słowa – żywe istoty

Układałam dziś w takiej szufadzie, w której trzymam różne rzeczy do podarowania. I chociaż zaglądam do niej często, to chyba pierwszy raz od bardzo dawna wyjęłam z niej wszystko, by zrobić nowy porządek. I wtedy zobaczyłam całkiem z tylu, na jej dnie woreczek, a w nim jakieś kartki i koperty. Sama musiałam ten pakuneczek tam kiedyś włożyć i leżał zapomniany, by właśnie dziś zaskoczyć mnie totalnie swoją zawartością.

W środku znalazłam list. List napisany do mnie 05 grudnia 2013 przez kogoś, kto w dobie internetu, zadziwiony sam sobą, że to robi, pisał swój pierwszy (i jedyny) w życiu prawdziwy list. Kartka papieru w kratkę, drobniutkie pismo kreślone męską ręką. I słowa pełne miłości i wdzięczności. Nawet naklejki z serduszkami, kiczowate i infantylne, ale jakże wymowne, bo przecież wiem, że musiał je ekstra w tym celu wybrać w sklepie…

Rozczuliłam się na maxa. Literki ulepione w słowa. Słowa, które wciąż są żywe. Nieważne, że minęły lata, nieważne że my dwoje pewnie spotkamy się dopiero w następnym wcieleniu. Tamte słowa, napisane z miłością w grudniowy dzień, wciąż są jak żywa istota. Wzruszły mnie do łez, do szybszego drżenia każdej komórki we mnie, do takiego wewnętrznego otwarcia, które dawno nie było tak szerokie.

Słowa – żywe istoty. Jeszcze bardziej namacalne i bardziej wibrujące przez te literki, nie wystukane na klawiaturze, ale napisane ręcznie. Każda z tych literek jest puzzelkiem dodatkowej opowieści. List napisany na kratkowanej kartce, wciąż mający swój charakterystyczny zapach. Gdy przyłożę nos wciąż mogę go wyczuć, po tylu latach. Ten zapach to też dodatkowa opowieść. Ten zapach wzrusza mnie także…
Literki, zapach, kolor koperty, brak znaczka, naklejki – wszystko to opowiada dodatkową historię, przywołuje szczegóły wspomnień. Porusza sercem…

I przypomniały mi się te wszystkie listy, które sama ręcznie tak kochałam pisać. I również te, które przychodziły do mnie. Wciąż mam je w wielkim kartonie. Posegregowane według nadawców. Przewiązane wstążeczkami. Kilkanaście, a może dwadzieście kilka takich pakuneczków. Setki listów. Większość w białych kopertach, ale są i takie w każdym kolorze tęczy. I chociaż wydawałoby się, iż zapomniane, upchnięte w kartonie, to przecież wciąż je mam. Wciąż mogę do nich zaglądać, dotykać je, wąchać, wzruszać się…

Nie robię tego już od dawna, ale poczulam, iż chcę znowu pisać listy. Takie właśnie na papierze. Piórem. Z charakterystycznych dla mnie literek lepić słowa. Słowa – żywe istoty.

 

magiczne księgi – Łabędź

Po prostu musiał przypłynąć. Tak idealnie dopełnia to przesłanie, o jakim opowiada piosenką swojej duszy Ewelinka Stępnicka: „nie jesteś problemem do naprawienia, ale cudem do odkrycia.”

Jest we mnie ogromna wdzieczność. I chciałabym by te przepiękne przesłanie, owa świadomość, iż jestem cudem, że każdy z nas jest takim cudem do odkrycia coraz bardziej zakotwiczała się w naszych sercach.

po prostu płynie

Dużo się zmieniło od mojej sesji regresingowej (team Calo). Malowanie, ale w ogóle tworzenie nabrało jakby zupełnie innej jakości. Wiem czemu to zawdzięczam i niby nie powinnam być zadziwiona, a jednak jestem. W pozytywnym sensie. Tzn. zadziwia (ale i raduje) mnie właśnie owa zmiana, którą wyraźnie odczuwam. Bo dopiero w trakcie malowania w pełni poczułam jak ta energia twórcza w pełni sobie teraz płynie przez mnie niczym niezakłócana czy nijak niezamieniana na coś, z czym akurat mi nie po drodze. I wcale nie ogranicza się ona tylko do malowania. Znowu z wielkim entuzjazmem i radością eksperymentuję w kuchni, piekę serniki, gotuję dobre obiadki, na sztalugach powstają obrazy, przy stole powstają mniejsze obrazki na notatnikach, no i jeszcze kilka innych rzeczy. Ot, taka obfitość w tworzeniu.

„Zapach wspomnień” – Jan Moran

polski tytuł: „Zapach wspomnień”
tytuł oryginału: „Scent of Triumph”
niemiecki tytuł: „Im Sturm der Jahre

„Historia wielkiej miłości i pasji, których nie zniszczyła nawet wojna
Kiedy w 1939 znana francuska perfumiarka Danielle wchodzi na pokład luksusowego liniowca, który płynie do Europy, nie wie jeszcze, że ta podróż odmieni jej życie na zawsze. Na pokładzie statku ona i je mąż dowiadują się o wybuchu wojny, która rozdziela ich z synem będącym pod opieką babci w Polsce.
Kolejne miesiące i lata stają się dla Danielle najtrudniejszymi chwilami w jej życiu. Kobieta stara się rozpaczliwie odnaleźć zagubioną rodzinę. W końcu podejmuje trudną decyzję i wyjeżdża do Ameryki.
Danielle nie zamierza się jednak poddawać i chce wykorzystać swój wspaniały dar w Los Angeles. Dzięki determinacji i pasji wkrótce odnosi sukces jako kreatorka perfum oraz dostaje przepustkę do hollywoodzkich elit.”

Sięgnęłam po tę książkę bo zachwyciała mnie okładka niemieckiego wydania. Po prostu przyciągnęła i nie moglam się oprzeć

Zaczęło sie tak, iż naprawdę myślałam, że to będzie dobra książka z historią w tle. Główna bohaterka, francuska perfumiarka to kobieta z pasją. Pierwsze rozdziały naprawdę mnie wciągnęły. Wojna, trudne wybory, dramaty, potem budowa nowego życia na amerykańskiej ziemi. To mógłby być naprawdę dobry romans historyczny. Niestety im dalej w las, tym ciemniej, choć w tym przypadku im dalej zagłębiałam się w powieść, tym bardziej wszystko stawało się harleqinowskie, momentami infantylne, sztuczne, naciągane. Wątki, które naprawdę miały potencjał, zostały w tej powieści zepchnięte na plan drugi, trzeci, czy jeszcze dalszy. Zmarnowane po prostu, a szkoda. To co zostało, to zaledwie taka sobie opowieść miłosna przyprawiona jedynie odrobiną czegoś głębszego. Zakończenie – napisane chyba w pośpiechu, było już totalnie kiczowate i zupełnie mnie rozczarowało.
Jakbym miała tą powieść porównać do jedzenia, to powiedziałabym, iż przypomina ona potrawę z dorbych i może nawet rarytasowych składników, przygotowaną jednak bez soli i przypraw. W dodatku rozgotwaną na mdłą papkę.

 

moja galeria – W pokłonie dla Joni

„W pokłonie dla Joni” (2018), akryl na płótnie 50 x 50 cm

W akcie szacunku, wdzięczności, uzdrowienia dla mojej wewnętrznej Lilith, mojej kobiecości,seksualności, kobiety która byłam, jestem i jeszcze kiedykolwiek będę.
Ten proces jeszcze się dzieje. Ten obraz może jest dopiero pierwszym. Nie wiem.

Ale wiem, że nikt inny nie zrobi tego za mnie.
Jestem CUDem. A to oznacza, że czas również w CUDzie wziąć odpowiedzialność i moc w swoje rece.
Kocham.
Dziękuję.
Ufam.

„Droga prawdziwego mężczyzny” – David Deida

„Ta książka jest przewodnikiem dla szczególnego rodzaju mężczyzny, który świadomie i z rozmysłem stwarza siebie na nowo. Jest on niepodważalnie męski – wytrwale dąży do celu, jest pewny siebie i ukierunkowany, żyje wybraną przez siebie drogą z głęboką spójnością i humorem. Jest jednak także wrażliwy, spontaniczny oraz duchowo żywy, a jego serce jest oddane odkrywaniu i życiu zgodnie ze swoją wewnętrzną prawdą.

Ten kreujący siebie na nowo mężczyzna nie jest wystraszonym byczkiem pozującym na King Konga władającego wszechświatem. Nie jest też mięczakiem nowych czasów, kimś bez kręgosłupa, rozkojarzonym i z głupawym uśmieszkiem. On przyjął i objął w pełni oba swoje wewnętrzne pierwiastki, męski i kobiecy, i nie utożsamia się wyłącznie z jednym z nich. Nie musi mieć cały czas racji, tak jak nie musi być cały czas bezpieczny czy gotowy do współpracy lub dzielenia się, jak jakiś dwupłciowy Pan Milutki. Żyje z głębi swojego wnętrza, bez lęku ofiarowując swoje dary i odczuwając otwartość egzystencji poprzez każdą ulotną chwilę, całkowicie oddany potęgowaniu miłości.”

Książka co prawda jest skierowana do mężczyzn, ale z pewnością i kobiety wiele mogą z niej wynieść dla samych siebie. Przyznaję, że napisana jest takim charakterystycznym dla Deidy językiem, niezwykle bezpośrednim, a jednocześnie „duchowym”. Może momentami wolałabym więcej prostoty, ale całościowo książka jest niezwykle wartościowa. Pomogła mi lepiej zrozumieć zarówno mojego mężczyznę jak i siebie samą. Ale to nawet nie tylko o samo zrozumienie tu chodzi. Ta książka naprawdę może odmienić w jakiś sposób nasze życie, ubogacić nasz związek, uwolnić nas od tylu niepotrzebnych spinek, w które czasem nieświadomie sami się pakujemy.
Takie książki powinny być lekturami w szkołach. Bardzo polecam. Nie tylko dla mężczyzn.

„Człowiek w poszukiwaniu sensu” – Viktor E. Frankl

„Człowiek w poszukiwaniu sensu Viktora E. Frankla to jedna z najbardziej wpływowych książek w literaturze psychiatrycznej od czasu Freuda. Zaczyna się od długiego, suchego i głęboko poruszającego osobistego eseju o pięcioletnim pobycie Frankla w Auschwitz i innych obozach koncentracyjnych i jego wysiłkach w tym czasie, by znaleźć powody do życia.
Druga część książki opisuje metody psychoterapeutyczne, które Frankl opracował jako pierwszy na bazie swoich doświadczeń z obozów. Freud uważał, że życiem człowieka rządzi popęd seksualny i pokusy. Frankl z kolei wierzy, że najgłębszym popędem człowieka jest poszukiwanie sensu
i celu. Logoterapia Frankla zatem bardziej przystaje do zachodnich religii niż freudeowskiej psychoterapii.”

Książka jakże wyjątkowa. Pierwsza część, w ktorej autor opowiada o swoich przeżyciach w obozach koncentracyjnym nie jest jedynie znamym z wielu innych relacji opisem piekła. To coś zupełnie innego. Opowieść o cierpieniu od takiej psychologicznej strony. Przede wszystkim jednak jest to o tym, że niezależnie od okoliczności i warunków w jakich znajdzie się znajdziemy, nawet jeśli nie mamy żadnego wpływu na najmniejszą zmianę swojej sytuacji, zawsze jednak pozostaje nam wolność co do tego, jak będziemy reagowali. Odnalezienie sensu jest kluczowe nie tylko do przetrwania, ale także do tego jak znosimy cierpienie, choćby najbardziej okropne.
Druga część książki, będąca takim skrótowym opisem podstaw logoterapii, nie jest w żadnym wypadku jedynie nudnym przedstawieniem teorii. Jest tu tak wiele mądrości i niezwykle wartościowych przesłań składniających do przemyśleń, że niezaleźnie jak bardzo udane wiedziemy życie i jak bardzo jesteśmy szczęśliwi, zawsze możemy tu znaleźć jeszcze coś inspirującego ważnego, co wniesie nowe jakości do naszej egzystencji.

„Kuchnia prababci” – Margaret Yardley Potter

” (…) Podczas rozpakowywania pudeł ze starymi rodzinnymi książkami Elizabeth Gilbert odnalazła zakurzony, pożółkły tom w twardej oprawie napisany przez jej prababcię, Margaret Yardley Potter. Ta zajmująco i zabawnie napisana książka jest nie tylko poradnikiem kulinarnym, pełnym doskonałych przepisów na wyśmienite potrawy przyrządzane z naturalnych produktów, ale także źródłem ciepłych i dowcipnych historii krzepiących ducha, pełnym literackich odniesień wspomnieniem życia niezwykłej kobiety, jej małżeństwa i wielu lat wypełnionych szczęściem i troską o rodzinę.(…)”

Gdyby nie moje własne kulinarne zapały, pewnie w życiu bym nie sięgnęła po tą książkę. No ale jednak nie tylko sięgnęlam, ale i przeczytałam, od czasu do czasu uśmiechając się w trakcie tej lektury pod nosem. No cóż. Jak na dzisiejsze standardy, to kuchnia pani Potter jest z pewnością niezdrowa (wszystko smażone na smalcu, zaprawiane maką, albo po części z puszek) i w dziwnych smakach (cynaderki, omułki lub grzebienie z kogutów? – no proszę was, kto dziś przyrządza swojej rodzinie takie obiady). Ponadto jak na mój osobisy gust za dużo w niej mięcha, a za mało warzyw. Zatem kulinarnie z całej książki mogłabym wykorzystać pewnie zaledwie 3 przepisy. Ale przeczytać całość było ciekawie. Zwłaszcza, że pani Potter jak na kobietę tamtych czasów ma całkiem fajne poczucie humoru i przejawia wielką kreatywność przeplecioną z luzackim podejściem, czego akurat nigdy nie za wiele i niejednej dzisiejszej pani domu by się przydało. Lektura była więc jak najbardziej przyjemna, chociaż przyznaję, że gdybym sama nie lubiła gotować, to pewnie nie wytrwałabym nawet do końca pierwszego rozdziału. Tak czy siak było to coś innego, a inności zawsze wzbogacają i rozszerzają zakres własnego postrzegania.
Tym samym polecam, nie tylko kulinarnym zapaleńcom.

zwierzęta mocy – pasikonik oraz konik polny

autorem zdjęcia jest Tomek Wiśniewski

Pasikoniki (Tettigonioidea) to rodzina prostoskrzydłych owadów z rzędu szarańczaków. Mają bardzo charakterystyczną budowę. Ciało ich jest masywne, walcowate, wydlużone, najczęsciej w kolorze zielonym lub brązowym. Na głowie znajdują się cienkie, ponad 30-członowe i często przekraczające długość ciała czułki, duże oczy i silny aparat gębopwy typu gryzącego. Przednie odnóża posiadają narząd słuchu na goleniach, tylne natomiast są doskonale przystosowane do wykonywania dalekich skoków. Mimo iż wszystkie pasikoniki mają najczęściej dobrze wykształcone skrzydła, to jednak nie wszystkie gatunki posiadają zdolność lotu. Cechą charakterystyczną jest obecność aparatu strydulacyjnego na pierwszej parze skrzydeł. Samce muszą więc nimi pocierać o siebie, by wydobyć dźwięki.
Pasikoniki zamieszkują różne siedliska. Najczęściej preferują obszary trawiaste, ale można je spotkać również w lasach.
Większość z nich to wszystkożercy, w diecie których dominuje jednak pokarm mięsny. Dotyczy to szczególnie większych gatunków, które są drapieżne i polują na inne owady. Od czasu do czasu, żywią się jednak także pokarmem roślinnym.
Pasikonik postrzegany jest często jako zwierzę łączące nas ze światem skrzatów i elfów. Symbolizuje radość, taniec, muzykę, kreatywność, ale przede wszystkim wielkie skoki. Kiedy pojawia się jednak w większych ilościach reprezentuje stratę i jest dla nas silnym ostrzeżeniem.

autorem zdjęcia jest Tomek Wiśniewski

Jeden skok i oto wkracza w naszą przestrzeń zielony pasikonik, zwiastując nam swoim pojawieniem się, iż najbliższe etapy na naszej życiowej ścieżce możemy przemierzyć w wielkich susach. Nie znaczy to bynajmniej, że popędzimy drogą na skróty lub umknie nam coś ważnego. Nie. Przygotowywaliśmy się bowiem do tego już od bardzo dawna. I każdy postawiony w ostatnim czasie, nawet najmniejszy kroczek, wymagający nieraz wiele wysiłku i odwagi, był w istocie takim treningiem, dzięki któremu możemy teraz odważyć się na wielki skok. Wszystko, co uczyniliśmy do tej pory i co przybliżyło nas do tego momentu, miało swoje znaczenie i nakarmiło nas odrobiną siły i odwagi. Teraz możemy zebrać to razem i po prostu pozwolić sobie na decydujące skoki. Nieważne czy cała sytuacja dotyczy jakieś wielkiej zmiany w naszym życiu osobistym lub zawodowym, czy też np naszego duchowego rozwoju. Cokolwiek to jest, dojrzało do tego, by kolejne etapy zadziały się bardzo szybko. Pasikonik wkracza teraz do naszego życia, by towarzyszyć nam w tej podroży, dodając nam odwagi i zaufania do Życia. Być może kolejne kroki okażą się tak wielkimi skokami, iż nie będziemy nadążać umysłem za tym, co się dzieje. Nie bójmy się jednak. Dajmy sobie wolność od tego, by wszystko ogarniać rozumem. Otwórzmy się na to, co przychodzi i zaprasza nas ku wielkiej przygodzie i z ufnością skoczmy zbierać owoce tego, co przecież sami z takim mozołem od dawna sialiśmy. To jest nasze dzieło. Nic nie przyszło do nas na skróty. Otwórzmy ramiona i powitajmy to, co płynie do nas. Z wdzięcznością. Ale też ze świadomością tego, że to nasze dziecko i to my je powołaliśmy.

Pasikonik zachęca nas więc do tego, abyśmy odsunęli na razie nasz rozum na plan dalszy i podążyli za głosem nowych, pojawiających się w naszej przestrzeni impulsów. Pozwólmy im zabrać nas w krainę nieograicznych możliwości. Bawmy się, radujmy tym co nam się ukazuje. Przyjmujmy wielorakość i obfitość, jaka do nas płynie. Wszystko to otworzy przed nami nowe drzwi, przyciągnie nowe szanse i obdarzy nas nowymi możliwościami.
Jeśli tylko na to pozwolimy, nasza kreatywność obudzi się teraz do cudownego tańca. Pozwolmy jej tworzyć. Nowe idee, nowe pomysły, nowe impulsy, nowe energie – wszystko to płynie do nas strumieniem. Nam pozostaje się na to otworzyć. Nie musimy wiedzieć jak, ani gdzie, ani kiedy, ale otworzyć się. To właśnie jest czas na wielkie skoki naprzód. Jednak bądźmy w tej podróży uważni na głos naszego wnętrza. Od czasu do czasu zwolnijmy, zatrzymajmy się na chwilę w ciszy, posłuchamy swojego serca. Ono zawsze wskaże nam najlepszy dla nas kierunek.

Jeśli na naszej drodze pojawiają się jednak liczne pasikoniki, spotykamy ich wiele na raz lub w krótkim czasie co chwila jakiegoś, to jest to dla nas sygnał raczej ku temu, by nieco zwolnić. Być może zapedziliśmy się za bardzo i tak przyzwyczailiśmy do łatwości dalekich skoków, iż straciliśmy z oczu odpowiedzialność za nasze kroki. Być może zapomnieliśmy o wdzięczności i traktujemy płynącą do nas obfitość jako należącą nam się oczywistość. Być może nawet zapędziliśmy się tak daleko, iż wydaje nam się, że jesteśmy lepsi od innych albo że mamy prawo zagarniać wszystko jak leci dla siebie. Pasikoniki swoim licznym pojawieniem się są nam ostrzeżeniem i wyrażnym nawolaniem do zatrzymania się i skonfrontowania się z naszym wnętrzem. Nie bagatelizujmy tego znaku. Zwolnijmy, przystańmy póki jeszcze strumień obfitości nie zamieni się dla nas w strumień strat. Nawiążmy kontakt z naszym sercem i pozwólmy mu działać.


ciemna strona: Pasikonik wskazuje na nieodpowiedzialaność i nieposzanowanie dla obfitości, brak wdzięczności, obwinianie i karanie, nieumiejętność odpuszczenia, wybaczania i skłonność do ciągłego wracania i taplania się w brudach starych spraw.


autorem zdjęcia jest Tomek Wiśniewski

Jeśli pasikonik jest twoim zwierzęciem mocy wtedy:
* Po długim przygotowaniu dojrzałeś do etapu wielkich skoków na swojej życiowej ścieżce.
* Masz odwagę by odsunąć na bok umysł i podążyć z zaufaniem za nowymi impulsami. Jesteś otwarty na to co przychodzi do ciebie i potrafisz dostrzec we wszystkim nowe szanse i możliwości.
* Odczuwasz wdzięczność za wszystkie małe i wielkie dary, którymi Wszechświat nieustannie cię obdarowywuje. Swoja postawą uczysz też i innych owej wdzięczności wobec Życia.
* Pomimo trudnych doświadczeń potrafisz wybaczyć, przetransformować i rozwiązać stare pętle oraz przynieść uzdrowienie zarówno sobie jak i innym.
* Masz dostęp do świata wróżek, elfow i skrzatów co może się odzwierceidlać w twojej kratywnosci twórczej.

autorem zdjęcia jest Tomek Wiśniewski

Pasikonik obdarzy cię szczególnym wsparciem jeśli:
* W swojej drodze ku zmianom doszedłeś do etapu, w którym możesz pozwolić sobie na wielkie skoki, jednak brakuje ci jeszcze ku temu odwagi.
* Nie wiesz jak, nie wiesz gdzie, ale otwierasz się przypływ życia. Pasikonik pomoże ci wychwycić nowe idee, pomysły, impulsy i energie.
* Jesteś szczęśliwy i życie obdarza cię obfitością, jednak masz skłonności do tego, że w swojej euforii nieco z owym szczęściem igrasz, a chciałbyś nauczyć się obchodzić z nim bardziej odpowiedzialnie.


autorem zdjęcia jest Tomek Wiśniewski

ciekawostki:
* Pasikoniki są kanibalami. Hodowane przez pasjonatów sprawiają niemałe kłopoty w utrzymaniu. Często trzeba oddzielać samicę od samca, jak również nie trzymać większej liczby owadów w jednym terrarium.
* Pasikoniki są bardzo pożytecznym w naszych ogrodach i łąkach. Żywiąc się innymi owadami przyczyniają się do zachowania właściwej równowagi w środowisku.
* Różowy owad z rodziny pasikoników jest nietypową odmianą swojego gatunku. Śliczny i oryginalny wygląd spowodowany jest schorzeniem genetycznym zwanym erythrism czyli nadmiernym zaczerwienieniem.
* Pasikonik kubański (Stilpnochlora couloniana) ma bardzo charakterystyczny wygląd, przypominający liść.
* Pasikonik i konik polny to nie to samo, chociaż są ze sobą blisko spokrewnione. Pasikoniki żyją wśród wyższych traw oraz na krzewach i drzewach. Natomiast te, które wyskakują nam spod nóg, gdy idziemy przez łąkę to najczęściej tzw. koniki polne, czyli szarańczaki – od pasikoników można je łatwo odróżnić po krótkich czułkach (czułki pasikoników są długie i nitkowate).

„Jedz, módl się, kochaj” – Elizabeth Gilbert

„Elizabeth Gilbert przed trzydziestką miała wszystko, o czym powinna marzyć nowoczesna kobieta: męża, dom za miastem, dobrą pracę. Mimo to nie była ani szczęśliwa, ani spełniona. Przeżyła rozwód, ciężką depresję i nieszczęśliwą miłość. A potem zaczęła szukać siebie na nowo.”

Ile ludzi tyle opini. Jednych ta książka zachwyca, innych nudzi lub irytuje. Ja należę mogę się zaliczyć zdecydowanie do tej pierwszej grupy. Co tu dużo gadać, autorka ujęła mnie swoją szczerością, a także swoistym humorem. Historia jak na książkową może niezbyt porywająca czy dramatyczna. Trzeba się było przedrzeć przez nieco nużące użalanie się nad sobą i zajadanie smutków, by po drodze odnaleźć Boga, miłość i samą siebie. Jednak czyż takie właśnie nie bywa po prostu życie?
Dla mnie opowieść Liz jest pełna takich nieco ukrytych, ale jednak pięknych perełek, które są mi inspiracją i po prostu zachęcają do tego by stawić się do Życia w pełni. I już chociażby za to, jestem wdzięczna iż moglam ją przeczytać.

 

nowy początek

Tak dawno nie pisałam tu (ani nigdzie indziej) czegoś takiego mojego, że właściwie teraz, kiedy to robię, można by uznać, iż to swego rodzaju nowy początek. Określenie tym trafniejsze, że jak pomyślę o tej mnie sprzed powiedzmy kilku miesięcy, a tej mnie z dziś, to naprawdę widzę wielką różnicę. No dobra, nie znowu taką wielką, bo nadal ważę ponad sto kilo, nadal mam siwe odrosty i nadal reumatyzm napierdziela mi w kolanie, ale przynajmniej wewnętrznie wypiękniałam i odmłodniałam. Ja to wiem.

W sumie to obudziłam się dziś w nocy i różne mądre myśli pojawiały mi się w głowie, albo raczej przepływały przez nią tak, jakby mi ktoś czytał z jakieś mądrej księgi. I miałam wrażenie oczywiście, że to nie jakiś tam nieokreślony ktoś, ale ja we własnej osobie albo raczej moja duszyczka kochana. No szkoda tylko, że moje ciało o 3-ciej w nocy okazało się być zbyt rozleniwione bym wstała i sobie to wszystko zapisała. Tym samym uleciało mi większość z owej wspaniałej nocnej błyskotliwości i pamiętam jedynie jakieś mgliste resztki. Ale najważniejsze gdzieś tam mi się zakodowało. I po pierwsze, wiem że każdy nawet najmniejszy kroczek jest jak kolejny kamyczek, który uruchamia lawinę. Znaczy jeśli chcę wielkich, spektakularnych zmian (a chcę), to zacząć mogę choćby od tych najmniejszych. Ważne by się naprawdę do nich stawić. I wytrwać. Wytrwać tak długo, aż utworzą nowe synapsy w moim mózgu, staną się nowym przyzwyczajeniem, nowym fajnym moim ja. Po drugie, idę kupić dziś ładny zeszyt. Koniecznie w grubej twardej okładce. Po co mi? Chcę znowu porozmawiać sobie z Bogiem (postępy: napisałam ten wyraz dużą literą), albo z Joe, albo z moją Duszą. Właściwie nie ma znaczenia jak to nazwać. Ważne, że potrzebuję. Chcę. Cieszę się na to nowe ponowne spotkanie.

wielepoziomowo ale jednocześnie

Byłam w jakimś budynku, który stanowił sam w sobie swego rodzaju ogromną, dziwną krainę. Był wielopoziomowy, zbudowany nie jak współczesne budynki, gdzie każde piętro stanowi jeden wyraźny poziom, tylko trochę przypominał ogromny,  dziwny zamek z jakieś bajki. Piętra w nim czasem miały jakby pomieszczenia opuszczone jakby w przestrzeń między piętrami.  Były miejsca, które stanowiły jakby przejście albo coś pomiędzy jednym poziomem a innym. Ściany były miejscami okrągłe, czasem proste, zbudowane miejscami z białej cegly, czasem z ciemnego drzewa. Całość była ogromna, z mnóstwem komnat, pomieszczeń, szerokich korytarzy, ale i wąskich, krótkich przejść. Były wieżyczki i piwnice. Mimo tego pogmatwania i pozornego chaosu, zamek  był dość przejrzysty, panowało w nim dużo światła i przestrzeni.
Ja sama w śnie przemieszczałam się jedynie na jakiś 2 – 3 poziomach, ale miałam cały czas świadomość tego, że budynek ten jest o wiele, wiele większy. I że wiele pięter znajduje się zarówno pode mną jak i nade mną
 
W owym budynku oprócz mnie znajdowali się swego rodzaju rycerze. Chociaż to nie jest odpowiednie słowo. No dobra, to nie jest w ogóle odpowiednie słowo dla tych postaci, które mi w śnie towarzyszyły. Ale spróbuję opisać. Najważniejsze jest to, że wiedziałam w śnie, że są to postacie męskie. Wyglądali z sylwetki jak ludzie, ale nie wiem czy byli ludźmi czy może duchami, czy innymi kosmitami. Nie widziałam ich twarzy. Wszyscy byli bardzo wysocy i bardzo szybko się poruszali. Nie chodzili normalnie, raczej tak jakby się przesuwali w powietrzu, jakby sunęli tuż nad ziemią. Czasem jeździli na wierzchowcach, chociaż te ich konie też nie do końca przypominały prawdziwe konie. No i mieli na sobie dziwne kostiumy. Coś w rodzaju zbroi (dlatego skojarzyli mi się z rycerzami), chociaż była ona nie jak z metalu, a czegoś bardzo elastycznego. Tak jakby z jednej strony była swego rodzaju pancerzem ochronnym, a z drugiej jakby stanowiła wręcz cześć ich samych, jakby była drugą skórą. Te zbroje na nich były koloru czarnego lub ciemnej szarości z metalowym połyskiem. Do tego mieli przyczepione jasne peleryny. Wszystkie te męskie postacie pojawiały się jakby w tle, nie wchodząc ze mną w bezpośrednie interakcje. Jednak przez cały czas miałam wrażenie,  że po pierwsze oni mnie chronią, są gwarancją mojego bezpieczeństwa. A po drugie, nawet jeśli żadnego nie było w pobliżu, to wiedziałam, że są w pobliżu, tzn cały czas czułam ich obecność – taką obecność, która czuwa. I to czuwa też po to, by mnie chronić. Przed czym? Nie mam pojęcia. Ja sama w tym śnie ani razu nie czułam się być w jakimś zagrożeniu. Wręcz przeciwnie, miałam poczucie swobody, wolności i dużej przestrzeni.
 
W pewnym momencie snu zwiedzając, czy raczej odkrywając różne zakamarki, komnaty, korytarze i przejścia w tej cześci budynku, po której się poruszałam, odkryłam wielkie, szerokie, drewniane wrota prowadzące na zewnątrz. Bardzo mnie zaciekawiły. Otwarłam je i zobaczyłam coś w rodzaju podwórka. Na nim znajdowała się jakaś starsza kobieta, ubrana jak na filmach o średniowieczu. Robiła coś pochylając się nad wielkim drewnianym naczyniem. Mogła by być np praczką, ale równie dobrze ubijać masło (tak o niej pomyślałam). Spojrzała na mnie, nic nie mówiac, ale miałam wrażenie że ona pilnuje bym nie wyszła niepostrzeżenie z zamku. Tzn nie miała mocy by mnie zatrzymać. Nie takie było jej zadanie zresztą, ale miała po prostu wiedzieć kiedy będę chciała wyjść. Kiedy ją zauważyłam i zdałam sobie sprawę od razu, że jest ona taką swego rodzaju tajną wartowniczką, wycofałam się do korytarza. Od razu jednak pojawili się na koniach rycerze. Nic nie mówiąc, przejechali obok mnie, tak jakby mi chceili pokazać, że są obok i wiedzą co zamierzam.
Te wrota na zewnątrz jednak nadal bardzo mnie kuszą. Postanawiam, że chcę odkryć co znajduje się dalej, za podwórkiem .
 
W tym momencie kiedy to postanawiam dzieje się coś bardzo, bardzo dziwnego. Korytarz, na którym stoję jakby się rozdwaja na dwa korytarze, na końcu których widać bramę, czyli w zasadzie są już też 2 bramy. A ja stoję JEDNOCZEŚNIE w obu tych korytarzach. Idę znowu do tej bramy i wyglądam na zewnątrz. Za jedną bramą widzę znowu podwórko, druga natomiast jest wejściem do jakieś kuchni. Postanawiam już definitywnie wyjść na zewnątrz. Ale jednocześnie uświadamiam sobie, że ja sama jestem jakby rozdwojona.
Nigdy prędzej nie przyśnilo mi się coś takiego. Oto w śnie jestem jakby w dwu mnie JEDNOCZEŚNIE. I – również jednocześnie- widzę te obie mnie jakby z zewnątrz. O dziwo, nie wiadomo skąd pojawiają się także dwa biale wierzchowce, właściwie nie całkiem białe, tylko takie nakrapiane siwki. I ja nagle na nich już siedzę. Siedzę w dwu ciałach na dwu koniach zwrócona twarzą do ich tyłków. Te konie wyglądają identycznie. Ja natomiast widzę, iż jedna ja mam zupełnie czarną twarz, tak jakby była pomalowana czarną farbą. A druga ja mam twarz białą, jak pomalowaną na biało. I mam to niesamowite poczucie, że jestem w obu tych mnie jednocześnie, mimo że są to zupełnie dwa odrębne ciała. A jednak robimy wszystko to samo, myślimy jakby razem, rozumiemy się bez słów, nawet bez myśli, bo ja jestem oboma mnie.
Fascynuje mnie to, a jednocześnie nieco przeraża. Bardziej zadziwia.
Czuję przypływ ogromnej siły.
 
Pojawiają się wokól mnie ci rycerze, te męskie postacie. Pędza na swoich rumakach zataczając wokół mnie koła, tak jakby mnie przyjmowali do swego grona. Nadal nic nie mówią, ale są blisko i po raz pierwszy nie mam poczucia, że mnie chronią, ale że mnie PRZYJMUJĄ. Krążą tak wokół mnie na tych koniach z ogromną szybkością. I z każdym okrążeniem czuję bardziej przynależność do nich. Nadal wszyscy znajdujemy się wewnątrz zamku, jakby w jednym szerokim korytarzu. Po czym oni nagle odjeżdżają w głąb zamku. Ja w swoich obu ciałach i na obu moich wierzchowcach jadę za nimi. Już nie interesuje mnie to, co jest na zewnątrz, teraz interesuje mnie by poznać i odkryć cały zamek. Odjeżdżam za nimi jako ja w DWU postaciach, jednej z czarną, a drugiej z białą twarzą. Jestem nimi jednocześnie i chociaż czuję się bardzo, bardzo dziwnie z tym, to czuje się też szczęśliwa i bardzo silna
 
Dalsza część snu jest taka, że budzę się, nie w rzeczywistości tylko jakby nadal w śnie. Budzę się z płaczem (ale nie strachem). Jeszcze nie wiem tak do końca, że się budzę, tylko czuję, że przytula mnie i próbuje uspoić Michał – który chyba spał ze mną w jednym łóżku. No więc ja budzę się ze snu, nadal w śnie, z tym płaczem, on mnie przytula i uspokaja i wtedy widzę nas jakby z góry. I widzę również, że ten PŁACZ mój ma kolor kobaltowy, a jego PRZYTULANIE I USPOKAJANIE MNIE nieco ciemniejszy odcień, jeszcze nie granat już nie kobalt. I oglądam nas z góry jakby zanurzonych w takim świetle kobaltowo-szafirowowym i się bardzo dziwię temu, że płacz ma kolor, przytulanie ma kolor. A jednocześnie wcale się nie dziwię i wydaje mi się to być zupełnie naturalne. I fascynuje mnie to bardzo.
I kiedy nad tym myślę (nadal w śnie) i przypominam sobie również ten wcześniejszy sen (czyli sen w śnie), o tym, że byłam mną z czarną twarzą i z białą twarzą, to chcę być nadal jednocześnie tam i tam i jeszcze tu, w objęciach Michała z tymi kobaltami i szafirami i także tu, wisząc pod sufitem i oglądając nas z góry. I wtedy on, Michał mi mówi  – choć nie wiem czy on mi to mówi, czy to może ja sama, bo nie do końca wiem gdzie zaczyna się on, a gdzie ja, ale kiedy mnie przytula mam wrażenie, że to jednak on – w każdym razie mówi mi, że wszystko JEST JEDNOCZEŚNIE.
No i to jest dla mnie niepokojące bardzo i fascunjące zarazem.
I wtedy się obudziałam naprawdę.

„Nasiona Chia. Aztecki sekret zdrowia” – Barbara Simonsohn

„Książka opisuje bombę witaminową, która zawiera pełną gamę przeciwutleniaczy, składników mineralnych, białek, błonnika oraz kwasów tłuszczowych Omega-6 i Omega-3. Dowiesz się z niej, jak z pomocą nasion chia wzmocnić układ odpornościowy, zapobiec chorobom układu krążenia i skutecznie zrzucić wagę. Dzięki nim zabezpieczysz się też przed nowotworami, stanami zapalnymi i cukrzycą. Poznasz również 111 przepisów na pyszne i zdrowe potrawy. Jest to lektura obowiązkowa zarówno dla profesjonalnych sportowców, jak i wszystkich osób świadomych tego, co jedzą. Tym bardziej, że opisywane w niej nasiona wzmacniają nie tylko ciało, ale i umysł, zwiększają możliwości ludzkiego mózgu i zapobiegają syndromowi wypalenia. Nasiona chia – Twój sposób na zdrowie!”

Może nie jest to książka, którą by się czytało z zapartym tchem, jednak z całą pewnością jest skarbnicą wiedzy o cudownych nasionkach chia. Co tu dużo gadać, chia to taki niesamowity skarb natury, oferujący nam tak wielkie bogactwo różnych dobrych składników potrzebnych naszemu organizmowi, że wręcz głupotą by było z tego nie korzystać.
Czytałam tę książkę dość długo, bo też nie jest to powieść sensacyjna. Od pierwszego dnia lektury włączyłam jednak ziarneka chia do mojej diety i już po tych zaledwie 3 tygodniach odczuwam różnice w pozytywnym kierunku. Mniej podjadam między posiłkami, mam więcej energii, ogólnie czuję się o wiele lepiej niż miesiąc temu. Jednym słowem rewelacja.

Tym samym uważam książkę za naprawdę bardzo dobrą. Bo jeśli dzięki niej więcej osób sięgać będzie po cudowne nasionka chia, a co za tym idzie poprawi swoje samopuczie i zdrowie, to czyż może być coś lepszego?

Jak najbardziej polecam!

„Zrozumieć mężczyznę” – Renata Dziurdzikowska, Benedykt Peczko

„Oto inspirujący dialog mądrej kobiety i mądrego mężczyzny. Ich rozmowy uchylają rąbka tajemnicy wewnętrznego świata mężczyzny. Ten obszerny krajobraz obejmuje zarówno kwestie relacji z samym sobą, z ojcem i matką, z życiowymi partnerkami, z dziećmi. Dotyka sfery pracy, zdrowia, seksualności i życiowego spełnienia. Autorzy z wdziękiem, humorem i dojrzałością odkrywają wyzwania stojące przed mężczyznami w różnym wieku oraz pokazują możliwości rozwoju i radzenia sobie w różnych sytuacjach.
Mówi się, że współczesny świat zdominowany jest przez mężczyzn i przez męskie podejście do wielu kluczowych spraw, zaś kobiety muszą domagać się należnej im pozycji – i w dużej mierze taka jest prawda. Ale prawdą jest też, że mężczyzna JEST wrażliwy, czuje, myśli i ma swój bogaty wewnętrzny świat, o którym – z racji wychowania, tradycji czy przyjętych norm – często nie potrafi lub nie chce mówić.
Tak czy owak lektura tej książki przyda się i kobietom i mężczyznom. Kobietom, aby zrozumiały, że ON poza siłą i kamienną twarzą ma też emocje, przemyślenia, lęki i swoje własne niepewności, choć rzadko się nimi dzieli. Natomiast mężczyźni – mamy taką nadzieję – czytając o sobie, odczują ulgę, że w końcu ktoś wie, ktoś rozumie, a wyrażenie tego i bycie wysłuchanym czy zrozumianym, jest możliwe. A może wtedy będzie łatwiej żyć, być razem, kiedy ona na siłę nie pyta, nie domaga się, a on mówi tyle ile potrzebuje, spokojny, że i tak jest zrozumiany.”

Od ponad dwudziestu lat jestem mężatką, mam dwóch dorosłych synów, kilku męskich przyjaciół, a i tak męźczyźni wciąż mnie zaskakują i są tajemnicą. No więc kiedy przybyła ta książka do mnie w postaci prezentu, pomyślalam, że to dobry znak i od razu zabrałam sie za czytanie. I jak moje wrażenia?
Ksiażka ta to bardzo ciekawe i niezwykle mądre rozmowy nie tylko o facetach, ale o życiu i nawet o śmierci. Dają do myślenia, ale też w jakiś sposób uczą, wzbogacają wewnętrznie. No i bardzo przyjemnie się czyta. Z wielką chęcią sięgnę zatem po kolejną część, bo fajnych lektur nigdy nie jest za wiele.

moja galeria – Kocham cię zawsze

Te dwa obrazy namalowałam dla Miry. Bo to było jej spotkanie z Orłem. Długo się Mireczka naczekać musiała, bo chociaż od tylu miesięcy wiedziałam co mam namalować, to nie do końca czułam. Ale nic nie dzieje się przypadkiem…
Teraz stało się najpiękniejszym momentem dla tego obrazu.

„Kocham cię zawsze” (2018), akryl na płótnie, 50 x 80 x 3 cm

Kocham cię zawsze.

„Spotkanie z Duszą”, (2018) akryl na płótnie, 70 x 50 x 3 cm

mandale i cytaty

„Nikt z nas nie jest sam. Ludzie oddziałują na siebie nawzajem, jakby byli połączeni kręgami tajemniczej energii – a przez każdego z nas przechodzi przynajmniej kilka takich kręgów. Dzięki temu wszystko, co czynimy, każde nasze uzewnętrznione uczucie, a może i myśli – nawet te, którym nie dajemy wyrazu, zyskują nieskończony rezonans. Każdy z nas nawet nieświadomie, wpływa na innych i staje się ogniwem łańcucha myśli, uczuć, reakcji i wydarzeń mogących zogromnieć wręcz do procesów historycznych.”
(Małgorzata Musierowicz – „Opium w rosole”)

moja galeria – Sroka

Sroka… Tak jakoś sie pchała i pchała i chociaż zaczynając malując obraz, tło najpierw, jeszcze w ogóle nie wiedziałam co pojawi się potem, to jednak sroczka się upomniała o uwagę.

„Sroka” (2018), akryl na plótnie, 50 x 70 cm

Przeczytałam sobie dziś, co jakiś czas temu napisałam o mocy sroki i zadziwłam sie jak bardzo to się wpasowało do wczorajszej lekcji o wdzięczności (robię akurat kurs u Ewelinki Stepnickiej i jest tam taka lekcja).
Dla mnie sroka to taki ptak, który bardzo fajnie symbolizuje naszą dusze. Mam na myśli to, że każdy z nas zna przecież sroki, bo żyją tak blisko nas i aby je spotkać nie trzeba się udawać na jakieś specjalne łono natury. A mimo to, chociaż spotyka się je na codzień, nie zawsze dostrzega ich piękno, ich cudowność, ich niezwykłą mądrość. Sroki wrzeszczą za oknem i czasem ich skrzek wręcz denerwuje. A to prawie tak samo jak nasza dusza, która woła i woła do nas, a my czasem jak te dupki, nie chcemy jej słuchać. No i te biało czarne piórka. Tak naprawdę to tylko sie wydaje, że sroki sa biało-czarne. Bo jeśli się im uważnie przyjrzymy, to zobaczymy, że ich czarne piórka mienią się opalizująco na szmaragdowo czy szafirowo. Czyż nie jest dokładnie tak samo w tych naszych cierpieniach, trudnościach i tym wszystkim co postrzegamy jako ciemne strony życia. Tam też kryją sie takie szmaragdowo -szafirowe skarby.

piwnica – krater i ukochaj pogniecione

Przyśniło mi się, że do kursu, który robię akurat u Ewelinki, ona wysłała takie książki – coś jak podręcznik. Otworzyłam tę książkę-podręcznik i patrzę, a tam takie piękne obrazki. I na jednym z nich jest jakby przedstawiona wielka piwnica, która wygląda w sumie jak wielki dół czy krater. Patrzę w ten obrazek i w moment znajduję się jakby w nim. Siedzę na dnie tego krateru, a z nieba mi spadają w takim artystycznym nieładzie różne graty. Stare rupiecie i śmieci wszelkiej maści. Jeden wielki syf. Ale chociaż ten syf wcale mi się nie podoba, to ZACHWYCAM się faktem, że w ogóle go widzę. I jeszcze tym, że on leci z nieba mi na łeb w takim totalnym chaosie, a dla mnie ten chaos w tym śnie akurat wydaje się fajny. No i kiedy się tak zachwycam, to przenosi mnie i znowu trzymam w ręce książkę-podręcznik. I na jednej stronie widzę ilustrację tej piwnicy-kratera, w której przed chwilą byłam. Tylko książka w moich dłoniach jest taka jakaś pognieciona, jak zmaltretowana. Myślę sobie, że nie podoba mi się taka zmaltretowana książka i że napiszę do Ewelinki z zapytaniem, czy może mi przysłać nowy podręcznik. A wtedy jakiś głos (pewnie właśnie ta moja Dusza) mi mówi, że żadnego nowego podręcznika nie dostanę, bo mam ukochać ten pognieciony. I mam wstawać i przestać się opierdalać. Dosłownie.

I się obudziłam.


I czy to nie był zajebiście wymowny sen. Bo jak nie do końca umiałam wczoraj zatrzymać się i słuchać tej mojej duszy, to ona znalazła sposób by do mnie przemówić. Co ciekawe od razu po przebudzeniu nagle wiedziałam kupę cegłówek z tych moich murów w piwnicy i mogłam je ponazywać. Jedną z nich np był zakaz prowadzenia chujowo swoich zeszyciów czyli inaczej to nazywając swego rodzaju przymus, że muszę robić to co robię perfekcyjnie. Ja pierdziu, w życiu prędzej bym nie uwierzyła, że mam te chore zapędy do perfekcyjności, tym bardziej że poniekąd ja naprawdę uwielbiam wszelki artystyczny nieład. No to było dla mnie odkrycie.

„Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli” – Nathanael Johnson

 „Sekrety roślin i zwierząt w miejskiej dżungli uchylają rąbka tajemnicy z życia zwierząt i roślin, które znajdziesz na pobliskim skwerze, w parku czy przy drodze do pracy. Lupa, lornetka i przewodnik – tylko tyle potrzeba, aby poznać fascynujący świat miejskiej przyrody. Każdy z bohaterów książki odkrywa nie tylko własną historię, ale ukazuje również prawdziwe oblicze świata natury – który bywa przewrotny, czasem irytuje, ale przede wszystkim jest przepiękny.”

Zachwyciła mnie ta książka. Przeczytałam ją jakiś czas temu, ale wciąż leży na moim nocnym stoliku i wciąż sobie lubię do niej na nowo zaglądnąć. Zawsze mnie nieco irytowaly te wszystkie duchowe „mądrości” w stylu, że aby mieć prawdziwy kontakt z naturą, to trzeba gdzieś tam w nieskazitelną dzicz się udać i tam z naturą kontakt nawiązywać. Albo jak chcemy z drzewami pogadać, to koniecznie do lasu i najlepiej ze starym jakimś drzewem. No i buntowałam się w środku na te przekazy, bo wychodzilo na to, że wiekszość ludzkości w miastach żyjących, to już dupa blada, na straconej pozycji jest, a drzewa powiedzmy osiedlowe jakieś gorsze. O zwierzątkach miastowych w ogóle się nie wspominało.
Tymczasem sama mieszkam w wielkim mieście, ale to nie jest jedynie betonowa dżungla. Bo przecież codziennie rano budzą mnie śpiewy kosów, nocami słyszę słowiki. Codziennie spotykam wiewiórki, dzikie króliki biegają po trawnikach, wieczorkami spacerują jeże i w ogóle całe tabuny wszelkich zwierzątek krzyżują swoje ścieżki z moimi. Wystarczy je tylko zauważyć, z szacunkiem się im przyjrzeć i posłuchać co mają do opowiedzenia. To samo z drzewami, kwiatami, krzaczkami… Moje miasto nie jest betonową dżunglą oderwaną od natury. Moje miasto jest tak samo tętniące przyrodą jak las. Tylko nieco inaczej. I wasze miasta również.

Dlatego też ta książka nie tylko wywołała mój zachwyt, ale stała się cudowną inspiracją. Tak, tak , nabyłam lornetkę i obserwuję moje osiedlowe ptaszki. A na spacerach delektuję cykaniem świerszczy, lub smakuję kwiatki akacji czy innych smakowitości. W zasadzie robiłam to już od lat. Teraz jedynie z nieco większą świadomością i zachwytem wobec tej natury, która dla mnie tu jest.

Dzięki tej lekturze po raz pierwszy zupełnie inaczej spojrzałam na gołębie. W dodatku książka zawiera tyle fajnych ciekawostek, a wszystko napisane takim prostym zwyczajnym językiem, bez wymądrzania się i górnolotnych dyrdymałów. Po prostu kocham tę książkę!
I z całego serca wam polecam.

papugi

Byłam w dużym pokoju. Stała w nim klatka dla ptaków. Ogromna, właściwie wielkości dużej woliery. Ktoś położył mi na ręcę dużą papugę. Nie przypominała żadnej mi znanej rasy, ale była różowa, z fioletową głową, i najwyrażniej chora. Wzięłam ją delikatnie i umieściłam w klatce. Chciałam jej urządzić tam jakieś posłanie, bo wyglądała na tak słabą, że pomyślalam, iż nie będzie w stanie sama usiedzieć na żerdce. Weszłam zatem do tej klatki, z jakiś ręczników zrobiłam coś w rodzaju poduszki i położyłam na niej papugę. Wyszłam z klatki. Ledwie jednak znalazłam się poza nią, ktoś na moje dłonie położył nową papugę. Nie była tak słaba jak poprzednia, ale bardzo wystraszona. Zaniosłam ją do woliery martwiąc się trochę o to, czy ptaki się dogadają, bo były to zupełnie różne gatunki. Usadawiłam jakoś tę drugą papugę na patyku i wyszłam. Znowu na moich dłoniach pojawiał się kolejny ptak i kolejny. Wniosłam tak do klatki kilka różnych papug oraz gęsi. Jedne były zupełnie zdrowe, ale jakby w śpiączce, inne wystraszone, jeszcze inne bardzo pobudzone. Wszystkie zachowywały się inaczej, niż zachowują się normalne ptaki. Nie wiem ile dokładnie w sumie tych ptaków było, ale na oko coś z 8 lub 9. Ostatniego do klatki wniosłam dużego samca żako. Kiedy go tam usadawiłam wszystkie ptaki w wolierze jakby ożyły, zaczęly skakać, gęgać, skrzeczeć, jeść i ogólnie zachować się jak normalne zdrowe papugi czy gęsi. Żako siedział na kracie klatki i do mnie wołał. Nie mogłam go zrozumieć i to mnie martwilo.

Obudziłam się jakby z takim pytaniem w głowie „co on chcial mi powiedzieć”

„Przebudzenie Lisicy” – Dora Rosłońska

„Jesteś kobietą. Stań przed sobą w prawdzie, przejrzyj się w lustrze. Niech w tej chwili nic nie przeszkadza Ci w tej rozmowie z sobą. Jesteś. Po prostu. Ta książka, to Twoje lustro. Przejrzyj się w nim i znajdź te odbicia, które chcesz zmazać. Znajdź te kryształki lodu, które chcesz wypłakać ze swoich oczu. Zaczniemy od tych najtrudniejszych odbić w lustrze, potem będzie coraz łatwiej. Spójrz ponownie, by zobaczyć wreszcie moce, które masz w sobie, w sercu i swojej kobiecej naturze. Potrafisz. Wspierają Cię w tym Zwierzęta Mocy swoją Miłością i wiarą. Możesz wszystko.”
fragment książki

Temat zwierząt mocy w połączeniu z tematem uzdrawiania kobiecości naprawdę ma wielki potencjal, więc i książka przyciąga uwagę. Niestety, nie mogę o niej napisać, że wniosła coś nowego dla mnie samej. Owszem, czytało się fajnie, bo napisana jest lekkim językiem, ale sama treść już niekoniecznie mnie zachwycała, mimo że zwierzątka mocy, na bazie których autorka snuje swoją opopwieść każde bez wyjątku zasługują na uwagę. Nie do końca tylko rozumiem dlaczego niektóre z nich przedstawione są jedynie od strony cienia, wręcz tak, jakby były ucieleśnieniem głupoty, lęków i zniewolenia, a inne jedynie od strony światła. Jaskólka – całkiem nieporadna, czarna pantera – agresywna egoistka idąca po trupach, ćma – marzy ale sie boi, sójka – to samo. Trochę lepiej wypadła foka czy pajęczyca, a np wilczyca i lisica to już tylko supermoce i supermądrość. Ktoś, kto dopiero wchodzi w temat zwierząt mocy, może mieć po tej lekturze wrażenie jakoby niektóre zwierzątka były „cool” i super, a inne już niekoniecznie. Wiem, że cała opowieść ma ukazać pewne wzory i programy do uleczenia w nas, jednak właśnie to dziwne (dla nnie) przedstawienie poszczególnych zwierząt, stoi – jak na moje odczucie – z owym uzdrawianiem programów w sprzeczności, bo samo w sobie jest pewnym programem.. No ale pomijając ten szczegół, książka jak wspomniałam wyżej ma potencjał. I jeśli poczyta się ją z otwartym sercrem i umysłem, można naprawdę odkryć małe skarby, czego wszystkim przy tej lekturze życzę.

mandale i cytaty

„Każda więź między dwiema osobami jest całkowicie wyjątkowa. Nie można kochać dwóch osób tak samo. To po prostu niemożliwe. Kochasz każdego człowieka inaczej, bo jest jedyny w swoim rodzaju i on w tobie również dostrzega twoją niepowtarzalność. Im lepiej się poznajecie, tym bogatsze stają się barwy waszej relacji.”
 
(William Paul Young – „Chata”)

„Minuta uważności” – Simon Parke

„Czasami tracimy kontakt ze sobą tak bardzo, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Do czasu, gdy nagle uświadomimy sobie, że właśnie doświadczamy czegoś bez faktycznego przeżywania tych zdarzeń. Tak jakby wszystko działo się obok nas.
Dzieje się tak, ponieważ tak wiele czasu poświęcamy na rozmyślania, co niedługo się zdarzy, spiesząc się, by wykonać kolejną rzecz, albo na rozpamiętywanie błędów z przeszłości i zadręczanie się nimi, że rzadko udaje nam się żyć chwilą obecną.
W niniejszej książce Simon Parke, za pomocą inspirujących historii oraz prostych stwierdzeń, uczy nas, jak wyraźniej spojrzeć na świat, wrócić do teraźniejszości i w niej pozostać. Ta subtelna zmiana sprawi, że w krótkim czasie uzdrowimy swoją duszę i ciało oraz wniesiemy spokój do każdej dziedziny życia, co pozwoli nam żyć swobodnie i w pełni. By to osiągnąć, wystarczy poświęcić dokładnie JEDNĄ MINUTĘ DZIENNIE na praktyki i rozważania mindfulness tak prosto i plastycznie tu opisane.
Inspirująca i praktyczna – ta książka jest dla każdego, kto chce wrócić do swojego życia – do siebie.”

Oj, zajęło mi wiele czasu przeczytanie tej książki, ale też w ogóle ostatnio jakoś czytanie zepchnięte u mnie było jedynie na kilka chwil wykradzionych nocą. Cóż mogę napisać o tym zbiorku króciutkich przypowiastek składających się na „Minutę uważności”? Z pewnością są wśród nich takie, które potrafią dotknąć jakoś naszego wnętrza i w prosty sposób nagle odkryć przed nami jakąś ważną dla nas lekcję. Jednak chyba raczej tylko wtedy, gdy sięgniemy po te opowiastki pojedyńczo, w maleńkich dozach, a nie w pakiecie. Ale chyba nawet tak powinno się czytać tę książkę, na raty, bez pośpiechu, a właśnie zatrzymując się w teraźniejszości. Wdychając i smakując chwilę….
Lektura może nie powala, ale jak dla mnie ma to „coś”. I pewnie jeszcze będę wracać do niej otwierając książkę tak na chybił trafil, by ze smaczkiem (albo i nie) uchwycić dany moment.

„Egipcjanin Sinuhe” – Mika Waltari

„Najsłynniejsza powieść historyczna Waltariego.
Sinuhe, jako królewski trepanator związany z najwybitniejszymi osobistościami epoki faraona Amenofisa IV (Echnatona), zostaje wmieszany w ówczesne wydarzenia i intrygi. Ciesząc się bezgranicznym zaufaniem władcy „doliny Nilu”, przemierza w misji Syrię, Babilonię, Kretę i kraj Hatti, przeżywa wojny i prześladowania, kocha i nienawidzi, by wreszcie u schyłku życia poznać straszliwą tajemnicę związaną ze swymi narodzinami i odkryć własne przeznaczenie, które nie mogło się wypełnić skutkiem przedziwnych zrządzeń losu.”

Oj, strasznie długo czytalam tę powieść. O ile na początku całkowicie mnie pochłonęła, bo starożytny Egipt, podróże, egzotyka, starożytna medycyna,nawet wątek miłosny – wieć czegóż chcieć więcej. A jednak tak od połowy już nieco mi się nudziło i owe przemęczenie materiału spowodowało, iż już nie tak bardzo potrafiłam się tą książką zachwycać. Ale mimo to powieść jest naprawdę bardzo dobra. Miejscami zabawna, wzruszająca, skłaniająca do zadumy i spojrzenia inaczej na pewne sprawy. Bardzo klimatyczna, w dodatku napisana pięknym językiem. Jednym słowem same plusy.

martwy ptaszek i czego się na nowo muszę nauczyć

Śniło mi się, że byłam w jakimś mieszkaniu i niby (w śnie) wiedziałam, iż  jest to moje mieszkanie. Tam idę doglądnąć ptaszków w klatce. Mam dużą klatkę z ptaszkami. Jest ich wiele. Są malutkie wielkości jak koliberki, choć nie są to żadne znane mi ptaki, bym mogła sprecyzować co to za gatunek. Zauważam, że woda w poidełkach jest nie tylko nieświeża, ale wręcz stęchła, ma zielonkawy kolor. I chyba z tego powodu jeden ptaszek jest martwy. Dostrzegam to nie od razu, bo ten martwy ptaszek nadal siedzi na żerdce i tylko tak dziwnie się podpiera. Jest mi strasznie przykro i czuję się winna za jego śmierć, bo to niby moje ptaszki i ja nie zadbałam, by miały świeżą wodę. Chcę wyjąć tego martwego ptaszka z klatki, ale boję się go dotknąć. Jakoś tak przeraża mnie to dotknięcie śmierci, kiedy to ja w moim odczuciu za tą śmierć jestem odpowiedzialna. Idę więc po mojego męża, by go poprosić, aby on za mnie wyciągnął tego martwego ptaszka z klatki.
Okazuję się, iż mąż mieszka w osobnym mieszkaniu, i aby do niego dojść muszę przejść przez taki mały korytarz. W korytarzu tym są 4 drzwi, a te które prowadzą do mieszkania mojego męża (w śnie mamy osobne mieszkania) są dokładnie na przeciwko moich. Idę tam. Mój mąż cieszy się że przyszłam, ale kiedy mówię mu o ptaszku i pytam czy może go wyciągnąć z klatki, on co prawda się zgadza, ale zamiast tego idzie się golić. I w trakcie kiedy się goli, to jakby się zmienia, gada jakieś głupoty, drwi, zachowuje się tak, że myślę, iż jest pijany. Wchodzę więc ostrożnie do dużego pokoju w jego mieszkaniu i widzę, że panuje tam straszny bałagan. Meble są poprzewracane, a mój mąż w najlepsze śpiewa w łazience. Podchodzę do tych porozwalanych mebli i znajduję na podłodze pistolet. Ten pistolet jest srebrny, mały. Biorę go ręki, przyglądam się, dziwię się skąd on się tam wziąl. Nie chcę mieć z nim nic do czynienia i pragnę go odłożyć, ale wtedy on niechcąco wypala w mojej ręce. Dziwię się jeszcze bardziej jak widzę, że wystrzał objawił się błyskiem niebieskiego światła. Chowam ten pistolet gdzieś pod sufitem z myślą, żeby nikt nikomu nie zrobił krzywdy i postanawiam tak po skryjomu (a więc nic nie mówiąc mężowi) wrócić do swojego mieszkania i sama zająć się ptaszkiem.
Kiedy idę przez korytarz widzę duże kolorowe pióro papugi. Wiem, że nie należy do mnie, ze pewnie jest od sąsiadów, ale uznaję, że mogę sobie je przywłaszczyć. Bardzo chcę je mieć.
Kiedy jestem już przed swoimi drzwiami, widzę że w mieszkaniu jest wielki czarny pies. No i dziwię się skąd on tam się wziął. Przecież ja nie mam żadnego psa. W końcu uznaję, że widocznie pomyliłam mieszkania i zawracam. Decyduję się otworzyć jedne z drzwi, o których jestem przekonana, że też prowadzą do mojego mieszkania. Kiedy je otwieram i wchodzę tam, to się okazuje, że to zupełnie inne pomieszczenia.
Znajdują tam mojego starszego syna, ale kiedy był jeszcze dzieckiem. Ma może z 5 – 6 lat, nie więcej. Siedzi tam sam, spokojny ale jakiś taki wystraszony albo smutny. Biorę go na kolana i zauważam, że się zsikał. Martwię się o niego, chcę jakoś pocieszyć, pomóc. Pytam więc czy mam zadzwonić do Konrada, bo mam przeświadczenie, że on będzie mógł pomóc mojemu synowi. A z drugiej strony sama czuję się nieco zagubiona i myślę, że obecność mężczyzny (obojętnie jakiego) to nie mojemu synowi, ale mi jest potrzebna i doda poczucia bezpieczeństwa. No ale Oli odpowiada mi coś takiego: „Możesz zadzwonić do Konrada, ale najpierw musisz na nowo nauczyć sić jeździć na koniu”. Dziwię się co to ma znaczyć, że po co mi to, a wtedy on dodaje: „Bo ty jeździsz na pieniądzach jak wszyscy dorośli. Zapomnieliście jak się jeździ na koniach i one są przez to smutne”. Bardzo mnie w śnie zastanawia ta odpowiedź, próbuję zrozumieć o co chodzi. I wtedy widzę, że za oknem, a właściwie nie ma okna tylko jakby w mieszkaniu brakuje jednej ściany, więc tam na dworze jest pełno koni. To są wszystko końskie dzieci, źrebaki. I wszystkie są jakieś takie smutne, jakby za czymś tęskniły. I wiem tylko, że to są właśnie te konie, na których dorośli zapomnieli jak jeździć. Wchodzć tam między te konie, one się boja nieco, ale jednocześnie jakby tęsknią za dotykiem. Ja jednak nie podchodzę do żadnego z nich, bo moją uwagę zaprząta już coś innego. A mianowicie, że te konie leżą nie na łące, ale jakby w wykarczowanym lasku. I robi mi się strasznie żal tych wyciętych drzew.
Potem już idę i się rozgladam po okolicy. Widzę, że naokoło jest pełno spalonych krzaków. Znajduję w nich mimo to kasztany. Chcę jednego wziąć do kieszeni. Te kasztany są takie suche i małe, jak zeszłoroczne, niektóre są  popękane. Ale ja wiem, że tam jest na pewno też taki jeden dorodny, gładki, soczysty, taki który idealnie będzie pasował do mojej dłoni. Więc szukam go grzebiąc w popiole, przekopując zwały spalonych gałęzi. I w końcu znajduję i bardzo się cieszę. I kiedy mam go już w dłoni i zachwycam się jego gładkością i tą taką kasztanową cudownością, to jakoś od razu czuję się lepiej, jakby mi ktoś dodał odwagi albo raczej jakbym miała pewność, że teraz na pewno nic mi się nie stanie.
Idę potem przez podwórko czy też krainę i przedzieram się przez ten wykarczowany las, te powalone drzewa. Bo te drzewa po prostu leżą jedne na drugich, zwalone, pocięte, niektóre się tlą, jakby ktoś próbował je spalić, ale one wszystkie jeszcze mocno zielone nie chcą się tak całkiem oddać ogniowi. Idę i ściskając w dłoni tego mojego kasztana, dziwię się tylko co za ciul te wszystkie drzewa powycinał i próbował podpalić.

Koniec snu.