12 kamieni – pierwsze dwa, Jonas i Goliat

Już rano zwlekając się z łóżka, poczułam że mnie bolą jakieś takie mięśnie, o których zapomniałam, że je mam. Lekkie zakwasy po wczorajszej wyprawie i noszeniu kamieni. Ewidentny dowód na to, jaki ze mnie zdechlak. Tzn już od dawna to wiem, ale jakoś tak nie bardzo chciałam cokolwiek z tym zrobić. A teraz się okazuje, że 2,5 godziny łażenia i w sumie 48 pochylęć, by podnieść i potem położyć kamień, to dla mnie jakiś wyczyn, który powoduje zakwasy. No to się zapuściłam. I pomyśleć, że 20 lat temu to mogłam łazić w górach 30 kilometrów na dzień i to z 30 kilogramowym plecakiem. Teraz za to też mam ciężar do tachania, tyle że w postaci jakiś 50 kg mojej nadwagi przy totalnie zdechlackiej kondycji fizycznej.
Hahaha, aż mi się śmiać zachciało, jak pomyślę, iż musiały mi się jakieś kamienie w opowieści Ewelinki objawić, żebym WRESZCIE zechciała coś z tym moim zdechlactwem i nadwagą zrobić. No ale to najwyżej będzie taki milutki bonusik uboczny. Oczywiście jak mi się uda wytrwać.
Dobra, mam lekkie zakwasy, ale nie ma, że boli, idę dziś nad tą rzekę nosić te kamienie.
No to idę. Spacerek całkiem przyjemny i już się cieszę na spotkanie z moimi kamieniami. Po jakiś 35 minutach jestem już nad rzeką i …
pierwszy zong!!!
Tam w zakole rzeki, tuż przy miejscu gdzie zostawiłam wczoraj kamienie leżą ludzie i gadają. No kurde, kurde, kurde! Fazula oczywiście na pełnych obrotach nawija do mnie:
F – „Po cholerę oni tam są. Nie będziesz przy nich nosić kamieni. Będą się na ciebie gapić. Będą pytać. Olej to. Jutro przyjdziesz…”
B – „Zamknij się. Muszę pomyśleć.”
F – „A niby co teraz robisz?”
B – „Dobra, no niech ci będzie. Nie mam ochoty na noszenie kamieni przy nich. Będą mnie rozpraszać. Ale ani mi się śni odpuścić. Właśnie, że będę nosić te kamienie. Co mnie obchodzą jacyś ludzie”
F – „To parka zakochana jakaś jest. Nie widzisz? Będziesz im przeszkadzać. Może wyznają sobie teraz milość. Może to ich jedyne miejsce gdzie mogą być sami. A ty chcesz tam teraz akurat koło nich leźć z powodu jakiś kamieni?”
B – „No dobra. Może masz racją Nie będę im psuć randki. Połaże trochę nad rzeką i wrócę tu. Może do tego czasu już pójdą”
No i poszłyśmy z Fazulą połazić wzdłuż rzeki. Fazula co jakiś czas próbowała mi nawijć żebym poszła do domu. Serio była już aż natrętna.
B – „Weź się wypchaj. Nie poddam się tak łatwo. Choćbym tu miała do wieczora czekać”
F – „Taaa, do wieczora. I co kamienie będziesz nosić po ciemku? „
B -„Weź już skończ. Albo chociaż zmień płytę”
F – „To może weź zabierz te kamienie do domu. I będziesz je nosić codziennie np z parteru na 7 piętro”
B – „Pogrzało cię? Jak mam wziąć te kamienie do domu. One nie należą do mnie. Tylko do samych siebie. I póki co, to tu nad rzeką jest ich dom. Nie mogę ich wziać do jakiegoś bloku. Nie wymyślaj już. Lepiej patrz, ta parka już poszła. Mogę lecieć do moich kamieni”.
I poleciałam prawie w podskokach. Przywitałam się z nimi z radością. I z pełnym entuzjazmem zaczełam je nosić.
Trochę dalej niż wczoraj. Potem w inne miejsce je odstawiać. W międzyczasie odkryłam, że one mają dusze. Że mogę się z nimi zaprzyjaźnić. Że mogę zapytać je o imię, poczuć je…
W tym samym międzyczasie Fazula zajmowała się różnymi innymi rozpraszaczami. A to psami, które nadbiegały wyprowadzane na swoich spacerach, a to krukami nad głową, a to gałęzią, która poharatała mi nogę. Koślawą ścieżką, bólem w kolanie, całym przemarszem innych rzeczy.
Przy 6- tym kamieniu moja uwaga znowu skupiona była tylko na nim.
Wysmukły w kształcie, układał mi się pięknie w dłoni.
B – „Jak masz na imię? Bartek? Aron? Nie? Jonas. Jonas? Jonas. Ładne imię. Witaj Jonasie”
Prawie z czułością położyłam go obok wcześniejszych pięciu.
Jonas
Siódmego nie pamiętam.
Ósmy był nieco większy niż reszta, kanciaty i taki jakiś domagający się uwagi. Od razu znowu skupiłam się na nim. Zapytałam o imię.
K – „Goliat – usłyszłam jego odpowiedź.
B – „Goliat? Serio? Co to za imię? Na serio Goliat?”
K – „Goliat” – Powtórzył Kamień.
B – „Goliat… Czemu takie imię?”
K – „Bo to, że coś jest kanciate i ciężkie nie znaczy, że nie chce miłości”
Wow… rozczulił mnie. Kanciaty, cięższy, nie leżał idealnie w dłoni. Ale z miejsca go polubiłam. Jego kanciatość jest może nieco gburowata, ale jest w nim tyle kochania… Nie mogłam przestać o nim myśleć.
Goliat

Potem nosiłam resztę. Przy każdym kolejnym czułam bardziej, iż jestem zmęczona. Potykałam się na ścieżce z dziurami, zahaczałam o wystające gałęzie. Ale wytrwałam i wszystkie moje 12 kamieni ułożylam w nowym miejscu. Jak się z nimi żegnałam poprosiłam Goliata by z pomocą Jonasa czuwał nad całą gromadką. Zostawiłam ich tam pod opieką białej wierzby, ze śpiewem rzeki w tle.

Szczęśliwa wracałam do domu, choć serio plątały mi się nieco nogi bo tak już łupało mnie w kolanie. Ale co tam. Jestem szczęśliwa i dumna z siebie.

2 myśli na temat “12 kamieni – pierwsze dwa, Jonas i Goliat”

  1. Goliat i Jonas spojrzeli na siebie rozbawieni:
    G – „Słyszałeś rozmowę Basi z jej Fazulą?”
    J – „Basia chyba myśli, że Ci zakochani to u nas przypadkiem byli ” – roześmiał się.
    G – „Młodzi co prawda przyszli do nas, chociaż to było raczej spotkanie ich wzajemnych Emocji”
    J – „To prawda, ale fajnie było z nimi posiedzieć” – uśmiechnął się Jonas.
    G – „Ale i tak najlepsza była reakcja Fazuli Młodego, jak się Basia pojawiła”.
    Jonas wybuchł śmiechem.
    J -„Uwielbiam ludzi, są tacy zabawni z tymi swoimi Fazulami”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.