjskich potraw jej własna córka Maja, która prawdy potrzebuje bardziej niż miłości. Ale czy jedna może istnieć bez drugiej? I czy córka może wiecznie uciekać od matki, a matka pogodzić się z utratą córki?”
KoriandergrnundSafranrot
 Dla mnie każda książka zaczyna się od okładki. Dlatego właśnie nie mogłam się powstrzymać, by wam tutaj nie pokazać książki w niemieckim wydaniu, którego szata graficzna jest o wiele ładniejsza niż wydania polskiego. Cieplejsza i bardziej wymowna. To ona właśnie spowodowała, iż w ogóle po tę książkę sięgnęłam.
I jak? Niby taka mała, niepozorna książeczka, a zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Bo to przepiękna opowieść, pachnąca prażonymi przyprawami, o magii w kuchni i magii w życiu.
Możliwe, że wcale ta powieść tak bardzo by mi nie przypadła do gustu, gdybym sama stała w innym punkcie mojego życia. Nie polubiłam Mayi, jednej z bohaterek. A opisy niekiedy wydawały mi się trywialne. A jednak ta kaiążka tak naprawdę nie jest o Nalini i jej dzieciach, ani nawet o indyjskim jedzeniu czy smutnym życiu w Londynie. To przede wszyskim delikatna ale bardzo mądra lekcja o wybaczaniu, sobie i innym. O dostrzeganiu i docenianiu oraz wdzięczności. O miłości, która uwalnia. O wewnętrznej wolności, która powoduje, że miłość w nas może rozwinąć skrzydła i pozwala by nasze życie stało się magią.
Bardzo bardzo polecam.

„Dziecko Noego” – Éric-Emmanuel Schmitt

„Kolejna książka autora Oskara i pani Róży! W okupowanej Belgii katolicki ksiądz ukrywa żydowskiego chłopca Josepha. Chłopcu udaje się przeżyć, odnajduje rodziców i po latach opowiada swoją historię.” 

352x500

No cóż. Chociaż jest to w pewnym stopniu książka niezwykła i na swój sposób piękna, to skłamałabym jakbym napisała, iż mnie zachwyciła. Może jestem jakaś inna i się nie znam, ale drażni mnie u Schmitta to dziwne połączenie. Bo z jednej strony książka jest napisana prostym językiem, co biorąc pod uwagę fakt, iż jest opowieścią pisaną z punku widzenia dziecka, ma naprawdę sens. Z drugiej strony nie pasuje mi, iż własnie do tego dziecięcego punktu widzenia wkrada się tyle zakamuflowanej w poetycki język religijnej propagandy.
I chociaż tematyka i cała historia jest tutaj ciekawa, wzruszająca, smutna i piękna jednocześnie, chociaż czytałam książkę nie mogąc się od niej prawie oderwać, to jednak miejscami drażniła mnie infaltyność tam, gdzie jej być nie powinno i zbytnia dorosłość oraz powaga też tam, gdzie jej być nie powinno.

Ale żeby nie było, iż tylko wynajduję tu same minusy. Tak naprawdę jest to wyjątkowa książka już choćby dlatego, że choć porusza temat holokaustu, to jest niezwykle (jak na taką tematykę) pozytywna. Krzepiąca. Na swój prosty sposób piękna.

„Osobowość ćmy” – Katarzyna Grochola

„Ośmioro przyjaciół. Niby znają się jak łyse konie. Niby… Bo cierpią, błądzą, potykają się i upadają, zanim po omacku dojdą do najoczywistszej prawdy: w życiu liczy się tylko miłość i tylko ona pozwala dokonywać właściwych wyborów. Wszystko inne zawodzi. O czym przekonywałam Czytelników zawsze.”- Katarzyna Grochola

Na początku było zaledwie tak sobie. Króciutkie niby-to-rozdzialiki przeskakujące od jednego bohatera do kolejnego. Nic wciągajacego, ot zwykłe życie, banalne problemiki, ośmioro ludzi, osiem osobowości, osiem różnych światów. W dodatku większość tych bohaterów była też tylko taka sobie, jakby niezdecydowana, nie budząca jakieś wielkiej sympatii. Oprócz Buby, bo Buba jest wyjątkowa.
I to właśnie dzięki Bubie, owo „tylko takie sobie na początku” zaczęło się zmieniać. Nagle to już nie była powieść o banałach, ale o poczuciu samotności tuż obok najbliższych nam osób, o lęku przed kolejnym zranieniem i o ogromnej potrzebie takiego szczerego porozumienia. I mimo, że się tego zupełnie nie spodziewałam, to jednak w tej lekko napisanej powieści, takiej nijakiej jak się wydawało przy pierwszych kilkudziesięciu stronach, ukryte jest wiele mądrości i takich rzeczy, które się czyta tylko sercem.
I dlatego to była warta przeczytania ksiązka. Polecam.

„Sprawiedliwość owiec” – Leonie Swann

“Owce postanawiają przeprowadzić śledztwo. A co będzie, kiedy już odkryją, kto zabił? Wtedy będzie… Sprawiedliwość! Po „Folwarku zwierzęcym” i „Wodnikowym Wzgórzu” zwierzęta znów przemówiły i powiedziały o ludziach więcej, niż my sami wiemy o sobie. A że mówiły prawdę mądrze, śmiesznie i wzruszająco „Sprawiedliwość owiec” stała się rewelacją literacką 2006 roku. W Polsce powieściowy debiut Leonie Swann okazał się największym przebojem w kategorii prozy obcej.”

sprawiedliwosc-owiec

Szczerze? Zmęczyłam tę książkę z wielkim trudem. Bo może i pomysł ciekawy, może nawet owieczki na swój specyficzny sposób są urocze. Ale cała ta opowieść była dla mnie bardziej nudna niż wciągająca. Momentami pogmatwana i przekombinowana. No i te częste zmiany w wątkach akcji, albo przeskoki od jednego do drugiego powodowały, iż czasem ciężko było się połapać kto, co i jak. Z drugiej zaś strony i tak było w tej powieści coś sympatycznego, fajnego. Doczytałam więc do końca, ale dla mnie to jedna z tych książek, o których kilka godzin później już zapominam.

„Aranżowane małżeństwa” – Chitra Banerjee Divakaruni

polski tytuł: „Aranżowane małżeństwa
tytuł oryginału: „Arranged marriage
niemiecki tytuł: „Der Duft der Mangoblüten

“Aranżowane małżeństwa to zbiór opowiadań, którego bohaterkami są kobiety, stojące w sytuacji rozdarcia pomiędzy dwoma światami. Doświadczają poczucia zarówno wolności, jak i schwytania w pułapkę różnic kulturowych i starają się odkryć swoją prawdziwą tożsamość. Dla tych kobiet możliwość zmiany, rozpoczęcia wszystkiego od nowa jest jednocześnie przerażająca, i obiecująca — niczym ocean oddzielający je od domu w Indiach. Poczynając od młodej mężatki, której baśniowa wizja Kalifornii rozpada się na kawałki, gdy jej mąż zostaje zamordowany, a ona sama musi stawić czoło przyszłości, a kończąc na rozwiedzionej kobiecie w średnim wieku, która marzy o doskonałym życiu. Divakaruni stworzyła jedenaście niezapomnianych portretów kobiet, które wkroczyły na drogę przemian. W swej książce Divakaruni porusza wiele różnorodnych problemów, takich jak rasizm, różnice społeczne, aborcja czy rozwód. Autorka mówi, że tworząc opowiadania, czerpie ze swojej wyobraźni oraz z doświadczeń innych ludzi.”

296843-352x500

Nie przepadam za opowiadaniami, bo zwyczajnie są za krótkie. Ledwie jakoś się oswoję z nowym wątkiem i nowymi bohaterami, a tu już koniec opowieści. I zanim doczytałam ostatnią z nich, zdążyłam zapomnieć o czym była pierwsza.

Niemiecki tytuł tradycyjnie jest z dupy wzięty, bo nie ma nic wspólnego z tytułem oryginału. Ale to właśnie przez ten tytuł sięgnęłam po tę książkę, bowiem wpasowała się ona w mój wymyślny projekt książęk zapachowych (der Duft). Za to szata graficzna niemieckiego wydania totalnie mnie urzekła. Przepiękna okładka z przepiękną kobietą. Aż pachnie egzotyką od samego patrzenia. Tymczasem zamiast porywającej egzotyki opowiadania serwują nam nieco gorzkie nuty. Bo w gruncie rzeczy smutne to historie o niespełnionych kobietach, niespełnionych mężczyznach, stłamszonych przez tradycje w jakich zostali wychowani, tęskniących za wyrwaniem się z klatek swoich własnych ograniczeń.
Tak czy siak fajnie było przeczytać.

„Die Rabenfrau” – Regine Leisner

„Vor 11.500 Jahren mitten in Deutschland: Ravan, die junge Vogelfrau der Eschenleute, kämpft gegen den Schamanen Godain, der die Macht der Großen Mutter nicht anerkennt. Sie verstößt ihn aus dem Stamm, obwohl sie ihn liebt. Plötzlich bebt die Erde, eine Katastrophe kündigt sich an. Nur gemeinsam können Ravan und Godain ihr Volk retten. Eine große Liebesgeschichte, packend und historisch genau erzählt.

In den Wäldern nördlich des Mains: Das junge Mädchen Ravan wird von den Alten Müttern zur Vogelfrau geweiht, dazu bestimmt, die spirituelle Führerin ihres Stammes zu werden. Eine ehrenvolle Aufgabe, doch schon bald quälen Ravan beängstigende Visionen: Ein entsetzlicher Vulkanausbruch steht bevor und wird alles Leben auslöschen! Wie kann sie die Eschenleute vor den entfesselten Naturgewalten retten? Godain, der Schamane des Stammes und ihr heimlicher Geliebter, verweigert ihr die Unterstützung. Ihm ist es wichtiger, dass die Männer sich endlich gegen die sanfte Herrschaft der Frauen auflehnen. Die Spannungen in der Sippe erreichen einen dramatischen Höhepunkt – doch dann setzt der Feuersturm ein, und es geht nur noch ums Überleben. Unter der Führung von Ravan und Godain verlassen die Eschenleute ihr Siedlungsgebiet und suchen dem Inferno zu entkommen… Ein Steinzeitroman, der historische Detailtreue mit einer packenden Liebesgeschichte verknüpft.”

516t2fASZPL._SX314_BO1,204,203,200_

Akcja powieści rozgrywa się 11500 lat temu, w okolicach, które teraz są przecież bliskie mojemu sercu.
Do kobiet należą jaskinie, mężczyźni wędrują. Jeśli któryś z nich pragnie mieć swoje miejsce, może je osiagnąć jedynie jako mąż którejś z kobiet. Ale to one przewodzą plemieniem, one podejmują ważne decyzje i to one stoją w centum całej grupy. Mężczyźni są zepchnięci nieco na bok, ale mimo to zadowoleni. Przecież taki jest porządek rzeczy: kobiety jako matki posiadają jaskinie, mężczyźni wędrują.
Ale wtedy pojawił się wśród nich szaman Godain. A wraz z nim pierwsze myśli o równouprawnieniu.
Ravan, młodziutka Vogelfrau (przewodniczka duchowa) plemienia, mimo iż całym sercem kocha szamana, staje jednak przeciw niemu. Wyrzuca go z plemienia. Ale oto nagle Vulkan Laacher obudził się ze swego długoletniego snu. Teraz nie czas na kłótnie o władzę, ale czas na ratowanie życia.

Regine Leisner udało się stworzyć naprawdę przepiekną powieść. Oj, aż nie wiem co powinnam jeszcze napisać, bo żadne słowa nie są w stanie chyba oddać tej całej przyjemności, z jaką czytałam tę książkę. Porwała mnie ona od pierwszej strony, zaczarowała tak, że nie mogłam sie od niej oderwać. To nie jest jedynie opowieść o ludziach z epoki kamienia łupanego, to również opowieść o prawdziwej Miłości i o szacunku nie tylko do drugiego człowieka, ale dla całej Matki Ziemi, dla całego Życia.

„Rynek w Smyrnie” – Jacek Dehnel

„”Rynek w Smyrnie” Jacka Dehnela, autora znakomitej „Lali”, to zbiór sześciu opowiadań z lat 1999–2002, poruszających i przewrotnych, z których wyłania się obraz świata zaczarowanego, utkanego ze szczegółów pozornie nieistotnych – drobnych gestów, zapachów, smaków i barw.

Wszystko zaczyna się tu zwyczajnie – wakacje we Włoszech, jazda warszawskim autobusem, oczarowanie marmurową rzeźbą… Ale potem spod powierzchni wyzierają niezwykłość i magia albo toczący rzeczywistość rozkład, fakty odsłaniają swoje prawdziwe znaczenie, a wydarzenia przybierają obrót zupełnie niespodziewany. Młodzi kochankowie wkraczają niebacznie w strefę skażoną epidemią samotności, niedoszły ksiądz, malujący ściany burdelu w psychodeliczne kwiaty i ptaki, zostaje kochankiem wszystkich pracujących tam prostytutek, a wśród pozostawionych przez zmarłą ciotkę rzeczy odnajduje się zamknięty w tekturowym pudełku koniec świata…

W stonowanych, swobodnie płynących narracjach Dehnel opowiada historie dowcipne i zajmujące, liryzm splata z ironią, z drobiazgów wydobywa piękno i głębię. Rynek w Smyrnie to hołd złożony młodości, a zarazem książka o przeznaczeniu, które lubi przypominać o sobie w najmniej oczekiwanych momentach.”

352x500

Trafiła do mnie ta książka, więc nie wypadałoby jej nie przeczytać. I co?
To było moje pierwsze spotkanie z twórczością Jacka Dehnela i muszę powiedzieć, że było ono nawet udane. Przyznaję iż na początku, przy pierwszym opowiadaniu miałam jednak trudności z przyzwyczajeniem się do tego specyficznego stylu autora. Drażniły mnie te wręcz barokowe opisy, przekoloryzowne, przekombinowane, do mdłości aż nienaturalne. Drażniło mnie nagromadzenie wyszukanych, nieużywanych w dzisiejszych czasach, niezrozumiałych dla mnie słów, których znaczenia domyślałam się jedynie z koncepcji. To pierwsze opowiadanie było dla mnie jak jakiś piętrowy tort z mnóstwem masy lukrowej, a w środku jedynie suchy biszkopt. Zdecydowany przerost formy nad treścią. Jedynie zakończenie podratowało na tyle, by nie zrazić mnie do czytania kolejnych opowiadań. I dobrze. Bo z czasem, w miarę czytania, coraz bardziej i bardziej wsiąkałam w ten dziwny dehnelowy klimat.

Ostatnie opowiadanie o ciotkach klotkach,  dwudziestoletnich konfiturach, zwałach kurzu w zagraconym mieszkaniu, pudełku z końcem świata i tych wszystkich pierdołach, o których zapomniałam od razu jak tylko o nich przeczytałam, napisane jakby jednym tchem, przeczytałam – o dziwo – też jakby jednym tchem. I nawet zdziwiona byłam, że jak to? To już koniec?

Całość dupy nie urywa, ale złe nie było. A nawet całkiem, calkiem.