małe wielkie prywatne oświecenie

Doznałam wczoraj swoistego małego prywatnego (bo dotyczącego mnie) oświecenia.

Opowiem wam o tym jak sama sobie zrobiłam kuku i o tym jak wreszcie się z tego kuku sama uwolniłam. Nie bardzo wiem jak zacząć, by to miało ręce i nogi, ale po prostu napiszę jak mi to popłynie. Powinnam może tu wyjaśnić, że jestem poliamoryczna. A przynajmniej z całą pewnością wiem, że moja miłość nie ogranicza się jedynie do kochania męża, dzieci, mamy czy brata. Kocham moich przyjaciół i czasem takim przyjacielem staje się mężczyzna i wtedy kocham i jego. Kocham zarówno jak Przyjaciela ale i jak Mężczyznę. No i tu zaczynają się schody.
Bo wiadomo jakie są normy i co przez lata wychowania natłuczono mi do głowy: że nie wolno, że jak mam Męża (którego notabene też bardzo kocham i nigdy kochać nie przestałam), to nie powinnam kochać innych facetów. A już na pewno nie jak… facetów. No ale co z tego, skoro ja to zwyczajnie czułam w środku. Ta miłość to nie jakieś tam zakochanie czy zauroczenie. To coś zupełnie innego. To potężna siła, która mnie wypełnia i jest integralną częścią mnie samej. Jak mam przestać kogoś kochać tylko dlatego, że jakieś tam normy mówią mi, iż nie wolno? Nie da się. Bo to tak, jakbym miała uciąć część samej siebie.
Nie godzę się na taką bezsensowną amputację! Najśmiejszniejsze w tym wszystkim jest to, iż wcale nie musiałam jej sobie robić, a jednak prawie zrobiłam. Mój Mąż nie tylko wie o tej mojej poliamoryczności, ale w pełni to akceptuje i świadomie się na to otworzył. Mogłam zatem sobie kochać mojego Przyjaciela Mężczyznę tak jak chciałam. W czym zatem problem?

No i tu się zaczyna historia o robieniu sobie kuku. Było dobrze. Moja miłość płynęła sobie pięknym czystym strumieniem. Kochałam tak jak potrafiłam, całą sobą nie odbierając ani nie dawkując tej miłości komukolwiek z nas. Kochałam przez to też samą siebie. Bo przecież, kiedy ta miłość wypływała z mojego serca, to w pierwszej kolejności obejmowała mnie samą, wypełniała mnie po brzegi, by potem mogła iść dalej. Czułam, że to jestem prawdziwa ja. Czułam się w zgodzie z sobą. Nie obchodziło mnie wcale czy i ile dostaję w zamian, bo nie czułam w sobie braku. Jeśli ci moi Mężczyzni dawali mi coś w zamian to przyjmowałam to jako dar ciesząc się tym zwyczajnie. Bez wyliczania co, kto, na ile. Ktoś potrzebował na jakiś czas się wycofać, pobyć z sobą, to się wycofywał i to było ok. Ktoś protrzebował więcej uwagi to ją ode mnie dostawał i to też było ok. Ja czułam się być w zgodzie z sobą. A potem przyszedł czas, że ktoś tam inny zasiał we mnie maleńkie ziarenko wątpliwości. I to ziarenko zaczęło kiełkować… Na fb pojawiały mi się wpisy o uleczaniu kobiecości i o balansie. O tym, że czasem kochamy za bardzo*, o tym że należy dbać o równowagę tego ile się daje i ile bierze itp itd. Wszystkie te przeczytane przeze mnie wpisy jakoś tak krok po kroczku spowodowały, że wydało mi się, iż powinnam wyznaczyć granice. Tak! Super genijalnym pomysłem mi się to wydało wtedy, a tak naprawdę było największym kuku jakie sobie sama zrobiłam.

W imię dbania o równowagę między tym co daję i dostaję nagle podświadomie (a jakże! jakby to było w pełni świadomie to bym tego sobie nie zrobiła), sprowadziłam miłość to towaru wymiennego. A to spowodowało, że nagle zaczęłam mieć oczekiwania, których prędzej nie miałam. Wariactwo totalne i dziwię się sama sobie, iż tego nie zauważyłam. A jednak nagle zaczęłam chcieć dostawać więcej. I kiedy nie dostawałam, to ustawiałam granice na to, ile ja mogę dać. A nazywając to innymi słowy dokręcałam kureczek tej miłości, która ze mnie płynęła. No ja pierdziu! To się nie stało tak od razu. To były maleńkie tyci tyci kroczki, ale coraz bardziej robiły mi większe kuku. Zakręcałam kureczek odrobinkę i płynęło mniejszym strumieniem. I skoro to musiało przepłynąć najpierw przeze mnie, bo nie mogę dać komuś czego nie mam sama, to i ja dostawałam mniej. I wyraźnie odczułam tę różnicę. Pojawiło się uczucie jakiegoś niedostatku. Błąd polega na tym, że odebrałam ten niedostatek właśnie jako brak balansu między tym co dostaję, a daję i właśnie chciałam dostać. Ale nie mogłam dostać. A nawet jak dostawałam, to nie widziałam tego i moje poczucie braku niedostatku się nie zmniejszało. Więc pojawiły się jeszcze większe oczekiwania, powodując we mnie jeszcze większy brak, co z kolei powodowało, że ja jeszcze bardziej dokręcałam kureczek. Istne wariactwo, tyle że ja wtedy naprawdę nie wiedziałam, że to tak działa.

Przyszedł taki moment, iż nie tylko nie czułam się już pełna, ale czułam jakby mnie coś zatrzymywało. Moje oczekiwania wobec mojego Przyjaciela powodowały jakby poczucie ciągłego głodu, więc wydedukowałam sobie, iż w jakiś sposób się od niego uzależniłam. Że to uzależnienie zatrzymuje mnie, nie pozwala iść do przodu, ogranicza mój rozwój. Nie umiem tego ująć inaczej w słowa, ale ja dosłownie czułam to zatrzymanie, więzy. Bardzo chciałam się uwolnić. Bardzo bardzo bardzo. Czułam, że jeśli tego nie zrobię, to jakaś część mnie samej uschnie.
No więc zaczęłam działać. Szukać rozwiązania, odpowiedzi, wskazówek, sposobów. To poprowadziło mnie poprzez regresingi, odczyty z Kronik Akaszy, do moich rozmów z Kamieniami.
Energia naprawdę na nowo zaczęła krążyć, poczułam jak dostaję skrzydeł, a raczej łapię na nowo wiatr w żagle. Znowu płynęła przeze mnie milość. Zaczęło się luzować. Puszczać. Płynąć. Poczułam się wolna.
Tyle, że w swoim braku zrozumienia co się NAPRAWDĘ zadziało, znowu wyznaczyłam nowe granice. I znowu miały one coś wspólnego z ograniczeniem miłości.

No i przyszła ta ostatnia sobota. Rozmawiałam z moim Przyjacielem i nagle zauważam moment, kiedy ja sama przekroczyć chcę granicę, którą sobie i jemu wyznaczyłam. Bum! Burza mózgu. Potem chaos. Jedna część mnie chciała tak bardzo iść w tą stronę. Druga sama siebie opierdalała. Czułam przy sobie obecność mojego zwierzęcia mocy, mojego Tygrysa. Dosłownie widziałam jak obnaża kły prychając w moją stronę. Wyciągnęłam zniewłaściwe wnioski, iż on przypomina mi o pilnowaniu własnych granic. Obok byl Fyonn. Czułam jak pomagał mi spalić coś, co miało odejść. Wyciągnęłam znowu niewlaściwe wnioski, sądząc iż pomaga mi spalić moje własne oczekiwania czy pragnienia.
Miotałam się. Chaos, wir, chaos, tortnado. To ja byłam tym chaosem. I mój Przyjaciel w samym środku tego zamieszania. Przyjaciel, który wtedy po prostu był. Niewzruszenie, jak skała, wytrwał w tym wirze. Nie krytykował, nie próbował nawet zrozumieć. Jedyne co, to po prostu był i tą swoją obecnością i mi pomógł wreszcie być.

Oczyszczało się całą sobotę.
Całą niedzielę ukladało na nowo.
W poniedziałek musiałam odespać.
Wczoraj dopiero z całą wyrazistością pokazało mi się co się zadziało.

To nie uzależnienie od mojego Przyjaciela mnie zatrzymywało. To moje własne granice mnie zatrzymały.
To nie miłość do mojego Przyjaciela stworzyła brak balansu. To moje dokręcenie / ograniczenie miłości ten brak balansu wytworzyło.
To nie do pilnowania tych moich granic nawoływał mnie Tygrys swoim prychaniem, a do tego bym wreszcie je rozpieprzyła w pierony.
To nie moje pragnienia i oczekiwania miały się spalić, i uzależnienie od Przyjaciela, ale moje przekonania co do tego, że miłość potrzebuje balansu.

Z pewnością jest prawdą, że ważne by dbać o balans między tym ile się daje i ile bierze. Ale to nie jest do końca moja prawda. Moją prawdą jest, że to dbanie o ten balans obejmuje czas, pracę, uwagę i wszystko inne, ale nie miłość. Miłość po prostu jest. I jedyne o co mam dbać, to o to, by mogła ona ze mnie płynąć. Bez ograniczeń. Bez granic. Bez jakiś durnych przekonań, że mam coś dostać w zamian albo że mi nie wolno. Moja prawda jest taka, że jeśli kocham, to kocham. I to kochanie obejmuje również mnie. A to oznacza, że ani nie ślepnę, ale też nie ograniczam. Jeśli kogoś kocham, to kocham go taki jaki jest, bez chęci zmieniania go. I mam szacunek do jego przestrzeni, jego świętości, jego jestestwa, jego prawa do okazywania miłości jak i prawa do braku jej okazywania. By kochać, nie potrzebuję nic w nim zmieniać. Ale to nie oznacza, że mam przestać kochać siebie. Jeśli więc kocham, mam taki sam szacunek do mojej przestrzeni, mojej świętości, mojego jestestwa i mojego prawa do okazywania miłości czy jej nieokazywania. Ten szacunek powoduje, że czasem trzeba powiedzieć: Kochanie, kocham cię, ale nie pozwalam ci pluć mi w moją świetą przestrzeń. Nie pozwalam ci. Proszę wyjdź. Lecz to nie znaczy że przestaję cię kochać.
Ale ten szacunek też powoduje, że i ja nie pluję w twoją przestrzeń. Bądź jaki chcesz być.

Potrafię tak kochać jednak tylko wtedy, jak nie zakręcam sobie sama przepływu we mnie. Jak nie robię sobie żadnego kuku w imię dbania o balans w miłości. Miłość sama sobie balans znajduje, jeśli jej pozwalam płynąć tak jak chce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.