12 kamieni – podarunek od Wierzby

Uśmiecham się. Dzisiejszy dzień był takim idealnym przykładem na to, żeby po prostu poddać się temu co przyjdzie, posłuchać wody i popłynąć na fali.

Szłam w kierunku rzeki na spotkanie z moimi kamieniami. Pogoda nadal cudowna, wprost wymarzona do takich wędrówek. Idę sobie więc i idę… i w pewnym momencie przyłapałam się na tym, iż zamiast po prostu cieszyć się to chwilą, tym fajowym spacerem, to moja Fazula kręci mi w głowie jakieś nowe filmy. W dodatku, jak to się można po Fazuli spodziewać typowe drama z serii „jeszcze się nie zdarzylo, ale na pewno będzie niefajnie”. Ja pierdziu, obserwowałam to przez chwilę i aż się nadziwić nie mogłam co ten umysł wyprawia. Toż to totalne wariactwo. Jeszcze się nie zadziało. Nawet nie wiadomo, czy się kiedykolwiek zadzieje. A Fazula miała już cały scenariusz wymyślony, z dialogami włącznie. No szaleństwo na maxa!
OK. Ale zauważyłam to, więc wnet się ogarnęłam i skupiłam znowu na drodze, na roślinkach, na krukach…
Po chwili … znowu. Fazula ponownie zaczęła kręcić swój drama film.
– „STOP!” – mowię to nawet na głos. I po chwili – „Gdzie jestem? Tutaj. Teraz.”
Dwa głębsze oddechy.
Tutaj. Teraz.
Wreszcie jestem.

Stoję przy Wierzbie. Czytam moją afirmację. Głaszczę Kamienie. Milczą. A może po prostu ja dziś ich nie słyszę. Cisza. Jest dobrze. Pomilczeć sobie z Kamieniami też jest dobrze. Wystarczy sama obecność.
Przy pieńku zauważam ładny jesienny liść klonu. Zachwycają mnie jego barwy. Siedzę na pieńku, podziwiam ten liść i po prostu cieszę się tą chwilą. Cisza.
Chcę już iść gdy nagle zauważam … no właśnie co?

Kij, suchą gałąż? Ale to coś więcej. Wiem, że wczoraj na pewno jej tu nie było. Dziś właściwie stoi jak wbita w ziemię, zaledwie pół metra od pnia wierzby. Tej wierzby, która tuli moje Kamienie. Podchodzę, biorę ją, uważnie oglądam. Ma wystarczającą długość i wręcz idealną grubość. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę trzymam ją w ręce. I nagle wiem. To prezent. Dar od wierzby. Jestem poruszona, ucieszona. Tak bardzo się cieszę. Dziękuję ci Wierzbo.

Może rok temu przyszło do mnie, że chcę zrobić sobie taką jakby szamańską laskę. Potrzebowałam na nią odpowiedniego kija, gałęzi. Niby nic prostszego, można przecież pójść do parku, który mam pod nosem i coś znaleźć. Jednak ja czułam, że to musi być nie jakaś tam znaleziona gałąź. Ona miała być podarowana mi przez Drzewo. Czekałam na nią tyle miesięcy i prawie zapomniałam o tym życzeniu. I oto dziś w tym magicznym dla mnie miejscu dostałam swój Dar od Drzewa. Może to wariackie, ale dla mnie jest to wyjątkowy prezent.

I aby było mi jeszcze radośniej to odkryłam nad rzeką miejsce z całym mnóstwem kwitnących niecierpków. Niektóre były delikatnie różowe, inne wręcz magentowe. Znowu dla mnie znak.

Trzecią Niespodziankę sprawił mi Szary. . Wypowiedział mi swoje życzeinie.
Serio????
No dobra Szary. W takim razie chodź. Zabieram cię dziś do mnie do domu.

PS. Hahaha, a teraz wyobraźcie sobie spojrzenia niektórych ludzi, którzy mijali mnie potem na ulicy. Ja z wielgachnym kijem w jednej i kamieniem w drugiej ręce. I uśmiechem na twarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.