zapraszam swoją Wściekłość do Tańca

Ci, którzy mnie znają nieco bardziej, doskonale wiedzą, iż zawsze byłam i nadal jestem osobą mocno emocjonalną. Nie uważam bym nie ogarniała swoich emocji, ogarniam, ale dość intensywnie się one u mnie manifestują. Pozwalam im przeze mnie przeplynąć z całą ich mocą. Nie zatrzymuję ich, nie duszę, nie wałkuję, nie rozstrząsam. Przychodzi radość czy smutek, czułość czy wściekłość, zadowolenie czy zlość. Cokolwiek to by nie bylo przechodzi przeze mnie intensywnie, czasem wstrząsając nie tylko mną, ale i otoczeniem, ale równie szybko też odchodzi. W pokoju. Wysłuchane. Bo nawet w największych wybuchach tych wulkanów wewnątrz mnie, potrafię dość szybko zapytać co dana emocja ma mi do powiedzenia. I kiedy przychodzi odpowiedź, oj a jakże często bardzo niewygodna dla mnie odpowiedź, to się nieraz śmiać muszę z samej siebie.
Nie zawsze jest to takie proste. Są emocje, z którymi naprawdę trudno było mi się dogadać. Ba! Nawet je zobaczyć. Ileż to razy bawiłam się więc w kotka i myszkę z moim gniewem, ile razy dałam zaskoczyć poczuciu winy, ile tyrad i dyskusji toczyłam ze wstydem zanim rzeczywiście nauczyłam sie widzieć, słuchać, a przede wszystkim przytulić je w sobie. Jednak to wszystko przyniosło jakieś efekty.
Nadal jestem cholernie emocjonalna. Zbyt emocjonalna jak dla niektórych. A mimo to, nawet i ja, potrafię teraz zupełnie inaczej z tymi emocjami się obchodzić.

Taka sytuacja choćby z dziś.
Rozmawiam z kimś, kto przychodzi mi się wygadać o swoim problemie. Ok. Słucham, rozumiem, w swoim sercu czuję współczucie. Oprócz ewidentnych rozwiązań, które są oczywiste na ten problem i o których nawet nie musimy mówić, wspominam jako dodatek o jeszcze jednym pomyśle, do niczego jednak nie namawiając ani nie przekonując. Ot, zwykłe podanie informacji. Co dostaję w zamian? Rozdrażnienie, pretensje, zarzuty, umniejszanie mnie. Staram się zachować spokój, nie wchodzić w to, jednak z drugiej strony leci już jak po bandzie. Normalnie, jeszcze kilka miesięcy temu, pewnie bym się na maxa wkurzyła.
Dziś czuję jak budzi się moja wścieklość. Czuję jak puka do moich drzwi.
Otwieram je szeroko, wpuszczam ją do środka. „Wchodź” – mówię. No i wchodzi, czerwona, ognista, uśmiechnięta od ucha do ucha. Ma taki prowokujący uśmiech, ale dobrze się już znamy. Mam ochotę wybuchnąć, nagadać temu mojemu rozmówcy, by jeśli jedynie chciał się nad sobą poużalać, to by nie robił to moim kosztem. Ale wiem, że jak zacznę, to poleci o wiele gorsza wiązanka, bo moja wściekłość rozsiadła się już u mnie i nadal szczerzy te swoje zęby w uśmiechu. Patrzę na nią i nagle chce mi się śmiać.
„Skoro już przyszłaś, to nie będziesz tu tak siedzieć bezczynnie.” – mówię do niej, jednocześnie w miarę rozsądnie i spokojnie kończąc rozmowę z moim wcześniejszym rozmówcą i zostawiając go. Jego emocje są jego gośmi, moja wścieklość jest moim gościem i to nią chcę się teraz zająć. Siedzi sobie ona u mnie, czerwona, dym jej prawie idzie z uszu, zęby nadal szczerzy w uśmiechu. W sumie lubię ją. To dobra kumpela i bardzo chętna do pomocy.
Wyciągam mój kijek, tę laskę, którą dostałam od Wierzby Marie. Wściekłość tuż obok robi nieco zdziwioną minę.
„Aż tak????” – pyta nieco zdezorientowana.
„Nie bądż niemądra. Nie mam zamiaru nikomu przywalić. Ale skoro przyszłaś, to możesz mi ofiarować swoją siłę, nie sądzisz?”
Jej uśmiech się rozszerza. Ona chce być zobaczona i doceniona. Wcale nie jest taka zła. Wcale nie jest tylko niszczycielką. Ma w sobie potężną moc twórczą. Moc działania. Jej czerwona energia przebije się przez blokady strachu, zastoju, lenistwa, niechciejstwa, lęków, wstydu, każdego oporu. Wściekłość ma potężną moc i jest szczęśliwa, kiedy pozwolić jej tą mocą działać w tworzeniu dobrego.
Włączyłam muzykę z szamańskimi bębnami. Wyciągnęłam farby: czerwień, magenta, burgunt i czerń.
Popatrzyłam na tę moją Wściekłość jak uradowana podniosła tyłek z fotela gotowa do pomocy, do działania…
Zaprosiłam ją do Tańca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.