jest czas na Miłość i jest czas na brak jej okazywania

I jeszcze jedno.
Warto zrozumieć także to, że wolność ta polega również na tym, że pozostawiamy drugiej osobie prawo wyboru, czy i kiedy chce swą Miłość nam okazywać.

Nie okazywanie Miłości jest darem, który życie wam ofiaruje po to, byście mogli dostrzec kiedy Miłość Jest i czym ona jest.
Świat w którym żyjemy opiera się na dualiźmie. A przeciwieństwa istnieją po to, by dane rzeczy miały w ogóle szansę zaistnieć.
Gdyby nie było nocy, nie wiedzielibyśmy czym jest dzień. Gdyby nie było smutku, nie rozumielibyśmy czym jest radość. Jedno bowiem nie może zaistnieć bez drugiego.
Grube i szczupłe, smutne i radosne, głupie i mądre, dobre i złe, zimne i ciepłe. Tak samo Miłość ma szansę zaistnieć tylko wobec braku miłości, choćby braku pozornego.

Dlatego traktujcie przerwy w okazywaniu Miłości przez waszego partnera czy partnerkę nie jako przekleństwo, ale raczej jak błogosławieństwo. Oczywiście nie mówię teraz o związkach toksycznych, ani takich, w których prawdziwej Miłości nie ma. Mówię o normalnych zdrowych związkach, opartych na prawdziwym uczuciu.

To wszystko bowiem jest naprawdę fikuśnie urządzone. Związki, zwłaszcza damsko – męskie, by nie traciły na ekspresji i atrakcyjności muszą funkcjonować w oparciu o zasadę: daje i odbiera.
Potrzebujemy przeciwieństw, byśmy mogli zatęsknić i by nie zeżarła nas nuda.

Miłość też potrzebuje przerw w jej okazywaniu. Nie znaczy to, iż mamy przestać kochać lub właśnie przestaliśmy być kochani. Wcale nie.

Możemy w tym czasie zająć się sobą, otoczyć opieką tę właśnie niepowtarzalną cząsteczkę nas. Tego wyjątkowego Ktosia. Byśmy nie utracili nigdy tego miejsca w nas, do którego możemy wracać.

Nie musimy uciekać, nie musimy się oddalać. Wystarczy być, ale być obok. W ten sposób i my i nasz partner/partnerka ma szansę pielęgnować w sobie to, co stanowi nasze Ja.

Jest czas na sianie i na zbieranie. Tak samo jest czas na Miłość i na brak jej okazywania.
Spójrzcie na to jak na dar, jaki daje wam życie. I cieszcie się i delektujcie potem czasem, kiedy Miłość znowu się objawia

miłość daje wolność

Obserwując niektóre wpisy na pingerze, a także „związki” niektórych ludzi, nie mogę wyjść czasami ze zdziwienia nad tym, jak bardzo niektórzy z powodu „miłości” się od Miłości oddalają.

Te wszystkie bajki o dwóch pasujących do siebie połówkach pomarańczy wprowadziły tu niezłe zamieszanie. I myślę sobie, że są poniekąd przyczyną tego, że tak wielu ludzi goniąc za ową połówką, coraz bardziej się od niej oddala i ją traci.

Trzeba bowiem zrozumieć jedną rzecz:

sekret udanego związku nie polega na tym, by się nawzajem dopełniać, ale na tym, by się dzielić swoją pełnią.

Co mam na myśli?
Wyobraźcie sobie początek każdego związku. On i ona (lub też on i on, lub ona i ona) poznają się. Wśród setek innych ludzi zwracają uwagę właśnie na siebie. Dlaczego? Bo jest coś, co nas przyciąga. Mówimy o chemii, a tak naprawdę składa się na to milion maleńkich cząsteczek, które stanowią nasze Ja. Kiedy zakochujemy się to dlatego, że fascynuje nas i pociąga to coś, co stanowi odrębność tej drugiej osoby. Jej wyjątkowość, jej niepowtarzalność, jej odmienność, jej szczególność – te wszystkie cechy, które dla nas wyróżniają ją z tłumu.
Zakochujemy się i chcemy ze sobą być.

I tu następuje moment, w którym wielu ludzi się gubi. Dlaczego? Bo jest w nich lęk. I są oczekiwania. A prawda jest taka, że nic nie oddala nas bardziej od Miłości niż strach, że możemy ją stracić. „Przyciągasz to, czego się boisz”. Bo Miłość albo jest, albo jej nie ma. Jeśli ktoś nas pokochał, to kocha nas takim jakimi jesteśmy. Nie musimy na siłę udowadniać, że jesteśmy „lepsi”. To nic nie pomoże, a bardzo wiele zniszczy.

Najbardziej szaleńczą formą naiwności jest sądzić, że poświecając się w imię miłości, tę Miłość zatrzymamy. Tymczasem prawda jest taka, że przecieknie nam ona przez palce szybciej niż sobie myślimy. Poświęcenie – nie cierpię tego słowa, chociaż być może ma ono jakieś górnolotne znaczenie. Nie wiem jakie filozofie, religie, czy ideologie natłukły ludziom do głów to idiotyczne przekonanie, iż poświęcenie w imię miłości jest dobre dla związku. Nic bardziej mylnego.

Ja rozumiem, że kochając mamy oczekiwania i rozumiem, że kochając chcemy spędzać z tą drugą osobą jak najwięcej czasu.
Rezygnujemy więc z siebie, właśnie po to, by móc osiągnąć to co chcemy: a mianowicie bliskość. By być bliżej tej drugiej osoby, częściej, dłużej, intensywniej…
W pewnym momencie przeradza się to w poświęcenie, a co za tym idzie wyrzekanie się siebie samego. Nagle nasze pasje schodzą na plan dalszy. Nasze zainteresowania, nasza kreatywność, często nawet nasze obowiązki i tym samym nasza odpowiedzialność. I tak krok po kroczku zatracamy w sobie to, co właśnie stanowiło naszą odrębność, wyjątkowość i szczególność. Zatracamy to coś, co było tym magnesikiem, który przyciągał i fascynował. Zatracamy naszą największą szansę.

Szaleństwem jest sądzić, że w ten sposób zatrzymamy Miłość.
A jeszcze większym szaleństwem jest sądzić, że zatrzymamy ją tym bardziej, jeśli i nasz partner/partnerka zaczną się poświęcać. By być bliżej nas. Częściej, dłużej, intensywniej.

Jeden zwariowany krok powoduje kolejny. Zaczynamy być zazdrośni.
O czas. O każdą minutę, którą ta druga osoba nie spędza z nami. To w tym miejscu zaczyna się kontrolowanie. Świadome lub nie. Kontrolowanie może przybrać przeróżne formy, od prawdziwego sprawdzania, poprzez np szantaże emocjonalne, a na milczących wyrzutach kończąc. Okazywanie komuś ciągle naszego uzależnienia od niego, też jest formą kontrolowania. Zakamuflowaną, ale jednak.

Zachowujemy się jak bluszcz, który oplótł piękne drzewo.
A potem jeszcze jesteśmy potwornie zdziwieni widząc, że drzewo traci liście i szarzeje.
Gorzej! Budujemy złote klatki i tam wkładamy tych, których kochamy. W imie miłości.

Rozumiecie?

Nie da się tak zatrzymać Miłości, nie da się w ten sposób jej zwiększyć, nie da się jej przybliżyć. Jedyne co się da, to ją zniszczyć. Bo jakie drzewo chce być duszone? Bo jaki ptak chce przebywać w klatce?

Istotą Miłości jest wolność.
„Jeśli kogoś kochamy powinniśmy mu dać całkowitą swobodę bycia tym, kim jest.
Wyzbądźmy się przekonania, że nasze szczęście zależy od czynników wobec nas zewnętrznych. Zrozummy, że w Miłości nie chodzi o to, co otrzymujemy w zamian za to, co dajemy.
Rozstańmy się z roszczeniami co do czasu, sił lub intensywności miłości drugiej osoby.
Pozwólmy jej kochać nas tak, by nie musiała wyrzekać się siebie.
I sami tego też nie róbmy, bo w ten sposób wyzbywamy się tylko naszej szansy na Miłość.

Miłość jest albo jej nie ma.
Nie da się jej przybliżyć, powiększyć, zatrzymać narzucając pęta lub rezygnując z siebie.
Jeśli ktoś w imię miłości tego od was wymaga, to nie jest to żadna miłość, a jedynie jej marna namiastka. Nie wyrzekajcie się własnej godności, godząc się na namiastki i kiepskie imitacje.”

Prawdziwa Miłość daje wolność.

mandale i cytaty

p1000543

„Jest tyle pięknych rzeczy, które można dostrzec, jeżeli tylko umie się patrzeć. Życie jest rodzajem obrazu. Bardzo dziwnego, abstrakcyjnego obrazu. Można spojrzeć na niego, zobaczyć jedynie chaos i resztę życia spędzić w przekonaniu, że jest właśnie takie. Jeżeli jednak uważnie się przyjrzycie temu obrazowi, skoncentrujecie się i uruchomicie wyobraźnię, życie może stać się czymś więcej.

 (Cecelia Ahern – „Gdybyś mnie teraz zobaczył”)

„Długi wrześniowy weekend” – Joyce Maynard

tytuł oryginału: „Labor Day
niemiecki tytuł: „Der Duft des Sommers
polski tytuł: „Długi wrześniowy weekend” / „Ostatni dzień lata

“Miasteczko Holton Mills w amerykańskim stanie New Hampshire. Nadchodzi koniec lata i wakacji. Zbliża się upalny długi weekend z okazji Święta Pracy. 13-letni samotnik Henry spędza czas głównie na oglądaniu telewizji, czytaniu i fantazjach. Jego jedynym towarzystwem jest rozedrgana emocjonalnie, od lat rozwiedziona z jego ojcem matka. Nagle we czwartek przed świątecznym weekendem, podczas banalnej wizyty w supermarkecie, wszystko zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni: pewien tajemniczy ranny mężczyzna prosi Henry’ego o udzielenie mu pomocy. Pięć kolejnych dni będzie w życiu Henry’ego największą lekcją, jaką może dać życie; chłopiec pozna dojmujący ból zazdrości i konsekwencje zdrady, zrozumie, że dobro tych, których kochamy, jest ważniejsze od naszego własnego – oraz że na prawdziwą miłość warto zaczekać.”

Przeczytałam tą powieść, bo jej niemiecki tytuł (a z oczywistych względów w takim wydaniu mam ją w domu), wpasowuje się do mojego projektu „Der Duft” czyli książek niejako zapachowych. Wiem, że to może trochę idiotyczne wybierać książki do przeczytania tylko z powodu tytułu, ale te powieści z „zapachem” mają jednak to coś w sobie.

Ta również miała. Trudno mi określić co dokładnie to było, tym bardziej, iż mimo że czytało mi się szybko i przyjemnie, wcale mnie ta powieść emocjonalnie nie porwała. No serio, trochę dziwne, bo książka jest dobrze napisana, naładowana takimi emocjonalnymi momentami, porusza poważne tematy i w ogóle jest w niej coś takiego wrażliwego. A i tak ani razu się przy niej nie popłakałam, co mi się np zdarzyło przy czytaniu beznadziejnie napisanego Greya (wcale się nie wstydzę do tego przyznawać). Ogólnie rzecz ujmując „Długi wrześniowy weekend” nie była jakąś porywającą lekturą, ale nie była też zła. Była trochę jak długi leniwy weekend w środku lata. Z lekkim zapachem już przejrzałych brzoskwiń. Niby fajnie, a jednak tak, jakby na coś było już za późno. Jakby się coś przegapiło. Jakby przeszło nam koło nosa. Choć na miłość nigdy nie jest za późno.

„Na końcu tęczy” – Cecelia Ahern

tytuł oryginału: When Rainbows End
niemiecki tytuł: Für immer vielleicht
polski tytuł: Na końcu tęczy / Love, Rosie

„Choć losy Rosie i Alexa ułożyły się inaczej, przez kilkadziesiąt lat nie stracili kontaktu, nie zdając sobie sprawy, że z każdym rokiem ich więź staje się silniejsza… Zabawnie i pomysłowo opowiedziane dzieje wielkiej przyjaźni i miłości pary dublińczyków, od czasu gdy oboje mieli po siedem lat. Potem on wyjechał studiować do Bostonu i ożenił się, a ona została nastoletnią mamą.”

41k-y5mwxoL._SX325_BO1,204,203,200_

Prawie za każdym razem gdy biorę do ręki niemieckie wydanie jakieś książki, zadziwia mnie skąd tłumaczom przychodzi do łba takie tłumaczenie tytułów. Zaprawdę Niemcy mają jakąś manię przekręcania tytułów i wymyślania takich, by człowiek musiał się długo zastanawiać o jaką książkę tak naprawdę chodzi. W przypadku powieści Ceceli Ahern jest dokładnie tak samo. Ale przynajmniej szata graficzna niemieckich wydań powieści autorki niezwykle mi się podoba.

„Na końcu tęczy” jest chyba jedyną znaną mi powieścią napisaną w formie całkowicie bez narratora. Ale to właśnie owe listy, maile i rozmowy z czatów powodują, iż Rosie, Alex i inne postacie stają się nam bliżsi. Wcale nie prosto jest opowiedzieć historię 50 lat życia bohaterów tak, by czytelnik ani przez moment się nie nudził. By wręcz zarwał noc i drugą, nie mogąc oderwać się od lektury. Ta książka to duża dawka humoru, romantyzmu i dobrej energii, która z pewnością przyda się niejednemu z nas. Polecam.

w głąb ziemi, w głąb siebie – sen o Tygrysie, pierwsza lekcja

Znajdowaliśmy się w jakieś dziwnej krainie, która wyglądała trochę jak dżungla, tyle że rozciągała się nie w poziomie, a w pionie. Byłam tam z moimi dziećmi, które byly we śnie jeszcze całkiem małe, może miały ze 2 lata. Resztę moich towarzyszy stanowiły zwierzęta: suczka rasy labrador o pięknym złotawym umaszczeniu i dwa malutkie kociaki: lwiątko oraz tygrysiątko. Wędrowaliśmy w tym śnie w głąb dżungli, schodząc jakby coraz głębiej w ziemię. Trudno to opisać, ale kraina wyglądała tak, jakby rozciągała się na wielu poziomach, czy też tarasach. I my po prostu schodziliśmy coraz niżej. Suczka wzięła na siebie rolę przewodniczki. To ona zawsze biegła nieco z przodu, ona sprawdzała najpierw teren, ona wybierała najlepsze miejsca do zejścia. Potem zawracała dając mi znać abym z wszystkimi dziećmi poszla za nią. Wtedy ja brałam moje dzieci za rączki i razem wedrowaliśmy. Kocie maluchy biegły same, doskonale dając sobie radę, ale trzeba je było nieco pilnować. Czasem pomóc skądś zeskoczyć. Suczka w tej podróży pomagała pilnować wszystkie te dzieci, zarówno moje, jak i te zwierzęce. Była taką pełną mądrości, miłości i cierpliwości psią opiekunką i przewodniczką. Najczęściej nasze zejście z tarasu na taras wyglądało tak, iż najpierw schodzila na dół właśnie ona. Potem czekała, aż jakoś podam jej kociaki lub pomogę im zeskoczyć i w końcu schodziłam sama z moimi własnymi dziećmi pod pachą. Po jakimś czasie suczka wyraźnie jakby podzieliła role. I teraz ja opiekowałam się bardziej moim starszym synem oraz tygryskiem, ona zaś bardziej moim młodszym synem i lwiątkiem.

Jednak to nie było tylko takie bezsensowne wędrowanie. Każdy głębszy poziom powodował jakby wejście w głębszy poziom nas samych. A jednocześnie jakieś dojrzewanie. Na zewnątrz pokazywało się to tak, że moi synowie na każdym poziomie stawali się jakby więksi, starsi, bardziej samodzielni. To samo działo się z lwiątkiem i tygryskiem.  Ja sama zaś czułam jakbym z każdym poziomem ptrzymywała  jakąś ważną wiedzę,  chociaż na razie nie miałam pojęcia o jaką wiedzę chodzi.

Nie wiem ile poziomów tak schodzilismy w głąb ziemi, ale przyszedł moment, kiedy mieliśmy odpocząć. Zatrzymaliśmy się na tarasie z cudownym widokiem na zachodzące słońce. Tam zamierzaliśmy spędzić noc. Moi synowie, młody lew oraz suczka byli zajęci swoim towarzystwem. Nie chciałam im przeszkadzać i poszukałam dla siebie miejsca nieco za nimi. Obok mnie usadowił się tygrys. Nie byl jeszcze zupełnie doroslym tygrysem, ale miał już całkiem spore rozmiary. Najpierw leżałam koło niego całkiem naturalnie, tak jakby jego obecność była dla mnie czymś oczywistym. Ale wmiarę jak na horyzoncie gasly ostatnie promienie słońca i robilo się ciemniej, zaczeły mi się wkradać do głowy wątpliwości i lęki. „To nie jakiś tam domowy kot, ale prawdziwy tygrys” – myślalam. Wreszcie, w którymś momencie naprawdę zaczęłam się go bać. A on doskonale wiedział o tym co się we mnie dzieje i na mój strach odpowiedział tym, że się nagle wyprostował, urósł, obnażył kły. Był teraz ogromny, dziki, groźny, przerażający. I stał tak nade mną patrząc na mnie i czekając. Przez ułamek sekundy bylam przerażona, gotowa uwierzyć, iż zaraz mnie zaatakuje. Jednocześnie wiedzialam, iz gdyby się tak stało, to nie mam z nim żadnych szans. I wtedy poddalam się. Pomyślałam sobie, że zamiast marnować te ostatnie chwile na ten ogromny strach, to lepiej jeśli zamknę oczy i sprobuję mu zaufać. Przecież na dobrą sprawę znalam go od małego, a on mnie. Razem przeszliśmy taką drogę. Wspieraliśmy się, opiekowałam się nim, więc dlaczego miałby chcieć mnie teraz nagle atakować. I kiedy tak pomyślałam uslyszałam jak mruczy łagodnie tuż nad moim uchem. Otworzyłam oczy i leżał znowu obok mnie, na nowo łagodny, piękny, spokojny. Odrobinę większy niż wtedy kiedy kładliśmy się spać. Patrzyłam na niego i jeszcze nie do końca ufałam, jeszcze nie do końca. Więc chociaż nie obnażał już kłów, warknąl znowu i patrzył. Czekał. I ja też popatrzyłam. I uśmiechnęłam się. Zrozumiałam bowiem dokładnie tę lekcję. Już całkiem spokojna i w poczuciu bezpieczeństwa zamknęłam oczy. Już nie musiałam się opiekować dłużej tygrysem. Teraz on opiekował się mną. Ja miałam mu tylko ufać.


Zrozumienie przekazu ze snu wcale nie oznacza, że od razu potrafi się coś wprowadzic w życie. Ale zawsze jest to jakiś ważny krok do przodu. Tak więc jestem niezwykle wdzięczna za tę lekcję.

magiczne chwile są w zasięgu naszych rąk

Mam masę wspaniałych wspomnień, do których chętnie wracam. W moim życiu spotkałam wiele cudownych ludzi, dzięki którym przeżyłam magiczne chwile. Każda z tych osób ma swoje miejsce w moim sercu, czasem maleńkie, czasem większe. Wiem, że do końca swych dni będę pamiętać te chwile, bo są jak prawdziwe perełki na moim życiowym sznureczku.
Nie wiem na ile sama się przyczyniłam do tego, że miałam takie a nie inne życie, że mam takie a nie inne wspomnienia. Ale wiem jedno: dopóki jestem wierna sama sobie, dopóki nie boję się ufać ludziom i w nich wierzyć, dopóki stać mnie na szczerość, na zachwyt i na entuzjazm, dopóty moje życie będzie obfitowało w kolejne takie chwile.

Nie trzeba bowiem wielkich wydarzeń, nie trzeba niesamowitych przeżyć. Wystarczy prawdziwość uczuć i szczerość w podejściu do życia, do drugiego człowieka i siebie samego. Wystarczy otwarte serce i oczy i uszy. A każdy dzień może stać się przygodą.
Wystarczy jedynie nieco odwagi, by nie bać się przekształcać naszą codzienność w coś wyjątkowego.

Wierzę w ludzi. Wierzę w przyjaźń. Wierzę w sens tego co mnie spotyka, niezależnie od tego jakie te doświadczenia są.
Nie wierzę w przypadki.

Każdy tzw przypadek jest szansą na to, by zwykłe rzeczy przekształcić w coś magicznego, coś pięknego i niezapomnianego. Wystaczy poczuć i uwierzyć, że się ma taką moc. I zaufać jej.

I tego wam życzę.

to ode mnie zależy jakie będzie moje jutro

Prawo Karmy, czyli prawo przyczyny i skutku jest dla przeciętnego człowieka Zachodu mało zrozumiałe, może nawet zupełnie nieznane. A przecież właśnie to prawo rządzi naszym życiem…

Cały wszechświat jest przejawem energi. Jest ona w nieustannym ruchu, w ciągłej przemianie. Prawo Karmy jest duchowym odpowiednikiem trzeciego prawa Newtona, która mówi, że każdej akcji towarzyszy odpowiednia reakcja.

„Co posiejesz to zbierzesz” – mówi stare porzekadło. I tak właśnie jest. Możemy być pewni, że każdy okruch miłości jaki wysłaliśmy, wróci do nas. Tak samo jak wróci każde z cierpień, które zadaliśmy. Z tej samej lub najprawdopodobniej z innej strony, prędzej czy później, w tym lub w przyszłym życiu. Ale wszystko to wróci. Innymi słowy, jakiekolwiek emocje wzbudzam u innych, ostatecznie staną się one moim doświadczeniem.

Nie chcę tu rozpisywać się nad teoriami. Nie moim zamiarem jest wyjaśnianie czy polemizowanie na temat Karmy. Jeśli ktoś poczuje się zainteresowany, może poczytać na ten temat dużo więcej. W necie znajduje się wystarczająco wiele artykułów.
Tak tylko sama dla siebie sobie głośno rozmyślam…

Kiedy przyglądam się swemu życiu, to skutki działania prawa karmy widzę na każdym kroku. O ileż mniej bolesnym byłyby moje doświadczenia, gdybym dokonywała częściej bardziej świadomie swoich wyborów.

Moje obecne doświadczenia są jedynie konsekwencją moich wczorajaszych wyborów. Jest mi źle, jestem smutna, dzieje się coś nie tak – to konsekwencja tego, że ja sprawiłam wcześniej komuś smutek. Nie patrzę na to jak na karę za grzech. W świecie duchowym nie ma grzechu ani tym bardziej nie ma kar. Są jedynie nieodpowiednie wybory i ich konsekwencje. Po co to?
Byśmy nauczyli się prawidziwe kochać. Byśmy urzeczywistnili siebie jako Miłość.
Tylko po to tu jesteśmy.
Wszystko co wybieram dziś – każda myśl, każde słowo, każdy czyn – wszystko to kształtuje moje doświadczenia w dniu jutrzejszym.

Żyć świadomie to właśnie wybierać świadomie. Daleko mi do tej doskonałości, jednak uczę się tego, każdego dnia trochę więcej…

Nadal jestem bardzo emocjonalną Bafką, popełniającą wiele, wiele błędów. Ale przyglądam się sobie. I uczę się świadomie żyć.
Jest we mnie mniej buntu, a więcej akceptacji. Jest we mnie mniej dumy, a więcej pokory.
Jest we mnie mniej pretensji, mniej poczucia krzywdy, mniej gniewu, a więcej zrozumienia i dystansu…

Uczę się tego każdego dnia. Niektóre lekcje muszę przerabiać po kilka razy, zanim naprawdę do mnie dotrze prawdziwe ich znaczenie.
Mimo wszystko wiem, że to co mnie spotyka, jest tylko odzwierciedleniem energii, które ja sama wprawiłam w ruch.

Uświadomienie sobie własnego wkładu bywa oczyszczające. Pozwala uwolnić się od żalu do innych, pozwala wybaczyć.

Chcesz i ty, by twoje jutro było bardziej świetliste niż twoje wczoraj?
Stań się świecą, już teraz.

 

 

mandale i cytaty

p1000542

„- O, Królik jest mądry – powiedział Puchatek w zamyśleniu.
– Tak – przyznał Prosiaczek – Królik jest mądry.
– I ma Rozum – rzekł Puchatek.
– Tak – zgodził się Prosiaczek – Królik ma Rozum.
Nastąpiło długie milczenie.
– I myślę – ciągnął Puchatek – że on właśnie dlatego nigdy nic nie rozumie.”

 

(Alan Alexander Milne – „Chatka Puchatka”)

pokochać siebie

Ostatnio zbyt często zdarzało mi się znowu wpadać w jakieś kompleksy. Wynajdowałam w sobie dziesiątki niedoskonałości i upatrywałam w nich przyczyny tego, że coś tam mi się nie układa. Bo przecież niby jestem za nudna, za stara, za gruba, za beznadziejna, za mało interesująca i co tam jeszcze.
Teraz sobie myślę, jaki to absurd.
Moje problemy nie wzięły się z tego, że jestm niedoskonała czy nieciekawa. Wzięły się z tego, że sama siebie przestałam kochać.

Obarczałam się różnego rodzaju wyrzutami sumienia, obwinianiem za to czy za tamto, ganieniem za to co nie wyszło. A ani razu sama się nie pochwaliłam. Za to co dobre, co mi się udało, za to co zrobiłam fajnego.

Dlaczego ogólnie jesteśmy dla siebie tacy surowi?
Zamiast dążyć za wszelką cenę do doskonałości, czas chyba najwyższy odkryć na nowo swoją niepowtarzalność. Docenić w sobie to, co jest w nas odrębnego, innego, co różni nas od innych. Przecież każdy z nas ma na ziemi swoją rolę do spełnienia. Kiedy zbyt często się krytykujemy, może się zdarzyć, iż nie dostrzegamy tej roli.

Tak sobie myślę, co z tego, że zdarzały mi się błędy i niewłaściwe wybory. Pomyłki są stopniami prowadzącymi do celu. Po co więc się za nie karać? Czyż nie lepiej łagodnie się im przygladnąć i odczytać ja jako nauki.

Koniec z negatywnymi myślami pod swoim adresem. Zasługuję na szacunek i miłość. Od siebie samej przede wszystkim. Jestem super babką i mam cudowne narzędzia, którymi obdarzył mnie Bóg. Mam dwie ręce i umysł. I mam serce. I mogę z tym zrobić bardzo wiele.

To ode mnie zależy jak będę spędzać na ziemi swój czas.

mandale i cytaty

p1000523

„Kiedy już staniesz twarzą w twarz ze swymi ograniczeniami i zrozumiesz je, możesz z nimi współdziałać, aby one nie działały przeciwko tobie i nie wchodziły ci w drogę, a to właśnie robią, kiedy je ignorujesz, bez względu na to, czy uświadamiasz to sobie czy nie. I wówczas okaże się, że w wielu przypadkach twoje słabości mogą być twoją siłą.”

 (Benjamin Hoff – „Tao Kubusia Puchatka”)

moja galeria – W drodze do wodopoju

„W drodze do wodopoju” (2008), akryl na płótnie, 100 x 70 cm

Znowu afrykańskie klimaty. Obraz jest dość sporych rozmiarów, 1 m szerokości.  Nie lubię małych formatów. Jestem dużą dziewczyną i lubię dużych chłopców. I duże płótna.
Słoniki wiszą na ścianie u kolegi z pracy od Kapsla.

o wdzięczności

 

Czasami zadajemy sobie pytanie na jakim etapie rozwoju jesteśmy. W gruncie rzeczy to bardzo istotne pytanie. Zastanawiamy się np jak wykorzystaliśmy dany nam czas.
Tak sobie myślę, że miernikiem naszego duchowego rozwoju jest po prostu wdzięczność.

W codziennym życiu, zwłaszcza w dzisiejszej gonitwe za pieniądzem, za tym żeby ciągle więcej mieć, tak łatwo zapominamy o tym, co robią dla nas inni. Ciągle jest nam mało i mało. I ciągle jesteśmy niezadowoleni.
Tymczasem wystarczy zmienić nasze wewnętrzne nastawienie, by poczuć płynące w nas szczęście. Wdzięczność jest tu decydującym narzędziem. Bo wdzięczność i zadowolenie z życia są ze sobą nierozerwalnie połączone.

Mąż naprawił nam cieknący kran, albo po prostu wrócił zmęczony z pracy. Traktujemy to jako oczywistość. W końcu obowiązkiem faceta jest utrzymać rodzinę, czy też naprawienie małych usterek domowych. W końcu po to jest facetem.
Żona ugotowała nam obiad, wyprała i wyprasowała nasze ciuchy. To też oczywistość. Do tego stopnia, że nawet nie zauważamy, iż kryje się za tym czyjaś praca. Rano, kiedy ubieramy czyste skarpety, one zawsze tam po prostu w szafie są… Ale to przecież babska robota i babskie obowiązki. I nie ma się tu dużo co rozczulać.

I chcemy więcej.
Chcemy by mąż był wyrozumiały i czuły. By nie spał po obiedzie, tylko wysłuchiwał naszych relacji z dnia. By nie siedział godzinami przed telewizorem, tylko zajał się dziećmi albo pomógł nam zmywać gary.
Chcemy, by żona była zawsze sexy i z fantazją. By nas intrygowała i pociągała. Nie nudziła domowymi pierdołami i nie miewała migreny kiedy my mamy ochotę na łóżkowe igraszki. By tolerowała nasze wypady z kumplami i wieczorki przy piwie.

Czyż nie lepiej przystanąć na chwilę i zastanowić się ile dla nas codziennie robi ten mąż czy ta żona. Odczujmy wdzięczność za to, co każdego dnia dostajemy. Mąż naprawił kran? Powiedziałyśmy mu za to „dziękuję”? Gdyby to obcy facet dla nas zrobił, na pewno nie zapomniałybyśmy o podziękowaniu. Żona ugotowała obiad?  Co z tego, że może nie lubimy tej przystawki. Gdyby to obca kobieta zaprosiła nas na obiad z pewnością byśmy nie marudzili. Podziękowalibyśmy z uśmiechem.

Nie chodzi o to, byśmy żyli w poczuciu zadłużenia u kogoś, albo byśmy wypowiadali zawsze za wszystko dziękuję. Chodzi raczej o to, byśmy to czuli, wdzięczność w sercu. Bo dzięki niej nasze życie nabierze innych kolorów, a nasze związki zyskają na jakości.

Bądźmy więc wdzięczni partnerowi za to, że dzieli z nami życie.
Bądźmy wdzięczni naszym dzieciom za ich miłość i doświadczenia, które dzięki nim przeżywamy. Bądźmy wdzięczni rodzicom za to, że dali nam życie. Za wszystko co dla nas robią lub robili, tylko dlatego, iż są naszymi rodzicami.
Bądźmy wdzięczni przyjaciołom za to, że są naszym wsparciem.
Bądźmy wdzięczni wreszcie Bogu. Bo to On niejako jest tym wszystkim.

Wdzięczność i zadowolenie są ściśle ze sobą powiązane. Prawdziwa wdzięczność zawsze idzie w parze z zadowoleniem. Zadowolenie, ze swej strony, otwiera drzwi wdzięczności.
Kiedy pozwolimy wdzięczności towarzyszyć naszemu życiu, automatycznie będziemy mniej krytykować. Również samego siebie. Tak sobie myślę, że wdzięczność potrafi rozjaśnić szarości naszego życia. Nadać im barw, światła, kontrastów i fantastycznych kształtów. Dzięki niej obraz naszego życia staje się czymś fascynującym i ciekawym. Czymś, w czym dostrzegamy piękno i harmonię.

I tego wam życzę.

 

 

moja galeria – Zebra i słoń

„Zebra” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm
„Słoń” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Oba obrazy namalowałam w ramach uczenia się malować.
Motywy zatem jak można się domyśleć nie zrodziły się w mojej głowie. Pochodzą z książki „Afrika Bilder” autorstwa Gabriele Schuller. Tak czy siak dobre kilka lat zdobiły ściany w naszym przedpokoju.

„Niewolnica” – Ellen Alpsten

„Porwana przez jedną z hord tureckich z rodzinnego dworu Florence von Sass zostaje wystawiona na sprzedaż na targu niewolników w Imperium Osmańskim. Właściciel młodziutkiej niewolnicy liczy, że sprzeda ją do sułtańskiego haremu, gdyż dziewczyna jest nie tylko piękna, lecz także bardzo inteligentna i wyjątkowo muzykalna. Los jednak chce inaczej i szesnastoletnia Węgierka staje się własnością angielskiego podróżnika, lorda Sama White’a Bakera, który bez namysłu płaci za Florence bajońską sumę z zamiarem darowania jej wolności. Nie przewiduje tylko jednego, że nie będzie w stanie rozstać się ze swoją niewolnicą. Zakochany po uszy podróżnik zabiera dziewczynę do Afryki na niebezpieczną wyprawę. Jej celem jest odnalezienie źródeł Nilu, jak dotąd nikt z takiej eskapady nie powrócił…”

Tematyka jest ciekawa: mało znana Afryka, daleka podróż, przygody, niebezpieczeństwa, odkrycia – jednym słowem mogłaby z tego powstać naprawdę rewelacjyjna książka. Ale na pewno nie jest nią „Niewolnica”. Pomijam już fakt, że polski tytuł jest niezbyt trafiony. Ale ogólnie powieść Ellen Alpsten jest zwyczajnie marna. Napisana jakby z poczucia jakiegoś źle pojętego obowiązku, a nie z pasji pisania. Brakuje mi w niej emocji, brakuje serca włożonego w treść. Narracja, dialogi i nawet opisy przyrody są po prostu jałowe, beznamiętne, suche, sztuczne, nudne.

Książka jest bardzo słaba. Aż się sama dziwię, iż chciało mi się to przeczytać do końca.

myśli wieczorne

Nie wiem co się ze mną dzieje. Jestem jakaś taka rozdrażniona i smutna jednocześnie. A może jeszcze co innego, sama bowiem nie potrafię określić tego, co we mnie jest.
Czytam wpisy na pingerze i chyba po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jacy ludzie ogólnie są dziś nieszczęśliwi. Niby żyjemy w czasach łatwiejszych do życia, w krajach bez wojen, bez głodu, niby jest lepiej, niby… A jakoś mam wrażenie jakby coraz mniej było szczęśliwych ludzi.
Na każdym kroku samotność.
Samotność w pojedynkę i samotność we dwoje.

Spojrzałam nagle inaczej na moje własne życie i na moje problemy.
Jeszcze do niedawna wydawało mi się, iż mój mąż mnie olewa, że życie przelatuje mi przez palce, że problemy przywalają mnie do ziemi.
Jeszcze niedawno wierzyłam w przyjaciół, w sens wszystkiego co się dzieje…
Nadal wierzę, mimo że przyjaciele odchodzą i mimo, iż nie zawsze potrafię dostrzec sensu w cierpieniu.
Ale może właśnie taka jest jego rola, bym dzięki temu doceniła to, co mam.
Bo przecież słodycz może zaistnieć tylko wtedy, gdy dane nam będzie doświadczyć i goryczy. Noc i dzień, radość i smutek, szczęście i samotność, miłość i strach…

Wydawało mi się zawsze, że posiadłam jakąś tam życiową mądrość. A jednak wciąż byłam małym głuptaskiem. Widziałam tak wiele, a tego co najbliżej nie dostrzegałam.
No, może nie tak do końca. Dostrzegałam, ale nie w pełni.
Przecież ja to wiem, że wdzięczność ma potężną moc sprawczą. Dlaczego więc jestem tak mało wdzięczna najbliższym, za to że są, że mnie kochają.
Jak to łatwo zapomnieć się… Traktuję coś jako oczywistość, jak coś co po prostu jest. A przecież nic nie jest tak o po prostu…

Chyba mam wiele do nadrobienia.

moja galeria – Polne kwiatki w kilku odsłonach

Swego czasu była taka moda na obrazy z motywami namalowanymi jedynie w konturach. Bez żadnych szczegółów. No i tak wzięło i mnie na takie konturowe bawienie się farbami. Motywy z polnymi kwiatkami wydały mi się najbardziej pasowne do takiej koncepcji.

Pierwsze dwa obrazy  – na zdjęciach może tego nie widać – są namalowane w tych samych kolorach. Stanowiły swego rodzaju parę. Przez jakieś 2 lata wisiały u nas w przedpokoju. Teraz wiszą w pokoju jadalnym u znajomych.

„Polne kwiatki 1” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm
„Polne kwiatki 2” (2008), akryl na płótnie, 70 x 50 cm

Te natomiast trzy wielkie obrazy namalowałam specjalnie do naszego pokoju. Kiedyś mieliśmy właśnie takie brązowe ściany. Dziś ściany są lawendowe. Mimo to obrazy nadal się ładnie na nich prezentują. Namalowane są na płótnach o wymiarach 30 x 80 cm. Pojedynczo raczej moło efektowne, razem stanowią coś, co wciąż mi się podoba.

„Polne kwiatki x 3” (2008), akryl na płótnach, każde 40 x 80 cm

moja galeria – Dwie strony mnie

„Jestem” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm

Ten obraz znacie doskonale, bo ustawiam sobie go jako mój awatar. Oryginalny obraz jest namalowany na sporym płótnie i obecnie wysyła ciepłe promienie u Nortusa. Może i ten obraz nie jest jakimś specjalnym artystycznym dziełem, ale dla mnie był zawsze czymś wyjątkowym. Ta spirala symbolizuje mnie. Symbolizuje mój powrót do swojego wnętrza. Do tej boskości, którą mam w sobie. Którą każdy z nas ma. Dla mnie ten obraz był pierwszym i najprostszym wyrażeniem tego kim jestem.

„Druga strona” (2007), akryl na płótnie, 60 x 80 cm

Drugi obraz niezbyt przeze mnie lubiany też symbolizuje mnie. Tylko właśnie tą ciemniejszą stronę. To właśnie ta ja, kiedy nie dbam o swoje ja.  To ta ja, kiedy znaczenie mają znowu problemy, oczekiwania, niespełnione pragnienia, frustracja. To ta ja, kiedy targają mną wątpliwści. Kiedy zbyt wiele zewnętrznych rzeczy trzyma mnie w tym stanie, który nie pozwala żyć naprawdę. To smutny obraz, bo jest symbolem smutnej rzeczywistości. Ale nic nie jest stałe. Spirala symbolizuje dla mnie ruch. Wibrację. Zmiany. Energię, którą mogę przetworzyć. Ode mnie zależy tylko jak.

Moja galeria – Co opowiedzą ci głębiny

2 - oceania
„Co opowiedzą ci głębiny” (2006), akryl, pasta strukturalna i muszle na płótnie, 70 x 50 cm

Ten obraz powstał pewnej nocy w lutym 2006 roku. Nie mogłam zasnąć bo rozpierała mnie dziwna „wena”. To nie była taka zwyczajna wena, ale coś jak jakiś głos, który we mnie wołał. Pamiętam jak wstałam i przy marnym świetle jednej lampy tworzyłam. Byłam jak w transie, bo nawet nie zwracałam uwagi na to co powstawało. Liczyło się tylko, że coś ze mnie uchodzi. Ważne były kolory, a nie forma. Pamiętam dokładnie tamtą noc.
A rano zdziwiona byłam kompletnie tym co powstało.
Obraz do dzisiaj wisi w naszym kibelku. Haha, tak, w naszym mieszkanku nie ma pomieszczenia bez obrazu. Policzyłam, że na chwilę obecną wisi ich aż 14. A miejsca jest jeszcze przynajmniej na trzy.

czary

Jeszcze kilka godzin temu myślałam, że moje życie zrobiło się całkiem poplątane i skomplikowane. Od kilku tygodni w mojej głowie i sercu panował trudny do opanowania chaos.
Przegapiłam tym samym wiele cudownych chwil.

A tymczasem życie bombardowało mnie z nieba mnóstwem znaków, których nie chciałam zauważać. Przechodziłam obok tych chwil kompletnie ich nie rozumiejąc, nie widząc i nie słysząc. A one mówiły do mnie, wołały…

Dopiero dziś odkryłam.
Zawsze jak dzieje się coś niesamowitego, coś niezwykłego, nieco innego, to znak.
Znak, że powinnam przystanąć i otworzyć oczy, uszy i serce. Pomyśleć. Pierwsza myśl z reguły daje odpowiedzi.

Zmiany jakie się dzieją w moim życiu, dzieją się dlatego, żeby było mi lepiej. Powinnam więc się ich nie bać, nie uciekać przed nimi, a nauczyć się nimi właściwie kierować. A przeżyję mnóstwo szczęśliwych chwil.

Że też nie dostrzegłam tego prędzej. Że też przegapiłam tyle cudnych znaków, tyle chwil….
Ale to nic, nigdy nie jest za późno.

Mam zamiar wziąć życie w swoje ręce i na nowo je zaczarować. Wszak mam w sobie potencjał czarodziejki.

 

miłość po prostu jest

Zawsze myślałam, że miłość jest prosta. Że po prostu jest. Czujesz ją w sobie i nie potrzeba do tego rozumu, ani wiele mądrości. Wystarczy zaufać.

Tymczasem chyba nie pasuję do przyjętych mitów i ogólnie panującego przekonania o miłości. Gorzej, mało kto pasuje, ale jeszcze mniej z nas ma odwagę się do tego przyznać.

I pewnie stąd tyle cierpienia i smutku. Tylu nieszczęśliwych ludzi. Bo narzucamy sobie ograniczenia, bo mamy oczekiwania, bo mamy wymagania. Bo nasza miłość tak naprawdę jest namiastką prawdziwej miłości. Bo ta prawdziwa, ani nie stawia wymagań, ani niczego nie oczekuje, ani nie ogranicza. Daje pełną wolność.

Wybory. Do nas należą wybory. Bywają one trudne. Ale z drugiej strony, są takie oczywiste…
Jak to kiedyś napisał Szekspir?
„Sobie wiernym bądź, a stanie się jak po nocy dzień, iż drugiemu się nie sprzeniewierzysz.”

Takie proste…

Myślałam, że miłość jest prosta, a tymczasem wszystko się poplątało. Mimo wszystko jak się wsłucham w siebie, znajdę wszystkie odpowiedzi.

Muszę tylko mieć odwagę iść za tym właśnie głosem.

„Medicus” – Noah Gordon

“Anglia, XI wiek. Rob J. Cole, syn cieśli i hafciarki, po śmierci rodziców zostaje pomocnikiem wędrownego balwierza parającego się również leczeniem. Wykazuje nie tylko zapał do nauki, ale też ową szczególną wrażliwość, która pozwala „czytać” w chorym organizmie, dostrzegać w nim wolę walki lub chęć poddania się. Punktem zwrotnym w jego życiu staje się spotkanie z żydowskim lekarzem, którego kunszt odbiega od szalbierskich sztuczek średniowiecznych medyków. Odtąd każdym krokiem Roba kieruje jedno tylko pragnienie: dotrzeć do Isfahanu i zostać uczniem sławnego perskiego lekarza, Ibn Siny, w świecie zachodnim zwanego Awicenną.”

Ta książka to jak dla mnie swego rodzaju arcydzieło. I nie szkodzi, że wątki historyczne są w niej nieco poplątane i nie zawsze zgodne z faktami. Pomijając ten jeden szczegół ta powieść ma wszystko to, co powienna mieć naprawdę dobra książka. Jest nieco historii, nieco sensacji, przygód, wyraźnie zarysowani bohaterowie. Jednak najlepsze w niej jest to, że potrafi ona w taki magiczny sposób mobilizować do tego, by zawalczyć o swoje marzenia, by zadbać o swoje talenty, by na nowo odkryć swoje pasje