„Kłamczucha” – Małgorzata Musierowicz

“Aniela Kowalik nie była pięknością. Miała wszak dużo tego, co się nazywa urokiem osobistym.I ta właśnie Anielka przeżyła wielką miłość. Nad morzem, w swej rodzinnej Łebie, poznała chłopaka, który wprawdzie nie bardzo spodobał się ojcu Anielki, za to bardzo jej samej. To dla niego wybrała poznańską szkołę średnią, liceum poligraficzno księgarskie. I dla niego przyjechała do obcego prawie miasta.”

Nie pamiętam jakie były moje wrażenia kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, a więc dwadzieścia z grubym hakiem lat temu. Ale teraz było całkiem ciekawie. Główna bohaterka przez cały czas tak mnie irytowała, że musiałam sobie robić co kilkadziesiąt stron przerwę, by od niej odpocząć. Chyba jestem zbyt mało tolerancyjna dla notorycznych kłamców, nawet jeśli mają oni tylko piętnaście lat i są jedynie bohaterami powieści. Perełką na moje nerwy tym bardziej było wielkie oburzenie i foch Anielki kiedy sama została okłamana. Miałam aż ochotę ją porządnie palnąć w tę nadętą główkę, tak dla opamiętania.
Na szczęście inni bohaterowie zadbali o to, bym jednak czytała tę książkę z uśmiechem. Małe Mamerciątka i stara ciotka Lila całkowicie podbili moje serce. Mamerciątka dlatego że były mądre, zabawne i niezwykle rezolutne, a przy tym z wielkimi serduszkami. A ciotka za to, że malowała. Wszystkie inne jej zalety schodzą jak dla mnie na drugi plan wobec tego jej zamiłowania do pędzli, farb i obrazów. Lojalność pasjonatów malowania musi być, a co.
A tak całkiem poważnie to książka oczywiście była sympatyczna i wielkim jej plusem jest właśnie to, iż potrafiła wzbudzić we mnie takie emocje. Dzięki temu nie nudziała mnie nawet przez pół stroniczki, mimo że generalnie nie należy ona do lektur, w których się lubuję.
Jednym słowem mogę sobie spokojnie nadal odświeżać „Jeżycjadę”, na pewno nie pożałuję.

„Tubella” – Andrzej Setman

Książka ukazała się też pod tytułem: Bella – między pępkiem a granicą majtek

„Limitowana seria najnowszej książki Andrzeja Setmana – jednego z najskuteczniejszych polskich terapeutów.
Wspaniałe narzędzie do uświadomienia sobie jak mieć udane życie, związek, relacje z innymi.
Jeśli uczysz się NLP jest to lektura absolutnie obowiązkowa. Chyba że chcesz pozbawić się czegoś naprawdę cennego: umiejętności radzenia sobie z ludzkimi przekonaniami.”

Skończyłam czytać i … aż zapiera mi dech. Z zachwytu i z checi kochania.
Ta książka jest absolutnie przepiękna. Mimo że napisana takim zwyczajnym, prostym jezykiem, mimo że fabuła nie jest wcale jakaś super interesująca, mimo ze można by wymyśleć jeszcze kilka jakiś „mimo”. One wszystkie nie mają znaczenia. Bo znaczenie ma to, co napisane jest między linijkami. Tyle w niej mądrości, pogody ducha, miłości, ciepła i takiej jakieś niewypowiedzianej i trudnej do ujęcia w słowa magii życia, że zwyczajnie chce mi się więcej kochać, więcej ufać, więcej cieszyć każdą chwilą, więcej delektować samą sobą, każdym momentem, każdym napotkanym człowiekiem.

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” – Jonas Jonasson

tytuł oryginału: Hundraåringen som klev ut genom fönstret och försvann
niemiecki tytuł: Der Hundertjährige, der aus dem Fenster stieg und verschwand
polski tytuł: Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

„Setne urodziny, huczna impreza w domu spokojnej starości i Allan, jubilat, który wyskakuje przez okno. Mężczyzna rusza w ostatnią życiową podróż. Na dworcu staje się właścicielem pewnej walizki i od tej pory zostaje poszukiwanym. Przemierza Szwecję, zdobywa przyjaciół i ukrywa się przed prokuraturą, która z czasem chce go oskarżyć o potrójne morderstwo. Snuje także opowieść o swojej przeszłości – okazuje się, że jego stuletnie życie było równie absurdalne, co sama ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości. Ta książka to także podróż przez XX w. Allan powiada, jak jadł kolację z Trumanem, leciał samolotem z Churchilem, pił wódkę ze Stalinem…”

219284-352x500Szata graficzna niemieckiego wydania znowu mnie na swój sposób urzekła.
Ale o wiele bardziej urzekła mnie sama powieść. O tej książce mówi się, iż to szwecki Forrest Gump. Ja wam powiem, że jest po prostu rewelacyjna. Pełna niesamowicie zabawnych zwrotów akcji, z niesamowicie nietuzinkowym towarzystwem, jakie towarzyszy głównemu bohaterowi. Jest tu tyle doskonałego absurdu, że zwyczajnie czyta się tę książkę z napadami śmiechawki. I ani przez moment nie jest nudno. Sensacja goni sensację, przygoda kolejną przygodę.
I niezależnie co się dzieje, nasz główny bohater ma zawsze pełen dystansu i optymizmu stosunek do życia. Tak bardzo, że jest to nie tylko ujmujące, ale wręcz zaraźliwe i terapeutyczne i dla czytelnika.
Polecam.

„Lolita” – Vladimir Nabokov

„Lolita – najgłośniejsza powieść Nabokova, jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, jest opisem seksualnej obsesji czterdziestoletniego mężczyzny na punkcie dwunastoletniej dziewczynki Dolores. Powieść przetłumaczono na kilkadziesiąt języków, wydawano ją w atmosferze kontrowersji i protestów, a autora pomawiano o pornografię i pedofilię. Obecnie uznawana jest za jedno z arcydzieł literatury światowej. Sfilmował ją w 1962 roku Stanley Kubrick i ponownie w 1997 Adrian Lyne.”

352x500

O jeju! Doczytanie tej książki do końca było dla mnie jak jedzenie świątecznego żurku w dzieciństwie. Wszyscy wokół też zachwalali jaki to dobry, „och” i „ach”, a ja z trudem męczyłam każdą kolejną łyżkę. Brrrrr….
„Lolita” była dla mnie dokładnie tym samym: jednym wielkim brrrr… i jestem naprawdę szczęśliwa, że mam już tą mega męczącą lekturę za sobą.
I nie, to nie tematyka mnie tak odrzucała, bo choć kontrowersyjna, to nie zdążyła mnie wcale zbulwersować. Nie zdążyła bowiem zadręczył mnie wprzódy ten tak zwany kunszt języka. Wszystkie te niby przepiękne (ponoć), poetyckie opisy pożądania, wszystkie te metafory, które niejednokrotnie ciągnęły się w nieskonczońość oraz poboczne niby to wtrącenia, które (jakżeby inaczej) nagle rozrastały się na długaśne akapity czy kolejne strony, powodując, że traciłam wątek powieści – wszystko to zwyczajnie mnie zanudziło. A nuda to najgorsze co może zaserwować książka. Brrrrr…

„Überman” – Tommy Jaud

„Spätestens seit es bei meinem griechischen Finanzberater keine leckeren Kekse mehr gab zu den Besprechungen, hätte ich etwas ahnen müssen. Den letzten Keks gab es, als ich einen rumänischen Waldfonds erwarb und gehebelte Discountzertifikate auf Magerschwein – das ist so eine Art verschärfte Wette darauf, dass der Preis für Magerschwein stabil bleibt, und das ist gar nichts Besonderes, weil das gibt es auch für Rinder und Baumwolle und fettes Schwein. Immer wieder scherzten Kosmás Nikifóros Sarantakos und ich über all die Teilzeit-Apokalyptiker, die sich aus Angst vor der Eurokrise zitternd Goldmünzen unter die Salamischeiben ihrer Tiefkühlpizzas steckten.
Und dann kam der Tag, an dem mir Sarantakos in nahezu arglistiger Beiläufigkeit offenbarte, dass mein Plan nicht wirklich aufgegangen sei.
»Warum denn plötzlich ›mein Plan‹?‹, hörte ich mich noch fragen, aber erst in der Tiefgarage begriff ich, was die minus 211,2 Prozent in meinem Portfolio-Report wirklich bedeuteten: Privatinsolvenz, Gosse und Drogensucht mit nachfolgendem Ausfall der Schneidezähne. Nicht mal das Studium meiner Freundin würde ich noch finanzieren können. Der einzige Ausweg lag darin, mich ebenso schnell wie klammheimlich wieder aus dieser unsäglichen griechischen Scheiße zu ziehen – ich musste zum Überman werden!”

204819-352x500

Bardziej walniętych rzeczy dawno nie czytałam. Akcja rozgrywa się w grudniu, przed sławetną datą 21.12.12. Główny bohater znany dobrze z „Vollidiot” jest nadal tak samo popieprzony i błyskotliwy. No bo kto np jeździ z krową w S-bahnie? Kto wpadłby na pomysł, by sklep-winiarnię przerobić na bunkier? Tym razem Tommy Jaud znowu mnie bardzo ubawił. Uśmiałam się wiele razy do łez. Do bolącego ze śmiechu brzucha. Książkę oceniam na bardzo, bardzo dobrą. Może się podobać zwłaszcza facetom.

„Smażone zielone pomidory” – Fannie Flagg

„Evelyn przechodzi ciężkie chwile – twierdzi, że jest za młoda, żeby być starą, i za stara, żeby być młodą. Gdy odwiedza teściową w domu spokojnej starości, poznaje wiekową panią Threadgoode. Kobieta zaczyna opowiadać Evelyn historię swojego życia…
We wspomnieniach wraca do małego miasteczka w Alabamie. Są lata 30. XX wieku, dwie przyjaciółki – Idgie i Ruth – postanawiają otworzyć kawiarnię Whistle Stop Cafe. Wkrótce staje się ona ulubionym miejscem spotkań mieszkańców i przyjezdnych. Tu każdy gość może liczyć na pyszną pieczeń, aromatyczną kawę i kawałek ciasta z kremem kokosowym. Za smakowitym menu kryje się jednak o wiele więcej – namiętności, dramaty, śmiech, a nawet… zbrodnia.
Poznając losy przyjaciółek, Evelyn uświadamia sobie, że najwyższy czas dokonać w swoim życiu kilku istotnych zmian.
„Smażone zielone pomidory” to ponadczasowa opowieść o sile przyjaźni i kobiecej solidarności.”

360693-352x500

O mamunciu!
Mam serio napisać czym dla mnie była ta książka?
Mimo tych wszystkich pozytywnych opini, jakie o niej mogłam przeczytać, mi kojarzyła się ona ze zbiorem wszelkich „sensacji” i zwyczajnych plot o innych we wsi. Nie wciągnęła mnie w ogóle, męczyłam ją, wynudziłam się i jedynie przed porzuceniem całkowićie tej lektury powstrzymał mnie fakt, iż jednak dostrzegłam, iż jest to przede wszystkim opowieść o wielkiej, prawdziwej przyjaźni. I chyba te wątki właśnie nadały tej książce sens.
Jednak ogólnie, jak to się mówi, to była zupełnie nie moja bajka.

PS. Acha, jako że uwielbiam gotować, to plusem są jeszcze przepisy na końcu. Może jakiś wypróbuję, choćby ten na te sławetne tytułowe smażone zielone pomidory.

„Małomówny i rodzina” – Małgorzata Musierowicz

„Nieoficjalnie, ale potwierdzone przez autorkę, książka uznawana jest jako tom „zerowy” cyklu Jeżycjada.

Zabawne przygody trójki rodzeństwa i ich przyjaciół w Śmietankowie. Było ich troje: dwaj chudzielce, czternastoletni Munio i młodszy o rok Tunio, oraz ich pulchna sześcioletnia siostrzyczka, z oczywistych powodów zwana w rodzinie Rzodkiewką.”

malomowny-i-rodzina

Po prawie trzydziestu latach postanowiłam wrócić do książek Małgorzaty Musierowicz, tak sobie je odświeżyć, a niektóre właściwie dopiero poznać. I tak w ramach wstępu padło na zerowy tom „Jeżycjady”, który dla mnie jest nowością.
Na początku trochę zwątpiłam, bo książeczka wydawała mi się być naprawdę infantylna, głupiutka i w ogóle napisana dla małych brzdąców. Westchnęłam, z myślą że jakoś przez to przejdę, bo nie mam w zwyczaju niedoczytywać książęk do końca. Na szczęśćie wnet się okazało, że robi się całkiem ciekawie. W dodatku tak jakoś rodzinnie, ciepło, dziecięco przyjemnie. I ani się spostrzegłam, a wciągnęła mnie ta książka na dobre.

„Autostopem przez galaktykę” – Douglas Adams

“Młody Ziemianin Arthur Dent dowiaduje się z przerażeniem, że jego najbliższy przyjaciel Ford Prefect jest kosmitą, Ziemia zaś za chwilę zostanie unicestwiona, gdyż podobno leży na trasie planowanej kosmicznej autostrady. Stosowna informacja została nawet wywieszona w jakimś galaktycznym urzędzie na Alfa Centauri, ale… Ziemianie jej nie oprotestowali. Zniszczenie ojczystej planety to dla Arthura dopiero początek niewiarygodnych przygód w czasie i przestrzeni. Ford zabiera go statkiem kosmicznym w podróż po galaktyce. Jego przyjaciel zbiera materiały do nowej edycji przewodnika – komendium wszelkiej wiedzy i mądrości – „Autostopem przez galaktykę”. W czasie tej podróży Arthur spróbuje pojąć sens życia, a także rozwiązać jedną z największych zagadek kosmosu…”

Powiem tak: trzeba mieć nieźle zryto we łbie (w pozytywnym znaczeniu oczywiście), by napisać taką książkę. I trzeba też mieć choć trochę zryto we łbie, by się przy tej lekturze zacieszać. Ja się śmiałam i to na głos, bo książka była przezabawna, na maxa zakręcona, pełna absurdów, cynicznych spostrzeżeń i takiego montypythonowego humoru.

Lektura ta jest na liście 100 książek, które każdy powinien przeczytać wg BBC. Pewnie nie zachwyci każdego, mi jednak spodobała się na tyle, że mam zamiar sięgnąć i po dalsze części.

„Pora na życie” – Cecelia Ahern

niemiecki tytuł: „Ein Moment fürs Leben”
polski tytuł: „Pora na życie
tytuł oryginału: „The Time of my Life

„Poruszająca, ciepła i zabawna powieść o tym, co się dzieje, gdy przestajesz zwracać uwagę na własne życie. Lucy Silchester mieszka ze swoim kotem w wynajętej kawalerce, wykonuje niesatysfakcjonującą pracę, coraz bardziej oddala się od swoich bliskich i nieustannie kłamie, wstydząc się nagłych i niekorzystnych zmian w swoim życiu. Życie Lucy nie jest tym, czym się wydaje. Podobnie jak niektóre z dokonanych przez nią wyborów i opowiedzianych historii. Od chwili, kiedy poznaje mężczyznę, który przedstawia się jako jej Życie, uparcie powtarzanym półprawdom grozi kompromitacja – chyba że Lucy nauczy się mówić całą prawdę o tym, co dla niej naprawdę istotne.”

514ZhqClYDL._SX327_BO1,204,203,200_

Cecelia Ahern nie zawiodła mnie. Podobnie jak i inne jej powieści, tak i ta okazała się być całkiem przyjemną babską lekturą. Lekka, w żadnym wypadku naiwna, ciepła, z dawką humoru i szczyptą magii.
I choć główna bohaterka Lucy już na wstępie serwuje nam jedno kłamstwo za drugim, w dodatku poznajemuy ją jako smutną chaotkę, która sama siebie usiłuje oszukać, iż jest szczęśliwa, to jednak tak naprawdę to wrażliwa dziewczyna i nie sposób jej nie lubić. Jej Życie jest tego samego zdania. I wychodzi Lucy naprzeciw. A raczej umawia się z nią na spotkanie, by jej pomóc. No dobra, Życie na początku może nawet wydaje się być natrętne, ale to właśnie dlatego, że nigdy z nas nie rezygnuje, nigdy się nie poddaje. Zawsze wyciągnie pomocną dłoń. I jedynie potrzeba byśmy je zaczęli ponownie zauważać. I to jest właśnie przekaz tej książki. Daje nadzieję, wywołuje uśmiech, sprawia, że lekko się robi na sercu.

„Pięćdziesiąt odcieni” – E. L. James

tom 1 – Pięćdziesiąt twarzy Greya
tom 2 – Ciemniejsza strona Greya

I co?

Najpierw byłam bardzo na anty nastawiona do tej książki. Dlaczego? Bo tak. Bo była na topie, bo moi znajomi się nią zachwycali, bo coś słyszałam o czym jest i wiedziałam, że generalnie nie lubię takich powieści. Ale wyszło tak, że dałam się jednak namówić do jej przecztania.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” od początku działało mi cholernie na nerwy. Naprawdę nie przypominam sobie abym kiedykolwiek czytała coś, co równie mocno by mnie tak irytytowało.
Najpierw irytowała mnie sama Ana, ale tylko dlatego, że odkryłam, iż wiele jej zachowań i reakcji jest mi tak doskonale znanych. I czułam się jakbym przyglądała się momentami sama sobie i to nie było miłe.
Ale tak naprawdę pomimo, że Ana mnie wkurzała, to ją polubiłam.

Pod względem literackim natomiast książka jest tragiczna. Język jest naprawdę beznadziejny i wręcz infantylny. Możliwe, iż to wina tłumaczenia, ale i tak żaden tłumacz nie jest winny, że autorka oprócz Any i Greya wpierdzielała ciągle jeszcze tę wewnętrzną boginię. No ja pierdziu! Ilekroć wewnętrzna bogini się pojawiała na horyzoncie kręcąc głową, robiąc piruety albo chowając się za fotelem, miałam ochotę walnąć tą książkę w pizdu. A już szczytem wszystkiego było jak pojawiły się w jednym zdaniu wszystkie trzy: „Moja wewnętrzna bogini, moja podświadomość i ja  gapimy się na Szarego zaszokowane”. Prawie jak piędziesiąt twarzy schizofreni.

Inny temat to opisy erotyczne. Prawdopodobnie miały być tak bardzo podniecające. Nie wydaje mi się bym była jakaś pruderyjna albo oziębła (wręcz mam o sobie zdanie, że w tej kwestii jestem raczej wyuzdana), ale jak dla mnie wszystkie te sex sceny w powieści były cholernie nachalne i infantylne jednocześnie. I zamiast mnie podniecać (co by było całkiem miłe), to naprawdę mnie nudziły. No proszę was, ja rozumiem, że w realnym życiu można być zakochanym i napalonym i mieć libido takie, że się ma chęci i siły bzykać siedem razy po dwa razy. Ale to jest realne życie, a nie książka. I jak na powiedzmy 120 stronach, których przeczytanie zajmuje mi jakieś 3 godziny, muszę czytać siedem razy o seksie, to serio jest to nudne. W książce za dużo nachalnego i infantylnego seksu działa z pewnością na jej niekorzyść. A więc według mnie cała ta erotyczna strona powieści to jedna wielka porażka.

Pytanie więc dlaczego przeczytałam książkę, która taka niby marna jest. I to aż dwa tomy.

Przeczytałam dlatego, że pomimo tych wszystkich minusów było w niej coś, co jednak mi się podobało, a mianowicie wątek psychologiczny. Nie chciałabym się zbytnio nad tym tutaj za wiele rozwodzić, bowiem akurat dla mnie to dość osobiste. Powiem tylko tyle, że ta książka pozwoliła mi lepiej zrozumieć pewne rzeczy we mnie samej.
I to było naprawdę cenne.

Był taki jeden moment w drugim tomie, kiedy naprawdę się poryczałam. Czujecie? Wątpie, że znajdzie się wiele osób, które płaczą czytając „Ciemniejszą stronę Greya”, ale ja płakałam. Bo to był moment zmierzenia się z moimi własnymi demonami.

I mimo, że „Pięćdziesiąt twarzy Greya” w większości działało mi na nerwy, a „Ciemniejsza strona Greya” mdliła mnie czasem od ckliwości i lukru, to jednak osobiście dla mnie warto było je przeczytać.

Zanim jednak sięgnę po tom trzeci, potrzebuję od „Greya” najpierw dobrze odpocząć.

„Hummeldumm” – Tommy Jaud

„Wer an allem schuld ist, ist für Matze sowieso klar: seine Freundin Sina. Während er in endlosen Verhandlungen die neue Eigentumswohnung klargemacht hat, sollte sie einfach nur „irgendwas” buchen. Hat sie auch. Doch musste dieses „irgendwas” ausgerechnet eine zweiwöchige Gruppenreise durch Namibia sein, ein Land, in dem jede hüftkranke Schildkröte schneller ist als das Internet? Was hat er denn verbrochen, dass man ihn nun täglich in einen Kleinbus voller Bekloppter sperrt, um ihn dann zu österreichischen Schlagern über afrikanische Schotterpisten zu rütteln? Und warum stolpert er bei minus zwei Grad in einem albernen Wanderhut über die Dünen der Kalahari, statt auf Mallorca ein Bierchen zu schlürfen? Als Matze dann noch daran erinnert wird, dass die sicher geglaubte Wohnung an andere Käufer geht, wenn er nicht sofort die fünftausend Euro Reservierungsgebühr überweist, hat er gleich noch drei neue Probleme: Das nächste Internetcafé ist fünfhundert Kilometer entfernt, der Handyakku plattgedaddelt und das einzige Ladegerät fest in österreichischer Hand…”

352x500

Uwielbiam książki Tmmy’ego Jaud, jednak czwarta powieść autora już zdecydowanie taka fajna jak wcześniejsze nie była. Główny bohater Matze wyjeżdża ze swoją dziewczyną Siną na urlop do Namibii. Urlop-marzenie okazuje się być bardzo stukniętym urlopem-porażką w gronie stukniętych, bardzo wkurzających współtowarzyszy. W sumie miało być śmiesznie. Nawet momentami było. Bardziej jednak było denerwująco. Ale może własnie takie było zamierzenie autora? Wszystkie postacie są tak groteskowo wkurzające, z głównym bohaterem Matze na czele, że strach się bać. A co dopiero z takimi na urolp kiedykolwiek wyjechać. Wkurzała mnie ta książka. Momentami nudziła. Czasem śmieszyła. Ale skończyło się całkiem fajnie. Do przeczytania raz i nigdy więcej.

„Amazonentochter” – Birgit Fiolka

tom 1 – „Amazonentochter”

„Kleinasien im 13. Jahrhundert v. Chr. ein Handelstrupp wird von einer Horde wilder, kriegerischer Frauen überfallen: Amazonen. Die kleine Selina überlebt den Überfall. Sie wächst als Tochter der Königin des Stammes auf und lernt zu jagen, zu kämpfen und ihre Freiheit zu verteidigen. Als sie mit sechzehn ihre erste Reise unternimmt, wird sie vom Prinzen des großen Königreichs Hatti entführt und nach Hattusa verschleppt. Bisher gab es in ihrer Welt nur zwei Arten von Männern: Sklaven und Knechte. Nun wandelt sich ihr Weltbild, als ihr in Hattusa der ägyptische Gesandte Pairy begegnet …”

276062-352x500

Wow! To była naprawdę fascynująca lektura.
Brigit Fiolka zabiera w swojej powieści czytelnika jakieś 3250 lat wstecz, w antyczny świat starożytnego Hatti, potem do Troi i wreszcie na dwór Ramsesa II.
Selina, adoptowana córka królowej Amazonek Penthesilei, zostaje podczas swojej pierwszej podróży porwana przez hattijskiego księcia Tudhalije i siłą sprowadzona do Hattusy. Dla dziewczyny, do tej pory wychowanej przez wolne Amazonki, świat zdominowany przez mężczyzn jest prawdziwym szokiem kulturowym. Selina zostaje uwikłana w różne ciemne intrygi, w rezultacie których jej życie jest poważnie zagrożone. Nieoczekiwanie dla niej samej wybawienie przychodzi ze strony egipskiego urzędnika…

Akcja powieści jest wartka i po prostu wciąga już od pierwszych stron. Nie ma czasu na nudę. Autorka w niezwykle barwny i interesujący sposób przybliża nam całkiem różne kultury starożytnego świata, a całość jest wręcz porywająca. Jak dla mnie byla to naprawdę świetna lektura.


tom 2 – „Das Vermächtnis der Amazonen”

„Ägypten im 13. Jh. v. Chr: Kamara, Tochter des Ägypters Pairy und der Amazone Selina, wird Zeugin eines Diebstahls. Sie wird entdeckt, gefangen genommen und von den Dieben als Sklavin nach Mykene verkauft. Dort erkennt Kamara, dass sie ihr Schicksal selbst in die Hand nehmen muss. Sie flieht, und es beginnt eine abenteuerliche Reise, die sie und ihre Gefährten nach Themiskyra führt, in die verloren geglaubte Heimat ihrer Mutter. Doch die sie verschleppt haben, wollen ihre Rückkehr nach Ägypten um jeden Preis verhindern. Kamara bleibt nur ein Ausweg ═ sie muss das zersprengte Volk der Amazonen noch einmal in den Kampf führen …”

$_1

O jeny, ale mnie przez większą część powieści wkurzała główna bohaterka. Zresztą, nie tylko ona, bo ogólnie wszystkie postacie były jakieś przerysowane i zwyczajnie działały mi na nerwy. Pierwszy tom „Amazonentochter” był taki fajny, a tutaj Birgit Fiolka naprawdę nieco spartaciła robotę. Bo książka, mimo że dużo się w niej działo i była w sumie ciekawa, to przez ten natłok debilnych postaci, w znacznej mierze mnie irytowała.

„Dziecko dżungli” – Sabine Kuegler

„Sabine jako dziecko niemieckich naukowców spędziła swoje dzieciństwo w środku indonezyjskiej dżungli w Irian Jaya, czyli zachodniej części wyspy Nowa Gwinea, wśród ludności Fayu, zapomnianego plemienia kanibali. Żyli na wyspie w pobliżu Australii przez kilkaset lat nie niepokojeni przez białego człowieka. Mała 7-letnia dziewczynka była pierwszą istotą, jaką zobaczyli, inną niż oni sami…
Sabine w wieku 17 lat nie znała samochodów, nie widziała telewizora, a nawet nie umiała nosić butów. Potrafiła za to przepłynąć rzekę pełną krokodyli, huśtać się na lianach. Przyroda była jej placem zabaw, dżungla – domem. Uczyła dzikie dzieci przyjaźni i miłości, poczucia wspólnoty, lojalności podczas zabawy i niezabijania w kłótni. Przejęła od nich sztukę przetrwania wśród nieokiełznanej przyrody oraz plemienne reguły i rytuały. Jaka jest dzisiaj Sabine, wychowywane przez dwie zupełnie różne kultury? Czego uczy swoje dzieci? Czy potrafi egzystować w cywilizowanym świecie?”

r,id,d14yMTQ7dF5qcGc7c15rc2lhemtpO3VeaHR0cDovL2dldC0yLndwYXBpLndwLnBsLz9hPTY1NDk1NjkzJmY9MDAvMDAvOTAvMDAwMDkwMERfb3JpZ2luYWxfM0ZBMTlGMDlBQTcxMjIwQS5qcGc7ZnReMQ==

Pamiętam jak kilka lat temu było w Nimeczech głośno o tej książce. Stała się ona od razu po wydaniu prawdziwym bestsellerem. A jednak tyle lat musiało minąć, by trafiła wreszcie do mnie.
Dziś o świcie skończyłam czytać i wciąż jestem pod jej niesamowitym wrażeniem.

W swojej autobiograficznej książce Sabine opowiada o swoim życiu w środku indonezyjskiej dżungli na zachodniej części wyspy Nowa Gwinea. Daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, a za to wśród prowadzącego ciągłe wojny plemienia Fayu.
Ale to nie jest zwykła opowieść jedynie o codzienności w dżungli. To mocno emocjonalna, głęboko poruszająca opowieść o tym, jaką moc ma w sobie Miłość. Miłość jako uniwersalna energia, która potrafi być silniesza niż każda nienawiść.

 

Plemie Fayu, z szokującymi dla każdego Europejczyka tradycjami, skłócone między sobą, brutalne, siejące strach wśród innych plemion i same żyjące w nieustannym strachu. Powoli zmierzające w kierunku samozagłady. I oto wystarczyła jedna kochająca się rodzina, w której gościła po prostu Miłość. Serca pełne odwagi i mądrości. Zwyczajni ludzie. Iskierka, która raz rozpalona, przez lata odmieniła życie tak wielu.
I wróciły do Fayu przyjaźń, uśmiech, prawdziwa radość i poczucie bezpieczeństwa. Wróciła Miłość.

Sabine po powrocie do Niemiec musiała zmierzyć się z wieloma trudnościami. Nauczyć się życia na nowo. Życia jakże innego, dla niej kompletnie nieznanego, napawającego ją wręcz przerażeniem. Życia w wielkomiejskich dżunglach. I chociaż okazało się ono dla niej momentami brutalne, to jednak w swoim sercu ma ona tę niezwyciężoną Iskierkę, która pomaga nam pokonać każdą przeszkodę. Miłość.

Książka jest niesamowita. Piękna. Poruszająca. Napisana prostym językiem. Ot tak po prostu od serca. Całości dopełniają liczne fotografie.
Jak najbardziej polecam.


W 2011 na podstawie książki został nakręcony film. Naprawdę warty obejrzenia.

Sabine rozdarta między dwoma kulturami, nie mogąca odnaleść sama w sobie gdzie naprawdę jest jej miejsce, napisała jeszcze dwie kolejne książki:
„Ruf des Dschungels” /polski tytuł „Zew dżungli”
„Jägerin und Gejagte” /brak polskiego wydania
Jej mama, Dosis Kuegler, opowiedziała o wszystkim ze swojej perspektywy w książce „Dschungeljahre: Mein Leben bei den Ureinwohnern West-Papuas” /brak polskiego wydania.

„Odwet oceanu” – Frank Schätzing

Niemiecki tytuł (tytuł oryginału): Der Schwarm

„Peruwiański rybak ginie na morzu bez śladu. U wybrzeży Norwegii eksperci od odwiertów naftowych odkrywają na dnie morskim zagadkowe kolonie robaków. A potem wydarzenia następują jedno po drugim: wieloryby i delfiny atakują łodzie z pasażerami, zatapiają frachtowce na wszystkich morzach świata. Parzące meduzy przepędzają turystów ze słonecznych plaż Australii. W restauracjach eksplodują homary, rozpryskując przy tym śmiertelnie niebezpieczną substancję. Miliardy krabów wychodzą z morza w Nowej Anglii i zatruwają miasta na wschodnim wybrzeżu Ameryki. I wreszcie połowa Europy znika pod wodą na skutek potężnego tsunami… Świat morski, zagrożony przez bezmyślną działalność człowieka, musi się bronić. Konfrontacja ludzie – ocean kończy się niemal zagładą Ziemi.”

41eWOy8PkXL._SX317_BO1,204,203,200_

Oj, długo zajęło mi czytanie tej książki, ale też tomisko to jest grubaśne. Ale było warto, bo książka jest moim zdaniem rewelacyjna i wcale mnie nie dziwi, że swego czasu była tak długo w Niemczech prawdziwym bestsellerem.

I chociaż niekoniecznie każdego może pociągać temat katastroficzno – ekologiczny, to jednak ta powieść jest znakomita i to pod wieloma wzgędami.
Jest wielowątkowa i rozbudowana, ale napisana z prawdziwą pasją. Frank Schätzing nie szczędził tu wielu naukowych szczegółw, ale to właśnie one, tak drobiazgowo opisane i umiejętnie w powieść wstawione, odgrywają tutaj niezwykłą rolę. Dzięki nim nie tylko wszystko jest zrozumiałe i logiczne, ale też całość staje się bardziej prawdopodobna.

Ogólnie jak dla mnie same plusy.
Temat jest raczej z tych, który w powieściach science-fiction nie gości za często.
Bohaterowie wszyscy bez wyjątku ciekawi, ale nie przerysowani.
Brak jednoznacznego zakończenia w stylu dobre czy złe.
I jest przesłanie.

Jednym słowem jest to lektura niezwykle wciągająca, ciekawa, mistrzowska w swej kategorii.

„Krokodyl na śniadanie” – Vitus B. Dröscher

„W książce „Krokodyl na śniadanie” Vitus B. Dröscher przedstawia serię niezwykłych opowieści z życia zwierząt. Na podstawie licznych przykładów wykazuje, że ich świat jest równie bogaty jak nasz – odnajdujemy w nim przyjaźń, oddanie, chęć niesienia pomocy, ale także bezwzględną rywalizację i nienawiść, dostrzegamy przejawy zdumiewającej inteligencji oraz dużego poczucia humoru.”

O tym jak kruki łowią ryby na przynętę albo kto jest pogromcą węży w Indiach. Jaki ptak przenosi swoje dzieci w torbie i do czego zdolny jest ogier zebry by bronić swoje stado. Jaką wylęgarkę wynalazły aligatory i kto tak naprawdę rządzi w głębinach. Kilkadziesiat krótkich opowieści o zwierzętach przeróżnych. Każda z nich choć napisana prostym językiem, odrobinę przybliża nam naszych braci ze zwierzęcego świata. Trzmiel czy hiena, delfin czy urson – wszystkjie one są na swój sposób wyjątkowe i wciąż możemy tak wiele się od nich nauczyć. Polecam książkę jak najbardziej, również jako świetna lekture dla dzieci.

„Der Silberne Sinn” – Ralf Isau

„Als die Anthropologin Yeremi Bellmann mit der Leitung einer Expedition in den guyanischen Dschungel betraut wird, hätte sie am liebsten abgelehnt. Denn was sie als Kind in südamerikanischen Regenwald erlebte,quält sie noch immer. Aber ihr Forscherdrang ist stärker, und so willigt sie ein. Die Expedition folgt den Spuren des Silbervolkes, einer geheimnisvollen Urbevölkerung, die über eine besondere Gabe verfügen soll: die Gedanken und Gefühle anderer Menschen nicht nur lesen, sondern auch beeinflussen zu können… „

276079-352x500

To była pierwsza powieść Ralfa Isau, którą przeczytałam i jeśli miałabym wyrazić moje wrażenia jednym słowem to: WOW!
Jest tu wszystko co moje czytelnicze serce mogłoby oczekiwać: przygoda, miłość, mistycyzm, tajemnica, napięcie oraz całe mnóstwo wszelkiego rodzaju ciekawostek.
Czytając tę powieść wiele razy zaglądałam do Wikipedii sprawdzając rozmaite fakty i muszę powiedzieć, iż jak dla mnie Ralf Isau jest naprawdę tutaj mistrzem. W perfekcyjny sposób połączył realne fakty z fantazją, przy tym wszystkim niejako dbając o emocjonalne odczucia czytelnika.

Nie wiem czy jest polskie wydanie tej książki, ale bardzo polecam.
Pierwszy rozdział dokładnie opisujący masakrę w Jonestown jest dość przygnebiający. Ale w bardzo dobitny sposób pokazuje do czego może doprowadzić manipulacja.
Jednak Ralf Isau nie pozwala by czytelnika przytłaczał energetyczny ciężar tych smutnych faktów. Bowiem oprócz starszej i nowszej historii, oprócz przygód i ciekawostek, udało mu się wpleść w swoją powieść pokaźną dawkę prawdziwej mądrości, która – jeśli jej na to pozwolimy – pozostanie w nas już na zawsze.

„Wszystko jest wibracją” – Hejal Bobik Uta Hano

„Witajcie, Ziemianie!

Nazywam się Hejal Bobik Uta Hano. Pierwsze słowo oznacza imię, które wybrałem podczas inicjacji, drugie jest imieniem dziecięcym, którym wołali na mnie rodzice, a trzecie i czwarte są imionami moich rodziców. Dzięki temu, że nie używamy nazwisk, przedstawiając się komukolwiek od razu wiadomo czyim jesteśmy potomkiem. A nie jest to łatwe, ponieważ żyjemy w multilateralizmie. Urodziłem się na jednej z planet w gwiazdozbiorze Lwa, zwanej Saleinji (z akcentem na „j” i krótko brzmiącym „i” ).

Imiona Hejal Bobik Uta Hano są najdokładniejszym z możliwych zapisów polskim alfabetem. Problemem jest natomiast wymowa. Bo powinno wymawiać się je trochę nosowo, w sposób rozciągnięty, jakby z wymową duńską. Alfabet saleinjicki posiada jedną literę, której nie ma na Ziemi, ale na szczęście moje imiona jej nie zawierają. Gdybym trafił do Rosji zapisałbym je cyrylicą, a jak do Chin, to chińskimi znakami.

Ale przejdźmy do rzeczy? Moim zadaniem jest inspirować was kosmicznymi ideami oraz rozbudzać gwiezdnych wędrowców. Robię to na kilka sposobów, jedną z nich jest ta książka, która została stworzona na bazie mojego blogu i uzupełniona o dodatkowe rozdziały. Niektóre wpisy mogą wydać się dziwne a nawet śmieszne, gdyż powstały w odpowiedzi na pytania czytelników. Mam nadzieję, że czasu poświęconego lekturze nie uznacie za zmarnowany.

Hejal Bobik Uta Hano”

Tak sobie pomyślałam, że może i ktoś z was będzie miał ochotę przeczytać książkę mojego ulubionego kosmity.
Sama natknęłam się na nią już jakieś 2 czy 3 lata temu. Przeczytałam i cóż, powiem tylko, że lubię do niej wracać.
Tematyka jest kosmiczna, ale nie tylko. Książka odpowiada na wiele pytań i nie ważne czy się wierzy w to wszystko, czy nie. Ważne, że daje ona wiele motywacji do dalszego duchowego rozwoju, do tego, by chcieć nad sobą pracować.
Hejal Bobik podbił moje serce. Pomógł mi zrozumieć wiele spraw, ale też i samą siebie.

Hajal, dziękuję ci za to, gdziekolwiek teraz jesteś.

Książka jest dostępna w formie darmowego ebooka, a także bezpośrednio na stronie/blogu autora, tutaj:  kosmita.ofp.pl/

Ja se swej strony polecam.

„Der Duft des Jacaranda” – Tamara McKinley

„Nach dem Tod des tyrannischen Joseph Witney steht das Familienunternehmen Jacaranda Wines vor der Übernahme durch einen französischen Konkurrenten. Doch Cordelia, Josephs Witwe, ist fest entschlossen, den Verkauf zu verhindern. Sie überredet ihre Enkelin Sophie, die als Anwältin für Wirtschaftsrecht arbeitet, zu einer gemeinsamen Reise durch Australien, wo sie ihr die Geschichte von Jacaranda Wines näher bringen will. Die Fahrt wird zu einer Reise in die Vergangenheit, viele Generationen zurück, als mit der jungen Rose, die aus England kam, alles begann. Und dann begegnet Sophie dem Mann wieder, den sie um alles in der Welt vergessen wollte …”

296979-352x500

Saga rodzinna. Pełna intryg, zawiści, ale też i cieplejszych stron. Na początku strasznie się przy czytaniu nudziłam i dlatego co chwila książkę odkładałam. Potem zrobiło się nieco ciekawiej, więc wytrwałam dzielnie do końca. Dużym plusem tej powieści jest to, iż ukazuje Australię od nieco innej strony. Tej winniarskiej. Nie ma opisów kangurów, misiów koala, czy buszu. Ale są australijskie winnice, trochę historii i przynajmniej dwoje bohaterów, których uznałam za sympatycznych.

„Przepis na święta” – Debbie Macomber

„Marzenia o dziennikarskiej karierze towarzyszą Emmie od dziecka. Zatrudnia się w lokalnej gazecie w stanie Waszyngton, ale szef zleca jej jedynie pisanie nekrologów. Wreszcie Emma dostaje szansę, by się wykazać – ma przeprowadzić wywiad z trzema finalistkami konkursu na świąteczne ciasto. Temat na czasie, bo zbliża się Boże Narodzenie. Redakcja wynajmuje dla niej awionetkę, ale problem w tym, że Emma nie tylko nie znosi ciasta, ale też panicznie boi się latania. A już najbardziej nie lubi takich mężczyzn jak Oliver, pilot i właściciel awionetki. Taki przystojny i pewny siebie, że aż… intrygujący.”

Lekka, sympatyczna i przyjemna opowieść w sam raz na grudniowy zimny wieczór. Trochę romantyczna, trochę kiczowata, ale i tak dość wciągająca. Dla mnie osobiście najfajniejsze w niej były te trzy przepisy na świąteczny keks, które zamierzam wypróbować chociażby z czystej ciekawości i miłości do pieczenia. Może się okazać, iż staną się jednymi z ważniejszych przepisów na moje święta, kto to wie?

„Cień wiatru” – Carlos Ruiz Zafón

„W letni świt 1945 roku dziesięcioletni Daniel Sempere zostaje zaprowadzony przez ojca, księgarza i antykwariusza, do niezwykłego miejsca w sercu starej Barcelony, które wtajemniczonym znane jest jako Cmentarz Zapomnianych Książek. Zgodnie ze zwyczajem Daniel ma wybrać, kierując się właściwie jedynie intuicją, książkę swego życia. Spośród setek tysięcy tomów wybiera nieznaną sobie powieść „Cień wiatru” niejakiego Juliana Caraxa.
Zauroczony powieścią i zafascynowany jej autorem Daniel usiłuje odnaleźć inne jego książki i odkryć tajemnicę pisarza, nie podejrzewając nawet, iż zaczyna się największa i najbardziej niebezpieczna przygoda jego życia, która da również początek niezwykłym opowieściom, wielkim namiętnościom, przeklętym i tragicznym miłościom rozgrywającym się w cudownej scenerii Barcelony gotyckiej i renesansowej, secesyjnej i powojennej.”

Choć bardzo lubię czytać i regularnie przeglądam katalogi z Weldbilda, gdzie czasem kupuję moje książki to tak naprawdę jestem przeważnie całkowitą ignorantką jesli chodzi o bestsellery. Nigdy nie wiem co jest aktualnie na topie, a moje lektury do czytania wybieram albo sięgając po książki znanych mi już autorów, albo …. zachwyciwszy się okładką.
Tak, tak, dokładnie tak czasem mam. Nieważne czy powoli przechodzę w księgarni między regałami z książkami, czy też wertuję książkowy katalog Weldbilda zaraz po wyciągnięciu go ze skrzynki pocztowej. Tak jeszcze na szybko, bez wnikliwego zagłębiania sie w to, co tym razem ma do zaoferowania.
Czasem po prostu zwróci moją uwagę jakaś książkowa okładka. Zaczaruje mnie swoją prostotą i pięknem. Przyglądam się jej długie chwile nie jak książce, ale jak magicznemu obrazowi.
I każda kolejna minuta, w której nie mogę oderwać od niej wzroku, powoduje, że pragnę dowiedzieć się o czym opowiada ten obraz.
Dokładnie tak było w przypadku tej książki.

I jak? Zaczęło się rewelacyjnie. W opakowaniu poetyckich wręcz opisów dostajemy zaraz na początku zagadkę i już wiadomo, że będzie się działo.
Po kilku kolejnych rozdziałach byłam jednak lekko zawiedziona. Piękny język, poetyckie opisy, niespotykane gdzieś indziej porównania nie na wiele się zdały. Nawet pojawiące się jak rodzynki w dobrym serniku aforyzmy nie za bardzo pomagały. Książka zaczynała mnie nudzić. I już, już miałam się nią całkiem rozczarować, gdy nagle, nawet nie wiem kiedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, po prostu mnie wciągnęła. Coś magicznego w niej spowodowało, że coraz bardziej nie mogłam się od niej oderwać.
I do teraz nie wiem czy był to poetycki triller czy dziwna tajemnicza, magiczna opowieść. Chyba i to i to, i jeszcze trochę więcej. Bo nie przeszkadzał mi już fakt, iż niektóre kwestie były przewidywalne i w każdym innym trillerze całkowicie popsułyby efekt. Nie przeszkadzał mi też fakt, że powieść ani razu nie poruszyła mnie tak naprawdę do łez, do prawdziwego śmiechu czy innych silnych emocji. I mimo że snujący się po spowitej mgłą a jednak mrocznej Barcelonie bohaterowie, wszyscy bez wyjątku pełni byli smutku, samotni, tęskniący za miłością, to jednak jest to opowieść od przyjaźni, oddaniu i nadziei.

I kiedy skończyłam ją czytać, to przez jakiś czas musiałam pobyć sama z sobą. I wiem, że pozostanie mi ta książka długo w pamięci. Ale wiem też, że narobiła mi smaka na więcej Zafóna.

„Sekret” – Rhonda Byrne

„Sekret jest jednym z siedmiu praw, decydujących o osobistym sukcesie. Fragmenty Sekretu odnaleźć można w ustnie przekazywanych opowieściach, literaturze, religiach i filozofiach, istniejących na przestrzeni wielu wieków. Po raz pierwszy jednak wszystkie kawałki Sekretu złożono w całość, niesamowitą rewelację, zdolną zmienić życie każdego, kto po nią sięgnął.”

Nie widziałam filmu i chociaż o prawie przyciągania coś tam wcześniej wiedziałam, to po ksiązkę sięgnęłam dopiero teraz. Ile czytelników, tyle opini. Dla jednych „Sekret” to arcydzieło, dla innych zbiór pierdół i totalne bzdury. Jak dla mnie książka jest rewelacyjna. No i chyba najbardziej spodobało mi się to skrótowe przedstawienie tematu. Bez zbędnego rozwlekania, ot, krótko zwięźle i na temat.
I pewnie, że wprowadzenie Sekretu w życie jest trudniejsze niż przeczytanie książki. Trzeba bowiem uważności i wytrwałosci, zanim pozmieniaja sie nam nie służące nam nawyki myslowe, ale decyzję podejmujemy codziennie. W kazdym momencie. Małymi kroczkami. Małe kroczki uczynione dziś są dużo lepsze od wielkich kroków, które jedynie planujemy. Nie wiem kto to powiedział, ale jest w tym głęboka madrość. Tak więc cieszę się że mogłam przeczytać „Sekret” i przypomnieć sobie o prawie przyciągania. I znowu zrobić moje maleńkie kroczki.

„Vollidiot” – Tommy Jaud

tytuł oryginału / niemiecki tytuł: „Vollidiot”
polski tytuł: „Kompletny idiota”

„Jej bohaterem jest Simon – “produkt” nowej epoki. 29-letni singiel – mieszkający w wielkiej aglomeracji, pracujący
w sieci dużej korporacji – prowadzi luzacki tryb życia w gąszczu pubów i dyskotek, w oparach piwa i jointów, w hałasie reklam i naporze konsumpcyjnego rynku, w amoku seksoholizmu i beztroskiej nieodpowiedzialności wobec wszystkiego, co go dotyczy.
Ta komedia, pełna niesamowitych rac humoru, ironii i groteskowego dowcipu, zmienia się na naszych oczach
w czuły dramat. Czy Simon wydobędzie się z kłopotów, wyjdzie z dołka, znajdzie wreszcie kobietę swoich marzeń?”

352x500

Rewelacyjna książka, z serii tych totalnie porąbanych. Coś jak Bridget Jones tylko w męskim wydaniu. Czytajac ją śmiałam się jak wariatka w autobusie czy w metrze zwracając na siebie uwagę współpasażerów.
To taka książka, do której można wrócić, jak się ma zdechły humor. Otwierasz na któreś tam stronie i zawsze trafisz na coś, co pobudzi cię do śmiechawki. Max uwielbiam tę książkę.

„Coma” – Robin Cook

„Bostoński Memorial Hospital to doskonała placówka służby zdrowia, ale nie wszyscy jego pacjenci mogą mówić o szczęściu. Dla Nancy Greenly, Seana Bermana i kilkunastu innych banalne z pozoru zabiegi kończą się tragicznie. Z niewyjaśnionych przyczyn zdrowi ludzie zapadają niespodziewanie w śpiączkę. Susan Wheeler, piękna, młoda studentka medycyny zauważa niepokojącą prawidłowość. Usiłuje wyjaśnić fatum ciążące nad salą zabiegową numer osiem, wpada na ślad ponurej afery i działającej na terenie szpitala tajnej organizacji…”

87e655f0d7e0a3a62b3ad312a720e3a8

Książka naprawdę mnie wciągnęła. Nie jest jednak taka najbardziej super.
Cook zdecydowanie trochę zagalopował się z fantazjami kreując postać głównej bohaterki. No bo serio, już widzę jaka studenka medycyny skończywszy zaledwie dwa lata studiów, przychodzi do szpitala na swój pierwszy dzień praktyk i z miejsca zaczyna zachowywać się jak bezczelna kretynka. Nie tylko olewa wszystkie obowiązki, ale przerywa wykłady zadawając pytania całkiem nie na temat, wtrynia swojego nosa gdzie nie trzeba, pyskuje różnym lekarzom, a potem jest zdziwiona i urażona, że są przeciwko niej. W ogóle te zachowania Susan były miejscami tak debilne i irytujące, że przez to książka traciła wiele na uroku i wiarygodności.
No ale i tak czytało sie nieźle.

„Lato leśnych ludzi” – Maria Rodziewiczówna

„Opowieść o ludziach, którzy porzucili gwar miasta i cywilizację dla swobody, ciszy i obcowania z naturą. „Rosomak”, „Żuraw” i „Pantera” zamieszkają w chacie nad jeziorem, stanowiącej ich azyl. Tam gospodarują, łowiąc ryby i uprawiając ogród. Pewnego dnia przybywa do nich młody chłopak z miasta, przezywany prześmiewczo „Coto”. Początkowo nieporadny w nowym dla siebie środowisku, z czasem odkrywa piękno i mądrość przyrody.”

Tak jakoś wzięło mnie na powrót do książek Rodziewiczówny. Lubię jej powieści, mimo że dla dzisiejszego czytelnika jej specyficzny styl wymaga nieco oswojenia. „Lato leśnych ludzi” pod tym względem jest jeszcze bardziej ciężkie do strawienia, bo język tu, nawet jak na Rodziewiczównę, jest wręcz archaiczny. Fabuła nie trzyma w napieciu, nie goni, a raczej snuje się jak jakaś baśń leśna. A mimo to jest w tej książce coś niezwykle urokliwego. Klimatycznego, wypełnionego barwami, zapachami, śpiewem i ciszą, pierwotnym pięknem. Aż ma się wrażenie przy czytaniu, że czas jakby zwolnił i głębiej chce się oddychać.

„Żar” – Sándor Márai

„Wybitna powieść Sándora Máraiego, powstała w latach 40-tych. Ten utwór autor cenił w swojej twórczości najwyżej. Dramatyczna opowieść o spotkaniu po latach dwóch przyjaciół, Polaka i Węgra, którzy odkrywają bolesną tajemnicę, dotyczącą zdrady nieżyjącej już żony jednego z nich. Na podstawie książki powstał na Węgrzech film ze znakomitymi kreacjami aktorskimi.”

Zdaję sobie sprawę, iż ta niewielkich rozmiarów powieść to kawał wielkiej literatury. I rzeczywiście na swój sposób jest wyjątkowa i porywająca. Ale jakżeby miała nie być, skoro to opowieść o wielkiej przyjaźni, o zdradzie, nienawiści, braku wybaczenia, wielkich emocjach. Mimo iż czytało się naprawdę dobrze, mimo że uchwyciłam również przekaz, że nic nie jest tylko takie jakie być się wydaje, to jednak nie powalila mnie ta książeczka na kolana. Nie zachwyciłam się nią, nie poruszyła we mnie jakiś silnych emocji, nie dotknęła mojej duszy. Nie sięgnęłabym po nią po raz drugi.

„Nierządnica” – Iny Lorentz

„Konstancja, rok 1410. Maria, córka najbogatszego obywatela w mieście, kupca handlującego winami i tekstyliami, przygotowuje się do ślubu. Następnego dnia ma stać się żoną prawnika, Ruppertusa Splendidusa, nieślubnego syna hrabiego Henryka von Keilburg.
Ojciec dziewczyny nie może uwierzyć we własne szczęście. Nie wie jednakże, że narzeczonemu nie chodzi wcale o Marię, lecz o ogromny majątek jej ojca. Podły, chciwy i pozbawiony skrupułów narzeczony nie cofa się przed niczym w drodze do bogactwa: ani przed oszustwem, ani przed kłamstwem, ani nawet przed morderstwem.
Maria i jej ojciec w przeddzień ślubu stają się ofiarami podłej intrygi Ruppertusa, w wyniku której Maria zostaje brutalnie zgwałcona, osądzona, zlinczowana i wypędzona z miasta. Nieprzytomną, skatowaną kobietę znajduje wędrowna prostytutka, Hiltruda, podążająca na jarmark. Powodowana litością i poruszona niesamowitą urodą umierającej, bierze dziewczynę na swój wóz. Opiekuje się nią i ratuje od niechybnej śmierci.
Maria powoli dochodzi do zdrowia i, żeby przeżyć, przyłącza się do wędrującej z jarmarku na jarmark grupy pięciu prostytutek. Poprzysięga zemstę swoim krzywdzicielom. Tylko pragnienie pomszczenia doznanych krzywd pozwala jej żyć dalej… „

No cóż. Czytałam tę książkę bardzo długo, mimo że to naprawdę wciągajaca lektura. Fabuła jest interesująca, pełna nagłych zwrotów akcji, nie ma jakiś nudnych, nużących opisów i ogólnie powieść ma wszystko to, czego oczekuję po dobrej książce. Mimo to chyba za dużo mi było tych średniowiecznych, nieokrzesanych, sterowanych przez swoje brudne nieumyte penisy facetów. Sceny brutalnych gwałtów, napadów, chamstwa i buractwa po prostu powodowały, iż musiałam sobie robić pauzy przy czytaniu, bo za bardzo mnie to przybijało lub wkurzało. Wiem, że to tylko powieść i że takie były pewnie średniowieczne realia, ale i tak zawsze bardzo emocjonalnie czytam książki.
W sumie była to jednak bardzo fajna powieść i pewnie się kiedyś skuszę na następne części.

„Długi wrześniowy weekend” – Joyce Maynard

tytuł oryginału: „Labor Day
niemiecki tytuł: „Der Duft des Sommers
polski tytuł: „Długi wrześniowy weekend” / „Ostatni dzień lata

“Miasteczko Holton Mills w amerykańskim stanie New Hampshire. Nadchodzi koniec lata i wakacji. Zbliża się upalny długi weekend z okazji Święta Pracy. 13-letni samotnik Henry spędza czas głównie na oglądaniu telewizji, czytaniu i fantazjach. Jego jedynym towarzystwem jest rozedrgana emocjonalnie, od lat rozwiedziona z jego ojcem matka. Nagle we czwartek przed świątecznym weekendem, podczas banalnej wizyty w supermarkecie, wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni: pewien tajemniczy ranny mężczyzna prosi Henry’ego o udzielenie mu pomocy. Pięć kolejnych dni będzie w życiu Henry’ego największą lekcją, jaką może dać życie; chłopiec pozna dojmujący ból zazdrości i konsekwencje zdrady, zrozumie, że dobro tych, których kochamy, jest ważniejsze od naszego własnego – oraz że na prawdziwą miłość warto zaczekać.”

Przeczytałam tą powieść, bo jej niemiecki tytuł (a z oczywistych względów w takim wydaniu mam ją w domu), wpasowuje się do mojego projektu „Der Duft” czyli książek niejako zapachowych. Wiem, że to może trochę idiotyczne wybierać książki do przeczytania tylko z powodu tytułu, ale te powieści z „zapachem” mają jednak to coś w sobie.

Ta również miała. Trudno mi określić co dokładnie to było, tym bardziej, iż mimo że czytało mi się szybko i przyjemnie, wcale mnie ta powieść emocjonalnie nie porwała. No serio, trochę dziwne, bo książka jest dobrze napisana, naładowana takimi emocjonalnymi momentami, porusza poważne tematy i w ogóle jest w niej coś takiego wrażliwego. A i tak ani razu się przy niej nie popłakałam, co mi się np zdarzyło przy czytaniu beznadziejnie napisanego Greya (wcale się nie wstydzę do tego przyznawać). Ogólnie rzecz ujmując „Długi wrześniowy weekend” nie była jakąś porywającą lekturą, ale nie była też zła. Była trochę jak długi leniwy weekend w środku lata. Z lekkim zapachem już przejrzałych brzoskwiń. Niby fajnie, a jednak tak, jakby na coś było już za późno. Jakby się coś przegapiło. Jakby przeszło nam koło nosa. Choć na miłość nigdy nie jest za późno.

„Na końcu tęczy” – Cecelia Ahern

tytuł oryginału: When Rainbows End
niemiecki tytuł: Für immer vielleicht
polski tytuł: Na końcu tęczy / Love, Rosie

„Choć losy Rosie i Alexa ułożyły się inaczej, przez kilkadziesiąt lat nie stracili kontaktu, nie zdając sobie sprawy, że z każdym rokiem ich więź staje się silniejsza… Zabawnie i pomysłowo opowiedziane dzieje wielkiej przyjaźni i miłości pary dublińczyków, od czasu gdy oboje mieli po siedem lat. Potem on wyjechał studiować do Bostonu i ożenił się, a ona została nastoletnią mamą.”

41k-y5mwxoL._SX325_BO1,204,203,200_

Prawie za każdym razem gdy biorę do ręki niemieckie wydanie jakieś książki, zadziwia mnie skąd tłumaczom przychodzi do łba takie tłumaczenie tytułów. Zaprawdę Niemcy mają jakąś manię przekręcania tytułów i wymyślania takich, by człowiek musiał się długo zastanawiać o jaką książkę tak naprawdę chodzi. W przypadku powieści Ceceli Ahern jest dokładnie tak samo. Ale przynajmniej szata graficzna niemieckich wydań powieści autorki niezwykle mi się podoba.

„Na końcu tęczy” jest chyba jedyną znaną mi powieścią napisaną w formie całkowicie bez narratora. Ale to właśnie owe listy, maile i rozmowy z czatów powodują, iż Rosie, Alex i inne postacie stają się nam bliżsi. Wcale nie prosto jest opowiedzieć historię 50 lat życia bohaterów tak, by czytelnik ani przez moment się nie nudził. By wręcz zarwał noc i drugą, nie mogąc oderwać się od lektury. Ta książka to duża dawka humoru, romantyzmu i dobrej energii, która z pewnością przyda się niejednemu z nas. Polecam.

„Niewolnica” – Ellen Alpsten

„Porwana przez jedną z hord tureckich z rodzinnego dworu Florence von Sass zostaje wystawiona na sprzedaż na targu niewolników w Imperium Osmańskim. Właściciel młodziutkiej niewolnicy liczy, że sprzeda ją do sułtańskiego haremu, gdyż dziewczyna jest nie tylko piękna, lecz także bardzo inteligentna i wyjątkowo muzykalna. Los jednak chce inaczej i szesnastoletnia Węgierka staje się własnością angielskiego podróżnika, lorda Sama White’a Bakera, który bez namysłu płaci za Florence bajońską sumę z zamiarem darowania jej wolności. Nie przewiduje tylko jednego, że nie będzie w stanie rozstać się ze swoją niewolnicą. Zakochany po uszy podróżnik zabiera dziewczynę do Afryki na niebezpieczną wyprawę. Jej celem jest odnalezienie źródeł Nilu, jak dotąd nikt z takiej eskapady nie powrócił…”

Tematyka jest ciekawa: mało znana Afryka, daleka podróż, przygody, niebezpieczeństwa, odkrycia – jednym słowem mogłaby z tego powstać naprawdę rewelacjyjna książka. Ale na pewno nie jest nią „Niewolnica”. Pomijam już fakt, że polski tytuł jest niezbyt trafiony. Ale ogólnie powieść Ellen Alpsten jest zwyczajnie marna. Napisana jakby z poczucia jakiegoś źle pojętego obowiązku, a nie z pasji pisania. Brakuje mi w niej emocji, brakuje serca włożonego w treść. Narracja, dialogi i nawet opisy przyrody są po prostu jałowe, beznamiętne, suche, sztuczne, nudne.

Książka jest bardzo słaba. Aż się sama dziwię, iż chciało mi się to przeczytać do końca.

„Medicus” – Noah Gordon

“Anglia, XI wiek. Rob J. Cole, syn cieśli i hafciarki, po śmierci rodziców zostaje pomocnikiem wędrownego balwierza parającego się również leczeniem. Wykazuje nie tylko zapał do nauki, ale też ową szczególną wrażliwość, która pozwala „czytać” w chorym organizmie, dostrzegać w nim wolę walki lub chęć poddania się. Punktem zwrotnym w jego życiu staje się spotkanie z żydowskim lekarzem, którego kunszt odbiega od szalbierskich sztuczek średniowiecznych medyków. Odtąd każdym krokiem Roba kieruje jedno tylko pragnienie: dotrzeć do Isfahanu i zostać uczniem sławnego perskiego lekarza, Ibn Siny, w świecie zachodnim zwanego Awicenną.”

Ta książka to jak dla mnie swego rodzaju arcydzieło. I nie szkodzi, że wątki historyczne są w niej nieco poplątane i nie zawsze zgodne z faktami. Pomijając ten jeden szczegół ta powieść ma wszystko to, co powienna mieć naprawdę dobra książka. Jest nieco historii, nieco sensacji, przygód, wyraźnie zarysowani bohaterowie. Jednak najlepsze w niej jest to, że potrafi ona w taki magiczny sposób mobilizować do tego, by zawalczyć o swoje marzenia, by zadbać o swoje talenty, by na nowo odkryć swoje pasje