12 kamieni – Jonas, Goliat, Anika, Szary

Po śniadaniu, które jak to w niedzielę zjedliśmy póżno, bo dopiero o 11-tej, ściągnęłam sukienkę, założylam jeansy, buzę i adidasy. Pierwszy raz od jakiegoś roku ubierałam spodnie, ale tak poczułam, że dziś chcę właśnie iść w spodniach. Mimo, że znowu miałam lekkie zakwasy, to nie mogłam się już doczekać mojej wyprawy nad rzekę do kamieni.
 
Wyszłam z domu. Na dworze już poczułam, iż jest znacznie chłodniej niż mi się wydawało. Ludzie wszyscy w kurtkach, ja jedynie w tej mojej aksamitnej bluzie z kapturem. Popatrzyłam w niebo. Mocno się zaciągnęło, jakby miało zaraz zacząć padać. Nic to, ruszyłam w stronę rzeki. Z każdym krokiem czułam jak wzmaga się silniejszy wiatr.
Fazula w swoim żywiole zaczęła mi nawijać:
F – „Zaraz lunie. Zanim dojdziesz do rzeki będziesz mokra. Ciekawe jak będziesz w ulewie nosić kamienie”
B – „Na razie nie pada.”
F – „Ale z pewnością zacznie. Zobacz jak wieje, coraz bardziej. Taki wiatr przynosi z sobą deszcz. Zobaczysz.”
B – „Weź Fazula skończ już kręcić te swoje drama-filmy. Normalnie w telewizji można cię zatrudnić z takimi scenariuszami. Nie będę tego słuchać”.
Wygrzebałam z torebki odtwarzacz mp3, który zawsze gdzieś tam mam, nastawiłam muzyczkę taką pobudzającą tyłek do ruszania się i wsadziłam sobie słuchawki do uszu. Fazula mogła sobie teraz nawijać i tak jej nie słyszałam. Byłam szczęśliwa. Już nic mnie nie bolało. Na drodze pustki, tylko ten silny wiatr, muzyka i ja. Tak się fajnie szło, że wyobraziłam sobie, iż za jakiś czas będę potrafiła tę trasę nie tylko przejść, ale przebiegnąć. Dosłownie widziałam się jak biegam tędy nad rzekę. Kiedyś tam może mi się naprawdę uda.
 
Kiedy doszłam już do tej zielonej enklawy, wyłączyłam muzykę Teraz był czas na słuchanie. Nawet wiatr trochę ucichł. Z radością pomaszerowałam do moich kamyków. Czekały na mnie. Jejku, tak się uczieszyłam na ich widok. To niesamowite, nigdy nie myślałam, iż będę się tak cieszyć na widok jakiś kamieni.
 
Postanowiłam, że dziś zaniosę je znowu do zakola rzeki, by mogły stamtąd na nią popatrzyć. A potem odniosę je na powrót pod białą wierzbę. Pierwszy poszedł ze mną Goliat. Był dziś milczący, ale pogłaskałam go z czułością. Od kiedy wczoraj powiedział, to co powiedział, patrzę już na niego zupełnie inaczej. Przyjrzałam mu się dziś i dopiero teraz zauważyłam, iż Goliat jest wyjątkowy pod względem ubarwienia. Jedna jego połowa jest jasna, a druga ciemna. I chociaż naprawdę jest nieco kanciaty, to jest w nim tyle harmoni. Taki kamienny jin i jang. Nie mówił nic, ale przypomniał mi właśnie o tym jin i jang we mnie i we wszystkim co jest.
Goliat i jego jin i jang
Potem poszłam po Jonasa. Ledwie wzięłam go do ręki usłyszałam:
J – „Przytul mnie”
Przez ułamek sekundy byłam zdziwiona tą prośbą, ale bez zastanowienia przytulilam go do serca. Szałam z nim tak tuląc go, wzruszona.
J – „Przytulałaś dzisiaj już kogoś?” – usłyszałam nagle jego pytanie.
B – „Nie”
J – „To jak wrócisz dziś do domu, to przytul proszę wszystkich kogo tam masz. Obiecujesz?”
Totalnie mnie to rozłożyło. Rozpłakałam się. Jakie my ludzie mamy stereotypy w głowach. Mówi się, że coś lub ktoś ma kamień zamiast serca, a tutaj ten Kamień przypominał mi o okazywaniu Miłości. O przytulaniu. Zawstydzał mnie. Ale byłam mu taka wdzięczna.
B – „Obiecuję.”
Uśmiechnął się.
 
Wzięłam do ręki następny kamnień. Od razu poczułam, że to dziewczynka. Przedstawiła się jako Anika.
Anika jest tą, która słucha. Ma duże kamienne ucho i sama cała jest jakby uchem. Kształtem przypomina łzę albo spadającą kroplę wody.
„Otwórz twoje wewnętrzne uczy i słuchaj” – powiedziala mi – „Słuchaj co mówi woda. Słuchaj co mówi rzeka. Słuchaj co mówi ocean. Słuchaj co mówi kropla. Słuchaj wody w tobie. Ty jesteś wodą”.
Postałam z Aniką w zakolu rzeki wsłuchując się w ten szept wody. Kilka minut słuchania – razem z Aniką – nadało tej chwili jakąś taką świętość. Podziękowałam jej za tą piękną pierwszą lekcję nowego rodzaju słuchania.
Anika
Poznałam potem jeszcze Kamień, który dał mi lekcję czucia zapachów. Nie znam na razie jego imienia, powiedział, iż przyjdzie dzień, iż wywącham jego imię.
Poznałam Bernadetkę i Tatankę. O nich opowiem wam innym razem.
 
Ale dziś opowiem wam jeszcze o Szarym. Szary jako jedyny spośród moich 12 Kamieni, rzeczywiście jest szary. Wzięłam go ręki i zobaczyłam, że przygląda mi się nieco ponura twarz. Przypatrzyłam się jej dobrze. Szary przypominał odrobinę jakiegoś…
B – „Szary, jesteś kosmitą?’ – zapytałam go wprost.
Sz- „A ty nie jesteś?” – odparował w odpowiedzi. – „Wszyscy jesteśmy kosmitami.”
No tak. Przecież to takie oczywiste. Wszyscy jesteśmy dziećmi Wszechświata. Maleńką częstką Kosmosu.
Chciałam Szaremu zrobić zdjęcie, ale kiedy uniosłam z nim rękę by kliknąć mu foto na tle rzeki, kazał mi ją unieść wyżej.
Sz- „Chcę żeby było widoczne niebo” – powiedział.
To nie było życzenie. To było jego stanowcze zdanie. Ok. Należy to uszanować. Kliknęłam mu fotkę tak, by była widoczna i woda, i kawałek nieba. Potem ruszyliśmy w drogę powrotną.
Kiedy przechodziliśmy obok wierzby, strażniczki wejścia do zakola rzeki, Szary nagle zapytał, czy nie mogę go na chwilę usadowić na drzewie.
B – „Na drzewo chcesz? Serio?” – musiałam się uśmiechnąć.
Sz- „Jak myślisz ile razy w ciągu ostatnich tysiąca lat mogłem oglądać świat siedząc na drzewie?” – zapytał trochę ponuro.
No, nie mogłam go nie zrozumieć. Zatem usadowiłam go na wierzbie i poczekalam z nim kilka minut, by się nacieszył tą nową perspektywą.
Potem, jak już odnosiłam go do reszty, Szary zadecydował, że od teraz chce bym go zostawiała na drzewie. Stamtąd jest nieco bliżej nieba. I niezależnie gdzie postanowią spędzać noc pozostałe kamyki, on Szary chce być zostawiany na drzewie. Hahaha, był taki stanowczy, że musiałam się roześmiać. I to na głos. Tak mnie rozbawił, że całkiem nieoczekiwanie pocałowałam go w tę jego ponurą gębę. „Beee”- wykrzywił się, ale i tak mu się podobało, dlatego że wiedział, tak samo jak i ja, iż odtąd będzie mógł siedzieć na drzewie.
Szary na drzewie
I właściwie cała moja kamienna gromadka z entuzjazmem przyjęła ten pomysł. 6 Kamieni znanych mi już z imienia i 6 wciąż jeszcze niepoznanych. Zostawiłam ich w ramionach wierzby. Podziękowałam za dzisiejsze spotkanie. Podziękowałam drzewom. Podziękowalam wiatrowi.
Jutro znowu tu wrócę.
 
Kiedy szłam już do domu, na maxa szczęśliwa, nie mogłam się powstrzymać, by nie zagadać do Fazuli.
B – „I co mądralo, głupio ci teraz. Twoje drama-filmy się nie sprawdzają. Było cudownie.”
F – „Oj tam, zaraz głupio. No ok, było ok.”
B – „Ok? No weź przestań, zajebiście cudownie było. „
I po chwili:
B – „Wiesz Fazula, ja cię w sumie kocham. Chociaż czasem jesteś naprawdę upierdliwa”
F – „Ja ciebie też kocham, chociaż też jesteś upierdliwa.”
B – „Myślisz, że jak my tak gadamy to są to objawy rozdwojenia jaźni?”
F – „Schizofreni. Chociaż jak doliczyć do tego gadanie z kamieniami, to w twoim przypadku to nawet coś gorszego. ”
B – „Hahaha uwielbiam cię Fazula. Oprócz zrzędzenia potrafisz czasem być śmieszna”
 
Czy muszę dopowiadać, że wracałam po tej wyprawie cały czas śmiejąc się do siebie i do ludzi.
I poprzytulałam moich facetów po powrocie. No ba! Nie zapomniałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.