uciekające dziki / mroczne psy

Sen1.
Jestem w jakimś duzym pomieszczeniu. Przede mną stoi stół i nad nim pochyla się kobieta mająca na głowie włosy ułożone w taką kunsztowną wielką fruzurę (jak w dawnych czasach). Przyglądam sie tym włosom i wtedy widzę, że tak naprawdę to nie są włosy tylko kobieta ma na głowie kilka żywych jeżopodbnych zwierzątek (mogły to być jeżozwierze lub kolczatki), które tak jakby stroszą te swoje kolece układając je w dużą fryzurę na głowie kobiety. Dziwię się temu dlaczego wybrały dla siebie takie zadanie.
Potem zauważam jeszcze że to , o czym myślalam iz jest zwykłym stolem jest tak naprawdę czymś w rodzaju otwartego sarkofagu. Kiedy to sobie uzmysławiam ze środka zaczynają wyskakiwac dziki. Zywe dziki. Wiele, wiele dzików. Jakby całe stada.

Sen 2.
Jestem w jakimś dziwnym miejscu, coś jak peryferyjne ulice jakiegoś miasteczka. Wraz z jakimiś osobami chowam się w ogrodku, bowiem wiem że mają przybyć mroczne psy. Te mroczne psy nie sa w żadnym wypadku żadnymi psami. Przypominają raczej jakieś mityczne zwierzęta. Wygladają jak bardzo duże psy, wielkości konia, całe czarne, o szczuplej sylwetce ale szerokie w barkach jakby. I można je pokonać jedynie dmuchając na nie niebieski ogień. Zatem czekamy na te psy, jest atmosfera takiego jakby oczekiwania, jak przed walka, ale bez strachu. Przybywa pierwszy taki pies, i z jakims mężczyzną mocują się dmuchając na siebie, ale nie jest to typowa walka, bardziej coś jak wstęp do walki. Panuje opinia, że mroczne psy są bardzo złe i niebezpieczne i jeśli zwyciężą to będą rozszarpywać pokonych. Na dworze zostają sami duzi mężczyźni. Nie ma żdanych kobiet.
Nie czekam aż się zaczną te walki tylko jakoś odjeżdżam autobusem, w którym jedzie cała drużyna chłopców może takich w wieku 10 – 12 lat. Chłopcy w autobusie zapalają sie do walk z mrocznymi psami. Próbuję im wytłumaczyć, że to durny pomysł i że o wiele bezpieczniej dla nich będzie jesli odjadą i zajmą się graniem w piłkę. Ale nie słuchają mnie, już za bardzo się nakrecili. Zatrzymują autobus w połowie drogi i wybiegają z niego. Martwię się, że napytają sobie problemów, że przez swoje nierozsądne zachowanie ściągną mroczne psy na siebie. Te mroczne psy nie są wcale takie mroczne, może są i groźne, ale wiem że przestrzegają pewnych zasad i same od siebie nie chcą atakować dzieci.
Dzwonię do koleżanki, o której wiem, iż została w mieście gdzie odbyły się te niby walki mrocznych psów z mężczyznami. Pytam się jak poszło. Ona mi mówi, że mroczne psy w zasadzie nie są takie złe. Że przybywają co prawda i atakują, alę że tak naprawdę wcale nie zależy im na zwyciężaniu. Ze tak naprawdę chcą by je kochać, ale nikt nie ma odwagi je kochać, bo odstraszają swoją aparycją.
Przypominam sobie jak te mroczne psy wyglądają i rzeczywiście są na swój sposób przerażające. Jednak bardziej silne jest we mnie to poczucie, iż wiem co mam zrobić. Zawracam i idę im na spotkanie.

„Śnienie jako praktyka duchowa” – Coonie Cockrell Kaplan

„Connie Kaplan to niezwykła śniąca, terapeutka, doktor psychologii. Łącząc rdzenne nauki z tymi, które otrzymała w snach, stworzyła nowatorską, wszechstronną
metodę pracy ze śnieniem. Prowadzone przez nią kręgi snów powstały w wielu miejscach na świecie.
Książka „Śnienie jako praktyka duchowa” wnosi perspektywę ważną i odkrywczą: sny i śnienie traktuje jako praktykę duchową, nie ogranicza ich funkcji do psychologicznej czy terapeutycznej; postrzega sny jako twórczy, a nie odtwórczy proces, definiuje śnienie jako doświadczenie w „wymiarze prawdy”.”

Wow, to była najlepsza książka o śnieniu, jaka mogła mi się trafić. Przedstawia całkiem odmienny sposób postrzegania śnienia. Nie jak coś co się po prostu nam wydarza, ale jako pewien szczególny dar, dzięki któremu możemy przysłużyć się w budowaniu lepszego świata. I może dla nas, ludzi kultury zachodu, brzmi to nieco niedorzecznie, to jednak w pierwotnych kulturach i w dawnych czasach śnienie miało naprawdę znaczenie. Bo śni się nie tylko dla siebie, ale i dla innych. I takie spojrzenie całkowicie wszystko zmienia. Śnienie to swego rodzaju cudowne narzędzie do tworzenia naszej nowej rzeczywistości. Magia jest w nas.
Bardzo mi sie podobało, iż autorka przedstawila jak odkryć swój wzorzec śnienia, jak również opowiedziała o mocy kręgów snów.
Książka jest po prostu rewelacyjna. I jako że śnienie jest szczególnym darem kobiet polecam ją zwłaszcza kobietom. Ale może i mężczyźni odkryją w niej coś dla siebie.

zwierzęta mocy – kangur

źródło zdjęcia: https://www.tapeciarnia.pl/

Kangury to najbardzziej popularna podrodzina torbaczy obejmująca około 50 gatunków. Zasiedlają one zróżnicowane tereny Australii, Nowej Gwinei i sąsiednich wysp – od suchych centralnych równin po zarośnięte, tropikalne lasy wybrzeża. Mniejsze dzikie populacje odnotowywano już jednak w różnych częściach świata – w Nowej Zelandii, na Hawajach, w Szkocji, Niemczech i Anglii. Ich istnienie jest skutkiem zamierzonych introdukcji lub ucieczek z hodowli. Wszystkie kangury cechuje bardzo charakterystyczny wygląd. Mają małą głowę, długi i gruby u nasady, owłosiony lecz niechwytny ogon. U prawie wszystkich gatunków kończyny tylne są dużo dłuższe niż przednie. Przednie są bardzo krótkie. Jedynie kangury drzewne mają krótsze tylne odnóża, natomiast przednie łapy są często dłuższe. Kangury są jednymi z najlepszych skoczków w świecie zwierząt. Potrafią wykonać nawet kilkunastometrowe skoki. Wykształciły jedyny w swoim rodzaju sposób poruszania się, dzięki któremu mogą w szybkim tempie pokonywać duże odległości. Podczas długich skokow ich gruby, umięśniony ogon służy im za ster i pomaga w utrzymaniu równowagi.
Kanugry żyją zwykle w dużych stadach, w których samce często toczą walki o przewodnictwo. Większość kangurów wiedzie nocny tryb życia, ale niektóre gatunki wykazują dobową aktywność późnym popołudniem i wczesnym rankiem.
Nazwa „kangur” pochodzi od języka Aborygenów. Według aborygeńskich legend u pra dziejów pojawił się gigantyczny kangur, który dbał o to, by zapewnić ludziom podczas potopu czystą wodę pitną. Potem z kolei wypowiedział on wszystkie słowa, jakimi mówią ludzie na calym świecie. W ten sposób kangur stał się twórcą wszystkich języków i dialektów.

źródło zdjęcia: https://www.tapeciarnia.pl/

Wskakując do naszego życia kangur jako zwierzę mocy oznajmia nam, iż nadszedł czas na zmiany. Już zbyt długo tkwiliśmy w stagnacji. Być może jakieś przeżycia z przeszłości wciąż trzymają nas w swoich szponach. Może w kółko o nich rozmyślamy niejako przeżywając je ciągle od nowa, a przez to nie żyjemy naprawdę w chwili obecnej i umyka nam nasza terażniejszość. Albo może bez dramatów przeszłości, całkiem zwyczajnie utknęliśmy w naszych sprawach dnia codziennego. Dzień w dzień robimy to samo, mamy te same obowiązki i ten sam rozkład dnia. Owa rutyna wchłonęła nas tak bardzo, iż nasza codzienność stała się szara, nudna i straciła blask. Kangur wskakuje do naszego życia by nam pomóc wyjść z tego marazmu. Nauczyć nas wielkich skoków ale przede wszystkim dodać nam odwagi, abyśmy się na nie odważyli. Moc kangura bez ostrzeżenia i zapowiedzi skonfrontuje nas z Nowym. Może pojawią się nowe, nieprzewidywalne sytuacje, nowi ludzie w naszym kręgu lub jakieś inne nowe zewnętrzne okoliczności. Wszystko to wystawia na próbę naszą spontaniczność i zdolność dopasowania się, a jednocześnie stanowi swego rodzaju impuls, który w taki czy inny sposób budzi nas na nowo do życia. Kangur pomaga nam nie tylko nie tracić równowagi, ale ruszyć wreszcie z punktu, w ktorym utkwiliśmy. Skacząc u naszego boku uczy nas zaufania i dodaje nam odwagi. Zatem nie brońmy się przed tym co sie pojawia, nie jesteśmy w stanie zatrzymać biegu rzeki Życia. To czas zamienić nasze lęki na pozytywne inetncje, czas przypomnieć sobie o marzeniach, sfokusować się na celach i u boku kangura odważyć się na kwantowe skoki do przodu.

To jednak nie wszystko. Kangur uczy nas zaufania do życia i przypomina nam o tym, iż Wszechświat się o nas troszczy i obdarowuje nas obfitością. Jednak by z niej korzystać, musimy się na nią otworzyć i dbać o jej przepływ. Oznacza to, iż czas przestać się ciągle martwić, a zacząć prawdziwie doceniać to co mamy.. Jesteśmy o wiele bardziej obdarowywani małymi cudami i pomyślnością, niż nam się wydaje. Jednak często nie dostrzegamy tego co mamy, bo nasza uwaga skupiona jest na braku, na tym czego nie mamy. Kangur nawołuje nas do tego, abyśmy wreszcie otworzyli oczy i zobaczyli to, co jest przed naszym nosem. Rozejrzyjmy się dookoła i doceńcmy to co jest w naszym zasięgu. Jest tyle cudownych rzeczy, zjawisk, sytuacji, którymi obdarowuje nas Życie. Tyle wspaniałych ludzi mamy wokół siebie, ludzi którzy nas kochają. Doceńmy to i bądźmy wdzięczni. Każdego dnia bardziej i bardziej. Wdzięczność otwiera nasze serca i otwiera nasze drzwi do obfitości, która do nas płynie szerokim strumieniem.
I jasne, że czasem przychodzi okres suszy, w którym jest nam ciężko lub nawet trzeba ponieść jakieś ofiary. Ale tak długo jak mamy wokół siebie przyjaciół i rodzinę, tak długo tak naprawdę nie ma żadnej suszy. Rozejrzyjmy się wokół siebie i dostrzeżmy wszystkich, którzy nas kochają i których kochamy my. Czy w obliczu takiej miłości można mówic o suszy?
Zatem, nawet jeśli nie wszystko jest tak, jakbyśmy chcieli, nawet jeśli nasze finansowe, zdrowotne czy jakieś inne problemy stają nam na przeszkodzie w realizacji naszych pragnień i planów, to zawsze, absolutnie zawsze pozostaje nam bogactwo milości. Nasza umiętność kochania i przyjmowania miłości od innych.
Zatem przestańmy szukać tego, czego potrzebujemy lub gonić za tym czego szukamy. Zamiast tego bądźmy wdzięczni, kochajmy i pozwólmy, by się przed nami manifestowało.

Życie nie musi być udręką.
Nasza codzienność nie musi być nudną, szarą rutyną.
Może być zabawą, radością i przygodą.
Razem z kangurem skaczmy na spotkanie każdego dnia jak na spotkanie pięknej niespodzianki pełnej małych wielkich cudów.


ciemna strona: Kangur wskazuje na lenistwo, stagnację i zastój, lęk przed wszelkimi zmianami, popadanie w marazm, branie bez dawania, brak wdzięczności, lęk przed brakiem wszelkiego rodzaju.


źródło zdjęcia: https://wall.alphacoders.com/

Jeśli kangur jest twoim zwierzęciem mocy wtedy:
* Masz silną zdolność koncentrowania się na Tu i Teraz oraz patrzenia do przodu. Przeszłość pozostawiasz bez żalu za sobą. Łatwo przychodzi ci podążać za zmianami.
* Masz dobrze wykształcone socjalne zachowania i poczucie wspólnoty. Jesteś rodzinny i lubisz przebywac w kręgu bliskich i przyjaciół.
* Od czasu do czasu potrzebujesz jednak czasu i przestrzeni tylko dla siebie. Z wiekiem coraz bardziej i częściej.
* Masz w sobie wiele cierpliwości i jesteś niezwykle wielkoduszny, zwłaszcza wobec dzieci i członków rodziny. Dajesz im wiele i starasz się zapewnić im wszystko, czego potrzebują, rezygnując nawet ze swoich potrzeb lub pragnień, jeśli zachodzi taka potrzeba.
* Nie martwisz się o to czy dostaniesz wszystko to czego pragniesz, bowiem w głębi swojego serca wiesz, iż Wszechświat obdarza cię cały czas obfitością i dobrze się o ciebie troszczy.
* Jesteś wdzięczny za to co masz, za wszystkie dary, które otrzymujesz od Życia.

źródło zdjęcia: https://wall.alphacoders.com/

Kangur obdarzy cię szczególnym wsparciem jeśli:
* Za dużo rozmyślasz o czymś z przeszłości i przez to nie posuwasz się do przodu ani w swoim rozwoju, ani w swoich projektach. I pragniesz wreszcie sfokusować się bardziej na chwili obecnej oraz na przyszłości.
* Twoja praca i twoje relacje stały się niestabilne lub wytrącają cię z równowagi. Albo ty sam za bardzo koncentujesz się na jednym, zapominając o drugim i nie wiesz jak na nowo wszystko wyśrodkować.
* Masz ciągłe poczucie braku lub zamartwiasz się o sprawy finansowe i chciałbyś wreszcie zamienić owe zamartwianie na prawdziwe zaufanie do życia i w ten sposób otworzyć się na obfitość do ciebie płynącą.
* Stałeś się rodzicem, opiekunem lub przyjęłeś jakieś stanowisko, które zobowiazuje cię do odpowiedzialności za innych i potrzebujesz więcej wsparcia i zaufania do siebie samego na tej nowej dla ciebie drodze.


źródło zdjęcia: https://wall.alphacoders.com/

ciekawostki:
* Kangury są zwierzętami o zróżnicowanej wielkości. Małe filandery mają zaledwie 30-50cm długości i masę ciała ok 1-4,8kg. Z kolei kangur rudy może osiągać wzrost przekraczający 2m, a jego waga dochodzi do 90kg.
* Kangury mogą osiągać prędkość nawet do 60km/h i skakać na wysokość 3 metrów.
* Podobnie jak emu nie potrafią poruszać się do tyłu, dlatego znajdują się w herbie Australii. Symbolizują naród idący do przodu.
* Kangury nie tylko potrafią świetnie skakać, ale dobrze pływają.
* Małe kangury nie przychodzą na świat w bezpiecznej torbie matki, lecz poza nią. Zaraz po urodzeniu ważą zaledwie 1g i są wielkości orzecha laskowego. Nagie, głuche i ślepe pełzną od znajdującego się między nogami kanału rodnego w górę brzucha matki i wspinają do worka, gdzie znajdują nie tylko bezpieczeństwo, ale pełne mleka sutki matki. Małe kangurki przebywają w worku wiele miesięcy i dopiero po upływie 3-4 zaczynają sporadycznie opuszczać torbę matki by podgryzać trawę i poznawać otoczenie. Jednak ogólnie młode spędzają w torbie prawie 1 rok.

„Biegnąca z wilkami” – Clarissa Pinkola Estés

„W każdej kobiecie drzemie potężna siła, bogactwo dobrych instynktów, moc twórcza oraz odwieczna prastara mądrość. To dzika kobieta, symbolizująca instynktowną naturę kobiet. Jest ona zagrożona, bo choć dary dzikiej natury dostajemy w chwili narodzin, społeczeństwo usiłuje nas „cywilizować” i wtłoczyć w sztywne role, które zagłuszają głębokie, życiodajne przesłanie naszych dusz.
Clarissa Estes w swojej książce, której napisanie pochłonęło jej dwadzieścia jeden lat, odkrywa różnorodność międzykulturowych mitów, baśni i legend, wnikliwie je analizując, co sprawia, że opowieści te stają się pełne nieznanych dotąd treści i znaczeń.
Autorka zaprasza zarówno kobiety, jak i mężczyzn do królestwa ducha prawdy – ducha, który rozbudza, uzdrawia, rzuca wyzwania, łączy i raduje.”

Tyle się nasłuchałam i naczytałam zachwytów na temat tej książki, że w końcu postanowiłam przeczytać i ja. Łoooo matko!!! Chyba żadna inna książka mnie tak nie wymęczyła i żadnej nie czytałam aż tak długo. Zajęło mi ponad rok dobrnięcie do końca. I chociaż dzisiaj wiem, iż ponoć właśnie takie powolne czytanie „Biegnącej z wilkami”, w małych kawałkach, z przerwami na rozmyślania i na odpoczynek jest przy tej lekturze najbardziej wskazane, to i tak nie powiem abym zachwyciła się tą książką. Choć jak najbardziej wyłapałam jej przekaz, jej odkrywanie i docieranie do sedna kobiecości, to jak dla mnie w całości jest to książka zbyt męcząca. Wymęczyła mnie przerostem formy nad treścią, ciągłymi wstawkami obcojęzycznych wyrazów (które i tak były potem tłumoczone, więc nie rozumiem tym bardziej po co aż tyle ich pojawiło się w tekście). Wymęczyła mnie licznymi powtórkami w analizowoaniu danych opowieści i wreszcie wymęczyła mnie również stylistyką. A szkoda, bo samo w sobie jej przesłanie jest bardzo wartościowe. Ogólnie nie wiem więc czy jest to książka, która mnie wzbogaciła wewnętrznie o cokolwiek. Biorąc ilość minusów i plusów to chyba w ostatecznym rozrachunku wynik wychodzi zerowy.

co mam wreszcie przestać karmić?

Wczoraj niechcąco wylałam na siebie cały kubek dopiero co zaparzonej herbaty, parząc sobie mocno lewą pierś, brzuch i rękę. Najbardziej pierś. Jak już sama sobie udzieliłam pierwszej pomocy i kiedy minął pierwszy szok, zapytałam co to doświadczenie chcialo mi uświadomić? jaki jest jego glębszy przekaz? Co dzięki temu mogę wreszcie zobaczyć.
Może takie doszukiwanie się przekazu czy znaku we wszystkim wyda się komuś głupie czy nawet śmieszne. Dla mnie jednak jest to metoda niezwykle pomocna, zwłaszcza iż z natury nie mam za bardzo rozwiniętego zmysłu analitycznego i często umykają mi różne połączenia, szczególnie te związane z moimi relacjami z innymi ludźmi. Tak, jeśli chodzi o moje relacje i związki z ludźmi ciągle mam skłonność do tkwienia w iluzji. Skłonność do patrzenia na wszystko przez różowe okulary, nie dostrzegania manipulacji i innych tego typu gierek.To, co w tych kwestiach jest widoczne dla innych, dla mnie często jest poza zasięgiem mojego pojmowania i dostrzegania. I może dlatego, skoro nie do końca potrafię uczyć się poprzez to, co widoczne z zewnątrz, potrzebuję doświadczeń, które nauczą mnie od wewnątrz.
Tak samo właśnie było wczoraj.
Moja lewa pierś paliła obsypana bąblami. Spojrzałam na nią i od razu pojawiło się pytanie. Co mam wreszcie przestać karmić? Która moja iluzja wreszcie się spala?

Zadałam wczoraj te pytania krótko po tym oparzeniu. Byłam w takim dziwnym stanie na granicy szoku, kiedy rozum się wyłącza i kiedy łatwiej jest słuchać tego co podpowiada cialo. Zadałam więc te pytania i zaraz potem usnęłam. Spałam może z godzinę. A kiedy się obudziłam odpowiedzi przyszły podane na tacy. Nie w postaci moich myśli, bo sama bym pewnie tego nie wymyśliła, ale w postaci kolejnego doświadczenia.
I w jednym momencie jakby mi spadła zasłona z oczu. Zasłona, którą bardzo długo nosiłam. Iluzja, którą tyle czasu karmiłam.
Spaliła się.

Dziś jestem wdzięczna za to wczorajsze poparzenie. Naprawdę.
Dziś w jakiś sposób rodzę się na nowo.

moja galeria – Czarna Pantera i noc świetlików

Miałam bardzo ciężki okres ostatnio. Jednak nie byłam pozostawiona sama sobie. Oprócz wielu z Was, którzy wspierali mnie cieplymi słowami i swoją obecnością, byla jeszcze ona – czarna pantera.
Dosłownie miałam wrażenie jakby chodziła za mną przypominając mi z jednej strony, że każda trudna sytuacja to jedynie doświadczenie, które jest szansą i możliwością. Na to by nauczyć się coś ważnego. Na to by rozpoznać bardziej samą siebie. I wreszcie na to by mnie wzmocnić. Z drugiej strony pantera pokazała mi też, że jestem w takim momencie ważnych prób dla mnie. To jakby ostatnie sprawdziany przed wskoczeniem na inny lewel.
No i jakoś tak jej obecność naprawdę dodała mi sił. Pomogla się wyciszyć, zrewitalizować, trudne chwile zamienić na coś konstruktywnego.
Musiałam ją namalować.
Ale ten obraz nie mógł powstać na czystym białym płótnie. Bo pantera miała dla mnie wyraźny przekaz. A poza tym, mimo że to nie ta pora roku, nie przyszła sama. Przybyła w towarzystwie świetlików.
Zatem wzięłam stary obraz ze świetlikami. Posiedzialam sobie z nim. I powitałam panterę. Wyłonila się jakby sama. Obraz ze świetlikami zamienił się w obraz ze świetlikami i panterą…
‚Czarna Pantera i noc świetlików” (2018), akryl na plótnie, 60 x 80 cm

„Die Rückkehr des friedvollen Kriegers” – Dan Millman

tytuł oryginału: „Sacred Journey of the Peaceful Warrior”

„Geheimnisvollen Andeutungen seines Lehrers Socrates folgend, findet Dan Millman auf einer abgelegenen Insel Hawaiis eine Kahuna-Heilerin. In der Einsamkeit des Regenwaldes führt sie ihn in die Geheimnisse der Schamanen ein.
Mit großartigen Visionen, aufregenden Initiationen und spannend wie ein Roman, ist dieser Erlebnisbericht aus erster Hand ein Klassiker der spirituellen Entwicklung.”

Naprawdę szkoda, iż nie ma polskiego wydania, bowiem jest to pozycja ze wszech miar godna polecenia. W moim odczuciu dużo lepsza od pierwszej części. „Droga miłującego pokój wojownika” była zaledwie preludium. Tu usłyszeć / wyczytać / poczuć można o wiele więcej. Ta książka nie jest jedynie sympatyczną opowieścią o spotkaniu Dana z hawajską szamanką i jego własnej podróży w głąb siebie. To raczej taka bardzo delikatna lekcja widzenia i kroczenia naszą ścieżką. Pełna miłości i przepięknych przekazów.
„Nie ma drogi do miłości. Miłość jest drogą.”

„Droga miłującego pokój wojownika” – Dan Millman

polski tytuł: „Droga miłującego pokój wojownika”
tytuł oryginału: „Way of the Peaceful Warrior”
niemiecki tytuł: „Der Pfad des friedvollen Kriegers”

„Dan będąc uczniem college’u, przystojniakiem i uzdolnionym sportowcem, czerpie z życia pełnymi garściami. Jego kariera sportowa i życie zmienia się dramatycznie na skutek wypadku jakiemu ulega jadąc na motocyklu. Wkrótce potem poznaje starszego mężczyznę, którego nazywa „Sokrates”. Znajomość z czasem staje się czymś wyjątkowym, Sokrates zostaje duchowym przewodnikiem Dana na drodze do stawania się Pokojowym Wojownikiem.”

Książka jest wspaniała, napisana prostym językiem, tak zwyczajnie, bez przerostu formy nad treścią i zbędnego kaznodziejstwa, jakie czasem się trafiają w książkach o rozwoju duchowym. Chyba najbardziej ujęła mnie w niej właśnie owa prostota i autentyczność. Czytało się naprawdę świetnie. I co prawda przekazy i nauki Sokratesa dla mnie osobiście nie były nowością, ale miło było poczytać o nich w takiej lekkiej i ujmującej odsłonie. Aż mam ochotę na więcej. No to zaopatrzyłam się w dalsze części i już się na nie cieszę.

magiczne księgi – Irys

Jutro mam się spotkać z moja kochaną Iwonką. Będzie przelotem we Frankfurcie więc będziemy miały kilka godzin na lotnisku by wypić razem jakąś kawę i przede wszystkim wreszcie się w realu usciskać. Tak  bardzo się cieszę.

Przygotowałam dla Iwonki mały prezencik w postaci tej księgi z namalowanym irysem.

żaden moment nie jest jedynie zwyczajny

Kiedyś, już jakiś czas temu był taki filmik Wiedźmy Anny, w którym opowiada ona o tym, jak to dobrze jest zadedykować energię, którą wprawiamy w ruch podczas różnych rzeczy, jakie codziennie robimy i sobie to zapisać w swojej powiedzmy Księdze Blasków. Sama Wiedźma Anna może nie jest jakimś guru ani ideałem i ma sporo za uszami, ale jestem wdzięczna jej za to, że wtedy właśnie podzieliła się tym pomysłem z dedykowaniem energii.
 
Usiadłam wtedy i ja i zastanowiłam się nad wszystkimi czynnościami, jakie wypełniają moją codzienność. Od porannego mycia zębów, poprzez ubieranie się, picie kawki, przygotowywanie posiłków, hulanie po internetach, malowanie, rozmowy, czytanie, sex, słuchanie muzyki… wszystko.
Zastanawiłam się nad każdą z tych czynności i chyba pierwszy raz w życiu zobaczyłam w nich coś więcej.
Zobaczyłam ich energetyczne znaczenie i to, że są właśnie energią, którą wprawiam w ruch. I że mam pełne prawo, a nawet obowiązek zarządzić tą energią jak najlepiej. I że naprawdę to ma sens jeśli tą energię zadedykuję. Sobie, bliskim, ziemi, światu…
 
Proste rzeczy, zwyczajne, do których wcześniej w ogóle nie przykładałam żadnej uwagi, teraz nabrały zupełnie innej jakości.
Zapisałam sobie każdą tę czynność z moją do niej dedykacją w swojej Księdze Blasków. I zapisując to, a więc przenosząc owe dedykacje do materii, może w jakiś sposób rzeczywiście to zapisałam i we mnie samej. Nie wiem. Ale wiem, że wszystko się zmieniło. Nie tak od razu i nie jakoś diametralnie. Ale jednak bardzo wyraźnie zauważalnie dla mnie.
 
I okłamałabym gdybym teraz wam powiedziała, że przez cały czas o każdej tej dedykacji pamiętałam. Że za każdym razem gdy np robiłam sobie kawkę albo powiedzmy wskakiwałam wieczorem pod prysznic, to pamiętałam co to ma jeszcze dla mnie przynieść. Nie pamiętałam. Ale jednak od czasu do czasu, kiedy sięgałam sobie po tę moją Księgę, by być może zapisać w niej coś nowego albo zerknąć do jakieś notatki, to jakoś tak mi te dedykacje się „napatoczały” i czytałam je. Czasem jedną, innym razem inną. I tak stopniowo zapadały coraz bardziej w moją świadomość, a wraz z tym wszystko zaczęło nabierać zupełnie innych barw.
 
„Niech energia, którą wprawiam w ruch podczas zakładania szkieł kontaktowych pomaga mi prawdziwie patrzeć. Niech zwiększa moją uważność i otwartość serca, abym dostrzegała wszystkie cuda, którymi obdarza mnie Wszechświat oraz te momenty kiedy wzywa mnie brat czy siostra, w których wzywa mnie Miłość.”
 
Kiedy takie coś zapadnie do świadomości, to już nigdy zwykłe ubieranie kontaktówek nie będzie jedynie zwykłym ubieraniem kontaktówek.
I tak po kolei z każdą inną czynnością, z każdym innym zajęciem, z każdym zrobionym przeze mnie krokiem.
Nawet to, co wydawałoby się jest nudne, albo jedynie obowiązkiem, wysiłkiem, może nawet w jakiś sposób niefajne, stracilo swoją niefajność i nabrało blasku. I może nie zawsze pamiętam o tym, ale przypominam sobie. Przypominam sobie w wielu momentach, zwłaszcza w tych trudnych, zwłaszcza kiedy Życie akurat nieco mnie podtapia, kiedy dopada mnie zwątpienie czy marazm, wtedy jakaś część mnie przypomina sobie, że to wciąż ja sama decyduję o tym, co z daną rzeczą mogę zrobić. I to nieprawda, że nie mogę zrobić nic. Zawsze mam moc nadania jej blasku.
 
Moje życie jest zwyczajne. Nie jeżdżę do dalekich krajów, nie robię żadnej kariery, nie mam ani wielkich ambicji, ani żadnego parcia na sukces. Wiele osób postrzega moją codzienność jako totalnie nudną, przyziemną, nieciekawą, wręcz pustą. Ale oni nie wiedzą tego, co wiem ja. Dla mnie w tej codzienności nic nie jest nudne i nieciekawe. Nic, nie jest zwyczajne ani przyziemne. Dla mnie moja codzienność jest pełna magii. Barw. Wzruszeń. Poruszeń. Zachwytów.
Żaden moment nie jest jedynie zwyczajny. W każdym kryje się moc. Każdy ma swój blask.

zapraszam swoją Wściekłość do Tańca

Ci, którzy mnie znają nieco bardziej, doskonale wiedzą, iż zawsze byłam i nadal jestem osobą mocno emocjonalną. Nie uważam bym nie ogarniała swoich emocji, ogarniam, ale dość intensywnie się one u mnie manifestują. Pozwalam im przeze mnie przeplynąć z całą ich mocą. Nie zatrzymuję ich, nie duszę, nie wałkuję, nie rozstrząsam. Przychodzi radość czy smutek, czułość czy wściekłość, zadowolenie czy zlość. Cokolwiek to by nie bylo przechodzi przeze mnie intensywnie, czasem wstrząsając nie tylko mną, ale i otoczeniem, ale równie szybko też odchodzi. W pokoju. Wysłuchane. Bo nawet w największych wybuchach tych wulkanów wewnątrz mnie, potrafię dość szybko zapytać co dana emocja ma mi do powiedzenia. I kiedy przychodzi odpowiedź, oj a jakże często bardzo niewygodna dla mnie odpowiedź, to się nieraz śmiać muszę z samej siebie.
Nie zawsze jest to takie proste. Są emocje, z którymi naprawdę trudno było mi się dogadać. Ba! Nawet je zobaczyć. Ileż to razy bawiłam się więc w kotka i myszkę z moim gniewem, ile razy dałam zaskoczyć poczuciu winy, ile tyrad i dyskusji toczyłam ze wstydem zanim rzeczywiście nauczyłam sie widzieć, słuchać, a przede wszystkim przytulić je w sobie. Jednak to wszystko przyniosło jakieś efekty.
Nadal jestem cholernie emocjonalna. Zbyt emocjonalna jak dla niektórych. A mimo to, nawet i ja, potrafię teraz zupełnie inaczej z tymi emocjami się obchodzić.

Taka sytuacja choćby z dziś.
Rozmawiam z kimś, kto przychodzi mi się wygadać o swoim problemie. Ok. Słucham, rozumiem, w swoim sercu czuję współczucie. Oprócz ewidentnych rozwiązań, które są oczywiste na ten problem i o których nawet nie musimy mówić, wspominam jako dodatek o jeszcze jednym pomyśle, do niczego jednak nie namawiając ani nie przekonując. Ot, zwykłe podanie informacji. Co dostaję w zamian? Rozdrażnienie, pretensje, zarzuty, umniejszanie mnie. Staram się zachować spokój, nie wchodzić w to, jednak z drugiej strony leci już jak po bandzie. Normalnie, jeszcze kilka miesięcy temu, pewnie bym się na maxa wkurzyła.
Dziś czuję jak budzi się moja wścieklość. Czuję jak puka do moich drzwi.
Otwieram je szeroko, wpuszczam ją do środka. „Wchodź” – mówię. No i wchodzi, czerwona, ognista, uśmiechnięta od ucha do ucha. Ma taki prowokujący uśmiech, ale dobrze się już znamy. Mam ochotę wybuchnąć, nagadać temu mojemu rozmówcy, by jeśli jedynie chciał się nad sobą poużalać, to by nie robił to moim kosztem. Ale wiem, że jak zacznę, to poleci o wiele gorsza wiązanka, bo moja wściekłość rozsiadła się już u mnie i nadal szczerzy te swoje zęby w uśmiechu. Patrzę na nią i nagle chce mi się śmiać.
„Skoro już przyszłaś, to nie będziesz tu tak siedzieć bezczynnie.” – mówię do niej, jednocześnie w miarę rozsądnie i spokojnie kończąc rozmowę z moim wcześniejszym rozmówcą i zostawiając go. Jego emocje są jego gośmi, moja wścieklość jest moim gościem i to nią chcę się teraz zająć. Siedzi sobie ona u mnie, czerwona, dym jej prawie idzie z uszu, zęby nadal szczerzy w uśmiechu. W sumie lubię ją. To dobra kumpela i bardzo chętna do pomocy.
Wyciągam mój kijek, tę laskę, którą dostałam od Wierzby Marie. Wściekłość tuż obok robi nieco zdziwioną minę.
„Aż tak????” – pyta nieco zdezorientowana.
„Nie bądż niemądra. Nie mam zamiaru nikomu przywalić. Ale skoro przyszłaś, to możesz mi ofiarować swoją siłę, nie sądzisz?”
Jej uśmiech się rozszerza. Ona chce być zobaczona i doceniona. Wcale nie jest taka zła. Wcale nie jest tylko niszczycielką. Ma w sobie potężną moc twórczą. Moc działania. Jej czerwona energia przebije się przez blokady strachu, zastoju, lenistwa, niechciejstwa, lęków, wstydu, każdego oporu. Wściekłość ma potężną moc i jest szczęśliwa, kiedy pozwolić jej tą mocą działać w tworzeniu dobrego.
Włączyłam muzykę z szamańskimi bębnami. Wyciągnęłam farby: czerwień, magenta, burgunt i czerń.
Popatrzyłam na tę moją Wściekłość jak uradowana podniosła tyłek z fotela gotowa do pomocy, do działania…
Zaprosiłam ją do Tańca.

opieka nad chłopcem i czerwone jabłuszka

(Księżyc w przejściu z Lwa do Panny)

Byłam w jakimś muzeum albo swego rodzaju akademi – trudno mi stwierdzić, ale takie w śnie miałam właśnie postrzeganie o tym miejscu. Było to ogromne pomieszczenie, z mnóstwem regałów i półek, na których znajdowały się różniste kamienie, w przeważającej części kryształy. Miały one różniste kolory i promieniały swoim światłem. Niby byłam tam sama, ale zobaczyłam, iż po tych półkach, między kamieniami chodzi też mały jasno szary, prawie biały kotek. Kiedy chodził był właśnie takim małym kotkiem, jednak momentami przysiadał i wtedy na krótką chwilę zamieniał się w białego króliczka. Zaciekawiona obserwowałam go, starając się jednak mu nie narzucać. W pewnym momencie kotek przemienił się zupełnie w małego, może 6 letniego chłopca. W tym samym momencie zobaczyłam też, iż ja sama jestem wysoko w ciąży i to ciąży bliźniaczej. Zaraz potem pojawiła się starsza kobieta, trzymająca w dłoni coś w rodzaju cienkiej rózgi. Była bardzo oficjalna i miała taki surowy wygląd. Zorientowałam się, iż była to jakaś opiekunka czy bardziej dozorczyni tego miejsca. Powiedziała mi, iż dziecko, czyli ten chłopczyk nie może tam zostać i dała do zrozumienia, że albo ja się nim zaopiekuję albo ona będzie zmuszona oddać chłopca do… nie bardzo zrozumiałam gdzie, ale wiedziałam, iż dla chłopca byłoby to coś groźnego. Było więc dla mnie oczywiste, że zabiorę chłopczyka ze mną do domu. Od razu pojawił się tam też mój mąż, który niejako musiał również wyrazić zgodę i w ten sposób przejęliśmy opiekę nad chłopcem. Tyle że sam chłopiec nie mógł tak od razu pójść z nami, tylko na jeden dzień przeniesiono go do takiego jakby przedszkola dla nowo przybyłych dzieci. Miał tam jakby utwierdzić się czy ugruntować w byciu ludzkim dzieckiem (bo przecież pojawił się przemieniony najpierw z kotka).

 W kolejnej scenie byłam już chyba w domu. Przyszli do nas kobieta i mężczyzna, którzy przedstawili się jako prawdziwi rodzice chłopca. Powiedzieli, iż bardzo pragną chłopca odzyskać, no ale jako że teraz dziecko jest pod moją i męża mojego opieką, to niejako my musimy najpierw z tej opieki zrezygnować oraz wyrazić zgodę by chłopiec wrócił do prawdziwych swoich rodziców. Poszliśmy razem więc do jakiegoś biura, gdzie przedstawiliśmy sprawę jakimś urzędnikom. Nie od razu byli przychylni i każdy z nas musiał przedstawić jakieś solidne argumenty. Ja odpowiadałam jako ostatnia i w końcu przeważył argument, iż może nawet nie dalibyśmy rady tak dobrze chłopcem się zaopiekować, skoro mamy już dwóch synów, w tym jednego chorego i oczekujemy na dwóch kolejnych. Już wtedy wiedziałam, że te bliźniaki, które mają się narodzić to dwoje chłopców. Wreszcie zgodzono się by tamten chłopiec wrócił do swoich rodziców.

Kolejna scena bała taka, że wszyscy razem – jakby dla świętowania tej sytuacji, iż tak się fajnie ułożyło to z tym chłopcem – siedzieliśmy w takiej ażurowej alkowie w jakimś pięknym ogrodzie czy sadzie. Była jesień, drzewa skąpane w słotych liściach.  I kiedy się przyglądałam tak tym drzewom, zobaczyłam, iż ich gałęzie wręcz uginają się pod obfitością cudownie dojrzałych czerwonych jabłek. Te jabłuszka były tak piękne, dorodne i było ich tak dużo, że dosłownie rosły jedne przy drugich. A między nimi – widziałam jeszcze dojrzałe kiście ciemnych winogron oraz gronka jarzębiny. Byłam zachwycona tą przecudowną obfitością, tym niesamowitym wręcz połączeniem czerwonych jabłuszek, maleńkich, lekko pomarańczowatych gronek jarzębiny, burgundowych kiści winogron i całego morza złotych liści. Ten widok napawał mnie prawdziwym zachwytem. Poprosiłam tych swoich towarzyszy zabawy, by zrobili mi zdjęcie na tle tych gałęzi. Lecz oni – owszem robili mi jakieś zdjęcia, ale nie bardzo chcieli fotografować mnie na tle drzew. Trochę się śmiali, trochę próbowałi mnie przekonać, iż mogę znaleźć lepsze tło. Wtedy się zorientowałam, iż moi towarzysze widzieli jedynie gołe smutne gałęzie, z resztkami suchych liści. Tylko ja widziałam te drzewa z obfitością przepięknych liści i cudownych owoców.

małe wielkie prywatne oświecenie

Doznałam wczoraj swoistego małego prywatnego (bo dotyczącego mnie) oświecenia.

Opowiem wam o tym jak sama sobie zrobiłam kuku i o tym jak wreszcie się z tego kuku sama uwolniłam. Nie bardzo wiem jak zacząć, by to miało ręce i nogi, ale po prostu napiszę jak mi to popłynie. Powinnam może tu wyjaśnić, że jestem poliamoryczna. A przynajmniej z całą pewnością wiem, że moja miłość nie ogranicza się jedynie do kochania męża, dzieci, mamy czy brata. Kocham moich przyjaciół i czasem takim przyjacielem staje się mężczyzna i wtedy kocham i jego. Kocham zarówno jak Przyjaciela ale i jak Mężczyznę. No i tu zaczynają się schody.
Bo wiadomo jakie są normy i co przez lata wychowania natłuczono mi do głowy: że nie wolno, że jak mam Męża (którego notabene też bardzo kocham i nigdy kochać nie przestałam), to nie powinnam kochać innych facetów. A już na pewno nie jak… facetów. No ale co z tego, skoro ja to zwyczajnie czułam w środku. Ta miłość to nie jakieś tam zakochanie czy zauroczenie. To coś zupełnie innego. To potężna siła, która mnie wypełnia i jest integralną częścią mnie samej. Jak mam przestać kogoś kochać tylko dlatego, że jakieś tam normy mówią mi, iż nie wolno? Nie da się. Bo to tak, jakbym miała uciąć część samej siebie.
Nie godzę się na taką bezsensowną amputację! Najśmiejszniejsze w tym wszystkim jest to, iż wcale nie musiałam jej sobie robić, a jednak prawie zrobiłam. Mój Mąż nie tylko wie o tej mojej poliamoryczności, ale w pełni to akceptuje i świadomie się na to otworzył. Mogłam zatem sobie kochać mojego Przyjaciela Mężczyznę tak jak chciałam. W czym zatem problem?

No i tu się zaczyna historia o robieniu sobie kuku. Było dobrze. Moja miłość płynęła sobie pięknym czystym strumieniem. Kochałam tak jak potrafiłam, całą sobą nie odbierając ani nie dawkując tej miłości komukolwiek z nas. Kochałam przez to też samą siebie. Bo przecież, kiedy ta miłość wypływała z mojego serca, to w pierwszej kolejności obejmowała mnie samą, wypełniała mnie po brzegi, by potem mogła iść dalej. Czułam, że to jestem prawdziwa ja. Czułam się w zgodzie z sobą. Nie obchodziło mnie wcale czy i ile dostaję w zamian, bo nie czułam w sobie braku. Jeśli ci moi Mężczyzni dawali mi coś w zamian to przyjmowałam to jako dar ciesząc się tym zwyczajnie. Bez wyliczania co, kto, na ile. Ktoś potrzebował na jakiś czas się wycofać, pobyć z sobą, to się wycofywał i to było ok. Ktoś protrzebował więcej uwagi to ją ode mnie dostawał i to też było ok. Ja czułam się być w zgodzie z sobą. A potem przyszedł czas, że ktoś tam inny zasiał we mnie maleńkie ziarenko wątpliwości. I to ziarenko zaczęło kiełkować… Na fb pojawiały mi się wpisy o uleczaniu kobiecości i o balansie. O tym, że czasem kochamy za bardzo*, o tym że należy dbać o równowagę tego ile się daje i ile bierze itp itd. Wszystkie te przeczytane przeze mnie wpisy jakoś tak krok po kroczku spowodowały, że wydało mi się, iż powinnam wyznaczyć granice. Tak! Super genijalnym pomysłem mi się to wydało wtedy, a tak naprawdę było największym kuku jakie sobie sama zrobiłam.

W imię dbania o równowagę między tym co daję i dostaję nagle podświadomie (a jakże! jakby to było w pełni świadomie to bym tego sobie nie zrobiła), sprowadziłam miłość to towaru wymiennego. A to spowodowało, że nagle zaczęłam mieć oczekiwania, których prędzej nie miałam. Wariactwo totalne i dziwię się sama sobie, iż tego nie zauważyłam. A jednak nagle zaczęłam chcieć dostawać więcej. I kiedy nie dostawałam, to ustawiałam granice na to, ile ja mogę dać. A nazywając to innymi słowy dokręcałam kureczek tej miłości, która ze mnie płynęła. No ja pierdziu! To się nie stało tak od razu. To były maleńkie tyci tyci kroczki, ale coraz bardziej robiły mi większe kuku. Zakręcałam kureczek odrobinkę i płynęło mniejszym strumieniem. I skoro to musiało przepłynąć najpierw przeze mnie, bo nie mogę dać komuś czego nie mam sama, to i ja dostawałam mniej. I wyraźnie odczułam tę różnicę. Pojawiło się uczucie jakiegoś niedostatku. Błąd polega na tym, że odebrałam ten niedostatek właśnie jako brak balansu między tym co dostaję, a daję i właśnie chciałam dostać. Ale nie mogłam dostać. A nawet jak dostawałam, to nie widziałam tego i moje poczucie braku niedostatku się nie zmniejszało. Więc pojawiły się jeszcze większe oczekiwania, powodując we mnie jeszcze większy brak, co z kolei powodowało, że ja jeszcze bardziej dokręcałam kureczek. Istne wariactwo, tyle że ja wtedy naprawdę nie wiedziałam, że to tak działa.

Przyszedł taki moment, iż nie tylko nie czułam się już pełna, ale czułam jakby mnie coś zatrzymywało. Moje oczekiwania wobec mojego Przyjaciela powodowały jakby poczucie ciągłego głodu, więc wydedukowałam sobie, iż w jakiś sposób się od niego uzależniłam. Że to uzależnienie zatrzymuje mnie, nie pozwala iść do przodu, ogranicza mój rozwój. Nie umiem tego ująć inaczej w słowa, ale ja dosłownie czułam to zatrzymanie, więzy. Bardzo chciałam się uwolnić. Bardzo bardzo bardzo. Czułam, że jeśli tego nie zrobię, to jakaś część mnie samej uschnie.
No więc zaczęłam działać. Szukać rozwiązania, odpowiedzi, wskazówek, sposobów. To poprowadziło mnie poprzez regresingi, odczyty z Kronik Akaszy, do moich rozmów z Kamieniami.
Energia naprawdę na nowo zaczęła krążyć, poczułam jak dostaję skrzydeł, a raczej łapię na nowo wiatr w żagle. Znowu płynęła przeze mnie milość. Zaczęło się luzować. Puszczać. Płynąć. Poczułam się wolna.
Tyle, że w swoim braku zrozumienia co się NAPRAWDĘ zadziało, znowu wyznaczyłam nowe granice. I znowu miały one coś wspólnego z ograniczeniem miłości.

No i przyszła ta ostatnia sobota. Rozmawiałam z moim Przyjacielem i nagle zauważam moment, kiedy ja sama przekroczyć chcę granicę, którą sobie i jemu wyznaczyłam. Bum! Burza mózgu. Potem chaos. Jedna część mnie chciała tak bardzo iść w tą stronę. Druga sama siebie opierdalała. Czułam przy sobie obecność mojego zwierzęcia mocy, mojego Tygrysa. Dosłownie widziałam jak obnaża kły prychając w moją stronę. Wyciągnęłam zniewłaściwe wnioski, iż on przypomina mi o pilnowaniu własnych granic. Obok byl Fyonn. Czułam jak pomagał mi spalić coś, co miało odejść. Wyciągnęłam znowu niewlaściwe wnioski, sądząc iż pomaga mi spalić moje własne oczekiwania czy pragnienia.
Miotałam się. Chaos, wir, chaos, tortnado. To ja byłam tym chaosem. I mój Przyjaciel w samym środku tego zamieszania. Przyjaciel, który wtedy po prostu był. Niewzruszenie, jak skała, wytrwał w tym wirze. Nie krytykował, nie próbował nawet zrozumieć. Jedyne co, to po prostu był i tą swoją obecnością i mi pomógł wreszcie być.

Oczyszczało się całą sobotę.
Całą niedzielę ukladało na nowo.
W poniedziałek musiałam odespać.
Wczoraj dopiero z całą wyrazistością pokazało mi się co się zadziało.

To nie uzależnienie od mojego Przyjaciela mnie zatrzymywało. To moje własne granice mnie zatrzymały.
To nie miłość do mojego Przyjaciela stworzyła brak balansu. To moje dokręcenie / ograniczenie miłości ten brak balansu wytworzyło.
To nie do pilnowania tych moich granic nawoływał mnie Tygrys swoim prychaniem, a do tego bym wreszcie je rozpieprzyła w pierony.
To nie moje pragnienia i oczekiwania miały się spalić, i uzależnienie od Przyjaciela, ale moje przekonania co do tego, że miłość potrzebuje balansu.

Z pewnością jest prawdą, że ważne by dbać o balans między tym ile się daje i ile bierze. Ale to nie jest do końca moja prawda. Moją prawdą jest, że to dbanie o ten balans obejmuje czas, pracę, uwagę i wszystko inne, ale nie miłość. Miłość po prostu jest. I jedyne o co mam dbać, to o to, by mogła ona ze mnie płynąć. Bez ograniczeń. Bez granic. Bez jakiś durnych przekonań, że mam coś dostać w zamian albo że mi nie wolno. Moja prawda jest taka, że jeśli kocham, to kocham. I to kochanie obejmuje również mnie. A to oznacza, że ani nie ślepnę, ale też nie ograniczam. Jeśli kogoś kocham, to kocham go taki jaki jest, bez chęci zmieniania go. I mam szacunek do jego przestrzeni, jego świętości, jego jestestwa, jego prawa do okazywania miłości jak i prawa do braku jej okazywania. By kochać, nie potrzebuję nic w nim zmieniać. Ale to nie oznacza, że mam przestać kochać siebie. Jeśli więc kocham, mam taki sam szacunek do mojej przestrzeni, mojej świętości, mojego jestestwa i mojego prawa do okazywania miłości czy jej nieokazywania. Ten szacunek powoduje, że czasem trzeba powiedzieć: Kochanie, kocham cię, ale nie pozwalam ci pluć mi w moją świetą przestrzeń. Nie pozwalam ci. Proszę wyjdź. Lecz to nie znaczy że przestaję cię kochać.
Ale ten szacunek też powoduje, że i ja nie pluję w twoją przestrzeń. Bądź jaki chcesz być.

Potrafię tak kochać jednak tylko wtedy, jak nie zakręcam sobie sama przepływu we mnie. Jak nie robię sobie żadnego kuku w imię dbania o balans w miłości. Miłość sama sobie balans znajduje, jeśli jej pozwalam płynąć tak jak chce.

12 kamieni – spala się, zmienia, układa na nowo

Sobota – Niedziela – Poniedzialek

Nawet nie wiem jak to ująć w słowa.
W sobotę zaczęlo się dziać. Nie, nic na zewnątrz, ale wewnątrz mnie. Jakbym dostała małpiego umysłu. Totalny chaos. Wulkan. Chaos. Szaleństwo.
To nawet nie były emocje, które mną targały. Tylko myśli. Już wcześniej zdarzały mi się czasem podobne jazdy. Teraz jednak bylo odrobinę inaczej. Pierwszy raz potrafiłam to bardziej obserwoać. Nie identyfikować się z nimi. Udawało mi się to jedynie na krótkie momenty. I chociaż byly one jedynie chwilami, to znacznie zmieniły moją perspektywę całości. Potem znowu porywał mnie ten wir, karuzela myśli, jak dwa głosy całkowicie sprzeczne. Jak dwie energie, które przepychają się. Dosłownie szaleństwo. A ja w środku niego.
Jestem ogromnie wdzięczna i podziwiałam mojego Przyjaciela, który słuchając tego, nie uległ wariacji, tylko niewzruszony wytrwał w tym moim chaosie. Był obok. Jak skała. A ja jak tornado wokół niego. Nie krytykował, nie oceniał, nie pytał nawet za wiele, nie próbował zrozumieć. Po prostu był. Nie potrafię nawet wyrazić ile ta jego obecność pomogła. Dziękuję Przyjacielu.
Przez cały dzień towarzyszył mi również Fyonn. Miałam wrażenie jakby z tą swoją ognistą energią (tak go czuję) pomagał mi spalić, przetransformować, odejść temu, co odchodzi we mnie. Kiedy wątpiłam, Fyonn swoją obecnością przypominał mi o ogniu we mnie. Kiedy się miotałam, pomagał wytrwać i pamiętać. Niby nic wielkiego. Po prostu był w mojej przestrzeni. Obok. Ale ta jego obecność naprawdę pomogła. Spalilo się szybciej.

W niedzielę (zaraz po północy) weszłam już wyciszona. Jednak pogubiona nieco po tym całodniowym wcześniejszym szaleństwie. Wzięłam do ręki Anikę. Przyjrzałam się jej jeszcze raz. Przypomniała mi o słuchaniu. Na nowo musiałam się wsłuchać w siebie. Na nowo zapytać siebie. Czego chcesz? Jakie są naprawdę twoje pragnienia? Gdzie są twoje granice? Wsłuchać się w siebie. Wsłuchać się w swoją wodę.
Słuchałam więc. Układałam na nowo. Niby tylko w sobie. Ale wbrew pozorom to jednak jest swego rodzaju praca. Nawet o tym nie wiedziałam.

Jednak dziś po tych dwu dniach mój organizm jakby potrzebował się zregenerować. Spałam całą noc. Wstałam późno, a już zaledwie po kilku godzinach dopadła mnie znowu senność tak silna, że musialam się położyć. Wstałam, wyciągnęłam farby. Zaczęłam malować… Godzina, dwie, znowu ta senność. Pomalowana na zielono Luia uśmiechnęła się do mnie. Piszę tego wpisa, ale najchętniej znowu poszłabym spać. I pewnie zaraz óojdę.

Przez trzy dni nie byłam w mojej zielonej enklawie u kamieni. Przez trzy dni jednak kamienie towarzyszyły mi tutaj.

Coś się we mnie zmienilo. Coś się ułożyło na nowo. A teraz czas to odespać.

12 kamieni – czerp, ładuj, działaj

Jestem dość sensytywna i każda pełnia to dla mnie czas niejako jeszcze większej wrażliwości na energie. Ale chyba pierwszy raz towarzyszyło mi takie silne uczucie, które nawet trudno mi ująć w słowa. Po prostu czuję wyraźną zmianę. Jakby jakiś etap definitywnie się wypełnil, dobiegł końca i jakbym przechodziła teraz przez jakąś bramę. Taki czas przejścia, gdzie odeszło już to, co stare, ale jeszcze nie w pełni pokazało się owe nowe. Zapewne nie tylko mnie to dotyczy, a mniej lub bardziej nas wszystkich i przecież zmiany przychodzą ciągle. W końcu jedyną stałą we Wszechświecie jest ciągla zmiana. No ale tym razem wyczuwam to jakoś wyraźniej.

Nie wiem już czy spowodwało to we mnie swego rodzaju nostalgię, melancholię czy jak to jeszcze nazwać. Ale z całą pewnością potrzebowałam wyciszenia, pobycia bardziej ze sobą.

Dwa dni. Poszłam do tej mojej zielonej enklawy. Pogłaskałam Kamienie. Wzięłam do ręki Anikę. Przytuliłam się do Marie. I słuchałam tej ciszy.
Bez rozmów tym razem. Słuchałam ciszy, a ona pełna była dżwięków i szeptów.
Z oddali dobiegły mnie nawoływania jastrzębia. Wiatr szumiał w liściach. Napierał na suche gałęzie. Marie gdzieś wysoko nade mną zaskrzypiała nieco żałośnie. Rzeka (właściwie w tym miejscu będąca bardziej bystrym potokiem niż rzeką) uspokajała swoim śpiewem.
Niby cisza, a tyle w niej dynamiki, tyle wibracji.
Jakieś takiej pełni.
Dobrze jest pobyć sobie w takiej ciszy.
Po prostu takie bycie razem.
Tak, BYCIE RAZEM.

Z cudownością swojej Duszy.
Z obfitością Wszechświata.
Z bogactwem Obecności obok.
Z majestatem Kosmosu.
Z błogosławieństwem Pełni w Ciszy.
Bycie Razem.

Wdychaj. Słuchaj. Patrz. Czuj.
Otwórz ramiona i przyjmuj.
Ładuj, harmonizuj, uzdrawiaj, tankuj.
Podziękuj.

A jak już będziesz napełniony idź i działaj.
Nie czekaj. Nie marnuj.
Weź w swe dłonie farby i pędzel i maluj swoje Życie według twoich barw.
Transformuj stare i twórz nowe.
Jesteś Dzieckiem Wszechświata.
Masz taką moc.

12 kamieni – z uśmiechem w deszcz

Coś koło południa wyszłam z domu, by udać się nad rzekę. Przed klatką zobaczyłam, iż krzaczek jaki tam całkiem niedawno posadzili wypuścił takie piękne jakby pączki. Nie wiem co to za krzaczek ale jego widok dzisiaj jakoś tak dodał mi siły i motywacji. Przydało mi się bardzo, bo nie fruwam dziś z tą lekkością, jaka towarzyszyła mi wczoraj. Nie żeby mi coś ciążyło, ale jakoś tak odrobinę jakby trudniej.
No ale zmotywowana podziękowałam krzaczkowi i poszłam na tę moją dzisiejszą wycieczkę.

Na niebie gromadzily się ciężkie chmury. Wiedziałam,iż przyjdzie mi wracać pewnie w deszczu. O dziwo, te chmury też mi dodały sily i motywacji. Musiałam się do nich uśmiechnąć.

Dotknęłam Tatanki. Był ze mną. Przypomniał mi byczek o tym otwieraniu się. Przecież bizon w swoich wędrówkach wybiera zwykle najprostszą drogę. Tak samo mogę i ja. Jeśli połączyć w jedno odpowiednie działanie z intuicją, wdzięcznścią i zaufaniem do Życia, to nie trzeba będzie jej torować. Ona sama się przede mną otworzy.

I tak jakoś cieplej mi się zrobiło na sercu. A Wszechświat jak na potwierdzenie ssyłał kolejne znaki. Nagle zza chumr wyszło słoneczko i na chwilkę skąpało nas w swoich jesiennych promieniach. Potem jeszcze pod nogami uśmiechnęły sie do mnie żółte (a jakże) kwiatuszki.

I co z tego, że chwilkę później zaczęło padać. Czasem spada nam na łeb natlok uczuć, emocji czy jakiś trudnych doświadczeń. Można się przed nimi chować, uciekać, nawet je skląć. Ale można równie dobrze trochę się opatulić i wyjść w nie jak w deszcz, uśmiechając się i słuchając co mają nam do opowiedzenia.

Poszliśmy i my z Tatanką w deszcz słuchając co ma nam do opowiedzenia.

 

12 kamieni – moja galeria – Tatanka

Jeszcze wczoraj całkiem na wyczucie wybrałam go spośród innych Kamieni, by zabrać go do domu i pomalować.
Wieczorem wyciągnęłam pędzle i farby. Jednak z tym malowaniem tym razem nie było tak prosto. Tatanka poprosił bowiem o przywrócenie mu rogów. Spojrzałam na to wgłębienie w nim, dokładnie tam gdzie właśnie powinien być róg. Prawie jakbym zaglądała wgłąb niego samego. „Dostaniesz rogi” – obiecałam mu. No ale to przywracanie rogów wymagało nieco więcej czasu i tak Tatanka dopiero dziś wyłonił się całkowicie spod mojego pędzla.

Akurat dziś, kiedy jest dzień pełni. I kiedy Księżyc znajduje się w znaku Byka. Jak dodatkowy przekaz…

Wczoraj nad rzeką otwierałam ramiona, by otworzyć sama siebie na przyjmowanie.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, co przyniosą mi najbliższe godziny.
Wieczorem wrócił do mnie Ktoś, kogo niedawno puszczałam wolno. Tam nad rzeką jakbym przygotowała się na to otwarcie, bym potrafila go znowu przyjąć. Z miłością. Powrócił Przyjaciel. Nowe warunki, nowe granice, w jakimś sensie nowi my.
Rozpościeram ramiona i uczę się przyjmować, otwierać siebie i moje serce bardziej, na przyjmowanie Obfitości jaką obdarza mnie Życie.

Tatanka, Kamienny Biały Bizon.
Księżyc w pełni w znaku Byka.
To czas otwarcia się z zaufaniem na dary Wszechświata.
I czas dzielenia się swoją pełnią.

Tatanka

12 kamieni – otwieram ramiona, kocham

Założyłam znowu czerwoną sukienkę, kurtkę, szalik i z radością powędrowałam nad rzekę. Jak opowiedzieć, jak wyśpiewać, jak wymalować to poczucie pełni jakie mi dziś towarzyszylo? Rozpierało od środka szczęściem, radością, lekkością. Tak po prostu, bez powodu. Magia Życia.

Jak opowiedzieć to, z jaką radością powitałam zieloną enklawę i szum rzeki. Jak wyśpiewać czułość z jaką powitała mnie Marie pozwalając się przytulić. Jak wymalować zachwyt kiedy zachęcona przez Kamienie stanęłam wyciągając ramiona. „Otwórz się jeszcze bardziej. Otwórz ramiona i przyjmuj”.
Tego nie da się ani opowiedzieć, ani wyśpiewać, ani wymalować. To jest taka magiczna chwila, kiedy jesteś w takim cudownym połączeniu z sobą samym i ze wszystkim jednocześnie.
Cokolwiek jest w tym momencie jest w tobie ukochane. Bo warte jest ukochania.

Marie

Love. Magiczne słowo.

Wracałam do domu wypelniona tym słowem. Wypełniona tą energią. Drogą wzdłuż pól i torów. Z otwartymi ramionami, z uśmiechem na twarzy, łzami wzruszenia w oczach i ciarkami na skórze. Panowie śmieciarze spojrzeli, powitali z usmiechami. Miałam ochotę aż ich uściskać.

Nad głową przeleciało mi stadko gołębi, zatoczyło łuk i wylądowało na polu w poszukiwaniu jakiś resztek smakołyków dla siebie. Jeden gołąbek był całkiem biały. Jak znak. Ale nie myślcie iż reszta była mniej piekna. Dla mnie piękne były wszystkie.
Tak jak i my wszyscy piękni jesteśmy.

Otwieram ramiona. Kocham.

12 kamieni – na nowej ścieżce

Po małej dwudniowej przerwie pomaszerowałam dziś znowu w kierunku rzeki. Pusta droga, chłodny wiatr, nadal boląca noga i witające mnie wrony. Zielona enklawa nad rzeką wciąż jest zielona, tak jakby jesień jeszcze tam nie dotarła.
W rzecze przybyło nieco wody. Cisza, żadnych spacerowiczów z pieskami, ptaków też dużo mniej niż kiedy tu byłam ostatnio.
A jednak czuję jakbym wróciła do jakiegoś swojego miesca. Też do jakiegoś miejsca we mnie samej.
Nie wiem jak się z tym czuję.
Jest wszystkiego po trochu. Nieco samotności i jednocześnie takiego smacznego w smaku poczucia bycia z sobą.
Jest nieco niezadowolenia, zawodu, jakiegoś wyrzutu wobec mnie samej i równocześnie utulenie i wybaczenie.
Jest odrobina zagubienia i buntu wobec tego co przychodzi, ale jest też i zaufanie. Takie zupełnie nieracjonalne i nawet naiwne, ale bardzo mocno obecne we mnie.
Jest nieco żalu, choć to nie jest odpowiednie słowo. Może raczej jeszcze jakieś przywiązanie, jakbym nie do końca chciała puścić, a jednocześnie ogromna wola puszczenia.
Tak, czuję się nieco zagubiona w tych uczuciach i wobec własnych słabości, ale całkowicie pewna kierunku mojej ścieżki.
 
– „To swego rodzaju test” – słyszę jak szepcze do mnie Fyonn – „Jednak tak naprawdę to ty sama testujesz siebie. Na ile jesteś gotowa żyć w zgodzie ze swoim słowem, ze swoją prawdą.”
– „I na ile jestem gotowa do zmian” – dopowiadam z westchnieniem.
– „Na ile jesteś gotowa stać się zmianą.” – Fyonn rozwiewa ostatnie z moich złudzeń.
Wiem, że nic nie stanie się tak o, z samości, bez mojego zaangażowania i wkładu. Wiem, że to nie jest prosta ścieżka, a jednak jestem zdecydowana nią pójść. Wiem, że czasem będę miała ochotę uciec, schować się, wymigać, ale wiem również, iż nie ma już odwrotu. Jeśli raz się już na nią wejdzie, nie da się zawrócić. Bo co się zobaczyło, już się nie odzobaczy. Co się poczuło, już się nie zapomni. Dlatego wiem, że będę nią szła. Nie tylko dlatego, iż niepodobna już zawrócić, ale najbardziej dlatego, że wybieram to, dla siebie.
Spojrzałam jeszcze raz na Fyonna, na Księcia i na resztę kamieni. Przytaknęły. Nawet nie musiałam pytać. Kamienne wsparcie też ma ogromną moc.

12 kamieni – czarnowrony

Postanowiłam , iz idąc dziś do Kamieni bardziej się przyjrzę ptakom. I konkretnie chodzilo mi o krukowate. Jedna para kruków zamieszkala wśród drzew tuż za moim blokiem. Znam ich nawoływania, nieraz mialam okazję się przyglądać ciekawym scenkom z ich życia, włącznie z tym jak przeganialy tu czasem polującego krogulca.
Z moich wycieczek do Kamieni wiem, że nad rzeką, właśnie tam gdzie chodzę, urzędauje także para krukow. Są duże, nie sposób ich pomylić z innymi ptakami.
Jednak podczas moich wędrówek towarzyszą mi inne krukowate. Wiem, w okolicu których drzew mogę napotkać sroki. Serio je lubię. Jak dla mnie sroki są po prostu piękne. Za każdym razem kiedy idę do kamieni i słyszę te ich charakterystyczne skrzeczenie, czuję sie tak, jakby mnie witały.

Dziś postanowilam, że przyjrzę się lepiej czarnym ptaszyskom przy polach. Jak się okazuje byly to czarnowrony. Obserwowałam je i serio dobrze się bawiłam. Jak wszystkie krukowate są inteligentymi ptakami. Widziałam jak nadlatują nad drogę i z góry spuszczają orzecha, by kiedy pęknie na asfalcie dobrać się do jego środka. Tak mnie te wrony dziś zabawiły, że nie dość iż poszłam inną ścieżką niż zwykle, to na dobrą sprawę nie za bardzo pogadałam sobie z Kamieniami.
Doszłam do nich oczywiście. Przywitałam się zarówno z nimi jak i z Marie. Jednak przyznaję, iż bylo to dzisiaj raczej krótkie spotkanie. Kamienie jednak się uśmiechnęły ze zrozumieniem i aprobatą. Prawie słyszłam jak mnie zachęcają: – „No leć już, leć oglądać wrony”
No to polecialam.

Przez pola, nowymi ścieżkami. Kurz się unosił znad suchej ziemi. Moje czarne buty i rajstopy do kolan przybrały ziemisty kolor, hahaha taka ze mnie „elegantka” dziś.

No i kiedy tak sobie obserwowałam tę czarną zgraję, nagle poczułam, że za moimi plecami coś się skrada. Odwrocilam lekko głowę, by zobaczyć czy tylko mi sie zdaję i wtedy zobaczyłam jakieś 10 metrów ode mnie przyczjonego kotka. No ten to mnie dopiero rozbawił. Kotek udawał, że się chowa przede mną, choć doskonale go widzialam, a ja udawalam że czasem na niego nie patrzę, choć on doskonale wiedzial, iż patrzę.

I tak dziś zamiast rozmów z Kamieniami mialam swoje rozmowy z kotkiem i czarnowronami. Chociaż to na to samo wychodzi, bo w końcu wszyscy jesteśmy z jednego Źródła.

12 kamieni – wiatr i drugi prezent od Marie

Kiedy szłam wzdłuż pól nad rzekę, zwykle towarzyszyło mi w tej wędrówce nawoływanie wron i srok. Dziś przegonił je wiatr. Targał moje włosy, szarpnął czasem swetrem, głośniej, mocniej. Potem na chwilkę przycichał, znikał, by pojawić się znowu za kilka minut mocniejszym szarpnięciem…

Weszłam w zieloną enklawę nad rzeką. Nagle cisza. Wiatr jakby całkiem zamilknął. Na chwilę. Przywitałam się z rzeką. Przywitałam z Kamieniami. Przywitałam z Wierzbą. Odczytałam afirmację.

J – „Przywitałaś się prawdziwie z wiatrem? – zapytał nagle Jonas – „Przytuliłaś go na powitanie?”
… Jak zawsze mocne pytanie. Znam odpowiedź. Odpowiedź jest nie do końca wygodna dla mnie….
J – „Nie karz wiatru za to, że jest wiatrem. Przyszedł do ciebie, kiedy potrzebowałaś świeżego powiewu. Przyfrunął do ciebie, zawirował, zaprosił do tańca z życiem. Zapomniałaś, że wiatr jest wiatrem.
Potargał ci włosy? Narobił bałaganu? Zburzył twój porządek? Dlaczego się na niego dąsasz?
Nie możesz go zatrzymać tylko dla siebie.
Wiatr jest wiatrem. Przelotem u ciebie. Powiewem, tańcem, wirowaniem…przelotem u ciebie.
Pozwól mu odejść. Pozwól mu być wiatrem. Nie zamykaj. I nie zamykaj swego serca kiedy znowu się pojawi. Jutro. Za miesiąc. Kiedykolwiek. Nie karz go za to, że jest wiatrem. Ale otwórz na nowo drzwi swego serca i przywitaj go prawdziwie.
Przytuliłaś go na powitanie?”

Wdech. Wydech.
Trudna lekcja, ale jakże mi potrzebna.
A wiatr jak na zawołanie właśnie zaszumiał w liściach.
Przytuliłam się do Wierzby chyba jeszcze nie do końca gotowa na to, by przytulić się z wiatrem. Marie. Takim imieniem mi się przedstawiła. Dziękuję ci Marie za opiekę nad Kamieniami. I za wczorajszy dar. I za to, że mogę się do ciebie przytulić.
I kiedy zamknęłam lekko oczy tuląc się do jednego z potrójnego pnia, nagle poczułam, że coś mnie walnęło w głowę. Serio.
Otwarłam oczy. Rozglądnęłam się. Nikogo nie było. Tylko wiatr ze śmiechem hulał w konarach. Popatrzyłam jeszcze raz i … no nie wierzę. Tuż przed moim nosem stała, prawie jak wbita w ziemie znowu … długa laska.
– „Ale że co? Druga???” – zapytałam ze zdziwieniem
– „Weź” – odpowiadziała cicho Marie.
– „Ale to na pewno dla mnie?” – nadal nie mogłam uwierzyć.
– „Potrzebujesz jeszcze jednego walnięcia w glowę? – zaśmiał się Jonas. – „Przywitaj się naprawdę z wiatrem. Nie zamykaj przed nim swojego serca tylko dlatego, że na jakiś czas cię opuścil. Nie karz wiatru za to, że jest wiatrem.”

No i co ja miałam powiedziec?
Zostawiłam Szarego z Kamieniami pod opieką Marie.
Wzięłam za to Jonasa. Wzięłam drugą laskę. Uśmiechnęłam się
Podziękowałam.
Uśmiechnęłam się. Wiatr też się śmiał.
Razem wracaliśmy do domu.

Kto jest wiatrem w moim życiu?