„Śnienie jako praktyka duchowa” – Coonie Cockrell Kaplan

„Connie Kaplan to niezwykła śniąca, terapeutka, doktor psychologii. Łącząc rdzenne nauki z tymi, które otrzymała w snach, stworzyła nowatorską, wszechstronną
metodę pracy ze śnieniem. Prowadzone przez nią kręgi snów powstały w wielu miejscach na świecie.
Książka „Śnienie jako praktyka duchowa” wnosi perspektywę ważną i odkrywczą: sny i śnienie traktuje jako praktykę duchową, nie ogranicza ich funkcji do psychologicznej czy terapeutycznej; postrzega sny jako twórczy, a nie odtwórczy proces, definiuje śnienie jako doświadczenie w „wymiarze prawdy”.”

Wow, to była najlepsza książka o śnieniu, jaka mogła mi się trafić. Przedstawia całkiem odmienny sposób postrzegania śnienia. Nie jak coś co się po prostu nam wydarza, ale jako pewien szczególny dar, dzięki któremu możemy przysłużyć się w budowaniu lepszego świata. I może dla nas, ludzi kultury zachodu, brzmi to nieco niedorzecznie, to jednak w pierwotnych kulturach i w dawnych czasach śnienie miało naprawdę znaczenie. Bo śni się nie tylko dla siebie, ale i dla innych. I takie spojrzenie całkowicie wszystko zmienia. Śnienie to swego rodzaju cudowne narzędzie do tworzenia naszej nowej rzeczywistości. Magia jest w nas.
Bardzo mi sie podobało, iż autorka przedstawila jak odkryć swój wzorzec śnienia, jak również opowiedziała o mocy kręgów snów.
Książka jest po prostu rewelacyjna. I jako że śnienie jest szczególnym darem kobiet polecam ją zwłaszcza kobietom. Ale może i mężczyźni odkryją w niej coś dla siebie.

„Biegnąca z wilkami” – Clarissa Pinkola Estés

„W każdej kobiecie drzemie potężna siła, bogactwo dobrych instynktów, moc twórcza oraz odwieczna prastara mądrość. To dzika kobieta, symbolizująca instynktowną naturę kobiet. Jest ona zagrożona, bo choć dary dzikiej natury dostajemy w chwili narodzin, społeczeństwo usiłuje nas „cywilizować” i wtłoczyć w sztywne role, które zagłuszają głębokie, życiodajne przesłanie naszych dusz.
Clarissa Estes w swojej książce, której napisanie pochłonęło jej dwadzieścia jeden lat, odkrywa różnorodność międzykulturowych mitów, baśni i legend, wnikliwie je analizując, co sprawia, że opowieści te stają się pełne nieznanych dotąd treści i znaczeń.
Autorka zaprasza zarówno kobiety, jak i mężczyzn do królestwa ducha prawdy – ducha, który rozbudza, uzdrawia, rzuca wyzwania, łączy i raduje.”

Tyle się nasłuchałam i naczytałam zachwytów na temat tej książki, że w końcu postanowiłam przeczytać i ja. Łoooo matko!!! Chyba żadna inna książka mnie tak nie wymęczyła i żadnej nie czytałam aż tak długo. Zajęło mi ponad rok dobrnięcie do końca. I chociaż dzisiaj wiem, iż ponoć właśnie takie powolne czytanie „Biegnącej z wilkami”, w małych kawałkach, z przerwami na rozmyślania i na odpoczynek jest przy tej lekturze najbardziej wskazane, to i tak nie powiem abym zachwyciła się tą książką. Choć jak najbardziej wyłapałam jej przekaz, jej odkrywanie i docieranie do sedna kobiecości, to jak dla mnie w całości jest to książka zbyt męcząca. Wymęczyła mnie przerostem formy nad treścią, ciągłymi wstawkami obcojęzycznych wyrazów (które i tak były potem tłumoczone, więc nie rozumiem tym bardziej po co aż tyle ich pojawiło się w tekście). Wymęczyła mnie licznymi powtórkami w analizowoaniu danych opowieści i wreszcie wymęczyła mnie również stylistyką. A szkoda, bo samo w sobie jej przesłanie jest bardzo wartościowe. Ogólnie nie wiem więc czy jest to książka, która mnie wzbogaciła wewnętrznie o cokolwiek. Biorąc ilość minusów i plusów to chyba w ostatecznym rozrachunku wynik wychodzi zerowy.

„Die Rückkehr des friedvollen Kriegers” – Dan Millman

tytuł oryginału: „Sacred Journey of the Peaceful Warrior”

„Geheimnisvollen Andeutungen seines Lehrers Socrates folgend, findet Dan Millman auf einer abgelegenen Insel Hawaiis eine Kahuna-Heilerin. In der Einsamkeit des Regenwaldes führt sie ihn in die Geheimnisse der Schamanen ein.
Mit großartigen Visionen, aufregenden Initiationen und spannend wie ein Roman, ist dieser Erlebnisbericht aus erster Hand ein Klassiker der spirituellen Entwicklung.”

Naprawdę szkoda, iż nie ma polskiego wydania, bowiem jest to pozycja ze wszech miar godna polecenia. W moim odczuciu dużo lepsza od pierwszej części. „Droga miłującego pokój wojownika” była zaledwie preludium. Tu usłyszeć / wyczytać / poczuć można o wiele więcej. Ta książka nie jest jedynie sympatyczną opowieścią o spotkaniu Dana z hawajską szamanką i jego własnej podróży w głąb siebie. To raczej taka bardzo delikatna lekcja widzenia i kroczenia naszą ścieżką. Pełna miłości i przepięknych przekazów.
„Nie ma drogi do miłości. Miłość jest drogą.”

„Droga miłującego pokój wojownika” – Dan Millman

polski tytuł: „Droga miłującego pokój wojownika”
tytuł oryginału: „Way of the Peaceful Warrior”
niemiecki tytuł: „Der Pfad des friedvollen Kriegers”

„Dan będąc uczniem college’u, przystojniakiem i uzdolnionym sportowcem, czerpie z życia pełnymi garściami. Jego kariera sportowa i życie zmienia się dramatycznie na skutek wypadku jakiemu ulega jadąc na motocyklu. Wkrótce potem poznaje starszego mężczyznę, którego nazywa „Sokrates”. Znajomość z czasem staje się czymś wyjątkowym, Sokrates zostaje duchowym przewodnikiem Dana na drodze do stawania się Pokojowym Wojownikiem.”

Książka jest wspaniała, napisana prostym językiem, tak zwyczajnie, bez przerostu formy nad treścią i zbędnego kaznodziejstwa, jakie czasem się trafiają w książkach o rozwoju duchowym. Chyba najbardziej ujęła mnie w niej właśnie owa prostota i autentyczność. Czytało się naprawdę świetnie. I co prawda przekazy i nauki Sokratesa dla mnie osobiście nie były nowością, ale miło było poczytać o nich w takiej lekkiej i ujmującej odsłonie. Aż mam ochotę na więcej. No to zaopatrzyłam się w dalsze części i już się na nie cieszę.

„Wielka Magia” – Elizabeth Gilbert

„Autorka „Jedz, módl się, kochaj” i innych bestsellerowych książek od lat inspiruje czytelników. Teraz wszystkim, którym brakuje pewności siebie, wytrwałości czy cierpliwości, by podążyć za swymi marzeniami i powołaniem, pokazuje, jak z powodzeniem przezwyciężyć te obawy.
Jeśli pragniesz napisać książkę, stworzyć dzieło sztuki, znaleźć nowe sposoby wykonywania pracy lub po prostu nasycić swoje codzienne życie pewną dozą pasji – Wielka Magia otworzy przed tobą cudowny świat twórczej ciekawości, mocy i radości.
Ta książka powstała w odpowiedzi na ogromne zainteresowanie czytelników. Wykład o kreatywności podczas TED Conference, który dała Elizabeth Gilbert, obejrzało do tej pory na YouTubie ponad 11,5 mln osób.”

Kupiłam tę książkę zaraz po jej wydaniu zafascynawana samym tytułem, ale potem, jak to u mnie często bywa, odłożyłam na półkę i o niej zapomniałam. Doczekała się jednak momentu kiedy ponownie się nia zainteresowałam. No i spędziłysmy razem trzy fajne wieczory. Lekkie pióro autorki i naprawdę krótkie rozdziały sprawiły, iż czytało się bardzo przyjemnie. I owszem, przyznaję, iż ta książka nie jest na pewno dla każdego, mimo iż każdy może być artystą, bowiem wszyscy jesteśmy twórcami i kreatywność jest naszą wrodzą cechą. Jednak dla mnie książka ta okazała się niezwykle inspirująca. Najbardziej ujęło mnie to całkiem zabawne i jak dla mnie pomocne (być może przy okazji nonsensowne, ale to mi nie przeszkadza) spojrzenie autorki na wenę jako na na istotki poszukajace twórcę. Od wielu lat sama maluję albo ciągle coś tworzę i ta nowa dla mnie teoria weny niejako calkiem zmienia moja podejście do mojej twórczości. Tym samym poczułam sie jakbym dostała nowych skrzydeł, a skoro tak, to książka Gilbert w moim wypadku spełniła swoje zadanie. Jak najbardziej polecam ja wszystkim twórczym duszom, albo i takim które dopiero szukają swojej twórczej ściezki.

„Los powtórzony” – Janusz Leon Wiśniewski

„Książka ta to opowieść o oswajaniu świata, o znajdywaniu w nim miejsca (…) Pokazuje człowieka w tarapatach, które każdemu mogą się przydarzyć….”

Książka nie była zła, ale nie poruszyła mnie nawet w połowie tak, jak „Samotność w sieci”. I chociaż czytało się dość fajnie, opisane histroie – nie tylko głównego bohatera, ale i innych postaci – były opowiedziane niezwykle ciekawie, to jednak i tak czegoś mi zabrakło. Jakby naturalności, czegoś takiego płynnego. Nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie, że momentami wkradała się tu jakaś sztuczność, choć nie wiem czy to odpowiednie słowo. Niewątpliwie Wiśniewski jest utalentowanym pisarzem, ale ja już chyba nie do końca rezonuję z jego powieściami.

„Zapach wspomnień” – Jan Moran

polski tytuł: „Zapach wspomnień”
tytuł oryginału: „Scent of Triumph”
niemiecki tytuł: „Im Sturm der Jahre

„Historia wielkiej miłości i pasji, których nie zniszczyła nawet wojna
Kiedy w 1939 znana francuska perfumiarka Danielle wchodzi na pokład luksusowego liniowca, który płynie do Europy, nie wie jeszcze, że ta podróż odmieni jej życie na zawsze. Na pokładzie statku ona i je mąż dowiadują się o wybuchu wojny, która rozdziela ich z synem będącym pod opieką babci w Polsce.
Kolejne miesiące i lata stają się dla Danielle najtrudniejszymi chwilami w jej życiu. Kobieta stara się rozpaczliwie odnaleźć zagubioną rodzinę. W końcu podejmuje trudną decyzję i wyjeżdża do Ameryki.
Danielle nie zamierza się jednak poddawać i chce wykorzystać swój wspaniały dar w Los Angeles. Dzięki determinacji i pasji wkrótce odnosi sukces jako kreatorka perfum oraz dostaje przepustkę do hollywoodzkich elit.”

Sięgnęłam po tę książkę bo zachwyciała mnie okładka niemieckiego wydania. Po prostu przyciągnęła i nie moglam się oprzeć

Zaczęło sie tak, iż naprawdę myślałam, że to będzie dobra książka z historią w tle. Główna bohaterka, francuska perfumiarka to kobieta z pasją. Pierwsze rozdziały naprawdę mnie wciągnęły. Wojna, trudne wybory, dramaty, potem budowa nowego życia na amerykańskiej ziemi. To mógłby być naprawdę dobry romans historyczny. Niestety im dalej w las, tym ciemniej, choć w tym przypadku im dalej zagłębiałam się w powieść, tym bardziej wszystko stawało się harleqinowskie, momentami infantylne, sztuczne, naciągane. Wątki, które naprawdę miały potencjał, zostały w tej powieści zepchnięte na plan drugi, trzeci, czy jeszcze dalszy. Zmarnowane po prostu, a szkoda. To co zostało, to zaledwie taka sobie opowieść miłosna przyprawiona jedynie odrobiną czegoś głębszego. Zakończenie – napisane chyba w pośpiechu, było już totalnie kiczowate i zupełnie mnie rozczarowało.
Jakbym miała tą powieść porównać do jedzenia, to powiedziałabym, iż przypomina ona potrawę z dorbych i może nawet rarytasowych składników, przygotowaną jednak bez soli i przypraw. W dodatku rozgotwaną na mdłą papkę.

 

„Droga prawdziwego mężczyzny” – David Deida

„Ta książka jest przewodnikiem dla szczególnego rodzaju mężczyzny, który świadomie i z rozmysłem stwarza siebie na nowo. Jest on niepodważalnie męski – wytrwale dąży do celu, jest pewny siebie i ukierunkowany, żyje wybraną przez siebie drogą z głęboką spójnością i humorem. Jest jednak także wrażliwy, spontaniczny oraz duchowo żywy, a jego serce jest oddane odkrywaniu i życiu zgodnie ze swoją wewnętrzną prawdą.

Ten kreujący siebie na nowo mężczyzna nie jest wystraszonym byczkiem pozującym na King Konga władającego wszechświatem. Nie jest też mięczakiem nowych czasów, kimś bez kręgosłupa, rozkojarzonym i z głupawym uśmieszkiem. On przyjął i objął w pełni oba swoje wewnętrzne pierwiastki, męski i kobiecy, i nie utożsamia się wyłącznie z jednym z nich. Nie musi mieć cały czas racji, tak jak nie musi być cały czas bezpieczny czy gotowy do współpracy lub dzielenia się, jak jakiś dwupłciowy Pan Milutki. Żyje z głębi swojego wnętrza, bez lęku ofiarowując swoje dary i odczuwając otwartość egzystencji poprzez każdą ulotną chwilę, całkowicie oddany potęgowaniu miłości.”

Książka co prawda jest skierowana do mężczyzn, ale z pewnością i kobiety wiele mogą z niej wynieść dla samych siebie. Przyznaję, że napisana jest takim charakterystycznym dla Deidy językiem, niezwykle bezpośrednim, a jednocześnie „duchowym”. Może momentami wolałabym więcej prostoty, ale całościowo książka jest niezwykle wartościowa. Pomogła mi lepiej zrozumieć zarówno mojego mężczyznę jak i siebie samą. Ale to nawet nie tylko o samo zrozumienie tu chodzi. Ta książka naprawdę może odmienić w jakiś sposób nasze życie, ubogacić nasz związek, uwolnić nas od tylu niepotrzebnych spinek, w które czasem nieświadomie sami się pakujemy.
Takie książki powinny być lekturami w szkołach. Bardzo polecam. Nie tylko dla mężczyzn.

„Człowiek w poszukiwaniu sensu” – Viktor E. Frankl

„Człowiek w poszukiwaniu sensu Viktora E. Frankla to jedna z najbardziej wpływowych książek w literaturze psychiatrycznej od czasu Freuda. Zaczyna się od długiego, suchego i głęboko poruszającego osobistego eseju o pięcioletnim pobycie Frankla w Auschwitz i innych obozach koncentracyjnych i jego wysiłkach w tym czasie, by znaleźć powody do życia.
Druga część książki opisuje metody psychoterapeutyczne, które Frankl opracował jako pierwszy na bazie swoich doświadczeń z obozów. Freud uważał, że życiem człowieka rządzi popęd seksualny i pokusy. Frankl z kolei wierzy, że najgłębszym popędem człowieka jest poszukiwanie sensu
i celu. Logoterapia Frankla zatem bardziej przystaje do zachodnich religii niż freudeowskiej psychoterapii.”

Książka jakże wyjątkowa. Pierwsza część, w ktorej autor opowiada o swoich przeżyciach w obozach koncentracyjnym nie jest jedynie znamym z wielu innych relacji opisem piekła. To coś zupełnie innego. Opowieść o cierpieniu od takiej psychologicznej strony. Przede wszystkim jednak jest to o tym, że niezależnie od okoliczności i warunków w jakich znajdzie się znajdziemy, nawet jeśli nie mamy żadnego wpływu na najmniejszą zmianę swojej sytuacji, zawsze jednak pozostaje nam wolność co do tego, jak będziemy reagowali. Odnalezienie sensu jest kluczowe nie tylko do przetrwania, ale także do tego jak znosimy cierpienie, choćby najbardziej okropne.
Druga część książki, będąca takim skrótowym opisem podstaw logoterapii, nie jest w żadnym wypadku jedynie nudnym przedstawieniem teorii. Jest tu tak wiele mądrości i niezwykle wartościowych przesłań składniających do przemyśleń, że niezaleźnie jak bardzo udane wiedziemy życie i jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, zawsze możemy tu znaleźć jeszcze coś inspirującego ważnego, co wniesie nowe jakości do naszej egzystencji.

„Kuchnia prababci” – Margaret Yardley Potter

” (…) Podczas rozpakowywania pudeł ze starymi rodzinnymi książkami Elizabeth Gilbert odnalazła zakurzony, pożółkły tom w twardej oprawie napisany przez jej prababcię, Margaret Yardley Potter. Ta zajmująco i zabawnie napisana książka jest nie tylko poradnikiem kulinarnym, pełnym doskonałych przepisów na wyśmienite potrawy przyrządzane z naturalnych produktów, ale także źródłem ciepłych i dowcipnych historii krzepiących ducha, pełnym literackich odniesień wspomnieniem życia niezwykłej kobiety, jej małżeństwa i wielu lat wypełnionych szczęściem i troską o rodzinę.(…)”

Gdyby nie moje własne kulinarne zapały, pewnie w życiu bym nie sięgnęła po tą książkę. No ale jednak nie tylko sięgnęlam, ale i przeczytałam, od czasu do czasu uśmiechając się w trakcie tej lektury pod nosem. No cóż. Jak na dzisiejsze standardy, to kuchnia pani Potter jest z pewnością niezdrowa (wszystko smażone na smalcu, zaprawiane maką, albo po części z puszek) i w dziwnych smakach (cynaderki, omułki lub grzebienie z kogutów? – no proszę was, kto dziś przyrządza swojej rodzinie takie obiady). Ponadto jak na mój osobisy gust za dużo w niej mięcha, a za mało warzyw. Zatem kulinarnie z całej książki mogłabym wykorzystać pewnie zaledwie 3 przepisy. Ale przeczytać całość było ciekawie. Zwłaszcza, że pani Potter jak na kobietę tamtych czasów ma całkiem fajne poczucie humoru i przejawia wielką kreatywność przeplecioną z luzackim podejściem, czego akurat nigdy nie za wiele i niejednej dzisiejszej pani domu by się przydało. Lektura była więc jak najbardziej przyjemna, chociaż przyznaję, że gdybym sama nie lubiła gotować, to pewnie nie wytrwałabym nawet do końca pierwszego rozdziału. Tak czy siak było to coś innego, a inności zawsze wzbogacają i rozszerzają zakres własnego postrzegania.
Tym samym polecam, nie tylko kulinarnym zapaleńcom.

„Jedz, módl się, kochaj” – Elizabeth Gilbert

„Elizabeth Gilbert przed trzydziestką miała wszystko, o czym powinna marzyć nowoczesna kobieta: męża, dom za miastem, dobrą pracę. Mimo to nie była ani szczęśliwa, ani spełniona. Przeżyła rozwód, ciężką depresję i nieszczęśliwą miłość. A potem zaczęła szukać siebie na nowo.”

Ile ludzi tyle opini. Jednych ta książka zachwyca, innych nudzi lub irytuje. Ja należę mogę się zaliczyć zdecydowanie do tej pierwszej grupy. Co tu dużo gadać, autorka ujęła mnie swoją szczerością, a także swoistym humorem. Historia jak na książkową może niezbyt porywająca czy dramatyczna. Trzeba się było przedrzeć przez nieco nużące użalanie się nad sobą i zajadanie smutków, by po drodze odnaleźć Boga, miłość i samą siebie. Jednak czyż takie właśnie nie bywa po prostu życie?
Dla mnie opowieść Liz jest pełna takich nieco ukrytych, ale jednak pięknych perełek, które są mi inspiracją i po prostu zachęcają do tego by stawić się do Życia w pełni. I już chociażby za to, jestem wdzięczna iż moglam ją przeczytać.

 

„Nasiona Chia. Aztecki sekret zdrowia” – Barbara Simonsohn

„Książka opisuje bombę witaminową, która zawiera pełną gamę przeciwutleniaczy, składników mineralnych, białek, błonnika oraz kwasów tłuszczowych Omega-6 i Omega-3. Dowiesz się z niej, jak z pomocą nasion chia wzmocnić układ odpornościowy, zapobiec chorobom układu krążenia i skutecznie zrzucić wagę. Dzięki nim zabezpieczysz się też przed nowotworami, stanami zapalnymi i cukrzycą. Poznasz również 111 przepisów na pyszne i zdrowe potrawy. Jest to lektura obowiązkowa zarówno dla profesjonalnych sportowców, jak i wszystkich osób świadomych tego, co jedzą. Tym bardziej, że opisywane w niej nasiona wzmacniają nie tylko ciało, ale i umysł, zwiększają możliwości ludzkiego mózgu i zapobiegają syndromowi wypalenia. Nasiona chia – Twój sposób na zdrowie!”

Może nie jest to książka, którą by się czytało z zapartym tchem, jednak z całą pewnością jest skarbnicą wiedzy o cudownych nasionkach chia. Co tu dużo gadać, chia to taki niesamowity skarb natury, oferujący nam tak wielkie bogactwo różnych dobrych składników potrzebnych naszemu organizmowi, że wręcz głupotą by było z tego nie korzystać.
Czytałam tę książkę dość długo, bo też nie jest to powieść sensacyjna. Od pierwszego dnia lektury włączyłam jednak ziarneka chia do mojej diety i już po tych zaledwie 3 tygodniach odczuwam różnice w pozytywnym kierunku. Mniej podjadam między posiłkami, mam więcej energii, ogólnie czuję się o wiele lepiej niż miesiąc temu. Jednym słowem rewelacja.

Tym samym uważam książkę za naprawdę bardzo dobrą. Bo jeśli dzięki niej więcej osób sięgać będzie po cudowne nasionka chia, a co za tym idzie poprawi swoje samopuczie i zdrowie, to czyż może być coś lepszego?

Jak najbardziej polecam!

„Zrozumieć mężczyznę” – Renata Dziurdzikowska, Benedykt Peczko

„Oto inspirujący dialog mądrej kobiety i mądrego mężczyzny. Ich rozmowy uchylają rąbka tajemnicy wewnętrznego świata mężczyzny. Ten obszerny krajobraz obejmuje zarówno kwestie relacji z samym sobą, z ojcem i matką, z życiowymi partnerkami, z dziećmi. Dotyka sfery pracy, zdrowia, seksualności i życiowego spełnienia. Autorzy z wdziękiem, humorem i dojrzałością odkrywają wyzwania stojące przed mężczyznami w różnym wieku oraz pokazują możliwości rozwoju i radzenia sobie w różnych sytuacjach.
Mówi się, że współczesny świat zdominowany jest przez mężczyzn i przez męskie podejście do wielu kluczowych spraw, zaś kobiety muszą domagać się należnej im pozycji – i w dużej mierze taka jest prawda. Ale prawdą jest też, że mężczyzna JEST wrażliwy, czuje, myśli i ma swój bogaty wewnętrzny świat, o którym – z racji wychowania, tradycji czy przyjętych norm – często nie potrafi lub nie chce mówić.
Tak czy owak lektura tej książki przyda się i kobietom i mężczyznom. Kobietom, aby zrozumiały, że ON poza siłą i kamienną twarzą ma też emocje, przemyślenia, lęki i swoje własne niepewności, choć rzadko się nimi dzieli. Natomiast mężczyźni – mamy taką nadzieję – czytając o sobie, odczują ulgę, że w końcu ktoś wie, ktoś rozumie, a wyrażenie tego i bycie wysłuchanym czy zrozumianym, jest możliwe. A może wtedy będzie łatwiej żyć, być razem, kiedy ona na siłę nie pyta, nie domaga się, a on mówi tyle ile potrzebuje, spokojny, że i tak jest zrozumiany.”

Od ponad dwudziestu lat jestem mężatką, mam dwóch dorosłych synów, kilku męskich przyjaciół, a i tak męźczyźni wciąż mnie zaskakują i są tajemnicą. No więc kiedy przybyła ta książka do mnie w postaci prezentu, pomyślalam, że to dobry znak i od razu zabrałam sie za czytanie. I jak moje wrażenia?
Ksiażka ta to bardzo ciekawe i niezwykle mądre rozmowy nie tylko o facetach, ale o życiu i nawet o śmierci. Dają do myślenia, ale też w jakiś sposób uczą, wzbogacają wewnętrznie. No i bardzo przyjemnie się czyta. Z wielką chęcią sięgnę zatem po kolejną część, bo fajnych lektur nigdy nie jest za wiele.

mandale i cytaty

„Nikt z nas nie jest sam. Ludzie oddziałują na siebie nawzajem, jakby byli połączeni kręgami tajemniczej energii – a przez każdego z nas przechodzi przynajmniej kilka takich kręgów. Dzięki temu wszystko, co czynimy, każde nasze uzewnętrznione uczucie, a może i myśli – nawet te, którym nie dajemy wyrazu, zyskują nieskończony rezonans. Każdy z nas nawet nieświadomie, wpływa na innych i staje się ogniwem łańcucha myśli, uczuć, reakcji i wydarzeń mogących zogromnieć wręcz do procesów historycznych.”
(Małgorzata Musierowicz – „Opium w rosole”)

„Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” – Nathanael Johnson

 „Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik – tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody. Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny.”

Zachwyciła mnie ta książka. Przeczytałam ją jakiś czas temu, ale wciąż leży na moim nocnym stoliku i wciąż sobie lubię do niej na nowo zaglądnąć. Zawsze mnie nieco irytowaly te wszystkie duchowe „mądrości” w stylu, że aby mieć prawdziwy kontakt z naturą, to trzeba gdzieś tam w nieskazitelną dzicz się udać i tam z naturą kontakt nawiązywać. Albo jak chcemy z drzewami pogadać, to koniecznie do lasu i najlepiej ze starym jakimś drzewem. No i buntowałam się w środku na te przekazy, bo wychodzilo na to, że wiekszość ludzkości w miastach żyjących, to już dupa blada, na straconej pozycji jest, a drzewa powiedzmy osiedlowe jakieś gorsze. O zwierzątkach miastowych w ogóle się nie wspominało.
Tymczasem sama mieszkam w wielkim mieście, ale to nie jest jedynie betonowa dżungla. Bo przecież codziennie rano budzą mnie śpiewy kosów, nocami słyszę słowiki. Codziennie spotykam wiewiórki, dzikie króliki biegają po trawnikach, wieczorkami spacerują jeże i w ogóle całe tabuny wszelkich zwierzątek krzyżują swoje ścieżki z moimi. Wystarczy je tylko zauważyć, z szacunkiem się im przyjrzeć i posłuchać co mają do opowiedzenia. To samo z drzewami, kwiatami, krzaczkami… Moje miasto nie jest betonową dżunglą oderwaną od natury. Moje miasto jest tak samo tętniące przyrodą jak las. Tylko nieco inaczej. I wasze miasta również.

Dlatego też ta książka nie tylko wywołała mój zachwyt, ale stała się cudowną inspiracją. Tak, tak , nabyłam lornetkę i obserwuję moje osiedlowe ptaszki. A na spacerach delektuję cykaniem świerszczy, lub smakuję kwiatki akacji czy innych smakowitości. W zasadzie robiłam to już od lat. Teraz jedynie z nieco większą świadomością i zachwytem wobec tej natury, która dla mnie tu jest.

Dzięki tej lekturze po raz pierwszy zupełnie inaczej spojrzałam na gołębie. W dodatku książka zawiera tyle fajnych ciekawostek, a wszystko napisane takim prostym zwyczajnym językiem, bez wymądrzania się i górnolotnych dyrdymałów. Po prostu kocham tę książkę!
I z całego serca wam polecam.

„Przebudzenie Lisicy” – Dora Rosłońska

„Jesteś kobietą. Stań przed sobą w prawdzie, przejrzyj się w lustrze. Niech w tej chwili nic nie przeszkadza Ci w tej rozmowie z sobą. Jesteś. Po prostu. Ta książka, to Twoje lustro. Przejrzyj się w nim i znajdź te odbicia, które chcesz zmazać. Znajdź te kryształki lodu, które chcesz wypłakać ze swoich oczu. Zaczniemy od tych najtrudniejszych odbić w lustrze, potem będzie coraz łatwiej. Spójrz ponownie, by zobaczyć wreszcie moce, które masz w sobie, w sercu i swojej kobiecej naturze. Potrafisz. Wspierają Cię w tym Zwierzęta Mocy swoją Miłością i wiarą. Możesz wszystko.”
fragment książki

Temat zwierząt mocy w połączeniu z tematem uzdrawiania kobiecości naprawdę ma wielki potencjal, więc i książka przyciąga uwagę. Niestety, nie mogę o niej napisać, że wniosła coś nowego dla mnie samej. Owszem, czytało się fajnie, bo napisana jest lekkim językiem, ale sama treść już niekoniecznie mnie zachwycała, mimo że zwierzątka mocy, na bazie których autorka snuje swoją opopwieść każde bez wyjątku zasługują na uwagę. Nie do końca tylko rozumiem dlaczego niektóre z nich przedstawione są jedynie od strony cienia, wręcz tak, jakby były ucieleśnieniem głupoty, lęków i zniewolenia, a inne jedynie od strony światła. Jaskólka – całkiem nieporadna, czarna pantera – agresywna egoistka idąca po trupach, ćma – marzy ale sie boi, sójka – to samo. Trochę lepiej wypadła foka czy pajęczyca, a np wilczyca i lisica to już tylko supermoce i supermądrość. Ktoś, kto dopiero wchodzi w temat zwierząt mocy, może mieć po tej lekturze wrażenie jakoby niektóre zwierzątka były „cool” i super, a inne już niekoniecznie. Wiem, że cała opowieść ma ukazać pewne wzory i programy do uleczenia w nas, jednak właśnie to dziwne (dla nnie) przedstawienie poszczególnych zwierząt, stoi – jak na moje odczucie – z owym uzdrawianiem programów w sprzeczności, bo samo w sobie jest pewnym programem.. No ale pomijając ten szczegół, książka jak wspomniałam wyżej ma potencjał. I jeśli poczyta się ją z otwartym sercrem i umysłem, można naprawdę odkryć małe skarby, czego wszystkim przy tej lekturze życzę.

mandale i cytaty

„Każda więź między dwiema osobami jest całkowicie wyjątkowa. Nie można kochać dwóch osób tak samo. To po prostu niemożliwe. Kochasz każdego człowieka inaczej, bo jest jedyny w swoim rodzaju i on w tobie również dostrzega twoją niepowtarzalność. Im lepiej się poznajecie, tym bogatsze stają się barwy waszej relacji.”
 
(William Paul Young – „Chata”)

„Minuta uważności” – Simon Parke

„Czasami tracimy kontakt ze sobą tak bardzo, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Do czasu, gdy nagle uświadomimy sobie, że właśnie doświadczamy czegoś bez faktycznego przeżywania tych zdarzeń. Tak jakby wszystko działo się obok nas.
Dzieje się tak, ponieważ tak wiele czasu poświęcamy na rozmyślania, co niedługo się zdarzy, spiesząc się, by wykonać kolejną rzecz, albo na rozpamiętywanie błędów z przeszłości i zadręczanie się nimi, że rzadko udaje nam się żyć chwilą obecną.
W niniejszej książce Simon Parke, za pomocą inspirujących historii oraz prostych stwierdzeń, uczy nas, jak wyraźniej spojrzeć na świat, wrócić do teraźniejszości i w niej pozostać. Ta subtelna zmiana sprawi, że w krótkim czasie uzdrowimy swoją duszę i ciało oraz wniesiemy spokój do każdej dziedziny życia, co pozwoli nam żyć swobodnie i w pełni. By to osiągnąć, wystarczy poświęcić dokładnie JEDNĄ MINUTĘ DZIENNIE na praktyki i rozważania mindfulness tak prosto i plastycznie tu opisane.
Inspirująca i praktyczna – ta książka jest dla każdego, kto chce wrócić do swojego życia – do siebie.”

Oj, zajęło mi wiele czasu przeczytanie tej książki, ale też w ogóle ostatnio jakoś czytanie zepchnięte u mnie było jedynie na kilka chwil wykradzionych nocą. Cóż mogę napisać o tym zbiorku króciutkich przypowiastek składających się na „Minutę uważności”? Z pewnością są wśród nich takie, które potrafią dotknąć jakoś naszego wnętrza i w prosty sposób nagle odkryć przed nami jakąś ważną dla nas lekcję. Jednak chyba raczej tylko wtedy, gdy sięgniemy po te opowiastki pojedyńczo, w maleńkich dozach, a nie w pakiecie. Ale chyba nawet tak powinno się czytać tę książkę, na raty, bez pośpiechu, a właśnie zatrzymując się w teraźniejszości. Wdychając i smakując chwilę….
Lektura może nie powala, ale jak dla mnie ma to „coś”. I pewnie jeszcze będę wracać do niej otwierając książkę tak na chybił trafil, by ze smaczkiem (albo i nie) uchwycić dany moment.

„Egipcjanin Sinuhe” – Mika Waltari

„Najsłynniejsza powieść historyczna Waltariego.
Sinuhe, jako królewski trepanator związany z najwybitniejszymi osobistościami epoki faraona Amenofisa IV (Echnatona), zostaje wmieszany w ówczesne wydarzenia i intrygi. Ciesząc się bezgranicznym zaufaniem władcy „doliny Nilu”, przemierza w misji Syrię, Babilonię, Kretę i kraj Hatti, przeżywa wojny i prześladowania, kocha i nienawidzi, by wreszcie u schyłku życia poznać straszliwą tajemnicę związaną ze swymi narodzinami i odkryć własne przeznaczenie, które nie mogło się wypełnić skutkiem przedziwnych zrządzeń losu.”

Oj, strasznie długo czytalam tę powieść. O ile na początku całkowicie mnie pochłonęła, bo starożytny Egipt, podróże, egzotyka, starożytna medycyna,nawet wątek miłosny – wieć czegóż chcieć więcej. A jednak tak od połowy już nieco mi się nudziło i owe przemęczenie materiału spowodowało, iż już nie tak bardzo potrafiłam się tą książką zachwycać. Ale mimo to powieść jest naprawdę bardzo dobra. Miejscami zabawna, wzruszająca, skłaniająca do zadumy i spojrzenia inaczej na pewne sprawy. Bardzo klimatyczna, w dodatku napisana pięknym językiem. Jednym słowem same plusy.

„Die Botschaft der Tiere” – Diana Cooper

„Ebenso wie wir Menschen folgen auch die Tiere ihrem ganz eigenen Seelenplan. Mit ihren besonderen Fähigkeiten leisten sie auf dieser spirituellen Reise einen unschätzbar wertvollen Beitrag zur Transformation unserer Welt, hin zu einem neuen Goldenen Zeitalter. Was die Tiere uns dabei mitzuteilen haben, wie sie uns helfen und wie wir sie wirkungsvoll schützen können, wird durch Botschaften aus der Geistigen Welt deutlich, die Diana Cooper uns übermittelt. Mithilfe zahlreicher Visualisierungen und Gebete können wir mit den Tieren in telepathischen Kontakt kommen und ihre heilenden Energien in unser Leben holen. So empfangen wir die Schlüssel zu Freude und Klarheit, Frieden und Empathie – zum Besten von Mensch und Tier und unserem ganzen Planeten. „

Diana Cooper to specyficzna autorka i wiele w jej książkach ezoteryki i czasem całkiem „dziwnych” informacji. Dlatego też mimo że temat zwierząt mocy niezwykle mnie ciekawi, to ta lektura jakoś mnie do końca nie zachwyciała. Trzeba mieć bardzo dobry kontakt z własną intuicją by z tych 320 stron wyłuskać to, co naprawdę jest wartościowe. I owszem, jeśli ktoś wierzy w anioły i lubi z nimi pracować, to znajdzie tu wiele podpowiedzi do przeróżnych medytacji. Jednak do mnie samej zupelnie to nie przemówiło i raczej traktuję tę książkę jak taki dodatek niż rzeczywiście intertesującą i wartościową lekturę.

„Cafe Auschwitz” – Dirk Brauns

„Akcja powieści Dirka Braunsa dzieje się współcześnie w Polsce i w Niemczech. Urodzony w NRD młody nauczyciel niemieckiego i historii w niemieckiej szkole w Warszawie (porte-parole autora) staje się świadkiem wspomnień i wykonawcą zaskakującej ostatniej woli przypadkowo poznanego Janusza, byłego więźnia KL Auschwitz. Ich spotkanie w warszawskiej kawiarni staje się punktem wyjścia dla ciągu sensacyjnych wydarzeń obfitujących w zaskakujące zwroty akcji. Kompozycja sprawia, że utwór czyta się jak powieść sensacyjną. Autorowi udaje się unikalna sztuka wielowymiarowego przedstawienia i swoistej próby weryfikacji autentyczności sylwetek, poglądów, losów i teraźniejszości katów i ofiar na tle szkiców współczesnej Polski i Niemiec. Powieść jest znakomitą próbą ujęcia istotnej dla Polski i Niemiec tematyki także przez pryzmat codziennych zdarzeń – bez koturnów i śladów „kiczu niemiecko-polskiego pojednania”.

Nie jest mi łatwo napisać jakąś mądrą recenzję do tej powieści. Dla mnie była niezwykle interesująca. Z jednej strony mamy tu historię Janusza, byłego więźnia z Auschwitz, z drugiej problem rozliczenia społeczeństwa niemieckiego z nazizmu. Choć może nawet nie o samo rozliczenie chodzi, co o nie uciekanie od tematu, zobaczenie? Nie wiem. Mam naprawdę mieszane uczucia, bo rozumiem, iż niezwykle ważne jest aby pamiętać, a z drugiej strony ważne jest również, aby zamknąć pewne rozdziały. Nie chodzi o zapomnienie, ale o to, że świat idzie do przodu, że zauważalane są ogólnoplanetarne zmiany, że roztrząsanie przeszłości wcale nie jest najlepszym sposobem na tworzenie lepszego jutra. Takie moje refleksje.
Powieść jednak na pewno warta przeczytania.

„Niezwykłe akty prawdziwej miłości” – Danny Scheinmann

„Dramatyczny obraz dwójki mężczyzn, których przy życiu trzyma wspomnienie miłości. Ta pełna głębokich emocji lektura to doskonały debiut niezwykle utalentowanego pisarza !
Rok 1992. Leo Deakin budzi się w nieznanym mu szpitalu, gdzieś w Ameryce Południowej. Jego dziewczyna, Eleni, nie żyje, a on nie potrafi się z tym faktem pogodzić. Obarczając się bezustannie winą za wypadek, wpada w spiralę rozpaczy i beznadziei. Czy Leo ma jeszcze szansę odkryć coś, co na zawsze zmieni jego życie?
Rok 1917: Moritz Daniecki jest galicyjskim zbiegiem z syberyjskiego obozu jeńców wojennych. Od jego miasteczka i ukochanej dzieli go siedem tysięcy kilometrów. Może i Wielka Wojna dobiegła końca, ale Moritz musi jeszcze stawić czoła wycieńczającej wyprawie przez targany wojną domową kontynent. Czy kiedy w końcu dotrze w rodzinne strony, żeby prosić o rękę ukochanej, ona wciąż będzie na niego czekać?
Dwa mistrzowsko ze sobą splecione wątki, dwie fascynujące historie miłosne, dwie opowieści o bólu i stracie, jedna niezapomniana podróż w głąb ludzkich emocji.”

Leo podczas podróży w Ameryce Południowej traci swoją ukochaną, która ginie w wypadku autobusowym. Chłopak obwiniając się za jej śmierć i nie mogąc sobie poradzić ze stratą, wpada w coraz większe objęcia depresji.
Moritz, młody żołnierz, który dostaje się do obozu jeńców wojennych na Syberii. Miłość i nadzieja dodaje mu sił i odwagi nie tylko by z obozu uciec, ale by przejść pieszo kilka tysięcy kilometrów, by wrócić do swojej ukochanej.
Dwie historie, całkowicie odmienne, na pozór nie mające z sobą nic wspólnego. Każda na swój sposób dramatyczna i poruszająca.
Cierpienie, ból, tęsknota, poczucie winy, odwaga, wytrwałość i miłość. Jest tutaj wszystko, włącznie z ciekawostkami z życia zwierząt i elementami fizyki kwantowej. Wydaje się, jakby jedno z drugim nie miało nic wspólnego. A jednak… na jakimś poziomie wszyscy jesteśmy jednością.
Książka jak najbardziej godna polecenia.

„Duch dżungli. Wspomnienia z dzikiej Wenezueli” – Justyna Romanowska

„Duch dżungli to zaproszenie do wzięcia udziału w fascynującej wyprawie Justyny Romanowskiej do wenezuelskiej dżungli. Jest to jednak podróż inna niż wszystkie. Autorka przemierza indiańskie wioski, podziwia piękno i moc dziewiczej przyrody, poznaje codzienne życie tubylców, jada to, czym obdarzy ją dżungla – lecz wkracza również w duchowy wymiar tej podróży. I tu zaczyna się gratka…”

Och! Przeczytałam tą książkę z wielką przyjemnością, bo też przepiękna to była opowieść. I chociaż bardzo lubię podróżnicze reportaże i tego typu powieści, to jeszcze bardziej ujmują mnie książki z duchowym przesłaniem. A tutaj dostałam oba te tematy w jednym pakiecie. Bo tak naprawdę „Duch dżungli” to nie tylko opowieść o Wenezueli, o Indianach czy samej dżungli, ale to przede wszystkim przepiękne świadectwo tego, kim jest sama autorka. Jakie ma podejście do życia, do innych ludzi, do  przyrody. Tak mnie ujęła pani Justyna tą swoją prostotą, otwartością serca. Tyle nauczyła. Tak bardzo poruszyla moje własne serce, że jestem pełna wdzieczności wobec niej za tę cudona książkę. I za każde napisane w niej słowo. Bo  dla mnie to nie są jedynie słowa, ale magia serca, siła serca, moc serca.

Bardzo bardzo polecam, nie tylko miłośnikom podróżniczych opowieści

„Chata” – William Paul Young

„Najmłodsza córka Mackenziego Allena Phillipsa Missy została porwana podczas rodzinnych wakacji. W opuszczonej chacie, ukrytej na pustkowiach Oregonu, znaleziono ślady wskazujące na to, że została brutalnie zamordowana, ale ciała dziewczynki nie odnaleziono. Cztery lata później pogrążony w Wielkim Smutku Mack dostaje tajemniczy list, najwyraźniej od Boga, a w nim zaproszenie do tej właśnie chaty na weekend. Wbrew rozsądkowi Mack przybywa do chaty w zimowe popołudnie i wkracza do swojego najmroczniejszego koszmaru. Jednakże to, co tam znajduje, na zawsze odmienia jego życie.
Mack spędza w chacie weekend, uczestnicząc w czymś w rodzaju sesji terapeutycznej z Bogiem, nazywającym siebie Tatuśkiem, Jezusem, który pokazuje się pod postacią żydowskiego robotnika, i Sarayu, Azjatką uosabiającą Ducha Świętego.

Gdybym czytała tę książkę wiele lat temu, jeszcze przed „Rozmowami z Bogiem”, wtedy moze byłabym mocno poruszona. Moze bym ją polubiła na maxa i uznała ją za cudowną. Ale przeczytałam teraz. I jakoś tak nie za bardzo mi przypadła do gustu. Owszem, jest na swój sposób piękna, zawiera w sobie ważne przesłania, ale było w niej coś, co mnie mimo wszystko uwierało. Nie do końca ze mną rezonowalo i nie do końca przez to mogłam ją odebrać sercem. Historia sama w sobie, w której to szargany smutkiem po stracie córki Mack spotyka w chacie boga, jest całkiem dobra i naprawdę ma potencjał. Jednak jak na mój gust całość jest napisana tak, jakby momentami autorowi zabrakło weny twórczej. I akurat w tych momentach kiedy poruszane były naprawdę istotne kwestie między bogiem i Mackiem, dialogi stawały się raczej chaotyczne, czasem mało zrozumiałe, albo i nieco naciągane. Miałam wrażenie, jakby autor nie do końca chciał dzielić się tym, czym dzielić się zaczął.  Z drugiej strony, książka może na pewno pomóc niejednemu czytelnikowi naprawić więzi z bogiem, więc już choćby dlatego zasługuje na plusy i moją pochwałę.

„Jesus liebt mich” – David Safier

„Marie hat das Talent, sich ständig in die falschen Männer zu verlieben. Kurz nachdem ihre Hochzeit geplatzt ist, lernt sie einen Zimmermann kennen. Und der ist so ganz anders als alle Männer zuvor: einfühlsam, selbstlos, aufmerksam. Dummerweise erklärt er beim ersten Rendezvous, er sei Jesus. Zunächst denkt Marie, dieser Zimmermann habe nicht alle Zähne an der Laubsäge. Doch bald dämmert ihr: Joshua ist wirklich der Messias. Hat Marie sich diesmal in den falschesten aller Männer verliebt?”

David Savier należy do moich ulubionych autorów, dlatego też zawsze z radością sięgam po jego ksiązki. W grudniowej atmosferze świąt wybrałam do przeczytania tą, której tytuł już sugerował spotkanie z Jezusem. Ha! No ale jak to u Saviera, musiałoby być nieprzewidywalnie i nieco poplatanie. Pojawili się zatem do kompletu również anioł Gabriel, Szatan i nawet sam ojciec Bóg. A wszystko na tydzień przed ostateczną apokalipsą i sądnym dniem. Na szczęście we wszystko wplątana była nasza główna bohaterka Marie. I chyba dzieki niej powieść w ogole była zabawna, a jednocześnie taka … na swój sposób swojska.
I chociaż moim zdaniem nie jest to najlepsza powieść Saviera, to jednak było miło ją poczytać.