emocjonalne zawirowania i co z tego wynikło

Wczoraj przeżyłam swego rodzaju burzę emocjonalną. Znowu zaskoczyłam się swoimi własnymi reakcjami. No cóż, życie jednak bywa zaskakujące.
Choć niby sami je tworzymy. Każdą chwilą. Każdą decyzją, każdym słowem, myślą, czynem. Każda chwila to przecież jakiś wybór. Nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę, ale przecież tak jest. Nasze TERAZ stanowi odzwierciedlenie naszych wczorajszych wyborów. A nasze dzisiejsze decyzje kształtują nasze jutro.
Nie podejmowanie decyzji, też niejednokrotnie
jest decyzją.

I myli się ktoś, kto sądzi, że same myśli nic nie znaczą. Myśli mają moc twórczą. I nie ważne czy się w to wierzy, czy nie, to tak jest.
Myślenie to z jednej strony wielki skarb. Z drugiej stanowi jeszcze większe niebezpieczenstwo. Myślenie jako zdolność rozróżniania to wielki dar. Jeśli należycie go wykorzystamy, właściwie nim kierujemy, uświęca to jakoś nasze zycie. Nie mam na myśli tu nic religijnego.
Nie jestem religijna. I nie identyfikuję się z żadną religią. Ale nie zmienia to faktu, iż mam świadomość boskości w nas wszystkich. W jakieś cząstce w każdym z nas. W każdej istocie, w każdej formie życia.

Ale to nie był temat tej notki.
Bo było o myśleniu. Ha! No właśnie, dlaczego moje myślenie działa przeciwko mnie samej?
A nawet nie tak. Bo przecież moje myślenie, jako zdolność rozróżniania doskonale mi mówi co i jak, co powinnam, a co nie, co jest dla mnie dobre, a co nie jest. Dla mnie, dla mojego własnego rozwoju. Mimo to, dokonuję potem niewłaściwych wyborów.

O ile kiedyś, po podjęciu niewłaściwych decyzji, zadręczałam się wyrzutami sumienia, o tyle teraz – o dziwo – nic takiego się nie dzieje. Zatraciłam własne sumienie?
Zwał jak zwał. Jednak któregoś dnia, w Momencie Nieoczekiwanego Odkrycia, przyszło mi do głowy, że poczucie winy nie jest najlepszą nauczycielką.
I absolutnie nie wpływa dobrze na mnie samą. Więc spoglądam z większą życzliwością względem siebie. I z większą łagodnością. Nie osądzam się tak jak kiedyś i nie potępiam.
Staram się podchodzić do siebie samej z łagodnością. Więcej potrafię zrozumieć i więcej wyciągnąć wniosków na przyszłość.

Trochę to takie pasywne spojrzenie na własną ścieżkę rozwoju. Trochę na zasadzie, że nic nie robię, a zrobi się za mnie.
Z drugiej strony myślę, że to nie brak inicjatywy i aktywności, ale dystans, którego powoli się uczę.
Jako zodiakalny Strzelec z natury jestem bardzo optymistyczna. Wielu spraw nie biorę tak poważnie.
Pozwalam życiu płynąć swoim biegiem. Tak po prostu. Nie jestem zawzięta w podejściu do życia. Nie wszystko musi być na siłę. Nie wszystko musi być, bo musi. Nie wszystko musi być, bo mam takie oczekiwania. Nie. Jeśli nie jest, to też jest dobrze. Przyglądam się czasem z boku własnemu życiu. I doprawdy, choć nieraz sama się zadziwiam, to jednak spojrzenie z dystansu przynosi swego rodzaju lekkość.

„Poruszaj sie giętko w biegu wydarzeń”.
Pojawia się od czasu do czasu moment, w którym należy jednak wykazać się charakterem i płynąć pod prąd lub stać jak skała w kipieli.
Wiem, że potrafię. Dzięki skorpioniastej części mnie.
Każdego jednak dnia doskonalę po trochu umiejętność płynięcia z życiem. Po to, bym mogła go brać w swoje ręce.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Od łagodnego uwalniania, po zazdrość, od miłości po złość. Rozczarowania i uniesienia, lekkość i ciężar trosk, zaufanie i strach, poczucie tracenia i poczucie posiadania…
Takie różne dziwne przeciwieństwa. W między czasie wydarzyło się jeszcze więcej.
Ale otrzymałam także jeszcze więcej szans, by wszystko zrozumieć. By spojrzeć inaczej.

Wczoraj miałam chaos emocjonalny w mojej głowie. Dziś mam łagodność. I spokój.

Dziekuję ci za to, Joe.

portal w Drzewie

Biegłam przez las. Byli ze mną jacyś ludzie, ale nie potrafię powiedzieć kto. Może jacyś moi przyjaciele lub bliscy. Biegliśmy przez las. Wszystko było jakby spowite mrokiem, a między drzewami gdzieniegdzie wisiała szarawa mgła. Gdzieś tam za nami biegły wilki. Właściwie nie goniły nas, nie miałam wrażenia, że chcą uczynić nam krzywdę. Bardziej było to tak, jakby nas zaganiały, nakierowywaly w strone ogromnego drzewa. Bo oto nagle znaleźliśmy się przed potężnym drzewem. Było tak wielkie, majestatyczne i wysokie, że z miejsca gdzie staliśmy, nie mogliśmy nawet dostrzec jego konarów. Ale za to ujrzeliśmy, tuż przed nami, że w drzewie pojawiło się jakby wejście zapraszające nas do środka. Trudno mi to opisać, bo nie wyglądało to jak jakiś rzeczywisty otwór czy  brama. Bardziej wyglądało tak, jakby kora tuż przed nami była utworzona ze światła, choć wciąż była korą. Nieco ze zdziwieniem, ale ciekawością, fascynacją i szacunkiem równocześnie, weszliśmy do środka. I oto znależliśmy się w jakieś dziwnej krainie, komnacie, świątyni. Nie wiem jak to określić. Staliśmy jakby na szczycie ogromniastego, niesamowicie pięknego wodospadu. Nie tworzyła go woda, ale coś, co było wodą i ogniem jednocześnie. Miało w sobie miękkość i puszystość śniegu, ale tak samo miało gładkość i metaliczność metalu. Było delikatne, aksamitne albo jedwabiste, a jednocześnie mocne i potężne jak skała. Wodospad ze światła, który miał w sobie jakby wszystko i wszystkimi mienił się barwami. Jego widok był oszałamiający, nie potrafię nawet ująć w słowa ogomu uczuć jakie wywoływał. Jednak zanim zdąrzyłam się z tymi doznaniami oswoić, pojawili się Oni.
Wysocy, duzi, ładnie zbudowani, niesamowicie piękni. Pojawili się jak silny powiew wiatru. I chociaż nie mieli skrzydeł, to płynęli w powietrzu. Każdy z nich przybywał do jednego z nas. Mieli różne kolory, choć nie do końca, bo miałam wrażenie jakby ich barwy wibrowały, ulegały zmianie. Jedni świecili się zielenią, inni na różowawo. Ten, który przybył tu dla mnie, świecił się w kolorze indygo zmieniającym się w srebro. I nie tyle to zobaczylam, co poczułam lub wiedziałam.
Wszystko się działo tak szybko. A my… zaczeliśmy jakby uciekać. Ja zaczęłam uciekać. Z jednej strony wiedziałam, że nie mam się czego bać, a jednak wolałam uciekać. Nie wiem czy przed nimi, czy bardziej była to ucieczka przed nieznanym, przed innym, przed otwarciem się, przed spotkaniem. I przed samą sobą. Naprawdę nie wiem…  Ale uciekałam. A razem ze mną i  reszta moich przyjaciół. Wszystko przybrało wariackiego tempa. Zjeżdżałam po wodospadzie i była to szaleńcza jazda. Jak na złamanie karku. Z wybojami, ostrymi zakrętami, jak jakiś saneczkowy slalom gigant. Tyle, że bez saneczek.
I nagle zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie potrafię tego kontrolować, że zwyczajnie za chwilę rozwalę sobie łeb. Zresztą we łbie słyszałam huk, świst, wszystko to było jak jakieś szaleństwo. I wtedy kątem oka zobaczyłam, że tuż za mną leci ten „mój” srebrno-granatowy On Aniol????? Nie wiem. Przed ułamek sekundy chciałam mu uciec, a jednocześnie wiedzialam, że nie mam na to szans i że gdzieś tam w środku mnie wcale nie chcę uciekać. Chciałam się przed nim schować, a jednocześnie gdzieś w głębi wcale nie chciałam się chować. On najwyrażniej o tym wiedzial, bo dogonił mnie i zanim otoczył mnie ramieniem przez ułamek sekundy leciał tuż obok, uważnie mnie obserwując. I wtedy dopiero odważylam się spojrzeć w jego piękną męską twarz i jego oczy. I zobaczyłam w nich spokój i uważność, ciepło i serdeczność, dodawanie mi odwagi i śmiejące się iskierki. A potem otoczył mnie swoim silnym ramieniem. Okęcił się jakoś wokół własnej osi razem ze mną, wciąż w niesamowicie szybkim horyzontalnym locie w dół. Uśmiechnał się do mnie nieco szelmowsko, dodając mi odwagi, a potem owinał mnie czymś co może było jednym z jego skrzydeł chociaż nie widziałam prędzej żadnych skrzydeł. A może było to coś zupełnie innego, ale odebralam to tak, jakbym znalazła się w jakimś bezpiecznym kokonie. I dopiero wtedy poczułam, iż się poddaję temu co ma być. Już nie chciałam ani walczyć, ani uciekać, ani się chować. Czułam się jakbym leciała na spotkanie nieznanej przygodzie otoczona plaszczem bezpieczeństwa. I poczułam się błogo senna. Usnęłam.

Kiedy się obudziłam (nie w rzeczywistości, tylko wciąż w śnie) leżałam w jakieś ogromnej komnacie. Była potężna jak katedra i miała podobne jak do katedralnych wysokie okna, przez które wpadało dużo promieni słonecznych.  Tyle że nie była to nornalna katedra – budynek, a coś jak katedra – naturalna jaskinia, kraina. Rozglądnęłam się i odkryłam, że oto leżałam na ogromnym łóżku, jak na łóżku należącym do jakiś bardzo dużych ludzi. Czułam się lekko, spojrzałam na siebie i zobaczyłam, że mam na sobie jedynie coś w rodzaju przezroczystej, świecącej tuniki. I znowu spanikowałam przed nieznanym. Innym. Przed spotkaniem. I przed samą sobą. Spanikowałam i …

…. Witam w mojej rzeczywistości.

Obudziłam się naprawdę.

„Die Prophetin von Luxor” – Suzanne Frank

„Chloe Kingsley, eine junge Künstlerin aus Dallas, nutzt ihren Urlaub, um ihre Schwester bei deren archäologischen Ausgrabungen in Ägypten zu besuchen. Als sie neugierig im Tempel von Karnak einen verbotenen Nebenraum besichtigt, packt sie unvermittelt ein Energiewirbel und katapultiert sie in das Jahr 1452 vor Christus. Sie findet sich wieder als Prophetin und Priesterin RaEm – in einem durchsichtigen Gewand, bespritzt mit dem Blut eines Fremden. Jäh wird sie hineingerissen in die politischen und persönlichen Intrigen der regierenden Pharaonin Hatschepsut und ihres Neffen Thutmosis III. Und von Anfang an hält sich Cheftu, ein brillanter junger Arzt, stets in ihrer Nähe auf. Mit Misstrauen beobachtet er die plötzlichen Veränderungen an einer Priesterin, der er bisher nur mit Verachtung begegnen konnte. Doch nun verlieben sich die beiden unsterblich ineinander, was in ihrer Umgebung nicht unbemerkt bleibt. Als Moses durch einen Sklavenaufstand das Volk Israel aus Ägypten befreien will, müssen Chloe und Cheftu eine qualvolle Entscheidung zwischen Liebe und Pflicht treffen… „

Po raz pierwszy sięgnęłam po „Die Prophetin von Luxor” jakieś 10 lat temu. I od samego początku ta książka mnie po prostu porwała jak żadna inna. Zabrała w naprawdę niesamowitą podróż w czasie…
Po tych dziesięciu latach kilka dni temu zdecydowałam się ją przeczytać ponownie. I powiem wam jedno: jeśli jakaś powieść, którą już przecież znam, potrafi na nowo tak mnie zafascynować, iż trudno mi się od niej nawet na moment oderwać, to to naprawdę jest DOBRA książka.
Okazało się, że pamiętałam główny wątek, jednak poszczególne przygody, cały klimat i każdy szczegół były znowu jakby na nowo poznawane. Jak dla mnie, mimo że po raz drugi, była to niesamowicie fascynująca lektura.

Chloe w czasie urlopu w Egipcie odwiedza słynną świątynię w Karnaku. Postanawia tam wrócić któreś nocy by porobić zdjęcia. I wtedy właśnie staje się: Chloe zostaje przeniesiona w czasie i budzi się jako kapłanka egipska, za czasów panowania Hatschepsut.

Tak zaczyna się ta niesamowita historia.
Ale to nie wszystko. Bo tak naprawdę mamy okazję poczytać o całkiem innej historii, którą wszyscy dobrze znamy. Tylko nikt inny do tej pory nie opowiedział jej nam w ten sposób. Pamiętacie te opowieść biblijną o Mojżeszu, o plagach egipskich, o przejściu Żydów przez morze? Pamiętacie? Jakże zupełnie inne jest spojrzenie na to wszystko oczami Egiopcjanina tamtych czasów.

Czytałam z zapartym tchem zarywając noce i nie mogąc oderwać się od tej lektury. Ta powieść ma wszystko co powduje, że ani przez moment się nie nudzimy. Jest tu duża dawka historii, wplecionej po mistrzowsku w niesamowite przygody głównych bohaterów. To także jedna z piękniejszych opowieści o miłości, przyprawiona dobrym seksem w kilku smakach.
A najlepsze w niej jest to, że to dopiero pierwszy tom podróży Cheftu i Chloe.

„Der Duft von Jasmin” – Carolyn Slaughter

„Die Sehnsucht nach Abenteuern und der Wunsch, der Enge Englands zu entfliehen, lassen die junge Isabel 1920 einen Mann heiraten, den sie nicht liebt. Als sie mit ihm nach Indien kommt, verfällt sie nicht nur dem exotischen Kontinent, sondern auch dem indischen Arzt Sam. Doch ihre Liebe ist nicht gesellschaftsfähig. Indien ist zwar die Kronkolonie Englands, aber die Welt der Engländer und die der Inder sind streng voneinander getrennt. Eine Affäre würde man Isabel noch verzeihen, nicht aber die große Liebe, die sie und Sam füreinander empfinden. Standesdünkel, Rachgier, Eifersucht und Hass verfolgen die beiden auf ihrer Flucht durch das ganze Land und setzen ihre Liebe ungeahnten Prüfungen aus.”

Kiedy świeżo zamężna Isabel w 1920 roku dotarła do Indii, urzekł ją nie tylko ten pełen kontrastów, egzotyki i tajemnic kraj, ale również pewien indyjski lekarz Sam. Jednak taka miłość nie była tolerowana w tamtych czasach, w tamtym kraju. I to nie ze względu, iż Isabel nie była wolną kobietą, ale głównie ze względów rasowych.

Zaraz na początku, kiedy dopiero co zaczęłam czytać tę książkę, myślałam z pewnym rozczarowaniem, iż będzie to kolejna nic nie mówiąca opowieść o nieszczęśliwej miłości. Ot, takie sobie nieco historyczne romansidło. Na szczęście bardzo szybko okazało się, iż jest to piękna opowieść o Indiach. O uroku i różnorodności krajobrazów, ale też o problemach i konfliktach rasowych, kulturalnych i religijnych, z jakimi borykał się ten kraj. To opowieść o kobietach, które niezależnie od koloru skóry, były w mniejszym lub większym stopniu uzależnione całkowicie od mężczyzn, od ich kaprysów oraz kulturowego poczucia honoru.
Przede wszystkim jednak jest to opowieść o odwadze w dążeniu do wolności i realizowania swoich marzeń. O odwadze jaka jest potrzebna do łamania konwenansów.
I choć bywały momenty, iz któryś z głónych bohaterów działal mi na nerwy i kompletnie nie rozumiałam ich dziwnych zachowań, to jednak gdzieś tam miałam cały czas świadomość, iż nie mogę mierzyć ich postępowania moimi dzisiejszymi, europejskimi miarami.

Książka jest tym bardziej interesująca, iz tak naprawdę nie jest fikcją literacką, a opowiada historię prawdziwą. Bo to opowieść o historii życia babci autorki.

Czyta się ja jednak nieco ciężko, bowiem napisana jest w sposób bezdialogowy, jak jedno długaśne opowiadanie. Ale dialogi jednak są, tylko czasem trudno uchwycić momenty, w których się zaczynają lub kończą.

Ogólnie jednak książka jest piękna, ciekawa, poruszająca. Jak zapach jaśminu…

takie tam moje rozmyślania o orgazmach…

Zapytacie co robi na takim blogu notka o orgazmach. Ha!
Tak jakoś się złożyło, że rozmawialiśmy ostatnio o orgazmach. My, tzn ja z kilkoma znajomymi. I właśnie pod wpływem tej rozmowy chyba ta notka.

Orgazm jak każdy wie, to cudowne przeżycie. W jakimś sensie wręcz niewypowiedzianie cudowne. Ale oprócz tych typowych orgazmów związanych z seksem, są jeszcze inne.

Najwspanialszym, a z drugiej strony chyba najbardziej intymnym, jest jak ja go nazywam orgazm duchowy.
Nie potrafię nawet tego słowami opisać. To taki moment, kiedy przepływa przez ciebie strumień tak potężnej pozytywnej energii, że odczuwasz niewypowiedzianą radość i szczęście, przekładające się na przeżycie również cielesne. Choć to nie tak, że to tylko radość. To uczucie bezgranicznej Miłości, które cię otacza szczelnie, otula dokładnie. Czujesz się tak, jakby ten strumień Miłości był w tobie, a jednocześnie był tobą. Miłość, nie do jednej konkretnej osoby. Ale Miłość jako siła, jako potężna energia. Miłość uniwersalna. Do wszystkich, do całego świata, a przede wszystkim do siebie samego.
Jest to tak głębokie przeżycie, że przekłada się również na doznania cielesne. Mrowienie, rozlewające się ciepło. Uczucie, jakby wypełniało cię radosne, oczyszczające światło. Może tylko z ta różnicą, iż wszystko bardziej się kumuluje w okolicy serca. Przy czakrze serca, a nie czakrze drugiej, związanej z płciowością. Na dobrą sprawę nie potrafię tego nawet opisać. Ale wiem, że to najpiękniejsze przeżycie.
Najlepsze w tym orgaźmie duchowym jest to, że aby go przeżyć, wcale nie potrzebujemy partnera. Wrzechświat i Stwórca naszykował to wszystko tak,
że to najwspanialsze doznanie możemy przeżyć po prostu, sami ze sobą. Jeśli tylko przyjdzie taki moment, że całkowicie otworzymy się na boską energię.
I nie ma to nic wspólnego z religią. Choć myślę sobie, iż można odczuć coś takiego w wyniku religijnych uniesień. Ale równie dobrze można odczuć to podczas cudownego sexu ze swoim partnerem/partnerką. Wtedy oczywiście doznania są jeszcze lepsze, jeśli orgazm cielesny, fizyczny, seksualny pokrywa się właśnie z tym orgazmem serca, orgazmem duchowym.
Szkoda tylko, że tak rzadko się to zdarza…

Wiecie o czym mówię? Nie?
Ale za to orgazmy muzyczne na pewno są wam dobrze znane.
Któż tego nie doświadczył.
Myślę sobie nawet, że orgazm muzyczny jest właśnie takim małym orgazmem duchowym.
Słuchamy czegoś, czegoś co akurat wpływa na nas tak, że wybucha w nas eksplozja emocji.
Odczuwamy ją bardzo wyraźnie, czasem płaczemy. Choć łzy są tu z reguły łzami totalnego wzruszenia. Na jakiś czas muzyka właśnie pozwala nam się połączyć z tą boską energią, z boskością w nas samych. Muzyka udrażnia nasze najczulsze odbiorniki miłości i jedności. Nie ma szans, byśmy się nie wzruszyli tak do głębi. I odczuwamy to również aż na płaszczyźnie fizycznej. Znowu w okolicy serca. Czujemy wyraźnie jak ono tam jest. Jak przepływa przez niego ten strumień, te wibracje. I zawsze jest to zajebiście fajne przeżycie.

Są jeszcze orgazmy słoneczne, choć są one cielesne, fizyczne i mało wspólnego mają z duchowością. Nie mniej jednak należą również do całkiem fajnych doznań, które po prostu przynosi nam w darze życie.
Nie wiem czy wam się zdarzyło coś takiego. Mi się zdarzyły. W upalne dni. W różnych miejscach: na basenie, na przystanku…
To jest wtedy, kiedy siedzicie lub leżycie sobie totalnie rozluźnieni, a promienie słońca zaczynają zabawę z waszym ciałem. Ha, uśmiecham się kiedy to piszę. To naprawdę fajne uczucie. Oczywiście nie przychodzi to za każdym razem, kiedy jesteśmy wystawieni na słońce. Czasem bywa tak, iż gorąco nas irytuje, męczy, wkurwia. Ale bywa też tak, że staje się pieszczotą. Dosłownie. Często przychodzi zupełnie niespodziewanie. Czujemy najpierw lekkie zaskoczenie. Potem, całkiem szybko, zaskoczenie to zmienia się w glęboką, prawdziwą, cielesną przyjemność. Nie wiem od czego to zależy. Ale dosłownie ma się fizyczne doznania, takie jak przy fajnym seksie. Jakby patrner składał na twoim ciele tysiące pocałunków. Tylko tym razem owym partenrem jest słonce…
Czasem można się nieźle zapomnieć, choć często z wiadomych przyczyn trzeba się kontrolować. W każdym razie jest w tym coś szalenie fajnego. A świadomość, że właśnie przeżywacie coś takiego, w takim miejscu, tak po prostu, tylko potęguje intensywność tego doznania.
Aż mi się zatęskniło do lata.
Ale wszystko przede mna. U mnie już teraz jest 24°C.

stan alfa?

Bywają takie noce, zwłaszcza przy pełni, że nie mogę spać. Krecę się w łóżku nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Każdy, najmniejszy nawet odgłos, dochodzący gdzieś z głębi mieszkania, staje się jakby spotęgowany przez mój własny umysł. Staje się przede wszystkim kurewsko wkurwiający. Tykanie zegara, kapiące kropelki wody gdzieś tam z niedokręconego kranu, lodówka… wszystko to działa na mnie cholernie denerwująco, powodując tylko, że staję się jeszcze bardziej zmęczona i rozdrażniona. Potem zmęczenie osiąga swój jakiś maxymalny punkt i jest taka chwila, przed zaśnięciem, kiedy jeszcze nadal wszystko słyszę, ale fizycznie nie mam już sił ruszyć nawet małym palcem. Dziwny stan wyostrzonego zmysłu.
Taki sam jak zaraz po przebudzeniu. Kiedy na dworze jeszcze często szarość, kiedy sen jest jeszcze na tyle blisko, że wciąż czuję całkowitą bezwładność ciała. A umysł potrafi już wszystko rejestrować z jakąś niespotykaną potem w ciągu dnia wyrazistością.

Wtedy zawsze nagle doznaję najlepszych wglądów w samą siebie. Przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły kulinarne, artystyczne, życiowe, jakiekolwiek. Wtedy właśnie często pojawiają się pomysły rozwiązania moich problemów, pomysły na realizacje marzeń, pomysły na zażegnanie konfliktów… Wszystko, co przychodzi mi wtedy do głowy, jest takie proste, harmonijne, pełne mądrości i jakieś takiej oczywistości.

Gdybym tylko miała siłę, by móc ruszyć w tym momencie choć ręką i zapisać te myśli szybko na papierze, by nic mi z nich nie umykało, z pewnością sypiałabym z zeszytem i pisadłem pod poduszką.
Gdybym tylko miała siłę, by choć te myśli wypowiedzieć, może siła głosu i moc słów spowodowałaby, by bardziej utkwiły mi w pamięci…

Bo często bywa tak, że zanim dojdę do siebie, połowa z nich już umknie… Pozostaje w mojej głowie jedynie myśl, że przecież to było takie świetne rozwiązanie, takie super zdanie, taki wspaniały pomysł… tylko jak to było???

„Tysiąc wspaniałych słońc” – Khaled Hosseini

„Kronika trzydziestu lat historii Afganistanu i głęboko poruszająca opowieść o rodzinie, przyjaźni, nadziei i ocaleniu dzięki miłości. Bez wątpienia najwyżej oceniana, najgłośniejsza, najchętniej czytana powieść 2007 roku. Niekwestionowany bestseller w kilkudziesięciu krajach świata, sprzedany w imponującej ilości ponad 15 milionów egzemplarzy.

Osią fabuły rozgrywającej się w Afganistanie w ciągu ćwierć wieku są dzieje dwóch kobiet, które zrządzeniem losu poślubią tego samego mężczyznę, despotycznego Pusztuna Raszida. Mariam ma zaledwie 15 lat, kiedy ojciec zmusza ją do małżeństwa z wziętym szewcem z Kabulu, człowiekiem starszym od niej o trzydzieści lat. Druga bohaterka, Lajla, urodzona krótko przed rosyjską inwazją, marzy o podróżach i zdobyciu wykształcenia. Kiedy w wyniku wybuchu bomby traci całą rodzinę, zostaje przygarnięta do domu Raszida i Mariam. Tam dochodzi do siebie po traumatycznych przejściach. Wbrew Mariam Raszid poślubia ją w nadziei, że młodsza żona da mu upragnione dziecko. Pomimo początkowej wrogości, między kobietami rodzi się trudna przyjaźń. Rządy talibów wystawiają ją na bardzo ciężką próbę… „

Tyle napisano już recenzji o tej książce, a mnie trudno znaleźć słowa, by wyrazić to, co czułam gdy ją czytałam. Piękna to książka, ale równocześnie smutna i przerażająca. To nie tylko opowieść o życiu arabskich kobiet w Afganistanie, ale opowieść o brutalności wojny. Każdej wojny, bo tam gdzie spadają bomby, padają strzały, zawsze najbardziej cierpią zwykli ludzie.

„Tysiąc wspaniałych słońc” jest jednak na swój sposób wyjątkową powieścią. Bo pomimo tych wszystkich okropności, o których opowiada, jest to książka, która daje jednak czytelnikowi nadzieję. Pokazuje, że w każdej rzeczywistości, nawet tej najbardziej brutalnej, złej i beznadziejnej, istnieje szansa na prawdziwą miłość i przyjaźń. Jeśli ma się dla kogo żyć, człowiek potrafi znieść największe cierpienia. Bo właśnie tę siłę daje miłość. To siła wypływa z naszego serca.

moja galeria – Sen nocy wcale nie letniej

„Sen nocy wcale nie letniej” (2008), akryl na płótnie, 80 x 60 cm

Motyw podpatrzony gdzieś w necie. Innymi słowy pomysł wcale nie mój, tylko bezczelne naśladownictwo, zwalenie od kogoś, plagiat. W dodatku dość marny. Wciąż leży u mnie na szafie i czeka na swoje lepsze dni. Czyli pewnie na moment, aż kiedyś płótno zwyczajnie przemaluję.

moja galeria – Pod palmami

„Pod palmami” (2007 ?), akryl na płótnie, 100 x 70 cm

Nadal w klimatach ciepłych krajów. To miała być plaża gdzieś w tropikach, o zachodzie słońca. Namalowana kila lat temu na płótnie o 1 m szerokości. Jednym słowem wielka dawka romatycznego kiczu. Namalowałam ten obraz dla kolegi. Nie wiem czy wciąż go ma, choć wcale bym się nie zdziwła gdyby dawno się z nim pożegnał. Jak tak dziś patrzę na ten obraz, to prawie jakbym patrzyła na samą siebie sprzed iluś tam lat. Tyle się zmieniło…

„Lustrzane odbicie” – Audrey Niffenegger

„Niepokojąca opowieść o skomplikowanej miłości, tożsamości i rywalizacji pomiędzy bliźniętami.
Powieść rozpoczyna się śmiercią Elspeth Noblin, która zapisuje swoje londyńskie mieszkanie swym siostrzenicom – bliźniaczkom. Te dwudziestoletnie, niedoświadczone dziewczyny chętnie przeprowadzają się do Anglii, by przymierzyć się do nowego życia, tak samo jak przymierzają swoje identyczne stroje. Zabytkowy cmentarz Highgate – obok którego stoi dom Elspeth – służy za znakomite tło, na którym siostry wplątują się w losy swych sąsiadów: dawnego partnera Elspeth, Roberta, Martina, chorego na agorafobię specjalisty od krzyżówek Martina i ducha Elspeth, która rozpaczliwie próbuje się odnaleźć w swym nowym „życiu po życiu””

Po przeczytaniu „Żony podróżnika w czasie”, napaliłam się na te „Lustrzane odbicie” jak kornik na szafę. Myślałam, że będzie jeśli nie równie magicznie, to przynajmeniej równie wciągająco. I co?

O jeny. Zawiodłam sie na całego! Nie porwała mnie ta ksiązka w ogóle. Wynudziłam się! Zarówno Elspeth jak i pozostali bohaterowie byli jak dla mnie namalowani w zbyt jednolitych barwach. Przewidywalni. Po prosu czytasz tę ksiązkę i wiesz po czasie jak się zachowa Julia czy Valentina. Wiesz co zrobi Robert czy jak zachowa się Martin. Nie ma niespodzianek, nie ma nic, co by powodowało, iż wolałabym zrezygnować z pójścia na spacer czy na imprezę, byleby tylko doczytać co będzie dalej. No i postać Elspeth – jeny jak mnie wkurzała jej ta niby enigmatyczność.

Jak na książkę o duchu, straszne nudy.
Jak na ksiązkę o miłości siostrzanej czy damsko-męskiej dość beznamiętnie.
Jak na ksiązkę o życiu czy śmierci, wręcz denerwująco i bezpłciowo.

Moja ocena: marna. Do przeczytania raz i nigdy więcej. I to tylko dla kogoś kto naprawdę już nie ma co czytać. Jednym słowem wcale nie polecam.

moja galeria – Laguna

„Laguna” (2007?), akryl na płótnie, 80 x 60 cm

Laguna – Od lagunowej strony. To był mój pierwszy krajobraz. Malowałam ten obraz ucząc się, podpatrując krok po kroku w jakieś gazecie. Znowu nie mój pomysł. Ale pamiętam jaka byłam dumna kiedy go skończyłam malować. Dziś widzę tam cale mnóstwo niedociągnięć i miejsc, które mi się nie podobają. Ale dziś patrzę innymi oczami.

„Żona podróżnika w czasie” – Audrey Niffenegger

Inne tytuły tej książki to:
Miłość ponad czasem. Historia inna niż wszystkie
Zaklęci w czasie

“Clare, urocza studentka sztuk pięknych i Henry, niekonwencjonalny bibliotekarz, spotkali się po raz pierwszy, gdy ona miała sześć lat, a on trzydzieści sześć. Kiedy Clare skończyła dwadzieścia trzy, a Henry trzydzieści jeden – zostali małżeństwem. Choć wydaje się to niemożliwe, jednak jest prawdziwe. Henry bowiem to jedna z pierwszych osób na świecie, u których wykryto rzadkie zaburzenie genetyczne: od czasu do czasu jego biologiczny zegar uruchamia się na nowo i Henry przemieszcza się w czasie. Znika nieoczekiwanie, pozostawiając po sobie tylko stosik ubrań. Nigdy nie wie, gdzie się znajdzie i jaka będzie otaczająca go rzeczywistość. Odmierzając swoją miłość kolejnymi spotkaniami, oboje za wszelką cenę próbują wieść normalne życie. Ale czy może liczyć na normalność człowiek, który jest niewolnikiem własnego ciała, a przede wszystkim nagłych podróży w czasie.”

I jak podobała mi się ta opowieść? Książka mnie porwała! Jest piękna, rewelacyjnie napisana (choć ma swoje słabsze momenty) i przede wszystkim nieprzewidywalna. To dla mnie istotne, bo najbardziej co mnie zniechęca w powieściach, to jeśli już w połowie wiesz, co będzie na końcu. Tutaj czegoś takiego nie uświadczysz. Akcja jest wartka, trzyma w napięciu, ciągle i ciągle chcesz wiedzieć co będzie dalej.
Ale to nie wszystko. Nie wiem czy sprawił to sam temat związany z przemijaniem, czy jeszcze coś innego. Dla mnie ta książka była magiczna. Były momenty, kiedy czytając ją miałam dosłownie dreszcze. Takie jakie się ma, kiedy czujecie obecność czegoś niezwykłego … hmmmm … Jakby było tuż obok was, choć niewidoczne dla oczu.
I jeszcze długo po przeczytaniu tej ksiązki towarzyszyło mi właśnie to uczucie.
Jaka jest moja ocena tej książki? Wystarczy, że powiem, iż wracam do niej. Wracam i za każdym razem wraca również ten dreszczyk.

moja galeria – Leopard

„Leopard” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Ostatni mój kociak z tamtych lat. Powstawał chyba przez 4 dni. I muszę powiedzieć, że włożyłam w niego wiele serca. Kiedy go oddawałam, to serio było mi żal się z nim pożegnać. Ale teraz zdobi przynajmniej ściany w innym mieszkaniu. I być może cieszy oko.
Motyw na obrazie pochodzi z książki „Afrika Bilder” autorstwa Gabriele Schuller. Nie zrodził się więc w mojej głowie. Ale i tak obraz jest piękny.

 

moja galeria – Biały tygrys

„Biały tygrys” (2005), plakatówki i pasta do zębów ma kartonie, 30 x 40 cm

Oj, jak widać mam słabość do tych wielkich, dzikich kociaków. Fascynują mnie. Dlatego tak lubię je malować. Tygrysa namalowałam na kartonie (30 x 40 cm) plakatówkami z dodatkiem… pasty do zębów. Trzeba było sobie radzić, potrzebowałam więcej białej farby i nieco gęściejszej niż zwykła plakatówka. Pasta okazała się całkiem niezła. A potem obraz utrwaliłam matowym lakierem i tym sposobem trzyma się do dziś. W sumie jest to jeden z moich najpierwszych obrazów, jeszcze z roku 2005. Malowałam go odgapiając z jakiś puzzli.

moja galeria – Siesta

„Siesta” (2006), plakatówki i akryl na płótnie, 100 x 70 cm

Malować uwielbiam od kiedy pamiętam. Jednak po okresie dzieciństwa na długo porzuciłam tę pasję. Ale prędzej czy później wraca do nas to, co jest częścią nas samych. I dlatego wróciło do mnie moje malowanie.

Ten obraz był moim absolutnie pierwszym obrazem malowanym na płótnie.  Nie miałam wtedy jeszcze moich farb akrylowych, zatem w pierwszej fazie namalowałam go plakatówkami od dzieci. Ale plakatówki nie za bardzo nadają sie do takiego malowania. Jak tylko kupiłam moje pierwsze farby akrylowe mój leopard otrzymał nieco poprawek. I teraz wciąż wisi w naszej sypialni nad łóżkiem. Lubię go. Bo to taki leopard – leniwiec, jak czasami ja.

dzień dobry

Był czas myśli smutnych, czas załamania, braku wiary w siebie, braku wiary w sens tego co robię, wiary w miłość czy przyjaźń. Czas wątpliwości i wewnętrznego zagubienia.
Ale Bafcia z natury jest kobietą, która kocha życie. W całej jego okazałości. Włącznie właśnie z tymi wszystkimi smuteczkami, upadkami, niepowodzeniami… Jak to było?
„… spadają z nieba małe wielkie nieszczęścia potrzebne do szczęścia”.
Tak chyba właśnie jest. Nic co się dzieje, nie dzieje się bez celu. We wszystkim jest jakiś sens.
Może miałam się czegoś nauczyć, może coś lub Kogoś odkryć na nowo. Może zrozumieć najprostsze rzeczy, które nie docierały do mnie inaczej.
Kocham życie. Uwielbiam się śmiać lub nawet płakać. Kocham niespodzianki, wzruszenia, drobne chwile, w których moja dusza doznaje nieoczekiwanych uniesień. Ale też te zwykłe – niezwykłe dni, godziny, momenty.
Małe radości, małe spotkania, uśmiechy, spojrzenia, gesty… Czasem słowa piosenki, która akurat leci w radio, czasem słowa przeczytane gdzieś tam niby przypadkiem w gazecie…

Czy trzeba coś robić by być szczęśliwym?
Chyba nie. Chyba wystarczy po prostu szczęśliwym być. A w ślad za tym idzie cała reszta. Poczyna się właśnie z tego. Z tego czym jestem.

Z tego czym jestem rodzi się to, co robię.